| Leszek Wlazło |
Wysłany: 2020-01-25, 20:17 Temat postu: Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 |  |
|
(...)
Już nie wołasz mnie przez sen.
Sam łowisz drgnienia powiek
i tropisz zamyślenia księżyca.
Obejmij chociaż poduszkę.
18.12.08
wtedy baszka krzyczy
Demony głodne jak nigdy - wstępują w ciało.
Na nic wołanie o ciszę. Rzucają w twarz to, co
minione i dzisiejsze. Przyszłość też się staje.
Zyskują, bo noc opętaniem wietrzna -
a złe zawsze czyta Biblię na opak.
Trzecia w nocy drwi z Trójcy Świętej,
a swąd lęku potwierdza Obecność.
Oni, Baszka i Zmiłuj się nad nami.
A było obiecane:
Panie, przez wzgląd na Twoje imię [..]
Imię Kaina, Judasza, Legiona
przeklęła w języku, którego nie zna.
Zdumiewające proszę księdza.
22.11.08
spóźnieni
Pogubiliśmy się i na odwagę zły czas.
Już ptaki z nas kpią, że samotne nieloty
marzeniami próbują zastąpić skrzydła.
06.10.08
Obrazek z prowincji drugi - Marianek
Marianek znowu chce uciekać -
powietrze zgęstniało za rogiem,
a zły plącze marzenia z jawą.
Może pobłądził w anemicznym słońcu
i plamkę w oku wziął za białe gołębie.
Niby zaplątał powietrze we włosy,
niby ściągnął niebo na ziemię.
Marianku. Tak bywa, gdy czas żegnać
ptaki i wyprowadzać się ze świerszczy
03.10.08
Dobranoc
Śpijmy kochanie w nutach i barwach -
Nie warto plamić światła w źrenicach.
Cierpimy na zaciskanie ust w kreskę
I motyli taniec moich dłoni.
Czy milczenie jest kłamstwem?
30.08.08
Jeziorna fala
Wróciła nocnym chichotem na wspomnienie
krzywego pomostu w perskim oku księżyca.
Skąd ten pomysł dziwaczny, by szukać
dna w zielonej wodzie, a potem udawać,
że nie było twardo na omszałych deskach?
23.08.08 Sława
to jeszcze nie wszystko miły
Powracam w oczy nadal zdziwione -
nie odpłynę, bo żywe i patrzą uparcie
prosto w błysk uda, i nagie ramiona.
Szepczesz miłość, a we mnie rodzi się strach -
przecież nie musisz kochać. Dałeś czyste
jezioro - a myślałam, że usnęło tego lata.
Znowu nie wiem, po prostu nie wiem,
jak falą wezbrać w twoich dłoniach,
jak zapatrzyć się w nagłe przypływy.
Wystarczy dojrzewanie księżyców
i miękkość ust nad ranem.
23.08.08 Sława
palcem na wodzie
W trawie zanurzam kolana i brnę
Chociaż pokrzywa się zdarza,
I parzy.
Dojdę do linii lasu, nim słońce zanurzy ręce
W potoku. Może się uda dotknąć promieni.
Tam usiądę cichutko. Posłucham jak ryby
Udają, że Bóg nie stworzył wędkarzy.
Nie ma siatek,
Ani haczyka na długim wędzisku.
Są tylko trzciny ciepłe wieczornie.
Tam spędzę noc z cieniem,
Który skradał się za mną przez lato.
A do dzisiaj udawał, że jest plamką
Światła, a może rozkoszą ze snu.
Ot, taki jasny majak,
Który przytrafia się kobiecie.
04.08.08
Mówisz, że jestem zbyt swoja
Zanim lato się skończy - wrócę. Z jasnymi włosami
i chmurzastą kieszenią. Wrócę deszczem i mgłą.
Pomiędzy pisaniem palcem na wodzie, a malwą
zaczepię cię sukienkami w kolorze indygo,
falą jeziora i bezmiarem ramion. A może
burzą - spóźnioną i zbyt gwałtowną?
