Wysłany: 2009-11-14, 23:26 O B. i o N. ... część III
część III
Na chodnikach barowego dystryktu policjanci mieszają się z tłumem. Z dłońmi nonszalancko opartymi na szerokich czarnych pasach, udają, że patrzą i widzą. A może rzeczywiście coś widzą? Spora ich grupka zatrzymuje się przy „Daddio’s”, gdzie zdesperowani wielbiciele hip-hopu próbują „fenetrować” lokal.
- Ale fajnie! – krzyczy Basia, wskazując głową na kolorowy, spocony, już dobrze podpity tłum.
- Chcesz się dołączyć? – pyta mój mąż i w sekundzie oboje znikają mi z oczu.
Stoję na środku chodnika z piwem w plastikowym mini-kubku i bezwiednie uśmiecham się do Richie, który z powodu nagłego zniknięcia żony, bierze mnie pod rękę. Idziemy w dół ulicy, gdzie robi się ciszej, tłum rzednie, wchłaniany przez boczne uliczki, pasaże, pachną jakieś nocne kwiaty, jak na zawołanie pojawia się księżyc, słychać szum fontanny przy niewidocznym jeszcze stąd skwerze.
...........
Labirynt
- Wstawaj, już północ – Natalia pociągnęła lekko za prześcieradło, którym przykryty był Mateusz.
- Co? co się dzieje? – jeszcze nie do końca przebudzony, Mateusz próbował zostawić krótki sen na poduszce.
- Obiecałeś, pamiętasz? Jedziemy? – Natalia stała przy łóżku, gotowa do wyjścia, uzbrojona w opakowanie środka anty-komarowego.
- Nie budziłam cię wcześniej, specjalnie, żebyś nie musiał na mnie czekać. Nie bę-dę się guz-dra-ła!
- Czy koniecznie? Koniecznie chcesz jechać? – pytał z nutką, nieśmiałą, zaspaną w głosie.
- Przecież wiesz, że to tylko raz na kilka lat, kilkanaście, a może rzadziej? Gdzieś czytałam... żeby spadały w takich ilościach czasem trzeba czekać... czekaj... o na przykład trzydzieści trzy lata, tak piszą o Leonidach. Nie chcesz, to sama pojadę – Natalia wiedziała, że ten argument najbardziej pomoże.
- No dobrze, już wstaję, wstaję, ale musisz coś dla mnie zrobić – Mateusz usiadł na brzegu łóżka i mierzwił dłonią lekko spoconą czuprynę.
- Co?
- Szklanka zimnego mleka i dwa plasterki goudy – złożył zamówienie.
- Tylko? Oołkej, już się robi – uśmiechnęła się Natalia i poszła do kuchni.
Deszcz zaczyna się po północy. Najważniejsze, żeby zobaczyć Wielki Wóz, jeśli wyjedzie na niebo i będzie wyraźny, jest to znak do podniesienia kurtyny, niebawem zacznie się niebiański teatr. Na przedstawienie trzeba wziąć ze sobą to, co zwykle jest potrzebne na 4-go lipca: koc, rozkładane krzesło, a najlepiej leżak, koniecznie jakiś anty-komar, latarkę z czerwonym filtrem, „munchies”, coś do picia. Najlepiej kierować się na północ i znaleźć naprawdę ciemne miejsce, z dala od świateł miasta. Można oczywiście jechać na południe, tam niebo będzie ciemniejsze, ale najjaśniej Perseidy zatańczą na północnym horyzoncie, tam, gdzie wstaje Perseusz... Zatańczą dla niego.
- O tej porze między polami spotkasz tylko lunatyków – Mateusz nigdy nie rozumiał cóż takiego Natalia widzi w nocnych ulewach światła. Pamiętał ich pierwsze randki pod takimi deszczami, ale to było bardzo dawno, lata świetlne temu, w innym świecie, pod bardzo innym, północnym niebem.
- Lunatyków no i nas – dodaje Natalia. - Zobaczysz, jak będzie pięknie. Zobaczysz. A jak ci się znudzi, to możesz spać, albo słuchać radia. Rozłożymy siedzenia w autku i będziesz spał. A ja, wśród pól kukurydzy, z butelką aquafina, pachnąca anty-komarowo, między świetlikami będę się napawać widokiem i będę liczyć ile spadnie. Mam tyle życzeń. Bardzo potrzebuję tej wyprawy. Och, i wiesz, najwięcej podobno spada nad ranem, między czwartą i piątą – żartowała.
- I czemu ja się z tobą ożeniłem? – mruczał Mateusz. – Co mnie podkusiło? W środku nocy mnie wabi, w pola ciągnie i żeby to jeszcze... jak kiedyś, po coś... – przyciągnął do siebie Natalię, żeby ją pocałować i z nadzieją, że może się rozmyśli.
- Co podkusiło? Baba, baba i licho – Natalia wywinęła się z uścisku męża, szepcząc – Później... później.
