| Leszek Wlazło |
Wysłany: 2020-01-25, 20:01 Temat postu: Pierwsze wiersze i inne wcześniejsze zebrane z POSTscriptum |  |
|
ambra galla dla plezantropa
rozgrzewa się wydając żywiczny zapach
niezmiennie złocisty słowem i pieśnią
potarty ciągle przyciąga zabiegane myśli
i słonecznieją pod wpływem spojrzenia
słowiański jantar bywa złocisty jak miód
lub ciemnieje z nagła jak noc listopadowa
czasami z przejrzystością oka dziecka
zaszkli się nagłą kruchością chwili
popatrz do wnętrza bursztynu
nie po to byś wróżył z barw
lecz by przywieść perlisty spokój
piasek bałtycki i łzy igieł sosnowych
jeszcze nie czas z szeptem metafor
spłynąć wspomnieniem po pniach drzew
21.12.06
usiadłam z nim na progu myśli
a potem popłynęła pieśń oczu
śpiew zwiedzionego jongleura
któremu czasem tłum woła hosanna
lub przedwcześnie wróży upadek
kłamstwa
tak
kłamstwa skrapiane żądzą
potrafią żyć samodzielnie
obiecywał że zniknie o drugiej nad ranem
tylko wcześniej ograbi katedrę na rogu
wyniesie z niej fałszywą relikwię
i małą drzazgą z ramion golgoty
wykole zdziwione źrenice tej szmacie
co śmiała śnić się madonną
pozory
tak
pozory tworzone pikselem
potrafią napluć do serca
ostatnie pytanie zdławił warknięciem
nie staraj się zrozumieć mężczyzny
nie wkładaj palca w ranę adama
postanowił zdechnąć dla własnego spokoju
najlepiej pod pozorem rozległego zawału
uznał że to dobra pointa
25.11.06
nie widuję jej już od tygodnia
nie zaznała nic prócz kalectwa myśli
a lata wyczekiwania na nagły cud
zaobfitowały zgarbionym gniewem
wystawanie pod progiem świątyni
oswajało tylko katedralne gołębie
i nabijało kolejne guzy upokorzenia
wielka spokojność nie nadchodziła
uzdrawiała inne zwiędłe ciała
dni wzmacniane purpurą z karafki
rzeźbiły głębszą niewiarę w oczach
zmuszając wątrobę do rezygnacji
gdy wyznaczyła czas wejścia w zorzę
darowała sobie wszelkie rozgrzeszenia
pobłogosławiła pomarszczone czekanie
czy koronka przy tej starej sukni
nie jest zbyt frywolna na konanie
20.01.06
mój brat iskariota
duszę się ostatnim słowem
zrodzonym krzykiem w gardle
a uwięzłym z nagłym bólem
między łzą i zwieszeniem głowy
on więc wziąwszy kawałek chleba
natychmiast wyszedł a była noc
29.12.05
dojrzewamy niedzielną kaliną
za senne niedzielne popołudnie
gdy zrywałeś gałązki kaliny krwiste owocem
ofiaruję ci nowe kuszenie
( drażniące jak dźwięk bransoletki
na opalonym nadgarstku)
mówiłeś
patrz el
bo patrzeć potrafisz
będą pięknie lśnić w miedzianym dzbanie
i tak pasują do miłosnych wieczorów
postawię wrzesień na stole rozalii
i wypijemy z nim miętową herbatę
nic nie zostawiłeś wróblom na jesienne ucztowanie
a od tygodnia opowiadasz o braciszku z asyżu
w senne niedzielne popołudnie
nabrzmiałam ciężarem owocu
i dojrzałym kochaniem
25.09.05
po cholerę to wszystko
związana z bandą odszczepieńców
nie tylko pokrętnością myślenia
ale również wizją szukania
próbowałam nasłownić żądze
podejmując próbę powrotu do normy
jako doradcę i nauczyciela tyrana
obrałam przemądrzałego platona
on miał mnie wyrwać poezji
wymóc stałość w sposobie odczuwania
po wypluciu z siebie grafomaństwa
powtarzałam w odruchu popełnienia winy
poeci, którzy podlegają na ogół zmiennym uczuciom
a przez sztukę mogą w tym duchu oddziaływać na innych
powinni być wydaleni z doskonałego państwa
nie sądzę bym sprawiła zbytnie szkody
lub wywołała roztargnienie w czyjejś duszy
a na wygnanie dawno skazałam się sama
pozostając na poziomie wyobraźni
pełnej relatywizmu
a zatem
nieprzydatnej poznawczo