Oto moje ręce. Drżenie palców nieprzypadkowe -
obejmuję światło pachnące powrotem.
Oto słowo. Prawdę zaświadczam jedną łzą -
zaświeci, gdy osłonisz oczy.
Popatrz. Jesteśmy i wiemy jak pachną noce -
sploty rąk i smak winy z jednego kieliszka .
Nie, nie płaczę.
Kropla na policzku
to żart.
04.08.08
porządki nierozważne
płoną małe świątki z lipowych klocków
nie tak miało być - krzyczą pośród dymu
no cóż
wiele zmieniło się od wczorajszej litanii
(tu lekkie westchnienie peelki)
14.07.08
z premedytacją
wysyłam słowa bez gwałtownych znaczeń -
ziarna niehałaśliwe i ciepłe od wspomnień
wciąż krążą powtórzonymi obrazami
bez nerwowych gestów w ciszy wieczoru
świadomie mylę znajome imiona i twarze
i tak nie odróżniasz kaprysu od żartów
tak wiem
niespokojnie myślisz o ucieczce -
ty wierzysz w spakowane walizki
ja w cienie północnego parku
a jednak z premedytacją upartej kobiety -
w wigilię urodzin pierwszego wiersza
oswoję cię jak najdzikszego ptaka
09.07.08
rutyna
nauczyłam się spadać
na cztery łapy -
cichutko i z wdziękiem
a jednak
gdy nikt nie widzi
wylizuję grzbiet
04.07.08
nie szkodzi że wciąż gubisz klucze
taki pejzaż z nas nieobliczalny z oczu chłopca i dziewczyny
z uśmiechu zorzy nad ranem i garnka kartofli do obrania
kto wstawi się za przeszłymi gdy płaczemy nad filiżanką
i głupio skubiemy skórkę od chleba bo głód przysypia
zatopieni w błękitnym szaleństwie niezwyczajni spokoju
czasami mylimy pory roku i śpimy nie z tej strony łóżka
a jednak w karecie i rozmodleni w niepewnym jutrze
zapatrzeni w oczy dzieci - prawie do nas podobnych
28.06.08
niech szlag trafi tytuł
jeszcze hosanna w zmęczonych oczach
mimo że pajęczyna między palcami
a serce walczy z wczoraj i dzisiaj
rankiem mijam grubego zenka i znowu
daję łajdakowi monetę a dlaczego nie
niech wypije i przetrwa dzień
mnie będzie gorzej ani złotówki szafiru
najwyżej rozgryzę kropelką wargę -
na ustach smak zgniłego nieba
nie
nie wyciągnę ramion do światła -
pociemnieję jak twoje słowa
27.06.08
tej, która znowu płacze
pozwól oczom zapomnieć
z odwagą kobiety im pozwól
strąć wczorajsze lęki
z lekkością młodości je strąć
mała madame
gue vous etes triste
23.06.08
tylko na chwilę nie dłużej niż życie
uśmiecham się gorzką brzozą i czasem
dławię słowami gnijącymi w krtani
bywa że w popłochu ulatuję w świat
w pośpiechu gubię obietnice
lepkie od zamiarów i ciszy
wracam okryta wierszydłem
ciągnąc za sobą milczenie
coraz bardziej przezroczyste
wkradając się w niepokój
szepczę w kolejny rym
nie wypalaj myśli o zmierzchu
przecież nie zabija się skowronków
17.06.08
biorę sobie znamię na rękę
wiem co zamiast jeruzalem -
moja przeklęta własność odziedziczona
w księdze na której nie położono pieczęci
w płytkim szepcie kocham nad życie
kłamstwie sprzedanym nad ranem
we wzruszeniu ramion
gdy skarżysz się że garb wciąż rośnie
olubienica dla męża swego?