Drogi w pola, ich większość, biegną pod kątem prostym, rozpoczynając się od przejazdowych cztero-pasmówek, są oznaczone cyframi, których dokładne znaczenie znają tylko wtajemniczeni, i pierwszą literą strony świata, w jaką prowadzą. Jeśli raz przejedzie się kawałkiem tak poszatkowanej przestrzeni, to poznawszy zasady i prawidłowości podziału, sieć staje się logiczna i prosta. Cyfry na drogowskazach, w zależności od kierunku jazdy, będą się zwiększać lub zmniejszać, na przykład: 2500N i po chwili 2000N. Praktycznie pokrojone pola, szachownica ubitych, żwirowych lub asfaltowych kresek, gdzie ruchem kierują strony świata. Skręt na wschód, południe, zachód, północ i znowu na wschód wiedzie do punktu wyjścia.
W sierpniu, kiedy kukurydza jest wysoka, łatwo się w niej schować, zgubić, jak w zaczarowanym, słodko pachnącym lesie. Horyzont znika za zieloną ścianą, pozostaje tylko sam labirynt dróg, i świat gdzieś poza, w domyśle, za poszarpanym grzbietem, kukurydzianych tyczek, kłujących szerokie niebo.
Nocą ta ściana robi się czarna.
Miasto B. rozsiadło się, jakby na przekór naturze, w środku dawnej, kiedyś rozległej prerii, gdzie nawet Indianie nie chcieli zagrzać dłużej miejsca, obawiając się częstych tornad. B. nigdy nie śpi. Ludzie, tak, ale nie miasto, nawet nocą. Przykryte kloszem ciemnego nieba z gwiazdami, jak fosforyzujące łebki szpilek, oddycha, bezsenne, przewraca się z boku na bok i czeka na obiecany świt.
Półleżę, półsiedzę na składanym, płóciennym leżaku gdzieś w środku labiryntu pól, tonąc w prerii. Nocna Ariadna nawijająca kłębek z nici światła zostawianych przez komety, dobrze ukryta w czerni kukurydzy, w gęstwinie ich podłużnych, sterczących ku górze gładkich liści. W nikłym, nocnym świetle od czasu do czasu błyszczą półprzezroczyste, jak z zastygłej wody, włosy kolb, tuląc złote ziarna napęczniałe sokiem i cukrem. Nade mną kobaltowe niebo i gdzieś księżyc, który w tej chwili bawi się w chowanego. Niedaleko ode mnie spostrzegam świeżo połamane tyczki kukurydzy. Ta wyłamana brama prowadząca w gęstwinę nie jest szeroka, może nią przejść dwoje ludzi, może przejść jedna sarna, lub sznurkiem całe stadko.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
W kolejnym odcinku opowiadania nie rozstajemy się z miastem B. Jednak jest ono jakby w tle, choć cały czas obecne. I w tym fragmencie nie brak wspaniałych opisów, a to sieci dróg, o to rozległych pól kukurydzy. Przywołajmy choćby taki piękny fragment:
W sierpniu, kiedy kukurydza jest wysoka, łatwo się w niej schować, zgubić, jak w zaczarowanym, słodko pachnącym lesie. Horyzont znika za zieloną ścianą, pozostaje tylko sam labirynt dróg, i świat gdzieś poza, w domyśle, za poszarpanym grzbietem, kukurydzianych tyczek, kłujących szerokie niebo.
Ileż tu wspaniałej poezji!
Ale może przede wszystkim ta część opowiadania poświęcona jest sierpniowej wyprawie za miasto, gdzie najlepiej obserwować i podziwiać obfity deszcz spadających gwiazd (meteorytów).
W kolejnym odcinku opowiadania nie rozstajemy się z miastem B. Jednak jest ono jakby w tle, choć cały czas obecne. ... Ale może przede wszystkim ta część opowiadania poświęcona jest sierpniowej wyprawie za miasto, gdzie najlepiej obserwować i podziwiać obfity deszcz spadających gwiazd (meteorytów).
... i czekać na kolejny odcinek…
Dziękuję Waldku serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
- I czemu ja się z tobą ożeniłem? – mruczał Mateusz. – Co mnie podkusiło? W środku nocy mnie wabi, w pola ciągnie i żeby to jeszcze... jak kiedyś, po coś... – przyciągnął do siebie Natalię, żeby ją pocałować i z nadzieją, że może się rozmyśli.
- Co podkusiło? Baba, baba i licho – Natalia wywinęła się z uścisku męża, szepcząc – Później... później.
- I czemu ja się z tobą ożeniłem? – mruczał Mateusz. – Co mnie podkusiło? W środku nocy mnie wabi, w pola ciągnie i żeby to jeszcze... jak kiedyś, po coś... – przyciągnął do siebie Natalię, żeby ją pocałować i z nadzieją, że może się rozmyśli.
- Co podkusiło? Baba, baba i licho – Natalia wywinęła się z uścisku męża, szepcząc – Później... później.
w moim odczuciu,
to najsłodszy fragment
co do reszty
krok po kroku
jak lunatyczka...
Dafne, ależ wyszperałaś okruszek
Dziękuję za czytanie i odczuwanie serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E