Wysłany: 2009-11-19, 12:36 Przeczytałabym wszystko jeszcze raz 1/2
PRZECZYTAŁABYM WSZYSTKO JESZCZE RAZ 1/2
Kiedy w tamto upalne letnie popołudnie czekałem na Patrycję T., do której przyjścia, jak pamiętam, zostało jeszcze prawie pół godziny, sięgnąłem do szuflady biurka, by spośród innych papierów wydobyć, odnaleziony przed paroma dniami, interesujący mnie maszynopis. W moim małym mieszkaniu, przepełnionym książkami, zwykle nie jest łatwo znaleźć jakąś rzecz, którą się akurat potrzebuje, jeśli ta się zawieruszy. Tym razem jednak po uprzednim szczęśliwym odszukaniu włożyłem maszynopis do biurka i po chwili miałem go przed oczyma. Te nieco pożółkłe kartki z wyraźnie wyblakłym drukiem, świadczące nie tyle o zamierzchłej starości, co raczej o gorszej jakości papieru, stanowiły adaptację sceniczną jednego z opowiadań Honoriusza Balzaka. Jak się zdaje, tekstu dziś mało znanego, choć znakomicie przyswojonego polszczyźnie przez Celinę Hańską. Polot i nieskrępowana fantazja, swoisty lokalny koloryt i jakiś niezniszczalny pierwiastek przeszłości, którym tchnie opowiadanie, sprawiły, że jego śmiałej przeróbki sam skusiłem się dokonać na potrzeby szkolnego teatru przed kilkoma laty. Wówczas też w prowadzonym przez siebie teatrzyku, ku nie zawsze dobrze skrywanej zazdrości paru uczennic pretendujących do tamtej roli, właśnie Patrycji T. powierzyłem ową może dość skromną pod względem materiału słownego, lecz niewątpliwie kluczową rolę Blanki Bruyn. Tę rolę, która powoływała do życia postać pięknej białogłowy, wokół której rozgrywał się cały dramat, i której nieszczęsny los zawisł od w większości wrogo nastawionych do ofiary, acz powszechnie szanowanych obywateli miasta, a przede wszystkim od surowych i pełnych pychy przedstawicieli prawa i ich niedorzecznych wyroków.
Tymczasem przesiadłem się z krzesła na fotel obok biurka, odwróciłem stronę tytułową i zacząłem czytać.
Sięgając po maszynopis, nie sądziłem, że przeczytam go na nowo w całości. Myślałem, że jedynie tu i ówdzie rzucę okiem na tekst, odczytując poszczególne co bardziej barwne fragmenty, jako że cała rzecz była mi dobrze znana, i tym samym z pożytkiem wypełnię dość wolno płynące chwile, muszę przyznać, odrobinę nerwowego oczekiwania na Patrycję T. Jednak, powtórzę raz jeszcze, doskonały materiał pierwowzoru i mistrzowski przekład Hańskiej sprawiły, że przeczytałem sceniczną wersję nie wiedzieć kiedy. Ale czy to wyłącznie walory literackie decydowały o moim wciąż niesłabnącym zainteresowaniu znanym na wylot tekstem? W tamtym czasie moja praca jako adaptatora wydała mi się jedynie małą i niewartą wspomnienia przygodą, jednak dziś nachodzi mnie myśl o sporych różnicach pomiędzy oryginalną balzakowską wizją a moją własną przeróbką, różnicach polegających na innej dramaturgii i innym rozłożeniu akcentów, na całkowicie innym zakończeniu obu utworów, jak i też znamiennym fakcie, iż wszystkie treści zawarte w akcie piątym sztuki, łącznie z poruszającym do głębi Podaniem Blanki Bruyn do Wysokiego Trybunału Duchownego Kapituły w Saint Maurice, były mojego autorstwa i razem stanowiły oryginalny wkład do całego przedsięwzięcia. Stąd też powinno się w tej dostatecznie wzbogaconej wersji widzieć może nie tyle wierną adaptację, co raczej dość swobodną przeróbkę. Dziś nagi tekst, nie obarczony nadmiarem didaskaliów, sprawiał wrażenie nader przejrzystego. Naturalnie wszystkie wskazówki dotyczące sposobu wystawienia utworu „miałem w głowie” i przekazywałem w swoim czasie odtwórcom ról bezpośrednio na próbach. A dzisiaj właśnie, po kilku już dobrych latach, wczytując się w kwestie poszczególnych bohaterów występujących w sztuce, miałem mimo woli przed oczyma swoich uczniów ze szkolnego kółka teatralnego, odważnie stawiających czoła rolom, które z większym bądź mniejszym powodzeniem kreowali na scenie. Jakże często wówczas, usiłując stworzyć nastrój pełen dramatyzmu, jak tego wymagała powaga sytuacji scenicznej, swoimi nadmiernie przerysowanymi i mimo woli komicznymi gestami wywoływali spontaniczne wybuchy śmiechu na widowni. Z drugiej strony niepodobna zaprzeczyć, że już sam pierwowzór, obok podejścia serio i subtelnej ironii, nasycony jest sporą dawką humoru. Ten wyborny humor bardziej niż w sytuacjach scenicznych zawarty jest w warstwie słownej, w znakomitym języku całego opowiadania. Ja ze swej strony, jako adaptator-amator, starałem się raczej przykroić ów organiczny humor i zaakcentować przede wszystkim dramatyzm całej sytuacji. W tym też kierunku szły wszystkie moje wysiłki, moje jako reżysera tego właśnie widowiska, by w grze podległych mi uczniów-aktorów nie został poniechany i dał się wyraźnie słyszeć ton szlachetnej powagi, bez wątpienia najwłaściwszy dla całego spektaklu.
