Wysłany: 2009-11-13, 00:19 O B. i o N., ... część II
część II
- Czy jest tu gdzie iść wieczorem? – zapytała Daisy Q.
- Wieczorem? You mean, something like night life? – odpowiedziałam pytaniem.
- Tak, jakieś bary, kluby, miejsca do tańca? You know, places to go, hang out.
- Wiesz, nie mam pojęcia, też jestem tu nowa. Poza tym nie lubię, właściwie nigdy nie lubiłam nocnego życia. Może zapytaj kogoś innego? – odparłam, uznając temat za zakończony.
Siedziałyśmy na podłodze w moim pierwszym domu, przypatrując się rozłożonej mapie nowych dla nas, przytulonych do siebie miast B. i N. i śledząc ich wspólną granicę wyraźnie zaznaczoną kolorem i wytyczoną na przemian: cienkimi kreskami ulic, szerszymi wstążkami alej, domami, placami lub przestrzenią parków. Patrząc na tę linię miałam wrażenie, że miasta podzielono nielogicznie. Niedługo później dowiedziałam się, że nigdy ich nie dzielono. Tak naprawdę, od początku swojego istnienia rosły od centralnego punktu, jakim jest uniwersytet, wcześniej Normal School for Teachers, i od tego punktu ich plany rozwijały się w różne strony, częstokroć dzieląc się historią rozmaitych wydarzeń.
Wciąż, nie rozumiem, czemu B. i N. nie połączą się w jeden organizm, co stoi na przeszkodzie, by związać je wspólnym imieniem, samorządem, społecznym kufrem, budżetem na szkoły, parki, policję? Być może przyczyną jest zdrowy wpływ konkurencji na lenistwo i zobojętnienie mieszkańców B. i N.?
Dobrych kilka lat później, gdy nasze dzieci już były na studiach, a Daisy Q. stała się sławna w mieście, jako żona doskonałego dermatologa i matka dwóch dobrze grających w szachy synów, spotkałam ją w restauracji w downtown B. Prawie się nie zmieniła, wyglądała młodo, bez śladu zmarszczek – co jej pomaga? botox, facelift? mąż dermatolog? seks? nocne życie? - lekko opalona, niezmiennie filigranowa, opierała się na ramieniu swego męża, którego twarz znałam ze zdjęć i reklam w miejscowej gazecie i telewizji.
- Night-life – przypomniałam sobie naszą rozmowę, i poczułam się jak przyłapana na gorącym uczynku, uczestniczka nocnych hulanek. Uśmiechnęłam się do Daisy, pomachałam ręką.
- Hello Daisy!
- Hello! – jej oczy mówiły: „A jednak! Ty też! No widzisz! How nice! Gotcha”
Przez hałas w restauracji krzyknęłam do mojego męża, że to Daisy i że się w ogóle nie zmienia.
Obydwie brałyśmy udział w letnim, nocnym bar hopping – które w B., żeby się wyróżnić, nazwano pub crawl.
- 18 bars, 40 bands, one night! -
I to wszystko w naszym niedużym downtown B. Daisy znalazła się tu prawdopodobnie świadomie, z wyboru, ja natomiast niechętnie. Po prostu nie miałam wyjścia, ponieważ za kilka godzin ktoś przecież musiał dowieźć do domu moje, podchmielone i półgłuche od decybeli, towarzystwo. Muzyka w barach w ten wieczór jest tak głośna, że nie ma mowy o normalnej rozmowie. Ja, nie akceptując do końca swojego udziału w tej dziwnej zabawie, czułam jednak, że byłam osobą ważną i myślę, że jedną z nielicznych trzeźwo patrzących na otoczenie. Ważny, nudny i znudzony „designated driver”. Ale, ktoś to musi robić.
Na kogo wypadnie, na tego bęc.
Samo bar-hopping, czy w lokalnym 'lingo'pub crawl, to marzenie nastolatków, rzeczywistość twenty-something i moja zmora. Rodzaj zabawy w poszukiwanie bliżej niesprecyzowanych skarbów, szukanie innych szukających. Ciągle ruchome, nieuchwytne marzenie o spotkaniu tego kogoś, czegoś? kogo? czego?
Od baru do baru, od restauracji do restauracji. Hop, hop, koniki polne, świerszcze, żabki, króliki, misie, inne skoczki i pełzaczki, kic, kic w stadkach, plastikowe kubki z piwem w łapkach, otumanione alkoholem, upałem, muzyką. Pół-nagie dziewczyny, dziewczyny udające kobiety, kobiety udające dziewczyny, grupami, samotnie, chłopcy, mężczyźni, cekiny, klapki, obcasy, polo, dżinsy, koszulki, które odkrywają wszystkie tajemnice. Jak ćmy na bezgłośnych skrzydłach, lecące całymi chmarami do światła, ciepła. Wabione magią hałaśliwej, pijanej nocy księżycowe motyle, a ich skrzydła furkoczą, szumią, drgają muzyką i blaskiem. W poszukiwaniu? kogo? czego?
