| Leszek Wlazło |
Wysłany: 2020-01-25, 21:04 Temat postu: Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2009 |  |
|
dojrzewanie mandragorą
nadchodzi czas wrzasku i rzucania klątw
dziwostręt zaskoczył ludzką postacią
a może tylko kolejnym zabobonem
prawie uwierzyłam w fatalne skutki
pryśnięcia świeżym sokiem w twarz
- prosto w skaleczony uśmiech
kłamstwo
niewarte sześćdziesięciu florenów
20.12.09
przebarwię wieczór
i z premedytacją sidła ciasno zapętlę
ciebie i mnie – zapomnij o nie rozumiem
jutro ważne tyle co wiara w za późno
więc wikłam sieć siostrzanie pajęczą
już się nie dziw że śnieg gęsto prószy
a zielona altana rośnie schodami -
ograny motyw wędrownych kochanek
(tu fałsz w jądrze oka sięga po omam
by w gładkość ciała i szkła wtopić -
ostrożnie z północą bo bywa zbyt ciasna)
16.12.09
bywa że nocą palę lampę do świtu
przyszedł na czas chociaż zawsze się spóźniał
dziwnie gadatliwy a przecież gardził słowami
bo wolał pogrożenie laską i zmrużenie oczu
brakiem podparcia też zdziwił potomnych -
pamiętali chrome kolano i trzecią nogę
nie umknął też uśmiech niepasujący
do wkraczania w spiralny tunel
mimo że był pierwszy – tym razem czekał
i skinieniem głowy potakiwał kolejnym
jeden za drugim nabierali bieli i głowy
pochylali przed trzeba i nie ma wyjścia
a teraz krok za nimi bo ciężko samej
biadać nad poranionym przez wiatr dachem
i zbierać dachówki po nocnym koszmarze
26.11.09
II.
bywa że nocą palę lampę do świtu
przyszedł na czas chociaż zawsze się spóźniał
dziwnie gadatliwy a przecież gardził słowami
bo wolał pogrożenie zmrużeniem oczu
brakiem podparcia zdziwił potomnych -
pamiętali chrome kolano i bukową laskę
nie umknął też uśmiech niepasujący
do wkraczania w spiralny tunel
mimo że był pierwszy – tym razem czekał
i skinieniem głowy potakiwał kolejnym
jeden za drugim nabierali bieli
głowy pochylali przed trzeba i nie ma wyjścia
a teraz krok za nimi bo ciężko samej
nad poranionym przez wiatr dachem
zbierać łupki po nocnym koszmarze
26.11.09
opadamy
(Markowi)
pomiędzy było a jest palce na twarzach
opuszkami wypisują balast zagubionych
lecz przecież wiesz - jeśli trzeba
idź w mgłę i prześliźnij się sprytnie
jak zaskoczony mrozem gorejący krzew
by spotężnieć nadzieją :
na przekór
na pohybel
mimo wszystko
tylko zapatrz się w dwie pary oczu
dumnie podobnych do ciebie
i jeszcze te moje -
obciążone wyczekiwaniem
24.10.09
dzień dobry - przyszłam na koronację
dwa lata temu w sierpniu zabiłeś świerszcza
trzy minuty szukałeś na niego haka
a potem otwartą dłonią
rozmazałeś między koniczyną a szlag wie czym -
małe ścierwo z podwiniętymi nóżkami
łąka nie zadrżała ohydą – nic z tego
nawet niepylak roześmiał się z ulgą
bo polowałeś i na jego trzepot
maki zapulsowały czerwienią
a z traw na przekór wylęgła się cisza -
taki pełzacz zdziwienia i faktu
wycierając ręce rzuciłeś – powodzenia
w bredzeniu o wyższości miłości nad mierzwą
o celności mowa bo korona z dzwonkiem
to spazm niespójnych przemilczeń
15.10.09