17.06.09
refleksja niedzielna
w chórku kościelnym
wydzierałam się na chwałę Pana
mocno wierzyłam
w siłę głośnego laudamus
czasami tłusty amorek z sufitu
chichotał i pokazywał jęzor
rozdrapując strup na kolanie
poszturchując rudą Zośkę
wyśpiewywałam
cnoty świętej Tereski
dzielność Stanisława
miłość Franciszka
fałszywie brzmiały nutki
zagryzane kradzionym jabłkiem
wredny amorek z sufitu
pluł w dół pestkami z czereśni
dziś siedzę w ławce dla niemot
nie otwieram znudzonych ust
a ruda Zośka żebrze pod kruchtą
amorek zastygł w grymasie
17.06.08
zawisł młody księżyc
z hukiem zamknęła ślepe oko
drugim zapatrzyła się w pieśni
nie rozumiała ich tańca
otulona ciasnym gniewem
zawyła jak kopnięty pies
z wierzchołków ust opadło słowo
trzasnęło jak sucha gałąź
nie zachwyciła się pełnią księżyca
przegniła kroplą ciszy
weszła w klatkę nowiu
zaczęła wybaczać poetom
otwierać okna
długo spać
17.06.08
nie widziałam wschodu tego mężczyzny
wygięta w granatowy łuk
odtrącona przez światło
słodko naiwna bogini nut
dotknęła śmiechem krańców ziemi
księżyc przywołał niecierpliwe węże
i zaczął je uczyć miłosnego tańca
wiersz zakręcił biodrem w rytm strofy
a wers ostro uderzył po metaforach
to nie jest czas na kolejny sen
na godzinę przed niechcianym świtem
na minutę przed rozchyleniem ud
nie dotykaj oczu wspomnieniem
17.06.08
odejdź
i już zawsze
będę pomiędzy
północą
a
południem
gdy usłyszałam wołanie
zatkałam mocno uszy
17.06.08
kobiecy optymizm
nie martwi mnie to
że czas przędzie
koronki wspomnień
nie uszyję z nich sukni
nie powieszę w oknie
najwyżej
obskubię cierpliwie
perełki czasu
17.06.08
obiecałam ci wiersz
Mogliśmy być jak drzewa. Z ramionami w błękicie
i twardą korą trwać - zielenić się, gdy przyjdą deszcze.
Tak. Było możliwe przyjacielu. Jak słowo rzucone
między dzisiaj i wczoraj - w zapach parku, o którym
nie chcemy pamiętać, bo pogubiliśmy w nim cienie.
Tak. Koronka wersu rzucona między środą i czwartkiem,
zaczepna strofa pachnąca porcelaną - to tylko targ -
bazar wspomnień i opuszczenie ramion. A może
wzruszenie - sieroce i dorośle dziecinne?
Mówisz: Jest jak jest. Odpowiadam kpiną i łykiem piwa.
Łatwo rzucić parę słów i oszukać drżenie palców.
Dobrze. Jeszcze papieros i kropelka potu na czole -
wygodnie, że nie widzisz, dlaczego pobladłam.
Tak. To ja - niedoszła zmarszczka na pościeli -
imię powracające w lepszej stronie ciszy.
06.06.08
podzielmy winę na pół
spokojnie miły
na ziemi nie ma nieśmiertelności
musisz sięgać wyżej -
to co słyszysz nie jest aramejskim
tylko zwykłym bełkotem zagubienia
obronisz się kołysaniem lęków -
zasną bez moich ramion
nie wzywaj boga
on jest czystą miłością
a ja nie umiem już cię kochać
jak każda pierwsza miłość
ty też więdniesz -
cicho i bez zbliżeń
znam się na wojnie i zdradzie -
już czas zamknąć niebiosa
05.06.08
mam stróża
z moich modlitw pleciesz koronę
ozdobę czoła Jedynego
nie zdradzasz swego imienia
i nie chcę go znać -
wiem że haszmal jest jak szkło -
czasami rozbijam głowę
o to czego nie widzę
05.06.08
monolog o trwaniu i radosnej śmierci
Wyjaśnij dzikiej, o co chodzi w trwaniu.
