mój pełny talerz i spokojne łóżko
łączą się przetoką z brzuchami
afrykańskich kobiet
jałowymi rozprutymi
przez fallusy partyzantów
sufit mojej sypialni pomalowano
doskonale przylegającą farbą i cienie dzieci
z karabinami nie zakłócają snu
nie słychać śmiechu jęków
ani ciosów maczety
czarna skóra sponiewierana
setkami palców żądnych rozkoszy
staje się przezroczysta
widać przez nią słońce i niebo
skutecznie je odpycham na leżaku
kremem z filtrem UV
Idzie sobie taki jeden
Szukając punktu odniesienia.
Brak środków.
Goni wiatr, jakby wierzył
Że kiedyś złapie go za kurtkę.
Marzenia to skórka po bananie
Przyjaciel taki który potwierdzi
Rodzina na wystawie rozłożona
Za matową szybą.
Samotnie idąc przez życie
Maluje obraz swej duszy
Na walącym się budynku.
Układa całość z chwil
Szuka wytchnienia nie tam gdzie trzeba
Zamiata tylko środek pokoju
Resztę wpycha pod dywan
Zapomina o zamkniętym oknie
I zapalonej świeczce
Buduje i niszczy
Niszczy i buduje.
Nie chce pamiętać
Ma dużo do powiedzenia
Ale nie chce o tym rozmawiać.
Czasem znajdzie kamień
Ale omija go I biegnie dalej
Chowając skrawki dni do kieszeni.
między miłością a nienawiścią
gdy pierwsza puka w zamknięte okno
cienka firanka
pomiędzy snami co się nie wyśnią
a tym co niesie z sobą samotność
w pustych krużgankach
na wątłej linie zawisa tęcza
i milcząc pręży kolejne grzbiety
całkiem bez barwy
za kruchą ścianą labirynt wnętrza
lecz bez gwarancji żadnej niestety
że skrywa skarby
krzyczymy w pustkę - skrwawione wargi
kalectwo pragnień noszą w kącikach
zgaszonych żalem
Bóg nie wysłucha już żadnej skargi
właściwie o nic Go już nie pytam
- nie wiem co dalej
dni jak w różańcu obłość korali
kanciastość myśli i studnię duszy
ciągną przez palce
horyzont nosi sny po oddali
i wiatr wywleka smutki za uszy
spięte kagańcem
krok jest nierówny jak dwa oddechy
zwłaszcza gdy jeden wraca jak echo
od pustej ściany
życie w wirażu zna silny przechył
lecz czy wytrzymasz gdy brzeg daleko
a w sercu kamyk?