Wysłany: 2009-11-21, 16:15 O B. i o N. część V i chyba ostatnia
część V
Turkusowy głaz
R. - To co? Pójdziesz ze mną?
N. - Jeśli muszę?
R. - Nie musisz. Jak nie chcesz. Nie musisz. Nic nie musisz.
N. - Czy to daleko?
R. - Sam nie wiem.
N. - Jeszcze tam nie byłeś?
R. - Nie. Nie miałem czasu. Nie bardzo było po co. Samemu?
N. - W takim razie pójdę. Zrobię to dla ciebie.
R. - Tylko pamiętaj, będzie ciemno.
N. - Ja się nie boję ciemności.
R. - Naprawdę? Nigdy? Nigdy się nie bałaś?
N. - Kiedyś, tak, jak byłam mała. Teraz nie. Zresztą są różne ciemności.
R. - Co masz na myśli?
N. - Jest ciemność zwykła jak noc i ciemność jak niezwykły mrok duszy.
R. - Boisz się mroku?
N. - Tak, tego się boję. Zwykła noc ma zawsze w zanadrzu dekoracje, atuty: księżyc, gwiazdy, przypadkowe, albo zaplanowane meteory, fajerwerki czasem.
R. - Czyli mogę liczyć na ciebie?
N. - Tak.
R. - To chodźmy, nie ma co odwlekać.
N. - Bez żadnego przygotowania?
R. - A czy musisz być przygotowana? Spontanicznie, pójdziemy spontanicznie.
N. - Nie wiem, czy jeszcze potrafię cokolwiek spontanicznie. Za dużo wiem, za dużo myślę, za dużo przewiduję.
R. - Zostaw to wszystko tutaj. Jak wrócimy, zabierzesz z powrotem, albo rzucisz na zawsze.
N. - Nie wiem, czy będę umiała. Chyba, że masz odkurzacz.
R. - Odkurzacz?
N. - No, coś w rodzaju. Żeby odkurzyć, zabrać, wessać to wszystko, co wiem, czego się nauczyłam.
R. - Takiego nie mam, ale myślę, że mogę ci pomóc. Postaram się. Zresztą, ja też mogę zacząć od początku.
N. - Idziemy?
R. - Tak, ale daj rękę. Uprzedzam, będzie ciemno.
N. - Taka duża ciemność w niedużym mieście.
R. - Ogromna noc.
N. - Skąd wiesz, którędy iść? Masz mapę?
R. - Nie, niepotrzebna. Wiem jak iść, znam drogę.
N. - Przecież tam nigdy nie byłeś, to jak nagle wiesz jak iść?
R. - Wiem, po prostu wiem.
N. - A jak dojdziemy, to? Co dalej, jak już tam będziemy? Czy masz plan?
R. - Nie, pójdziemy bez planu. Plan ustalimy po drodze.
N. - Wiesz, jednak trochę się boję. Jest bardzo ciemno. Może wrócimy?
R. - Za późno, teraz już nie możemy. Droga prowadzi w jedną stronę, tylko do przodu. Dojdziemy tam, a jak dojdziemy, to zrobimy w tył zwrot i wrócimy, wtedy, po dojściu, będziemy mogli zawrócić. Będziemy znali drogę.
N. - W takim razie to nie jest w jedną stronę, jeżeli można wrócić.
R. - Można też zostać. Zawsze można zostać, nie wracać. Przecież nikt nas nie zmusi do powrotu.
N. - To chodźmy szybciej. Może tam nie jest tak ciemno?
R. - Nie wiem, nigdy tam nie byłem. Możliwe, że nie.
N. - Czy to pole?
R. - To? teraz? pod stopami? Tak jakby. Miękka ziemia, masz rację.
N. - Czy to znaczy, że tam, no wiesz dalej, że tam nie ma ulic? Jak myślisz? Są ulice? Drogi?
R. - Nie wiem. Przestałem myśleć. Ale pewnie nie ma. Uważaj, trzymaj mnie za rękę, to się nie zgubimy. W ogóle cię nie widzę.
