POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 
 Ogłoszenie 

Ocalmy od zapomnienia
Zapraszamy do nominowania utworów i wzbogacenia działu: Klasyka POSTscriptum
SZCZEGÓŁY W PIERWSZYM POŚCIE TEMATU

Czy chcemy wydać jubileuszową, bo dziesiątą, Antologię POSTscriptum?
LINK DO TEMATU Z LISTĄ OBECNOŚCI


Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Klasyka POSTscriptum - proza » Tak dobrze ci w błękicie - Elżbieta Będkowska-Adamczyk - 11_06_2009
Otwarty przez: luk19952
2016-10-29, 21:37
Tak dobrze ci w błękicie - Elżbieta Będkowska-Adamczyk - 11_06_2009
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 62
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 18311
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2016-10-27, 11:02   Tak dobrze ci w błękicie - Elżbieta Będkowska-Adamczyk - 11_06_2009

Autorka: Elżbieta Będkowska-Adamczyk /Elżbieta/


Tak dobrze ci w błękicie

„Uciekam.
Który to już raz? Nie liczę. Różne ucieczki, różne powody, różne strony świata, duszy. Uciekając czuję, że jestem wolna. Świadomość wolności i nowego, nieznanego, które po chwili zamienia się w inne znane. Więc nie ma sensu uciekać.”

Motel stał od kilku lat przy trasie z K. do C. i mimo stosunkowej nowości był zaniedbany, ale staranne zamalowywanie plam po deszczach siarkowych, tudzież pokrywanie zwykłych warstw kurzu, oszukiwało oczy przejezdnych. Swoiste trompe l'oeil udawało się znakomicie. Motelowy parking był niewielki, przynajmniej ten od strony czteropasmówki, szumnie nazywanej autostradą, która wiodła z dala od miasta. Do motelu można było dostać się przede wszystkim samochodem albo ciężarówką. Większy parking dla dużych pojazdów, czy choćby kilkuosobowych furgonetek, znajdował się od frontu motelu, niewidocznego od strony drogi.

- Poproszę o dowód.
Recepcjonistka za kontuarem poprawiła ciemne oprawki okularów, przy każdym pochyleniu głowy zsuwających się na czubek nosa. Wyglądała jak wszystkie recepcjonistki, w białej już niezbyt świeżej bluzce z kołnierzykiem, spod którego, jej zdaniem, filuternie wysuwała się apaszka ze sztucznego jedwabiu w bliżej nieokreślone wzory. Ciemna spódnica, pofałdowana od długiego siedzenia za kontuarem, była przykrótka i zbyt obcisła.
- Proszę.
Mężczyzna podający dowód miał duże dłonie, żylaste i poplamione. Plamy były dawne, wgryzły się w ciemnobrązową skórę opalonych ramion, szorowane, smarowane mleczkiem kosmetycznym, jaki podkradał żonie, myśląc, że nie zauważy, ta z kolei utyskiwała na to, że on nic nie rozumie, że mleczko i tak mu nie pomoże.
- Potrzebny ci rozpuszczalnik. Rozumiesz, ciemniaku, rozpuszczalnik, nie mleczko – ze złością powtarzała mężowi, który i tak nie słuchał. Tyrady tego rodzaju wyłączały go na długo.

- Proszę, pana rachunek – recepcjonistka podsunęła blankiet.
Mężczyzna spojrzał na kwotę, zapłacił, podpisał świstek i schował go do kieszeni.
- Czwarte drzwi po lewej. Trzeba mocno przyciągnąć klamkę, do siebie, żeby zamek zaskoczył – tłumaczyła już plecom znikającego na schodach mężczyzny.
- Zawsze się spieszą – burknęła do siebie – a później wracają, żeby narzekać.

W holu pojawili się nowi klienci. Dziewczyna, do tej pory siedząca w kącie na wytartym i poplamionym fotelu, wstała i ruszyła w stronę schodów na górę.
- A pani? Pani dokąd? – recepcjonistka próbowała zatrzymać pytaniem dziewczynę. Zrezygnowała jednak z dociekliwości, bo nowi klienci wyglądali na zmęczonych i chyba nietutejszych, sądząc po wzorzystej koszuli mężczyzny i fryzurze kobiety w nieokreślonym wieku.


- Wejdź pierwsza – powiedział mężczyzna, otwierając szeroko drzwi, gdy po krótkiej szamotaninie z klamką, udało mu się pokonać zamek.
- Zupełnie przyjemny pokój – odezwała się dziewczyna. – Nawet kwiatki są, zobacz – wskazała oczyma na wątłe roślinopodobne zjawisko w glinianej doniczce na parapecie. Stało i łapało promienie słońca, chwytało każde światło, jakie zaglądało do mrocznego wnętrza i przerabiało je na zieloność. - Motel "Słoneczko", no rzeczywiście, długo musieli myśleć.
- Łazienka z prysznicem – odezwał się mężczyzna. Głos zadudnił w kafelkowanym pomieszczeniu, wilgotnym, ale pachnącym tanim mydłem i zaskakująco białymi ręcznikami.
- Wrócę wieczorem – powiedział do dziewczyny. – Muszę rozładować i załadować nowy towar, ale będę przed ósmą.