Może rację ma Sikora, że to koronka życia
z prześwitem śmierci.
Ach! Przestań, nie całuj.
Usta mają spieczone znaczenia.
No, tłumacz i nie odganiaj kwiatami much.
Zabezpieczona w ufność będę trwać wiecznie?
To wystarczy, by po prostu nie poczuć thanatos?
Czy z powodu niejasnej wizji pól elizejskich
udawać, że nie ma rzeki wypłukującej otchłań?
Już nigdy nie śmiej się, gdy tańczę na łące,
i krzykiem płoszę skowronki:
- Viva la muerte!
Nie kłam!
Właśnie, że przystaje to wołanie do
wieńca z mleczy na głowie.
Już nigdy nie wyrywaj tamburyna.
Widać jest mi potrzebne.
Tak jak szaleńcowi, który wołał ze śmiechem:
- Jak ginąć to z muzyką!
Z muzyką mój panie!
A co!
11.05.08
odwrót mój panie
Uciekłam w wersy i odwróciłam znaczenie
palców - próbowałeś dotknąć twarzy.
O czym myślałeś, gdy odchodziłam od okna, bo światło
obnaża zmarszczkę na czole - prostą bruzdę,
która walczy ze mną i wygrywa.
Ja - posłuszna datom i rzece. Umknęłam obłokom,
bo kłębią się jak błękit, co wypełza z oczu,
a nie mam czasu na kobaltowe wybryki.
Ja - przeklinająca jabłonie za różowość
i sypanie płatków na głowę. Nie pasują
do pięści i połamanych ust.
Idzie wiosna i przestałeś być potrzebny -
wystarczy świeże powietrze.
30.04.08
wiosną też jej nie zatrzymam
Przychodzą z zamknięciem oczu i stukają w źrenice
jakby to było okno. Niezrażeni ruchem gałek -
trafiają i wiesz - dzisiaj też nie uciekniesz,
rozwloką wczorajsze, a nawet sprzed tygodnia. Po ciemku
składasz fotografie ( jeszcze uśmiech dziecka
i grzywka układa się na czole). Dalej chłopiec rzuca piłkę -
nie spada - nie trzeba szukać w trawie. Trawa z sadu -
zarasta i wieczorem bawi się w sowie szeptanki,
z sadu, o którym zapomniał ojciec, a przemierzał
kosą - kaczeńcom nie przepuścił, bo żółte.
Krzyczysz, a oni w środku - moszczą się wygodnie
tłumacząc, że tym razem na chwilę.
Odwracasz się, wypluwasz pigułkę.
Dni zmieniają drzewa, daty zieleń. Jutro podepczesz
kwiaty, które znoszę. Nie zatrzymam cię.
Co mam przynieść tej wiosny? Co przynieść siostrzyczko?
27.04.08
czerwone wino z cesarią
za parę escudos i szklaneczkę rumu
śpiewam miłość z bosymi stopami
spalona słońcem na skrawku sahelu
przedwcześnie zasłaniam powieki
umiem czekać plamką myśli
pachnieć kieliszkiem grogu
i przypadkową odrobiną cukru
może
nie stanę się pieśnią niczyją
pieśnią słonego oka
jałowej żądzy
19.04.08
do czytelnika?
uwielbiam być na marginesie.