uwierzę w boa i kapelusz
jeśli chcesz pójdę w śnieg -
wezmę twoją kurtkę i nie zmarznę
w zębach przyniosę gazetę
cytrynę przekonam że słodka -
byle zapomnieć o środzie
potem narysuję ci baranka
może będzie chory i stary
ale przyjrzyj się różkom -
na sztorc co ma być to będzie
Kuba buduje nowe słońce
i obiecał że skończy do jutra
14.10.09
wymyślam zakola czasu
bo tak łatwiej astmatyczny dzień
po raz wtóry powtarzać perfekcją ramy -
żony
matki
wrednej kochanki
jestem -
uśmiechem bezmyślnej ewy
a dla równowagi krzykiem spod latarni
świtem który osiadł na budziku
i plamą piersi dopadającą refrenu
jestem -
powtórzoną kroplą na czole
08.10.09
nie proszę o cud
żebrzę porannym zmęczeniem
Panie niech trafi się chwila
że znów leżymy na łące i rozumiemy
dlaczego ziemia
nieco wilgna i twarda
a w górze skołtunione niebo
msza z naszych ramion i trawy
którą okrzyknąłeś zbyt gorzką
niech się zdarzy -
bo spieszyć się trzeba
dzisiaj załamała się pogoda
połoniny pewnie płaczą na siwo
a buki krwawią – im tak trzeba
Panie pozwól wyśnić – że to my
nie zmierzchamy ale wierzymy
w buczynowy płomień
29.09.09
spowiedź natychmiastowa
jak dobrze być i przeminąć
ot tak – przejazdem
nie odpowiadać na wiersze
jutro odetchnie pustką
bo to kłamstwa samotniku -
miłość kupiona za parę strof
chwilowa struga szczęścia -
madonna i dziwka na zatracenie nudy
niby tango w zimnym deszczu
niech cię szlag
a teraz papieros
lampka czerwonego wina
i palce czerwone ze wstydu
29.09.09
kawę pijemy o ósmej
ot prorok się narodził
i wieszczy sobotę po niedzieli
a myśli korzeniem osadza
w bolący od rana czerep
życie na ogół źle się kończy
rzucone niedbale zaraz wracam
nigdy się nie sprawdza
jeśli widzisz prawdę w fusach
to po prostu potrząśnij filiżanką
i co tym razem?
20.09.09
patrzenie na szkołę ateńską
rękę wzniesioną ku górze
niełatwo wyciągnąć do śmiertelnego
diogenes znudzony schodami
opuścił braci mądrości by w słońcu
uparcie szukać człowieka
odprowadził go śmiech heraklita
wygodnie wspartego o skałę
pozbawioną zmienności
pięćdziesięciu siedmiu z sofii
spłynęło pędzlem rafaela
za dużo na ten wieczór
20.09.09
czas ci zrozumieć że
ja już nie świerszczem wariatem -
chociaż na łące rozłożonych ramion
powoli dochodziliśmy do nagłego -
razem
od dawna nie mam włosów zielonych
i serce mi często na przekór arytmią
więc nie mów że jeszcze potrafię
roztańczyć uda przed zmierzchem
bo spakowałam na jesienną drogę
sierpniowe oczy pustej połoniny
12.09.09
W sierpniowe popołudnia łatwiej odchodzić
Póki ziemia nagrzana
i tańczą prądy wstępujące,
próbuję skrzydłem zmierzyć ile w nim słabości,
a ile wiary, że można samotnie w niebo,
i nie zgubić drogi.
Tak po prostu zostawić
ślady stóp na wzgórzu i winę za ciężką,
by obarczać ramiona nienawykłe powietrza,
a potem bez żalu, wierszy, malowanych słów -
rozkochać się w ciszy.
Na skraju bezgłosu i snu
nie będzie kwiatów z cekinów,
zwijania w kulkę mostów, i pieśni o niczym.
Zdziwiona miękkością piór - zakołuję odlotnie.