I do tego ten przeklęty upał, lepiący się do ciała jak mokry muślin, w bachanalia podpisujący coroczną listę obecności, jakby przypominał sobie na czas o adresie w terminarzu: mam być w... i ma być gorąco.
Gdy, po kilku drinkach, patrzy się na ulice downtown B., które jak na tę część stanu są niezwykle strome, to wydają się one piąć pod większym niż normalnie kątem. I wszystkie prowadzą do nieba, granatowego dachu z poczwórną twarzą zegara, pilnującego wszystkich stron świata i jakby tego było mało, uwieńczonego dzwonem na wieży powiatowego sądu. Czasem te ulice zaczynają się wspinać tak stromo, że żeby je pokonać trzeba zdjąć buty. Wysokie obcasy, w których niewygodnie spacerować do nieba. Ćmy zdejmują wysokie szpilki...
Ulice z pomyloną perspektywą jak z rycin M.C. Eschera.
- W przyszłym roku, jeśli będzie przyszły rok, założę coś sportowego – mówię do Basi, która po kilku mini-kubkach piwa coś sobie podśpiewuje i, żeby się nie potknąć, wyjątkowo, jak na nią, czule trzyma za rękę swojego męża.
- Night-life – powtarzam sobie. Kilka łyków z oprocentowaniem, upał, muzyka, której natężenie wprawia w drżenie szyby okien mieszkań na wyższych kondygnacjach. Każdy bar, pub, każda „dziurka”, restauracja dźwięczy, z każdego pomieszczenia wyrywa się: jazz, blues, rock, hip-hop, alternative, easy, regae, jakieś country i wszystko to plącze się nad nami w nieujarzmioną symfonię, uliczną kakofonię. Tej nocy każdy bar ma ambicję, żeby było jeszcze głośniej, głośniej i inaczej niż w poprzednim roku, żeby dźwiękiem wessać i zahipnotyzować jak największy tłum.
Nagrzanymi w ciągu dnia ulicami przejeżdżają kabriolety, w których wyłącznie kierowcy wyglądają na pochodzących z tej ziemi. Głośniki na full, włosy rozwiane, plecy nagie, uśmiechy bardzo, bardzo prawdziwe.
- What a blast! I tell ya, that’s f... life!
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Elu, powiem krótko: To bardzo piękna proza. Refleksyjna i intelektualna, plastyczna i żywa, tak udatnie nasączona prawdą artystyczną i tą wziętą wprost z życia.
A to w dużym stopniu poetyckie opisywanie miast B. i N., choć na Twój własny sposób, absolutnie oryginalny, to przywodzi mi na myśl Niewidzialne miasta Italo Calvino.
Elu, powiem krótko: To bardzo piękna proza. Refleksyjna i intelektualna, plastyczna i żywa, tak udatnie nasączona prawdą artystyczną i tą wziętą wprost z życia.
A to w dużym stopniu poetyckie opisywanie miast B. i N., choć na Twój własny sposób, absolutnie oryginalny, to przywodzi mi na myśl Niewidzialne miasta Italo Calvino.
Czekamy Elu na dalszy ciąg...
Waldku dziękuję za komentarz.
Gdzie mi do pana IC?
Moje opowiadanie jest dość długie, dlatego wklejam je w częściach, bo wiem, że czasem łatwiej znaleźć czas na dwie strony, niż dziesięć
Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa.
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Miło mi, i ja dziękuję. Zdążyłem zauważyć, że na portalu jest dużo więcej Twoich tekstów. Z przyjemnością zajrzę do nich jak tylko złapię trochę więcej wolnego czasu. Doskonale wiesz, że proza to nie poezja i nie da się tego połknąć na jeden raz.
Waldku
zapraszam w wolnych chwilach.
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
druga odsłona za mną
wprowadzasz w świat osobowości w taki sposób,
że czuję się jak wśród nowych znajomych,
których właśnie poznałam przy kilku mini - kubkach...
druga odsłona za mną
wprowadzasz w świat osobowości w taki sposób,
że czuję się jak wśród nowych znajomych,
których właśnie poznałam przy kilku mini - kubkach...
cdn
Dziękuję Dafne
Kubki, które mam na myśli są naprawdę mini Nie przeszkadza to jednak w budowaniu nastroju i nawiązywaniu nowych znajomości
Czekam na Twój cdn serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Lubię twoje opowiadania Elżuniu, choć rzadko zaglądam w prozę , najczęściej brak mi albo czasu albo sił żeby się skupić przy czytaniu
Li cieszę się zawsze z Twoich - i w ogóle każdych - odwiedzin.
Myślę, że na portalu głównie poetyckim, proza może być właśnie odpoczynkiem i odskocznią od poezji, która często jest bardziej skomplikowana.
Zapraszam więc w ramach relaksu i niemyślenia. Co nie oznacza, że uwagi nie są mile widziane serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E