N. - Czujesz? To chyba liście.
R. - Liście? tak czuję, dotyk liści. Przyjemne, prawda?
N. - Tak, ciekawe co to za liście? Chłodne i pachnie, czujesz?
R. - Tak, pachnie.
N. - A może to las? Liściasty.
R. - Przecież tu nie ma lasów, skąd ci przyszedł do głowy las?
N. - Zapomniałam, po prostu zapomniałam, że tu nie ma lasów, nie może być lasów.
R. - Jestem po to, żeby ci przypominać.
N. - Wiesz, jakieś są te liście dziwne w dotyku, ale masz rację, przyjemne. Dobrze, że nie kaleczą. Czasem są takie z ostrymi brzegami. Wydają się miękkie, jedwabiste, ale tylko na oko, bo jak dotkniesz, to ranią. Czy jeszcze długo będziemy szli?
R. - Nie wiem. Pewnie, aż dojdziemy na miejsce.
N. - To chodźmy szybciej.
R. – A teraz, kto na zakończenie?
N. – Najpierw może ty?
R. - Dobrze. Teraz narrator: Na końcu pola, pojawiło się niebieskie słońce, wysoko na żółtym niebie, purpurowe liście kukurydzy były chłodne, omszałe, od ziemi niósł się zapach poziomek.
Obejrzeli się za siebie, żeby zapamiętać miejsce, z którego wyszli z wąwozu ścieżki, ale gdy odwrócili głowy, purpurowa ściana kukurydzy znikła, połknięta ciemnością.
Trzymali się za ręce, jakby przeczuwali, że dopóki będą czuli ciepło zwartych dłoni, strach nie będzie miał do nich dostępu. Jeśli pokażą mu się samotnie, wtedy dojdzie do nich szybko.
N. - A teraz ja. Narrator: Na żółtym niebie pokazały się chmury, baletnice w fioletowych sukniach. Zaczął kropić seledynowy deszcz. Drobne „seledynki” przyklejały się im do twarzy, zostawiały ślady w kształcie mikroskopijnych gwiazd na skórze, tymczasowy tatuaż.
Szli po miękkiej, pomarańczowej ziemi, chcieli dojść do jej końca, tam, gdzie, jak drogowskaz leżał turkusowy głaz. Z jedną gładką stroną - dla nich niewidoczną.
Gdy doszli do głazu, w oddali zobaczyli następne pola i pionowo wznoszący się labirynt purpurowej kukurydzy. Nad polami, niby czarne oszalałe ptaki, wirowały tornada. Purpurowe liście strzelały do góry, oddając wirowi wiatru nagie ziarna, od których, gdy pękały zapalało się powietrze. Złoty pył zakrywał horyzont.
R. - Co było dalej?
N. - Dalej było nic i wszystko, przede wszystkim noc.
The end.
- To tu się schowaliście! – usłyszeli głos Basi.
- Się nie chowaliśmy – Natalia zrobiła miejsce dla Basi i Mateusza, który zapytał:
- Co robicie?
- Improwizujemy.
- Hmm? Że co? – zdziwił się Mateusz.
- I jak idzie wielka improwizacja? – nie pozwoliła na odpowiedź Basia.
Richie, Ryszard, którego już tak dawno tutaj przechrzczono, że myślał i mówił o sobie: Richie to, Richie tamto, objął ramieniem Basię.
- Chyba zostanę pisarzem, kochanie – powiedział, zabierając plastikowy kubek z piwem z rąk żony.
- Tak, koniecznie, tego jeszcze nie robiłeś – w tej chwili ten pomysł, nawet praktycznie myślącej Basi, wydawał się bardzo naturalny. - Albo poetą.
- A wy? Gdzie was poniosło? – Natalia spojrzała na męża, który nadal stał przy ławce, sącząc jakiś ciemno-czerwony płyn z kubka.