Ale nie sądzę, by mi się to całkowicie udało. Mój ambitny cel nie został w pełni osiągnięty. Zresztą też i nie mógł – z przyczyn obiektywnych. Można by powiedzieć, że materialnie czy fizycznie nie było takiej możliwości. Zaczynając od tego, że ja sam pod każdym względem byłem zaledwie amatorem: zarówno jako adaptator, jak i reżyser sztuki, a skończywszy na moich uczniach z liceum, którzy naturalnie nie mogli być w pełni dojrzałymi, wytrawnymi aktorami, co to potrafią pięknie balansować pomiędzy powagą i komizmem i zawsze znajdować właściwy wyraz. Mój i moich uczniów-aktorów spektakl, który odbył się w auli szkoły na Święto Wiosny, został w gruncie rzeczy odebrany jako świetna komedia. Ci, którym jawił się jako przejmujący dramat, byli w absolutnej mniejszości. Może też dlatego, że kiedy jest się młodym nieomal wszystko człowieka śmieszy. A w każdym razie duża część młodzieży, na co dzień ćwicząc się w takim widzeniu świata, zdaje się to potwierdzać z całą swoją mocą. Rzecz sama w sobie dość urokliwa. Gorzej, jeśli takie miłe przyzwyczajenie staje się zasadą, nie mija z wiekiem i towarzyszy komuś przez całe życie. Ale i u ludzi młodych nie zawsze i nie w każdym miejscu jest do zaakceptowania. Przypominam sobie, że poczułem spore zakłopotanie, czy wręcz rozdrażnienie, kiedy to tamtą nader hałaśliwą garstkę młodzieży z widowni, której przewodził przerośnięty dryblas i której nie chcę tutaj bliżej charakteryzować, rozbawił moment, gdy na scenie Wysoki Trybunał Duchowny polecił Franciszkowi de Hanguet, lekarzowi Kapituły, „rozpoznać cechy przyrodzenia niewieściego (virtutes vulvae) Blanki Bruyn”.
Na stan ogólnej wesołości, jaka chwilami, w pojedynczych kwiatkach wykwitała podczas tamtego spektaklu, po czym opanowywała niemal całą widownię, miał też bez wątpienia wpływ prozaiczny fakt, iż część męskich ról w dramacie z konieczności obsadzona była przez płeć piękną. Chłopacy z zasady nie garną się do sztuki. Preferują takie dziedziny jak sport, wojskowość, komputery, jeśli akurat nie odkryli w sobie powołania i nie przysposabiają się do stanu duchownego. Stąd też moje kółko teatralne zdominowane było przez uczennice. Niezależnie od kostiumów z epoki, w które, dzięki jednemu z miejscowych teatrów, wspaniale wystrojeni byli wszyscy młodzi aktorzy szkolnego teatrzyku, za „maską” przebrania ich rówieśnicy, chłopcy i dziewczęta z widowni bez trudu rozpoznawali tę czy inną koleżankę, jak by jeszcze tego było mało, wcielającą się w rolę czcigodnego ojca duchownego, szlachcica czy rycerza. Już to samo kryło w sobie tyle śmieszności, że nie powinno może dziwić, iż od pierwszego momentu wejścia na scenę i podjęcia kwestii przez tak „poskładaną” postać sceniczną, nader częstą reakcją był właśnie śmiech na widowni.
