Jak już wspominałam w opisie "Marsjanina", wypełniają go głównie monologi, jednak sporo jest też scen pozbawionych słów. Toteż muzyka nie jest tłem, ale pełni tu rolę równorzędną z grą aktorską. Trudne zadanie... Jego realizację powierzono Brytyjczykowi, Harry'emu Gregsonowi-Williamsowi. Temu samemu, którego pokochałam za ścieżkę dźwiękową do "Spy Game" ("Zawód: Szpieg") Tonyego Scotta (notabene: brata Ridleya). Spisał się moim zdaniem doskonale! Muzyka świetnie buduje napięcie, opisuje marsjański świat i przeżycia bohatera. Jest piękna, monumentalna, subtelna. Bez wątpienia: warta powrotów!
"Marsjanin" jest chyba, co trzeba podkreślić, najlepszym mariażem elektroniki i orkiestry w twórczości kompozytora. Film, który łączy kameralny dramat z prawie wręcz naukowym thrillerem o przeżyciu, można podzielić na dwa światy i oba elementy brzmienia go reprezentują. Z jednej strony mamy orkiestrę, opartą w dużej mierze na smyczkach i waltorniach, które reprezentują ludzki dramat pozostawionego samemu sobie Marka Watneya. Z drugiej zaś bohater i wszyscy, którzy próbują go wydostać z Marsa, są naukowcami. Ten naukowy aspekt filmu ilustrowany jest przez elektronikę. źródło: http://www.filmmusic.pl/i...t=recki&id=1999