16.08.09
Pokłon dla POSTscriptum
po co ja libertyn w czerwonych rękawiczkach
na wybiegu zwanym losem
wzorem konika na biegunach
rozdaję wiersze lubieżnie
gdy kalendarze pełne czekania
lirycznie półprzejrzyście
przeterminowana lub
w promocji
umiem być samotnością
jak mapa z legendą
z obrączką w portfelu
przestępując z nogi na nogę
pomiędzy nisko czy wysoko
wiesz co mam na myśli
gdzieś na linii horyzontu
numer na karteczce
niepoetyczne niegramatyczne nic
fortel dotknięcie galimatias -
taki obrazek bez adresu
13.08.09
połonina pienińska
po linii dźwięku i plamce słońca
poszłam za tobą jak zwinka
w zdziwione fioletem oczy
wdarłam się skrzydełkami cykad
tylko drzewiasta madonna
błogosławiła zmartwychwstanie
06.08.09
ty taki udany poeta
skaczesz po koronkach słów i szczyglisz wersami
a to jesień po lesie albo wiosna w rosie
bywa - dorzucisz o miłości bo ładnie tak
wspomnieć tę co w czekaniu cierpliwie się ćwiczy
czasem wiersz bądź darowanie sobie samemu
falowania jej marzeń i kwiatów w sukience
co z tego że piąstki bieleją i rodzą bunt
uciszysz – pyłem obietnic w zmęczone oczy
jeszcze raz uwierzy że chabry kwitną zimą
a arytmia nad ranem to chwilowy omam
29.06.09
Mówisz, że jestem spóźniona
Tak, to zobaczysz. Nieważne czy o zmroku,
czy w pełni południa. Wejdę niedzisiejsza
i poproszę o herbatę ( tę zieloną ).
Jeszcze pamiętam, że cukier szkodzi listkom.
Wbrew odległości i krążeniu po cieniach
jak lato w czerwcu zjawię się nagle, by znów
w oczach, dłoniach, i cichym być może kiedyś,
oszukać zegar posiwiały od czekania.
Kiedyś to taki bezpieczny wyraz.
23.06.09
do ajsa
napisałeś o duszy drzew
a palce zastygły nad bielą
wstrzymana wiotką brzozą
szeptem składam modlitwę
o koronę płodną gniazdem
22.06.09
kalectwo słowa
od wczoraj nie boli a odkrycie braku
zamiast zdziwić otula spokojem
radzisz jaguarem przyczaić się i czekać
na nagły skurcz mięśni
i skok
wbrew rosnącym dziko pazurom
zawieram układ z ciszą i mgłą -
już jutro posadzę siebie na nowo
drzewem w matczynym ogrodzie
19.06.09
pod wpływem
(bez kursywy - chociaż sama się pcha)
nie można mnie kochać bezkarnie
złudzenia sądzę według siebie -
diametralnie zmieniam znaczenia
nie dostrzegam dosłowności
nie widzę poezji
w hołdzie prowokacji
tańczę na suficie
18.06.09
piszę do ciebie
chociaż mam dość przyklejania słów
do kartki co strzeże rozsądku
z uśmiechem błazna
na celulozie kreślę nerwowość palców
lub bredzę o akacji więdnącej w upale
bywa też narzekanie na wronie gniazdo
hałaśliwe o świcie
w ślepej pewności że warto
rzucam absurd niedopowiedzenia
z nadzieją iż pojmiesz dlaczego szemrzę
zamiast wybrzmieć pogardę dla ciszy
i zaciąć czekanie pazurem
czekanie na rozkojarzenie chłopca
zagubionego w adamie
27.05.09
rano otworzą się okiennice
w kieszeni srebro i czosnek
w oczach słoneczny blask -
spróbuj się zbliżyć
25.04.09
zakołysz bezsenność
Dotknij zielenią, wierzbowym wierszem.
Póki jestem - dotknij. Nie bój się dewotów.
Tak delikatnie palcami - nie przestawaj,
a pokłonię się ciepłem nieprzespanej nocy.
Nie nam się bać łamania rytmem zegara.