Salwy śmiechu przetaczały się przez widownię również w tych chwilach, kiedy na przykład ktoś z młodych, niedoświadczonych aktorów zapomniał swojej przydługiej kwestii, ale zarazem stracił głowę do tego stopnia, że nie był w stanie posiłkować się tekstem sztuki dobrze ukrytym przed widzami na szerokim pulpicie, przy którym właśnie stał pechowiec, a który jako niezbędny mebel w inscenizowanym procesie, dzięki swej naturalnej pochyłości blatu służył i temu celowi. I podczas gdy pechowy komediant tylko poruszał rozpaczliwie ustami, faktycznego głosu udzielał mu kolega-sufler z budki umieszczonej obok sceny, przezornie spełniającej funkcję ostatniej deski ratunku. Koniec końców widać z tego, że więcej w tym wszystkim było żywiołowej wesołości niż prawdziwej powagi.
Niemniej miałem także powody do zadowolenia. Przekonujące kreacje, tchnące prawdą, stworzyli przynajmniej czterej młodzi adepci sztuki aktorskiej: wśród nich trzy dziewczyny i jeden chłopak. Wszyscy oni przydali przedstawieniu tak potrzebny mu ton surowej powagi. Myślę tu zwłaszcza o Alicji D. w roli Hieronima Cornille`a, Marcie J. w roli Joanny Champchevrier, Rafale O. w roli Salomona al Raszylda oraz Patrycji T. w roli Blanki Bruyn. Ta właśnie wielka czwórka dzięki swoim wyrazistym osobowościom, od samego początku, bo już podczas prób wywierała piętno na całym widowisku, zaś później przed publicznością, w owej godzinie prawdy, dzięki swoim wrodzonym talentom obroniła go przed ostateczną porażką, która do pewnego stopnia miała przecież miejsce, jeśli przedstawienie oceniać z punktu widzenia założonych przez reżysera celów. Bowiem wspomniane wcześniej wybuchy niepohamowanego śmiechu, niewiele mające wspólnego z dramatycznym charakterem sztuki, trudno byłoby położyć na szalę artystycznego sukcesu. Żałowałem w tym kontekście, iż nie zostały dobrze zagrane bardzo interesujące role: Jana Tortebrasa, Harduina z Maille, pani de Croixmare, jak też i Hugona du Fou. Obawiam się, że lista mogłaby być jeszcze dłuższa.
Należnej powagi przedstawienia broniła swą doskonale wyważoną grą skupiona, pełna szlachetnego dramatyzmu Patrycja T. Ale nie tylko jej wyróżniająca się uroda: zgrabna figura, duże zielone oczy i akuratne, proste, ciemnobrązowe włosy sprawiły, że ją właśnie zdecydowałem się obsadzić w roli Mauretanki, Blanki Bruyn. Ta jej nie tyle najlepiej przystająca do bohaterki, co raczej bezdyskusyjna uroda, jakiej bez wątpienia wymagała sama sztuka, była tutaj warunkiem sine qua non. Inne warunki miały ten niezbędny jedynie dopełnić. Na moją dobrze przemyślaną decyzję złożyło się zatem kilka co najmniej powodów, czyniących zadość mojemu wyobrażeniu o ideale.
Prócz innych dziewcząt rolę Blanki Bruyn, zanim doszło do jej definitywnego obsadzenia, chciała także zagrać wspomniana już Alicja D. Niewątpliwie ona również była dziewczyną rzucającą się w oczy i jej uroda także spełniała wymagane kryteria. Była nieco wyższa od Patrycji, masywniejsza, i miała jakby pewien nadmiar seksu, co być może nawet bardziej predestynowało ją do tamtej roli. Istniało jednak w jej osobowości coś ponadto, co jeszcze dziś mi się wymyka i nie pozwala zdefiniować, a co wszakże sprawiło, że zdecydowałem się na Patrycję T. Alicji natomiast zaproponowałem bardzo znaczącą rolę Hieronima Cornille`a, wielkiego penitencjariusza i głównego sędziego duchownego Kapituły Saint Maurice. Takiemu obrotowi sprawy sprzyjała niezmiernie ważna okoliczność, że Alicja D. dysponowała, tak potrzebną do tamtej roli, żelazną pamięcią i mocnym, dobrze wpasowanym głosem. Pewna naturalna władczość, manifestująca się poprzez jej głos, dobrze służyła celowi. Musiałem jedynie nieco powściągnąć jej nieokiełznany temperament. Ostatecznie moja praca z Alicją wydała owoce i, jak już wzmiankowałem, między innymi dzięki niej właśnie cały spektakl jakoś tam się obronił.
