Wysłany: 2007-12-17, 01:11 Jeszcze kiedyś ci powiem
Te oczy.Tylko one miały na dnie dawny błysk i może właśnie ten błękitny ogień powstrzymał mnie w miejscu. Mówiłeś coś, ale rozmywałeś się w bezkształtną masę, która poruszała ustami. Nerwowym ruchem ręki poprawiałeś krawat, kanty nienagannie wyprasowanych spodni.
O czym właściwie mówiłeś? O kolejnych wygranych sprawach, o tym, że piętnaście lat za zabójstwo ojca to za dużo i będziesz składał apelację. Kto zabił ojca? Dlaczego dostał tylko piętnaście lat? Tłukł pałką, bo nie dostał pieniędzy? Pytałeś skąd moje zdziwienie. Takich spraw jest tysiące. Weźmy na przykład casus sprzed roku.
Odpłynąłeś. Smak ostatniej kropelki koniaku sprawił, że organizm zażądał solidnej, następnej porcji. Jeszcze papieros. Koniecznie poczuć zabójczy dym w płucach, które według ostatniego prześwietlenia bronią się przed nałogiem -dzielnie i uparcie.
Nieźle smakuje kawa przepijana koniakiem i przestaje drażnić chichot niskiej kobiety, która paznokciami mogłaby wydrapać źrenice każdemu, kto byłby tak nierozważny, by się jej narazić.
O czym właściwie mówiłeś? O oczach, że zdziwione, o włosach, co ciągle takie... Jeszcze o tym, że twoja żona bardzo do mnie podobna? Podobna? Jak bardzo podobna. Ona do mnie? Ja do niej? Cholera! Dlaczego podobna?
Kawiarnia i spotkanie. Nagroda za głupotę odgrzewania minionego. Niepotrzebny zgrzyt w pamiętaniu i pieszczeniu obrazów, które otaczały mnie przez lata. Pomieszanie znaczeń, zmysłów, prawd i sennych okruchów. Tacy jesteśmy? Tacy odpowiedzialni, pełni rozsądku i pielęgnowanego mieszczaństwa. Jacy jesteśmy?
Pamiętasz duszny zapach Piastowskiej? Smród dymu, rozlanego piwa, skwierczących na stołach resztek świeczek. W gwarze piwnej knajpy rodziły się przyszłe, wielkie czyny, obficie podlewane entuzjazmem i kuflem Piasta. Krzyczałeś z włosami przylepionymi do czoła:
- Nie wyjeżdżaj znowu z poetami! Martwi są padalce! Martwi i gniją! Co mi tutaj bursujesz, albo innym połamańcem się zasłaniasz?! Ich już nie ma! Ty mów do mnie madonno pszeniczna swoimi słowami! O kochaniu, albo o nienawiści, ale zadbaj, by usta w końcu mówiły o sobie!
Idąc do smrodliwego kibelka kończyłeś pijaną orację o kobietach, które myślą, że poezja to żywa materia, a znajomość Sokratesów, Platonów i innych starogreckich wykopalisk myślowych, zapewni w życiu sukces. Wyciągnąłeś z cuchnącego miejsca dziadka pilnującego tego przybytku i zacząłeś udowadniać, że to on jest poezją. Poezją i Sokratesem, skoro jeszcze nie zwariował pilnując zaszczanego interesu. Za lekcję poglądową dostał resztki twojego stypendium. Sokrates i żywa poezja odwdzięczył ci się ,,Kapitańskim tangiem”, fałszywie odegranym na akordeonie. Rzempolenie okrasił pożółkłym uśmiechem starego cwaniaka. Dałeś mu chyba za mało pogardzanej przez siebie mamony, bo przy próbie odśpiewania pieśni o małym rycerzu, po prostu rąbnął cię w kark żylastą pięścią. Po tym ciosie przyszła sława polskiej palestry przytuliła się do brudnej podłogi i zalały się oczy niebieskie żalem i poniżeniem.
-Patrz Eli, patrz – mruczałeś zbierając sponiewierane ciało- patrz jak to przywalić potrafi. Idź mu powiedz. Powiedz, że gówno z niego nie Sokrates, i że dziad jeden, a nie żywa poezja.
Tego dnia, mimo pijackiego szumu w głowie, na który nie pomógł ani spacer nad Odrą, ani godzina półsnu na ławce, napisałeś swój pierwszy i ostatni wiersz. Rzuciłeś mi kartkę papieru, jakby była odpryskiem ciebie samego. Z jadowitą radością wycedziłeś przez zęby:
- Masz zjawo przemądrzała, masz maro wojaczkowska, stachuriado jasnowłosa.