teraz wierzę platonowi
że oni
ci poeci
gubią się w każdym żeglowaniu
nie wiedzą
że ich chude jedniodniowe dusze
zupełnie niepotrzebnie obracają oś myślenia
w kierunku przeciwnym obrotowi całości
20.08.05
nocne kolokwium z frustratem
a owszem
potrzebowała mężczyzny
mimo że życie w panu wysycha
(po co te nerwowe wzruszenia ramion
i oczy nagle przekłute zdumieniem)
ach wiem
nie umiała zamarznąć od łez
wbrew poezji i miękkości chwili
z przyzwyczajenia ubrała się w kpinę
no cóż
pan ostro zaprawiony w cnocie
czulił ją niestrawną moralnością
pokorą przypalał cuchnące rany
(a co ja obchodzą kłopoty z żołądkiem
i bezpowrotnie zmruszałe uśmiechy)
więc tak
pełzanie przez życie mój panie
to obraźliwie zaporowa cena
za wilgotny z pożądania szept
i nerwowe przyspieszenie pulsu
17.08.05
grzeszę próbując sięgnąć błękitu
może całkiem niepotrzebnie składam szelem
palę galban i onychę na twoje przyjście
nie jestem bezpieczna pod drzewem figowym
a ciche pacierze zamiast szybować
łajdaczą się z czartami na rogu ulicy
może modląc się o białość snu
sprawiam przyjemność noszącemu światło
a skłonnością do gadulstwa i braku czynów
już wynudziłam kosmicznego kłamcę
od dawna złośliwie sączy mi w uszy
że czeka mnie droga do haranu
gdzie z kamieniem pod ciężką głową
wyśnię drabinę sięgającą nieba
czy na pewno victoria
tak cicho nad ranem będzie tu zawsze
powoli uczę się świadczyć prawdę o sobie
odwracać tyłem do chóru tych co zawsze
mozolnie ciagną ze sobą własną kazalnicę
bo w chwili cudzego grzechu może się przydać
a mnie należy się ta cisza dębowego stołu
krem time control i białe stokrotki w wazonie
tylu rzeczy po prostu już nie ma
jedną z nich jest bycie obłokiem
obłokiem który zapomniał zapłakać
obłokiem z odrobiną kpiny i glorii
tylko w chwilach zapomnienia
dalej śni mi się park południowy
weź swoje łoże i idź
skoro chłód dotknął palcem róż
a bursztyn zagasł w twych oczach
nie proś wieczorami o nowy wiersz
mam świeży wstręt do kaleczenia słów
wzdychających pensjonarsko metafor
histerycznie rozdygotanych wersów
już starczy nie dokończonych obrazów
rozrzuconych niedbale borsuczych pędzli
płaczącego rzewnym szopenem fortepianu
z oczami pełnymi zmarłych wiosen
boso wchodzę prosto w źrenicę ciszy
zostawiam ci słowa na stole
tak brzydko mój miły marszczyłeś czoło
gdy mówiłam że pójdę daleko od teraz
niecierpliwie machałeś uśpionym pędzlem
nad niedokończonym obrazem madonny
wbrew prognozom pogody nadal nie pada
ale sny już z lekka zaciągają nocną wilgocią
zmęczyły się pływaniem w kopułach oczu
kleceniem wierszy o czwartej nad ranem
od dzisiaj mam blond włosy i nagłą odwagę
ale za cholerę nie pojadę do złotawej juraty
nie będę z wdziękiem zbierać muszelek i łez
ani przesypywać piasku na pustawej plaży
ręce tylko wyciągnę wysoko do nieba
a pisanie wierszy zostawię poetom
Jednakowo długo ponad i pod horyzontem
Po jesiennym ekwinocjum
nie rozpaliłam miedzi w oczach.
Nie pragnę też wieńca z kapryfolium.
Jeszcze tańczę,
chociaż raz po raz mylę kroki,
a wirując dziko,
depczę szałwię i nagietki.
Zaczynam marznąć
ubrana w letnie grzechy.
Bose stopy nacieram mleczem
i pocieszam pęknięty bębenek.
Na twoją nudę, mistrzu, nie znam rady.
Potrójny sok z czarnego bzu
nie działa na malarzy kruczych lotów.
Nie proś mnie dłużej o opowieści.
Już nie usłyszysz wdychając mirrę
o szeptach rozspustnych wrzosów,
ani też o ciszy śpiącej na progu lasu.
wszystko poza tym jest mi zbędne
„słowik pozbawiony oczu, śpiewa na ślepo...”
F.G. Lorca
co z tego że mam bladą cerę payos -
zamieszkam w krainie skrajności
oliwkowa andaluzja tak jak ja
nie potrzebuje zbyt wiele wody
znajdę dom z białego kamienia -
śpiący przy mauretańskim forcie
nakarmiona pomarańczą ziemi
ogrzeję pigwę w mojej piersi
aby zostać flamencos trzeba zatańczyć -
to już potrafię od dnia porzucenia
poćwiczę jeszcze kroki sevillans
a łzę wtopię lekko w pueblos blancos
co z tego że mam bladą cerę payos -
potrafię w cieniu drzewa słuchać gitary
zamknąć okiennice w palące południe
i samotnie ogłuszyć się skalą frygijską
mówią że miejscowy głupek już nie chce być poetą
cóż na to poradzi
że dojrzał w sobie pigwą
pomarszczoną chłodem
z oddechem wariata
do wczoraj pędził za cieniem
i nie słuchał tłumaczeń -
to tylko klatka czterech ulic
gdziekolwiek nie spojrzysz
czterech ulic obłędu
nad ranem nie będzie mniej
przecież noc nie zrodzi spokoju
najwyżej pazurem zatnie wers
a z nieba dla wszystkich
jemu tylko sypnie błękitem
lub okruchem rozsądku
na obdartej ławce w ryneczku
miejscowy głupek zwany poetą
modli się do królowej odmieńców
już nie mogę myśleć wierszami
słowo mnie okalecza
jak głęboko wbita drwina
stary leon opowiada o żonie
baronessa znów obchodzi urodziny
nie jest tajemnicą ile ma lat
dziś wieczorem tyle co przed rokiem
a za parę kieliszków dalej o dwa lata mniej
pijam zazwyczaj dojrzałe bordeaux
w lustrze sypialni blisko jej do trzydziestki
a oczy kochanka nie wytropiły nikłych zmarszczek
za to pierwsze srebro na głowie przyjaciółki
z radością odnotowała już zeszłej jesieni
ależ anette nigdy nie była młoda
otoczenie z uprzejmością twierdzi
że ona sama wygląda świetliście
z cytrynowym tortem połyka pochlebstwa
kwitując je drwiącym uśmieszkiem
przecież wiem - to ugrzecznieni łgarze
ale zważ jak pięknie kopię czas w zadek
i z jakim charme noszę szafirową suknię
potrójna moja wina
potrójny grzech
tylko dla idiotek po czterdziestce
znowu jest wiosna
ale powietrze zachowuje się inaczej
zamiast otulać ciepłem odwraca się plecami -
miało być zielono i przepysznie
a oczy mokre i miękkie jak mech
jak mech pachnący ciszą
w godzinie strachu pojęłam ten ból -
wiem że nie ma nic wspólnego z miłością
tylko tętno szybsze i mało miarowe
bije na przekór myślom -
to gorsze niż próba łapania oddechu
czy też podjęcie rozmowy
o nas o tobie o mnie o niej
na palcach by nie obudzić kanarka
pozbierałam z podłogi pretensje
(małe żmije sprytnie unikały palców)
potem wyszorowałam ręce
nad ranem ścięłam włosy
poranna kawa i radio
kostka czekolady pod język
milczenie zamiast pointy
(z braku pomysłu)
Z serii naiwne
codzienność
a gdy zabrakło miłości
przyszedł upiór -
siny i chudy
długo w oczy spoglądał
* * *
nocą spadły łzy
zbierałam je skrzętnie
do rana
już
już ochłonęłam
więc przeproszę na chwilę
kuszę los
więc pójdę coś zmienić
może zapis w wierszu zbyt marnym
może makijaż który znów mi starłeś
***
spotkałam cię
a potem przyszedł żal
wysoki chudy pan
cholera
jak dobrze się trzymasz
później kawa
wino cztery papierosy
coś głupio mamroczesz pod nosem
do licha
o tym nie śniłam
-----------------------------------------------------------------------
nocą
biały bez pachnie zbyt mocno
by go stawiać nocą w pokojach
śnieżne kiście tumanią i mamią
w oparach snu znowu ktoś woła
przez pokoje w dusznym zapachu
biegną myśli skręcone w twe loki
tamte wiosny zbyt duszą i palą
blade twarze przeszłości w mroku
To mój dziewiczy - wysmażony w latach studenckich. Napisałam go pod wpływem TRAGICZNEJ miłości |
|