Ale co mnie właściwie zafascynowało w Patrycji T. prócz oczywiście urody? Odpowiedź nie jest prosta. Ogólnie można rzec, pewne cechy osobowości i charakteru. Jej pełna godności postawa i ruchy, a jednocześnie naturalność, miękki, ujmujący głos, staranna wymowa i dobra, nie tyle wyuczona, co raczej wrodzona dykcja (podobnie zresztą jak u Alicji D.), z pewnością były tych cech sprawdzalnym przejawem.
Obecnie Patrycja T. była zaawansowaną studentką historii sztuki. Wyboru kierunku swoich studiów dokonała ostatecznie w klasie maturalnej, kiedy mnie już nie było w tamtym liceum. „Blankę Bruyn” wystawialiśmy rok wcześniej, gdy Patrycja chodziła do klasy trzeciej. Nosiła długie włosy gładko sczesane na tył głowy. Te jej ciemne włosy, związane aksamitką, spadając miękką połyskliwą strugą na foremne ramiona, zdawały się kołysać lekko i miarowo przy każdym najdrobniejszym ruchu jej głowy. Rzucało się w oczy, że była dziewczyną poważną i myślącą, i chociaż nie wykładałem w jej klasie fizyki i nie znałem jej bliżej, wiedziałem, że należała do czołówki najlepszych humanistów w szkole, którzy odnosili sukcesy na wielu olimpiadach. Zaczepiłem ją kiedyś na korytarzu w czasie przerwy i zapytałem, czy nie zechciałaby zagrać w moim dopiero co powstającym teatrzyku. Zaskoczyła ją moja propozycja i początkowo wymawiała się brakiem czasu, a przede wszystkim uzdolnień aktorskich. Ja ze swej strony przewidywałem, że nie powinno być z tym najgorzej. Postanowiłem nie rezygnować i tak się zaczęło.
„Blankę Bruyn” wystawiłem ze swoim uczniowskim zespołem w auli szkoły dwudziestego pierwszego marca, na Święto Wiosny, albo tak zwany dzień wagarowicza (nie wiem, czy też powinno się napisać z dużej litery). Wydarzenie nie przeszło bez echa. Młodzieży szkolnej na ogół się podobało. Ale nie brakło też głosów krytycznych ze strony wpływowych nauczycieli, nie tyle może tyczących samej strony artystycznej, co przede wszystkim ducha i wymowy ideowej całego widowiska. Niebawem nad moją głową zaczęły się zbierać czarne chmury. I tak w związku z wystawionym spektaklem, mniej więcej w dwa tygodnie później, zostałem poproszony do gabinetu pani dyrektor. W ciągu tamtego czasu, jaki upłynął od spektaklu, dochodziły mnie różne pogłoski, nie zawsze dla mnie miłe, więc nie byłem specjalnie zaskoczony takim obrotem sprawy. W gabinecie pani dyrektor usłyszałem, że moje przedstawienie zostało źle ocenione przez Radę Szkoły. (Rada była sześcioosobowym ciałem kolegialnym. W jej skład wchodziły dwie osoby z grona profesorskiego, dwie, będące przedstawicielami społeczności rodzicielskiej, oraz ksiądz katecheta i oczywiście pani dyrektor.) Wnioski wypracowane podczas obrad Rady, która się zebrała w mojej sprawie, te wnioski, które zdawała się akceptować pani dyrektor w całej rozciągłości, były jednoznaczne, żebym raczej przestał odgrzebywać stare, zamierzchłe historie, które z jednej strony jątrzą i godzą w Kościół, a z drugiej – demoralizują młodzież, i bym lepiej zajął się tym, za co mi płaci szkoła i państwo, to znaczy porządnym uczeniem swojego kierunkowego przedmiotu, skoro już zdecydowałem się uprawiać zawód nauczyciela. Nie. Z pewnością nie miałem sojusznika w osobie pani dyrektor. Najwyraźniej w pełni podzielała stanowisko i niepochlebne mi opinie większości Rady (trochę nieoczekiwanie odrębne zdanie w sprawie, zdanie dla mnie z gruntu pozytywne, wyraził, jak się z czasem dowiedziałem, ksiądz katecheta) i nie uznała za konieczne poszukiwać jakichś elementów dla mnie korzystniejszych. Zdecydowanie za gorsze zło uznała pozostanie owych resztek młodzieży w dzień wagarowicza w szkole i obejrzenie mojego niepoprawnego, czy wręcz skandalicznego widowiska, niż opuszczenie przez nich murów szkolnych i pójście na przysłowiową zieloną trawkę w ślad za kolegami, którzy już wcześniej tego dnia przetarli ścieżkę ku wolności. W dwa miesiące później pani dyrektor nie przedłużyła ze mną umowy na rok następny. Wprawdzie nie wystąpiłem z drugim równie gorszącym widowiskiem, ale też najwidoczniej nie wziąłem sobie do serca i nie zacząłem porządnie uczyć fizyki, za co mi płaciła szkoła i państwo.