14.04.09
świątkara prowincjonalna
ciemnieję trzema twarzami księżyca
poróżniona światłem w ciemności
na przekór krzywym dniom – tańczę
dojrzała owocem kiepskiego nasienia
trochę naiwnie i przezornie na zapas
maluję niebo z widokiem na starość
i jeszcze raz dookoła
21.03.09
a co mi tam -
zmieniam się w owoc i o nic nie pytam
pulsując sokiem obok ciebie – z dłoni
czynię kołyskę co zaśpi zmęczenie
nie przemijam bo nocą rodzę wiosny -
powrotem do raju więdnie kalendarz
i pamiętam tylko o falach przypływu
nie lękaj się moje kochanie
nie lękaj
graj
21.03.09
w bocznej nawie smutku
jestem z powrotem bo zapisałeś mnie
obietnicą że będę zanim szrony spłyną
niezaproszona
wracam w oczy zdziwione pragnieniem
rozkojarzony jak złota kula poranna
jak trawa senna zielenią w środku marca
odwieszasz skrzydła
21.03.09
zaraz sobie pójdę
nie jestem - jak ty godzinami udaję
że moja obecność zmienia i znaczy
cokolwiek
jutro oswoję burkliwość szlafroków
i opowiem ci o słońcu nad brzozami
ale dzisiaj tylko lampa obok łóżka
teraz wiem - znowu zapomniałam
owinąć światłem garść czekoladek
14.03.09
refleksja czwartkowa
w świat tkany mozolnie
z koronek i wersów
wdziera się jazgot kundla
szybki kopniak prosto
w zaśliniony pysk
i zapominam o łzach
26.02.09
wspomnienie niedokończone
napiszę o matce i topieniu wieczorów w muzyce
o szarlotce zjadanej na szybko brudnymi paluchami
zanim kran zaśpiewał wodą i uprzedził ciepły smak
jabłczany na kruchym spodzie pełnym chrupania
to ma być wiersz o rozdygotanym kożuchu na kakao
rozpisany roztańczonymi warkoczykami dziecka
które zasypia pod fortepianem i jak psiak na szybie
kiwa miarowo głową marząc o czystych dźwiękach
napiszę o matce i rękach za małych na nuty
o złości nóżek w białych skarpetkach i bąblu na palcu
po spotkaniu ze świstem linijki i kiksem w tej frazie
co tylko we śnie potrafi dogadać się z klawiszami
to ma być wiersz o południu w słonecznym znikaniu
łapaniu motyli i cieni w oczach małej tęsknicy
która miała zawrzeć pakt z lakierowanym pudłem
a tylko fałszywie skrzeczała jak sroka na sercu
26.02.09
a miałeś być
chcesz to zaśnij nawet na prawym skrzydle
najwyżej rozbolą cię lotki i będziesz marudny
szelest piór jestem w stanie znieść spokojnie
wytrzymam też udawanie świerszcza i stróża
tylko rozwiąż problem znikania nad ranem
22.02.09
jeśli mnie słyszysz
nie pozwól szukać po chmurach
po zwiędłych wiosnach i jesieniach
co złote być miały a opadły suszem
nie pozwól rozpleść gotyku dłoni
złożonych do błagań o klejnot
rzuć czasami szczery okruch -
mały obłoczek z niebieskiego stołu
który karmi motyle pana
tylko parę słów skrzypiących piórem -
nie muszą być szumiącym skrzydłem
21.01.09
jako czytelniczka wierna
mogę ci wiele napleść o strofach
i o znikaniu gdy wierszem dotykasz
o tykaniu zegarów też mogę nakłamać
bo nie boję się wahania ani smaku
metafor rozgryzanych śmiechem
mogę ciszą włamać się w twoje
wersy i nocne roztańczyć jezioro
jak zjawa utkana z ironii słowa
18.01.09
Noc na policzku
Tu chłopiec zrywa truskawki, a ty się uśmiechasz.
A tutaj my sami - jeszcze nie walczymy.
Ufnie patrzysz przed siebie. Ja niezdarnie
ręką osłaniam oczy przed słońcem.
Rozgrzani czerwcem, wtapiamy się w zieleń.
Twarze wciąż jasne, a chciwi przyszłego -
wierzymy w kolejne skrzydła.
Tu chłopiec marszczy czoło, a ty w starym swetrze
naprawiasz lampę, którą dostałeś od matki.
Palcami można dotknąć ciszy, stołu i milczenia -
wtopionego między wczoraj, i teraz.
Szukam nas rozwianych ptakami w przestrzeni.
Szukam uderzając w brzegi.
II.
Noc na policzku
Tu chłopiec zrywa truskawki, a ty się uśmiechasz.
A tutaj sami - jeszcze nie walczymy.
Ufnie patrzysz przed siebie. Ja niezdarnie
ręką osłaniam oczy przed słońcem.
Rozgrzani czerwcem, wtapiamy się w zieleń.
Twarze wciąż jasne, chciwe przyszłego -
wierzą w kolejne skrzydła.
Tu chłopiec marszczy czoło, a ty w starym swetrze
naprawiasz lampę, którą dostałeś od matki.
Palcami można dotknąć ciszy, stołu i milczenia -
wtopionego między wczoraj, a teraz.
Szukam nas rozwianych ptakami w przestrzeni.
Szukam uderzając w brzeg.
04.01.09 |
|