- My? Najpierw Daddio’s, chwilami było ciężko, bo małolaty krzyczą i hałas i zupełnie inaczej tańczą, ale my? Wykonaliśmy taniec szalonego kojota, potem mingle mingle i było fajnie.
- No, balowo – potwierdziła Basia. – Później w Rosie’s, tam inna muzyka. Wiesz, znowu wpadliśmy na tę twoją Daisy – rzuciła w stronę Natalii - Potem chwilę w The Loft, robią dobre martini i zaczęło nam was brakować. Mateusz od razu wiedział, gdzie was szukać.
- Przyznajcie się, o czym improwizowaliście? – Mateusz zdecydował się usiąść, mrucząc do Richie – Suń się, wystarczy tego tete-a-tete z moją Natalką.
- O kukurydzy – Natalia przytuliła się do Mateusza i wyjęła mu z ręki kubek, powąchała i czując zapach czerwonego wina wypiła mały łyk.
- Kukurydza? Interesting, how interesting! – Mateusz najwyraźniej był zaskoczony tematem.
- A piwo? Da się zrobić piwo z takiej kukurydzy? Może browar otworzymy? – zapalił się do swojego pomysłu Mateusz.
- Z kuku? – Richie był rozbawiony propozycją – Tylko benzyna i syrop, duuużo, dużo syropu, ale nie piwo. My friend, piwo z kuku bad idea, very bad idea.
Noc w downtown B. nadal była upalna. Od dystryktu pubów dobiegała przytłumiona muzyka. Ławka, na której siedzieli zaczęła się robić niewygodna. Puste kubki wylądowały w koszu na śmieci.
- Wracamy? – zapytała Basia.
- Dokąd? – odezwał się Richie.
- Rysiu, z powrotem, do Rosie’s, albo Central Station?
- Eee, nie, to już robi się nudne. Może jedźmy do N.? – Richie spojrzał przy tym na Natalię, bo wiedział, że wszystko zależy od niej.
- W twoich rękach jesteśmy o Natalio, księżycowa, w twoich rękach na kierownicy! – zaczął całować Natalię po rękach.
- Eeej, ty Don Richie, zostaw te dłonie, moje one! – Mateusz wstał z ławki i dał małego kuksańca przyjacielowi. – Chcesz się bić?
Richie wstał z ławki i przyjął postawę żurawia z Karate Kid.
- A seks był? – odezwała się nagle Basia.
- Jaki seks? O czym ty...? – Natalia była zaskoczona pytaniem.
- W tej waszej improwizacji, był seks?
- Nie, do seksu nie doszliśmy – uśmiechnęła się Natalia i dodała – Przyszliście za wcześnie.
- No tak, tego się spodziewałam po tobie, Richie, ty zbereźniku – Basia stanęła obok Mateusza gotowa brać udział w pojedynku.
- Don Richie? Czy waść gotów do walki? – zapytał Mateusz
- Zawsze, zawsze zwarty i gotowy, do boju, do boju!!! – Richie zaczął przybierać następne pozy z Karate Kid – Bójcie się, drżyjcie! Richie jest niezwyciężony! Król ubezpieczeniowy jest silny nic go nie załamie, zwycięzca z góry!
- Zostawcie go w spokoju – odezwała się Natalia. – Przecież mówił, że nie było seksu. Jak będziecie grzeczni, to was gdzieś zawiozę.
Downtown a od niedawna, uptown N. było opustoszałe. Nic dziwnego, kto dzisiaj chciał się dobrze bawić pojechał do downtown B. Tylko w kilku barach w N. świeciło się światło, byli goście.
Natalia zatrzymała samochód przed Medici. Weszli do środka i nie zwracając uwagi na hostessę wybrali stolik pod drzewem. Wiedzieli, jak bardzo Natalia lubi to drzewo. Rosło kiedyś na placyku za budowaną jeszcze wtedy restauracją, ale zaczynało usychać. Placyk i tak miał służyć za parking, więc drzewo ścięto, przetransportowano kilkadziesiąt metrów i ustawiono w centralnym miejscu restauracji. Właściwie Medici zbudowano wokół tego drzewa i mimo, że już było martwe, że nigdy się nie zazieleni, to było nadal piękne.