więc piszę o tobie mistrzu
dziwowisku diabła
komplementuję cię w snach
bo na jawie nie wypada
głupio wybrałeś dom złodzieju
co to za łup - same marzenia
19.04.08
herbatka z mari
wydaje ci się córko ewy -
nie oswoiłaś mężczyzny
przestań dziwić się uparcie
że ciasno mu w twoich oczach
złościsz się głupia
a czekasz na drania -
wróci z koszem jabłek
inną ręką zerwanych
też bym wolała
świecę co nie kopci
i zapach własnych perfum
13.04.08
zaglądając do podświadomości ściganego
słowa czasami znaczą tyle
co odzyskanie wzroku i słuchu
teraz powoli z rozmysłem
odwracaj znaczenia
bezczelnie zagwiżdż
hosanna
to nie jest dotyk poezji
raczej parszywa proza
zazwyczaj rodzi się blada
a mdlejąc pod powiekami
wciąż potrzebuje krwi
możesz ją zranić
świeżym wersem i muzyką
tak pulsując nigdy nie chybisz
inne sposoby daremne
spopielą cię niemetaforycznie
a ona odśpiewa deletum
jest zbyt niebezpiecznie
huśtać się na rzęsach kobiety
tropiącej kobiety
która żąda spłaty długu
13.04.08
nad jeziorem
tę noc udusił księżyc
gwiazdy uciekły spłoszone
zbrodni przygrywała muzyka
czy to był Dworzak?
czy tęskna ballada Szopenowska?
noc tchnienie oddała
w srebrnych ramionach
a on
niebieski zbrodniarz
udawał Otella
13.04.08
co mam ci powiedzieć
swój klimat zawdzięczam smutkowi
wiejącemu z północnego wschodu
jego powiew odczuwam nocą
gdy przynosi mi pasemka siwizny
nie włożę już zielonej sukni
i nie rozczeszę włosów
zostawię czas samemu sobie
niech zdycha jak chory kociak
wyjdę z twoich oczu lekko i cicho
jak wiatr elizejski ucałuję źrenice
przecież jestem powietrzem
któremu po prostu się śpieszy
a w ostatnich podmuchach tęsknoty
będą krążyć nasze krzywe uśmiechy
zmęczone czekaniem na wiersze
13.04.08
jak lilith zyskałam skrzydła
zapomniałeś adamie -
to ja byłam przed ewą
więc nie myl mnie z księżycem
rysuj obraz w odwrotną stronę
gdy noc przekłuwam sierpem
nie odganiaj witką z czarnego bzu -
potrafię zajrzeć w naiwną duszę
(jakbyś urodził się tej nocy)
i twardo trzymając rękę
zaprowadzę do dwunastego domu
skóra przybiera różne kolory
w zależności od siły cienia
jednak zawsze zauważysz odcień zieleni
bo drzewem wyrastam w źrenicach
jeśli przywołam słowo boga - zyskam skrzydła
stając na dwóch lwach wezwę siostry sowy
nie upadnę
lecz pierwsza wypiję mrok i światło
od dzisiaj
nie wypowiadaj na głos mojego imienia
bo pętlą zacisnę się wokół szyi
13.04.08
el desing
leczę oczy zalane powieką
okładam rumiankiem
powoli zdrowieją
od wczoraj nie wiem
zakwitnąć czy zabrać się za cerowanie skarpetek
może potrzebujesz błysku igły i zupy
bardziej niż skargi przegniłych wersów
stojących obok łez kokoszy tracącej pisklę
które zamarzyło by wzlecieć orłem
bo za nic ma że orlętom łamie się skrzydła
wygodnie zapomnieć o sile kobiety
wbrew krzyżowi cofnąć policzek
bo nie znaczą go pocałunki lecz smugi
dlaczego więc nad ranem ciecz wypala poduszkę
skoro wiem że potrafię wznieść głowę
prostować kolana
wśliznąć się w dzień
by oszukać i słońce i mrok
i
10.04.08
rozmowa z cieniem
Mówisz:
Zapomnijmy o czasie - stwórzmy początek.
A jeśli wcale nas nie było i nie ma?
Czy jest możliwe, abyśmy zaistnieli
jak drzewo, nasiono i pętla wszechświatów -
w jednej zakrzywionej przestrzeni?
My raczej zamknięci w słowie, w kartce papieru.
Tam kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty.
Pytasz:
Co jest prawdziwe?
Tylko myśl, która tworzy senne obrazy.
16.03.08
piosenka o chorym błękicie
cisza gnijąca w błękicie
szorstkim od bólu grzbietem
czochra się o zdziczałe latarnie
gęstością zadziwia nawet wrony
ach
zatańczyć z krwią w policzku
opaść lekko i niedbale
wprost w twój drżący wiersz
drażniąc się z ogonem zbitego psa
śpiewa lamentację przetrąconej łapy
potrząsa głową starej mulicy
i celnie pluje w oczy łazarza
ach
wyrosnąć ci dalią w ręce
wśliznąć się cicho i zwinnie
wprost w twój poranny wers
na pograniczu słowa z myślą
wyrastają maleńkie skrzydła
bezszelestnie uczepiona pieśni
zawisam jak echo marimante
13.03.08
mały książę wybrał jabłoń
andrzejkowi
w ciszy lepkiej od jesieni
nie słychać krzyku żurawia
wzbił się wysoko w błękit
ostro prując chmury
na ogrody nie spadł nawet szmer
tylko kapiąca sokiem jarzębina
zdziwiła się własną czerwienią
w niedbałym wzruszeniu ramion
łza już nie ma jądra
płyną twarze bez imion
w sadzie niewycałowane dziewczęta
ucichłe lasy z lilijką na piersi
czyste wody i nierozgryzione jabłka
zaspany poranek odciął sznur
na którym zawisł skorupą
niechciany uśmiech
09.03.08
pomiędzy
żyję pomiędzy snami
rozdzielam dzień
na małe cząstki czekania
delikatnie różowym paznokciem
oddzielam wczoraj do dzisiaj
tak długo to trwa
czekanie ma posmak karmelu
zapach zużytych snów
a ja wciąż świętuję jutro
09.03.08
tryptyk
wieczór z barbarą
tutaj krzyk ma kolor pomarańczy
pulsuje miękkością szlafroka
i konfiskatą widelca
słońca odpływają rytmicznie
w ciasne zmrużenie powiek
i trzepot niecierpliwych dłoni
za kratą okna jest porządek
klon sypie złote liście
wróble kłócą się z błękitem
wewnątrz poszarzała calineczka
wydłubuje oczy dumnym różom
pośpiesznie rozgryza nerkę ciszy
tylko spojrzeniem - za ciemnym
tłumaczy niechcianą prawdę
pogaś już gwiazdy
łupina orzecha za ciasna
nie pomieści i sznura i nadziei
czasami płyniemy obie
chyba ci baśka podam rękę
umoszczę się w zapachu szaleju
co z tego że to początek upadku
w końcu nie pierwszy raz
schodzę z tobą pietro niżej
by palcami rozpoznać kolory
mówisz że nie chciałaś być drzewem
ja wręcz przeciwnie
mogłabym rosnąć karłowatą sosną
z rozłożonymi ramionami
głupio stać na straży topieliska
nie masz racji siostrzyczko
byłabym żywa swoją małością
chwytała ciepło i drobne ptactwo
walczyła o istnienie lgnąc do ziemi
baszka
to jest dopiero coś
oczy ma coraz ciemniejsze
recepta na obłęd nie istnieje
to tylko próba roztrzaskania skorupy -
trzeba zanurzyć się w dźwięku
podnosić oktawy tak wysoko
aż zaczną w gardle pękać myśli
moje szaleństwo ma około trzydziestki
wreszcie odnalazło harmonię –
z nadmierną dokładnością gasi światła
rozbija dni na plamy dźwięków
tylko czasami potyka się jąkała
ale to wina niebieskiej pastylki
gdy zgłodnieje w środku nocy
szuka widza wrażliwego na sztukę -
wtedy tworzy spektakl ogromny
na kolanach z zadartą koszulą
rozdzierając strup na policzku
gra swoją rolę jak statysta
być może jutro
zrobi to jeszcze lepiej
31.01.08 |
|