W chwilę po tym jak odłożyłem na bok maszynopis z „Blanką Bruyn”, odezwał się w drzwiach dzwonek. Podszedłem i otworzyłem. Przede mną stała spodziewana Patrycja T. Pod koniec szkoły, a potem po jej ukończeniu na dłuższy czas straciłem ją z oczu. Jednak teraz, nie była to ta chwila, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy od końca trzeciej klasy. Bowiem ostatni raz widziałem ją dwukrotnie przed dwoma tygodniami, kiedy to najpierw przypadkiem spotkaliśmy się w centrum miasta i nawiązaliśmy ponowny kontakt. I właśnie drugie spotkanie zostało już zaplanowane. To pierwsze miało miejsce w pięknie odrestaurowanym Rynku, który nie dość że wzbudza podziw swoją wiekową architekturą, to jeszcze olśniewa rozległymi i dobrze zagospodarowanymi przestrzeniami. Chwila była niecodzienna, jako że akurat wypadła sobota, nadzwyczajnie dopisała pogoda, a miasto od dobrych już ośmiu godzin (gdy właśnie punktualnie o dwunastej w południe rozpoczęły się uroczystości), fetowało nadchodzącą Noc Świętojańską.
Tak o tamtym niespodzianym spotkaniu, odnawiającym naszą niedawną zażyłość w relacji profesor – uczennica, jak i samym święcie chciałbym teraz opowiedzieć w szczegółach, zanim powrócę do rozpoczętego wątku.
Lokalne radio i telewizja, samochód reklamowy wyposażony w głośniki, jak również kolorowe plakaty na słupach ogłoszeniowych oraz ulotki rozrzucane nad miastem przez wojskowy helikopter od kilkunastu już dni obwieszczały zbliżające się święto, zwane Świętojańską Nocą, Kupałą albo Sobótką, dlatego od wczesnych godzin południowych do Rynku tamtego dnia przybywały istne rzesze ludzi. Siecią dookolnych ulic i uliczek napływały z każdą godziną i minutą, i pod wieczór tłumy były takie, jak gdyby z wizytą miał przybyć sam Ojciec Święty. Zważywszy zatem na owe nieprzebrane gromady ciekawskich oraz w miarę rozwoju sytuacji nieustanne i dość przypadkowe, trochę na podobieństwo ruchów Brauna przemieszczanie się każdego poszczególnego indywiduum, od razu nasuwa się trzeźwa uwaga, iż niezależnie od tego jak dawno myśli moje kierowały się ku Patrycji T., jej spotkanie w tamtym miejscu graniczyło z cudem, albo po prostu takim było.
Do Rynku początkowo zamierzałem pojechać tramwajem, ale w końcu zdecydowałem się pójść na piechotę. Zresztą dla mnie to nie pierwszyzna. Nie mieszkam za morzami, licząc od domniemanego środka miasta, tak jakby w drugiej albo trzeciej strefie (nie bardzo pasuje użyć słowa: kręgu), zatem mieszkam stosunkowo blisko ścisłego centrum, a spacer zawsze się przydaje. Poszedłem możliwie najmniej ruchliwymi, spokojniejszymi ulicami i na miejscu znalazłem się za kwadrans dwunasta. W jednej z głównych ulic dochodzących do Rynku stał już uformowany barwny korowód, mający niebawem ruszyć z miejsca i tym samym rozpocząć wszystkie te tak bardzo ekscytujące zabawy, harce i pokazy uliczne, barwne fajerwerki i tryskające humorem i żywiołowością juwenalia, przygotowywane na świętojańskie popołudnie, wieczór i noc od wielu przecież pracowitych dni, a może nawet tygodni. Te kilkanaście minut wolnego czasu, jaki został do rozpoczęcia, akurat pozwoliło mi zająć dogodne miejsce na skraju chodnika. Uliczny korowód ruszył w samo południe.
Najpierw ruszyło czoło korowodu, a potem stopniowo poszczególne jego segmenty, pozwalając w ten sposób na wytworzenie się pomiędzy nimi niezbędnego dystansu, umożliwiającego nieskrępowane prezentowanie własnych treści tak programowych, jak i muzycznych, bez obawy zaistnienia przykrej kakofonii dźwięków i przemieszania się źle przystających do siebie form. Korowód ruszył w rytm, zawsze i niezmiennie budzącej patriotycznego ducha, marszowej muzyki, by z wolna okrążyć dookoła Rynek. Rozgłośne dźwięki muzyki, której źródło w dużej części stanowiły trąby i różne pomniejsze piszczałki, nieomal kruszyły solidne mury Starego Miasta, bowiem z niebywałą werwą i niespożytą energią grały na przemian orkiestry policji, strażaków i górników, szczęśliwie wspomagane przez orkiestrę młodych i uroczych dziewcząt. Dwie pierwsze orkiestry należały do miejscowych, natomiast górnicza i młodzieżowa przybyły z Czarnego Śląska i uczestniczyły tu gościnnie. Na czele korowodu jechał specjalnie na tę uroczystą okazję wypacykowany i wyszykowany samochód. Na jego gładkiej platformie stał nieruchomo niczym posąg, człowiek z lekkim skrzydłem stylizowanej lotni ponad wzniesionymi do góry ramionami. Zdawał się być rodzajem współczesnego Ikara i Dedala w jednej osobie. W pewnym odstępie za jego zmotoryzowanym wehikułem, w swoiście tanecznym kroku przemieszczała się grupka trojga młodych ludzi. Chłopak i dwie dziewczyny. Chłopak był przebrany za Arlekina, obie dziewczyny za Kolombiny. Arlekin na wysoko wzniesionym, lekkim metalowym drążku unosił w powietrzu kolorową kukłę nader pokaźnych rozmiarów. Mogła być Pierrotem. Dla łatwiejszego i wygodniejszego przemieszczania się ze swoim ciężarem, dolny koniec metalowego pręta miał wetknięty w wąską skórzaną kieszeń na piersiach, którą z kolei podtrzymywały mocne skórzane szelki opasujące jego ramiona. Arlekin, posuwając się do przodu, jednocześnie wykonywał wraz z kukłą-Pierrotem dookolne tańce. Dwie wesołe Kolombiny po jego prawicy i lewicy, trzymając w ręku lekkie drewniane tyczki (których górne końce przyczepione były do szerokich dłoni ich Pierrota), manewrując nimi (owymi tyczkami) i tym samym ożywiając posłuszne ręce tej ogromnej lalki, wciągały ją jednocześnie do wspólnej zabawy i tańca we czworo. Długie, swobodnie dyndające nogi, skorego do uciech pajaca, pozostawiono już wyłącznie jego własnej inwencji. Zważywszy na całą rozbawioną czwórkę, efekty były imponujące.
Parę dobrych metrów za tą wesołą czwórką, w takt jednoczącej wszystko muzyki, kroczyły obok siebie trzy nader szczególne postaci, wyróżniające się na tle całego pochodu oraz zgromadzonych przy chodnikach tłumów. One to bowiem, obok wolno pomykającego na wehikule Ikara-Dedala i tańczącego ponad głowami ludzi Pierrota, dzięki swemu imponującemu wzrostowi dorównywały tym dwóm poprzednim, a nawet ich przewyższały.