Jego oczy bezwstydnie wędrowały po jej ciele. Już ją rozbierał, zastanawiał się tylko czy zrobić to szybko, czy powoli. Zastanawiał się, co kryje się pod obcisłym sweterkiem, co pod szerokimi spodniami. "A może nie nosi bielizny? One teraz takie wyzwolone, bez bielizny, albo jakieś takie byle co" – myślał i krążył oczyma wokół jej bioder i ud.

Dziewczyna usiadła na jedynym obszernym fotelu przy miniaturowym stoliku. Meble te zupełnie nie pasowały do siebie, brak było proporcji, kłóciły się ze sobą. Spełniały jedynie funkcję: do siedzenia, do położenia.

- Gdybym paliła, to wyjęłabym teraz PallMalla albo Giewonta – uśmiechnęła się do mężczyzny.
- Możesz zacząć. Chcesz? Zostawię paczkę.
Mężczyzna podniósł cienką kurtkę z łóżka i szukał papierosów.
- Nie, nie chcę.
- Wrócę koło ósmej. Będziesz czekała? – zapytał, podchodząc do niej i prawie siłą podnosząc ją z fotela, przyciągnął do siebie.
Wysunęła się z objęcia i wygładziła sweterek.
- Głupie pytanie. Gdzie mam pójść? Będę tutaj. Idź, im szybciej pójdziesz, tym szybciej wrócisz – wchodziła w rolę, jakby czytała z "promptera".
- Masz rację. Lecę – odparł i zakładając już kurtkę, na odchodnym przypomniał – tylko pamiętaj, jak będziesz wychodzić weź klucz, z nikim nie gadaj. Nie powinnaś tu być.
- Wiem, leć już – była zniecierpliwiona zbyt długim pożegnaniem.

"Teraz tylko spać. W końcu mogę się wyspać, tego mi brakowało. Sen, sen, spać na tymczasowej poduszce. Najpierw prysznic i coś zjeść."

Dziewczyna przeszukała swoją przepastną torbę turystyczną. W którejś kieszeni znalazła na pół pokruszony i nadtopiony PrincePolo.
- Jesteś mój Prince, słodki – zamruczała do siebie.

Rozglądała się za czymś do picia, ale to nie tu, wiedziała, że to nie ta kategoria, zwykły motel, w którym może być „kranówa” – pomyślała. Postanowiła zejść na dół do baru.

W recepcji siedział młody mężczyzna. Kobieta w apaszce musiała skończyć swoją wartę i wróciła do domu i obowiązków matki trójki dzieci. Mężczyzna powiedział dzień dobry i wrócił do czytania gazety. Spojrzał tylko taksująco na dziewczynę, gdy go mijała, na jej biodra, na wyjątkowo długie nogi, mimo że nie była w butach na obcasach. Gdyby nie to, że pracuje, pewnie by do niej zagadał.
- Ładna – pomyślał – zgrabna – pomyślał – ma nogi – pomyślał.

W barze było pustawo. Na stolikach przykrytych ceratą w kratkę stały zapalone świeczki, wazoniki ze sztucznymi kwiatkami. W powietrzu unosił się zapach przypalonego mięsa i tłuszczu. Jakaś para, on we wzorzystej koszuli, ona z fryzurą wyglądającą nietutejszo, siedzieli naprzeciw siebie i rozglądali się wokoło.

Dziewczyna wybrała stolik przy oknie, żeby obserwować drogę. Szum samochodów wdzierał się rzeką, mimo zamkniętych okien. Wentylator na ladzie baru kręcił się bezgłośnie, zagłuszany dźwiękami z drogi.

- Co dla pani? – zapytała kelnerka, która przed chwilą przyjęła zamówienie od nietutejszej pary.

Miała na sobie czerwoną sukienkę, przykrótką, zbyt obcisłą, z białym kołnierzykiem z falbanką, biały sztywny od krochmalu fartuch z dwiema kieszeniami, z których wysuwały się banknoty.
- Coś na ciepło? – zapytała z zawodową uprzejmością.
- Pierogi. Proszę perogi z kapustą i grzybami... To pieczarki, czy prawdziwki?
- Wie pani, nie wiem, musiałabym zapytać kuchni – odpowiedziała szczerze kelnerka.
- Nieistotne, byle były ciepłe. A, i herbata.
- Cytryna? Z cytrynką, czy bez?
- Z cytryną, dwa plasterki.
- Rachuneczek potrzebny?
- Nie, dziękuję – dziewczyna usiadła wygodniej i odwróciła głowę w stronę okna.
Kelnerka odeszła, poprawiając po drodze ceratę w kratkę na sąsiednim stoliku.