Teraz widzisz, że i ten z kibla, i ja - to czysta poezja. Wiersz masz i przestań już myśleć o tym dupku, co za tobą się ciąga, bo pędzle będziesz z głodu obgryzać, i na Krakowskiej z jego bohomazami wystawać.
O czym właściwie mówiłeś pakując wypasiony tyłek do mercedesa?
O tym, że długa droga przed tobą i jutro tyle spraw, telefonów, rozmów. Oczami wpychałam cię do auta. Żywą prawie myślą przekręcałam kluczyk w stacyjce, przedwcześnie podnosiłam rękę w geście pożegnania. Jeszcze ci kiedyś powiem, że jedyny wiersz jaki napisałeś w swym życiu, też nie był dla mnie.
-Patrz Eli, patrz – mruczałam do siebie idąc w stronę Placu Dominikańskiego - jak to życie przywalić potrafi.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
"... O czym właściwie mówiłeś pakując wypasiony tyłek do tego swojego mercedesa..." -cudne
dobrze, że nie mam wypasionego tyłka ani też wypasionego mercedesa
ale sytuacja ? może ? ale
też mi sie nie przytrafi (chyba) - bo to ja jestem "stachuropodobny"
"poeta życia" na manowcach - tyle, że nie cudnych!
dzięki Ci el za ten piękny tekst - trochę przypomnień - wprawdzie nieco odwrotnych - ale jednak!
No ja tez bez mercedesa i dużego tyłka (chwała Panu i genom przodków)...
A to spotkanie męczyło mnie jak grypsko. Dopiero przelane na papier zaczęło mnie śmieszyc i zdjęło garb przeszłości... Właściwie to dobrze, że na nie polazłam lekarstwo na złudzenia...
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Bardzo interesujące opowiadanie. Uwierzyłem! Uwierzyłem w przedstawione postacie, jakby z życia wyjęte, sytuacje, opisane tak realistycznie... Po tak krótkim opowiadaniu dość dokładnie mogę wyobrazić sobie nie tylko bohaterów, ale też ich charaktery, uczucia! Sam nie piszę prozy (ani prozy poetyckiej), ale czytając, wiem, że nie jest to proste. Nie dość, że Tobie się udało, to jeszcze z jaką lekkością pióra! Jestem pod dużym wrażeniem.
Dzięki Marcinie... Ważne dla mnie to, co napisałeś... Kiedyś ktoś mi powiedział: "Kurde, ale zakręciłaś w tym wierszu. Nic a nic nie rozumiem i nie wierzę, że pisane z potrzeby, tylko raczej z dbałości, aby ładne słowa ładnie poustawiać. Jak mam wierzyć, że to żyje?" Od tamtej rozmowy pamiętam o jednym - zadbać o puls wiersza, a nie jego śliczne szatki.
Piszesz, że uwierzyłeś i to mi mi wystarczy, by się ucieszyć.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Wysłany: 2008-05-24, 06:35 Re: Jeszcze kiedyś ci powiem...
el napisał/a:
-Patrz Eli, patrz... – mruczałam do siebie idąc w stronę Placu Dominikańskiego - jak to życie przywalić potrafi...
Oj tak, potrafi, potrafi, czasem tak, że nijak się pozbierać...
El, tak się rozglądałam po działach i zajrzawszy do mojej ulubionej hybrydy gatunkowej znalazłam - na końcu, albo na początku, jak kto woli - Twoje opowiadanie. Nie wiem, czemu umieściłaś je w prozie poetyckiej, czy dlatego że wspominasz Stachurę, Wojaczka, Bursę, że tyle o poezji i poetach i poetyzowaniu? Tak naprawdę to nie jest istotne, nomenklatura i tyle.
Psychologia bohaterów opowiadania jest doskonała. W krótkim tekście zamknęłaś bardzo dużo. Tyle prawdy, tyle smaków, odczuć i uczuć.
Będę długo mieć przed oczyma "wypasiony tyłek przyszłości palestry" wsiadający do mercedesa, i "stachuriadę jasnowłosą", jak
Cytat:
żywą prawie myślą przekręcała(m) kluczyk w stacyjce.
Wiesz, zgadzam się z tym, co napisałaś tutaj w swoim ostatnim komentarzu, najważniejsze, by zadbać o puls, czy to wiersza, czy opowiadania, najważniejsze żeby żyło.
Dziękuję pięknie za późnowieczorną ucztę.
serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Bardzo żywe , prawdziwe, z dystansem do siebie i rzeczywistości,która różowa nie jest.
Takie przelanie uczuć na papier oczyszcza duszę ze złych emocji,jest ożywcze.
serdecznie pozdrawiam