Jeśli jednak wesoła czwórka z górującym Pierrotem, nie zważając na muzykę i rytm cały czas błaznowała, to owe nadnaturalnie wysmukłe, dziwne damy kroczyły, by tak rzec, w pełnym dostojeństwie i niezmąconym majestacie prawdy swojego absolutnego piękna. Jedna miała swoje zwiewne, lekkie jak poranna mgiełka suknie we wszystkich odcieniach czerwieni, karminów i fioletów; druga – zieleni, szafranów i brązów; wreszcie trzecia – bieli, błękitów i czerni. Nieprzypadkowo użyte dopiero co słowa: „nadnaturalnie wysmukłe, dziwne damy”, są tu o tyle zasadne, iż przy całej swej ludzkiej postaci zjawy te miały jednak piękne głowy dumnych ptaków, a ich nadnaturalny wzrost brał się stąd, że stąpały na szczudłach, które do złudzenia przypominały nogi ptaków, czyli naszych dwunożnych braci w jestestwie, by tak rzecz ująć i nie pogardzić perspektywą filozoficzną.
W stosownej odległości kilku metrów za tą dostojną trójcą pięknych dam-ptaków, nie mniej dumnie kroczył czcigodny senat Akademii Teatru Lalek na czele z rektorem. Wszyscy jak jeden mąż we wspaniałych czarnych togach i biretach, z grawerowanymi i bogato inkrustowanymi łańcuchami na ramionach i piersiach. Jego Magnificencja Rektor odpowiednio z łańcuchem złotym, zaś członkowie senatu nieco mniej okazale – ze srebrnymi. Tuż za tym szacownym gremium, dostępując po trosze jego splendoru, wolno przesuwała się nie kończąca się gromada najprzeróżniejszych przebierańców, z czeredą wszystkich tych pajaców, błaznów, kuglarzy i żaków, olbrzymów i karłów, pomiędzy którymi nie zabrakło istot rodem z kosmosu oraz mrożących krew w żyłach zwierząt i potworów, wyjętych jakby z fantastycznego bestiarium.
W dalszej kolejności, zachowując odpowiedni odstęp, w jasnych chabrowych spódniczkach mini, lawendowych bluzkach i czerwonych pantoflach, podążała wspomniana już dęta orkiestra młodych dziewcząt. Na oko wszystkie ze szkoły podstawowej i dobierane według klucza: dopuszczalna waga trzydzieści pięć kilogramów plus minus jeden; wzrost sto sześćdziesiąt pięć centymetrów; kolor włosów dowolny. Stąd też w ich zespole (waga piórkowa) dominowały takie instrumenty jak fujarki, flety i flażolety i jakieś tam jeszcze może filigranowe piszczałki. Nie mogło jednak zabraknąć jednej pary blaszanych talerzy oraz czterech lekkich małych werbli. Nie było wszakże mowy o innych cięższych instrumentach dętych, takich jak waltornia, puzon, saksofon czy choćby klarnet, by wymienić jedynie te nieco masywniejsze.
Za nimi w odpowiednim odstępie, podobnie troszcząc się o oprawę muzyczną całej imprezy, by jednak nie zagłuszyć odrobinę piskliwej dziewczęcej orkiestry, szła męska orkiestra policjantów. Wszyscy w charakterystycznych dla branży niebieskich mundurach i czapkach. Wzrost i waga ciała dowolne.
I znowu dłuższy odstęp, po którym w słabnące już dźwięki oddalającej się orkiestry policjantów, przejmując pałeczkę i nadając nowy ton, wtapiało się narastające crescendo nadchodzącej właśnie orkiestry strażackiej. Galowe mundury w kolorze wpadającym w granat i czapki rogatywki w tym samym odcieniu; wzrost i waga ciała dowolne.
I wreszcie ostatnia już, orkiestra górnicza, podobnie zachowując przepisowy odstęp i wyżej wymienione reguły gry, godnie zamykała świętojańską paradę. Dla porządku napomknijmy o dobrze skrojonych, czarnych mundurach ze srebrnymi guzikami i górniczych czakach z pięknie stroszącymi się białymi bądź czerwonymi pióropuszami, no i nie omieszkajmy wspomnieć o dowolnym wzroście i wadze ciała wszystkich członków orkiestry.
Obszedłszy dookoła Rynek, paradny korowód rozwiązał się, jednak nie po to, by jego członkowie wtopili się w tłum i razem z nim zaczęli się bawić i świętować. Wszystkie bowiem orkiestry udały się, nazwijmy to tak, do pracy. Każda z nich poszła zająć swoje miejsce na estradzie wzniesionej na jednym z wolnych placyków w pobliżu Rynku. No i do roboty! Grać żywo, z ogniem i swawolnie! Wygrać i wyśpiewać wszystkie te przytupańce, polki, obertasy i sztajerki, grać z werwą, bez opamiętania i do utraty tchu!
Paleta orkiestr i zespołów była szczególnie bogata. Do wyboru i koloru, co kto chciał i lubił mógł dla siebie znaleźć. Miejscem, które przyciągało wielu, był również sąsiadujący z Rynkiem Plac Solny. Tu królowali zwłaszcza jazzmani. A pośród nich nie zabrakło rodzimych nazwisk o zasięgu wręcz pozaeuropejskim. Natomiast największą estradę w samym Rynku, przygotowaną na czas święta i zainstalowaną na rogu pomiędzy Sukiennicami i Kościołem Garnizonowym, zawładnęli w głównej mierze soliści i zespoły tak zwanej muzyki młodzieżowej, oraz miejscowy kabaret znany i ceniony w całym kraju.
Niejako w ich cieniu, jak i cieniu samego Ratusza jako okazałego gmachu, na małych poletkach przytkniętych do jego gotyckich murów, rozgościły się kapele podwórkowe. No i podobnie jak inni: Rach, ciach, ciach, rach, ciach, ciach! Na pohybel biedzie, smutkom i wszelkiemu zwątpieniu! Rach, ciach, ciach, rach, ciach, ciach!
I tak to wszystkie smutki, jeśli istotnie kogoś wcześniej trapiły, rozwiały się wraz z dźwiękami tej niemilknącej, przeróżnej muzyki do wyboru i koloru, na dodatek okraszanej jeszcze prześmiewczymi minami i gestami pochodzącymi od wszędobylskich karłów, klaunów, błaznów i kuglarzy, pierrotów, arlekinów i kolombin, którzy, podobnie jak i inne dziwne stwory, znienacka wyrastali tam, gdzie ich nikt nie posiał. Okrążając Ratusz, na swych długich i szczupłych nogach-szczudłach Rynek wzdłuż i wszerz nieustannie i z łatwością przemierzały owe trzy nad wyraz piękne damy-ptaki, za każdym razem wzbudzając swym nagłym pojawieniem się to samo żywe zainteresowanie ulicznej gawiedzi. Tylko wyniosły, wpatrzony w błękitny przestwór nieba, Ikar-Dedal, natychmiast po odbyciu na swym wehikule inaugurującej parady wokół Rynku, gdzieś już potem przepadł bez śladu. Chciałoby się powiedzieć: Odleciał w stronę słońca!
Nie zapomniano także o dzieciach w wieku szkolnym. Czyż można było zapomnieć? Cały program świętojańskich imprez pomyślany był tak, iż dużą część popołudniowych godzin poświęcono w różnych miejscach właśnie mniejszym i większym latoroślom. A to barwne występy znanej piosenkarki specjalizującej się w repertuarze dziecięcym, a to konkurs plastyczny pod pomnikiem Fredry, a to recytatorski czy piosenkarski na obleganej dziecięcej estradzie zainstalowanej w cieniu Feniksa, a to taki czy inny quiz.
Tymczasem z estrady głównej prawie bezustannie płynęła muzyka rockowa, nie szczędząc decybeli. Zmieniały się tylko zespoły. Niektóre dość leciwe, choć ciągle niebywale cenione i wzbudzające powszechny entuzjazm i aplauz.
Ogólnie biorąc rozmaitość oferty była nieprzebrana i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ale nie samą muzyką i śpiewem żyje człowiek! Dlatego przez cały czas otwarte były restauracje i kawiarnie ze swoimi barwnymi tarasami i ogródkami, ba!, kiedy miały być otwarte, jak nie właśnie tego świątecznego dnia?! Na szczęsny czas świętojańskiego szaleństwa niektóre z nich, czy może nawet wszystkie, urozmaiciły przezornie i zapobiegliwie swoje codzienne menu, i prócz nadzwyczajnych napitków, których niepodobna wymienić, serwowały przeróżne potrawy z zamorskich, egzotycznych krajów i kuchni, bądź też cieszące się nie mniejszym popytem swojskie, smakowite i jedyne w swoim rodzaju dania z pieczonego na rożnie, w pełnym bukiecie przypraw i na wolnym ogniu, dorodnego prosiaczka, którego miało się na wyciągnięcie ręki i od którego rozchodziły się zapachy tak przednie i przyprawiające o zawrót głowy, że dosłownie już na sam widok ślinka ciekła w ustach. Cóż z tego, gdy niejeden musiał obejść się samym tylko smakiem.