„Ładna, ciekawa twarz, białe zadbane zęby, niezłe nogi. Ciekawe, jakie zbiera napiwki? Czy wyżyje z tej pracy? Co ja tu robię? Jeszcze mogę wrócić, oddać klucz. Pieniądze? Jeszcze nie pora, jeszcze nie czas... Co dalej? Jak długo można uciekać, jak daleko? Aż do pogodzenia, do rezygnacji, do znalezienia. Do siebie, od siebie. Jednocześnie.”

- Popatrz – kobieta z nietutejszą fryzurą dotknęła dłoni mężczyzny – ta dziewczyna przy oknie...
- Acha – spojrzał w kierunku dziewczyny w błękitnym obcisłym sweterku.
- Ładny sweterek. Kiedyś taki miałam, bardzo podobny, pamiętasz? Poznałam ciebie w takim sweterku – wsunęła wąską, wypielęgnowaną dłoń w dłoń mężczyzny, żeby poczuć ciepło – muszę znaleźć te zdjęcia. Po powrocie uporządkuję albumy. Obiecywałam sobie to już w ubiegłym miesiącu, ale brakło czasu – mówiła w przestrzeń.

Nie oczekiwała reakcji męża, wiedziała, że słyszy, ale nie słucha. Gdyby słuchał może noce byłyby bliższe, zachłanne, zbyt krótkie, jak kiedyś, gdy wsłuchiwał się w najkrótsze jej słowo, rozbierał każde spojrzenie na tysiąc, każde niedopowiedzenie kończył na sto różnych sposobów. Nie słucha, przyzwyczajenie zabiera nas w różne strony, w kraje samotnych foteli i „mojej” strony łóżka. Wróciła do studiowania menu.


- Kurwa! Otwórz! – pięści waliły w drzwi. Pokój trząsł się, dygotał.
Z dołu dochodziła przeraźliwie głośna muzyka. Zasłaniała inne hałasy jak parawan.

- Dzięki ci, dzięki Panie za dancingi – szeptała do siebie dziewczyna – dzięki za szaleństwo walczyków, przytulanek, wolnych i szybkich kawałków, za "big bit" dzięki – mamrotała do siebie, siedząc z podkulonymi kolanami na łóżku, ubrana w błękitny sweterek, szerokie spodnie, ze spakowaną przepastną torbą turystyczną z boku łóżka – oto moja modlitwa dziękczynna Panie.
- Kurwa! Myślisz, że ci się uda! Kurwa, otwórz! – wrzeszczał głos, do którego należały pięści.
- Nie otworzę, jestem sama, boję się hipopotama – nuciła do siebie dziewczyna, zaciskając dłońmi uszy, broniąc się przed hałasem z dołu, wyciem spod drzwi, łomotem, który wdzierał się do pokoju. – Nie otworzę, niech wali, nie otworzę, jestem sama...


- Dzień dobry! – młody mężczyzna w recepcji, gdy tylko zobaczył dziewczynę w błękitnym sweterku, złożył w pośpiechu gazetę.
- Jak się spało? – zapytał.
- Nawet nieźle wie pan. Tylko ta muzyka, głośna, stanowczo za głośna.
- Pewnie pani nie wiedziała, że w piątki mamy dancingi? Ludzie się zjeżdżają, nawet z miasta. Zabawić się, pohulać. Balanga! Głośno, ale tylko do północy.
- Głośno? Umarłego by obudziło! – odparła.
- To zapraszamy w inny dzień tygodnia – młody mężczyzna najwyraźniej chciał jeszcze rozmawiać. – Jak jest ciszej, mniej ludzi.
- Może kiedyś – podała klucz i podniosła przepastną torbę turystyczną.
- Dokąd pani jedzie? Przepraszam za śmiałość? – recepcjonista wciąż próbował przedłużyć rozmowę.
- O, daleko, na Mazury.
- Stopem?
- Jak mogę to stopem, różnie.
- Wie pani, tu jest takie małżeństwo, oni są samochodem, też na Mazury. Ale się składa! Bardzo mili. Pierwsze wakacje w Polsce od dłuższego czasu. Niedługo powinni zejść.


Biały samochód, zaparkowany od strony czteropasmówki, był zapakowany po brzegi. Jednak mężczyzna w świeżej wzorzystej koszuli, ulegając namowom kobiety z nietutejszą fryzurą, przepakował walizki, upychając jedną średnią do bagażnika.
- Pani jest taka drobniutka – mówiła kobieta – zmieścimy się. Droga daleka, miło będzie porozmawiać i to do tego z młodszym pokoleniem – cieszyła się, że ktoś będzie słuchał.
- Wie pani, kiedyś miałam taki sam sweterek – trajkotała mile.
- Naprawdę? – zdziwiła się dziewczyna.
- To długa historia – odparła kobieta.

Samochód ruszył czteropasmówką.

[11-06-2009]

http://postscriptum.net.pl/viewtopic.php?t=6602
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Klasyka POSTscriptum - proza » Tak dobrze ci w błękicie - Elżbieta Będkowska-Adamczyk - 11_06_2009


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo