Rozłożyłam na podłodze kocyk. O klimat też zadbałam. Choinka jest zameldowana w pokoju aż do kwietnia, to znaczy: dotąd, aż praktycznie wyłysieje z igieł (to taka moja tradycja). Niech jedne święta się kończą, a drugie zaczynają - żyj właśnie w ten sposób, a małe rzeczy nie będą takie małe, a wręcz staną się dużo większe.
Tak więc, odpowiedni nastrój zapewni bożonarodzeniowe drzewko - swoimi kolorowymi lampkami urokliwie oświetli pomieszczenie.
Włączyłam cichutką jazzową muzykę; jakże leniwie i przyjemne sączyła się z głośników…
Ale wciąż mi tu czegoś brakowało. No tak! Potrzebowałam zapalić świece. Udało się znaleźć takie o zapachu cytrusów.
Teraz już nic nie stało na drodze.
Wyprostowana, usiadłam po turecku. Starałam skupić się na tu i teraz, swobodnie oddychać…
- Egzorcyzmów to ty mi tu nie odprawiaj – nagle usłyszałam znajomy, drwiący głos. Niestety nie w mojej głowie; jego właściciel właśnie wściubił nos w drzwi. – I ta choinka, a raczej jej szkielet, który tu straszy…
- Medytuję – odparłam, zlekceważywszy uszczypliwości. – Potrzeba mi jakoś zrelaksować się po pracy w firmie. – Możesz przynieść swój koc i także spróbować tej praktyki.
- Może kiedy indziej. Czyli ty już czujesz się zmęczona? To aż strach pomyśleć, co będzie później.
- Jeśli nie potrafisz choć przez chwilę usiąść w spokoju i pomedytować, to oznacza, że nie umiesz pobyć sam ze sobą. Od razu musisz w coś uciec. W pracę, w czytanie, w grę, w telewizję…
- Do czego to doszło? Żeby mnie zarozumiała gówniara życia uczyła – rzekł teatralnie. – Naoglądałaś się tych new-ageowych bredni.
- Jeśli mówisz coś o mnie, to tak naprawdę mówisz to o samym sobie – stwierdziłam. – Kupiłam ci prezent na walentynki.
- Aż strach zapytać – odparł, próbując ukryć, że go to zainteresowało.
- No to nie pytaj – powiedziałam i zamilkłam, wczuwając się w kolorowo pobłyskującą choinkę i świeczki zapachowe.
- Co mi kupiłaś? – odezwał się po dłuższej chwili.
- Chałwę pistacjową, jest w szafce w kuchni - powiedziałam.
- No dobrze, spróbuję czy dobra – rzekł i odmeldował się.
Chyba pomogło. Zdaje się, że słodycz, na pewien czas, zatkała usta tego czepialskiego człowieka.
Gdy skończyłam moje „new-ageowe bzdury”, przyszłam do kuchni.
Siedział przy szachach. Zawsze wyglądał dość zabawnie, grając sam ze sobą, ale teraz to już uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Niemal całe pudełko po chałwie było puste, został tylko niewielki kawałeczek.
- Widzę, że niejadkowi zasmakowało – stwierdziłam.
- Dobra, naprawdę dobra, dziękuję – odparł, na chwilę odrywając wzrok od planszy. – Zostawiłem ci trochę, ale sporo silnej woli mnie to kosztowało – rzekł, a przez jego twarz, co prawda na ułamek sekundy, ale jednak, przemknął jakże rzadko goszczący tam, uśmiech.
- Spokojnie, mam jeszcze drugie pudełko, ale na wszelki wypadek je schowałam – stwierdziłam, szczerze rozbawiona.
W całości bardzo fajne opowiadanie, z życia wzięte. Jeżeli chodzi o choinkę to też mam trudności z decyzją rozebrania jej. W zasadzie Ty nie masz trudności i zdecydowałaś, do następnych świąt, które mają się zazębiać.
wiele rzeczy można tu wyczytać i dość ciekawe stwierdzenia:
PoparzonaKawą napisał/a:
Jeśli nie potrafisz choć przez chwilę usiąść w spokoju i pomedytować, to oznacza, że nie umiesz pobyć sam ze sobą. Od razu musisz w coś uciec. W pracę, w czytanie, w grę, w telewizję…
PoparzonaKawą napisał/a:
Jeśli mówisz coś o mnie, to tak naprawdę mówisz to o samym sobie