Szczególnie nocą.
- Miałaś dobry pomysł – powiedziała Basia, która drogę z B. przedrzemała, oparłszy głowę na ramieniu Richie.
- Zamawiamy coś? – Mateusz był głodny, bo nie miał czasu na obiad.
- Coś niedużego. Popatrz na zegarek – Natalia nie miała ochoty na prawdziwą kolację.
- Ja - Richie studiował menu - wezmę stek, nie ma to jak krwisty stek po północy.
- Dobry pomysł. Ja też – poparł przyjaciela Mateusz. – Stek i frytki. Frytki dla mojej Natalii.
- Dobrze, dla mnie twoje frytki. A po frytkach wycieczka.
- Jeszcze jedna? – Basia wyglądała na zadowoloną.
- A dokąd nas księżycowa Natalko zabierzesz? – zapytał Mateusz.
- Niespodzianka - Natalia miała plan.
Gdy w końcu pozwoliła im otworzyć oczy, wokoło panowała ciemność. Przez opuszczone teraz szyby słychać było cykady i jakiś dziwny, ale łagodny, powtarzany fazami szum. Przez otwarte okno w dachu samochodu widać było zasypane gwiazdami niebo, księżyc, migające punkciki świateł na przelatujących wysoko nad nimi samolotach.
- Przyznać mi się od razu – udając ostry ton, zapytała Natalia – Kto podglądał?
- Ja nie – Mateusz spojrzał na żonę, która od razu wiedziała że ma nieczyste sumienie.
- A tył?
- Tył, melduje, że spał i chyba jeszcze śpi – Richie, mówiąc to obudził Basię, która zdążyła tylko zapytać:
- Co tu tak ciemno?
- Ciemno? Eee, nie, za chwilę się rozjaśni. Zaraz zaczną się efekty specjalne. – odparła Natalia. – Przywiozłam was na nocny koncert życzeń.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Placyk i tak miał służyć za parking, więc drzewo ścięto, przetransportowano kilkadziesiąt metrów i ustawiono w centralnym miejscu restauracji. Właściwie Medici zbudowano wokół tego drzewa
byłem tam kiedyś! za sprawą pewnej fotki...
taaak, nocne koncerty życzeń fajne są!
leżysz sobie na trawie, ziemia jeszcze wygrzana po spiekotnym dniu, ognisko sie pali obok ale nie za bardzo- takim małym płomieniem, smigają nietoperze, migocą gwiazdy,
świerszcze świerszczą mozartują,ąłaki też są i taka leciutka mgła nad nimi i jeszcze w dali szczekają psy a pijany sąsiad wraca z imprezy we wsi i śpiewa fałszując i jest tak swojsko... w Łośnie...
Placyk i tak miał służyć za parking, więc drzewo ścięto, przetransportowano kilkadziesiąt metrów i ustawiono w centralnym miejscu restauracji. Właściwie Medici zbudowano wokół tego drzewa
byłem tam kiedyś! za sprawą pewnej fotki...
taaak, nocne koncerty życzeń fajne są!
leżysz sobie na trawie, ziemia jeszcze wygrzana po spiekotnym dniu, ognisko sie pali obok ale nie za bardzo- takim małym płomieniem, smigają nietoperze, migocą gwiazdy,
świerszcze świerszczą mozartują,ąłaki też są i taka leciutka mgła nad nimi i jeszcze w dali szczekają psy a pijany sąsiad wraca z imprezy we wsi i śpiewa fałszując i jest tak swojsko... w Łośnie...
Marku witam.
... czy impresja o swojskim Łośnie znaczy, że Ci się spodobało "grand finale"? troszkę? serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
troszkę, troszkę...
rewelkowe jest, zwłaszcza cz. IV i finał... fantasmagorycznie, (bez goryczy...)
przecież wiesz, jak to jest iść w nieznane...
Wiem, wiem, każdy kiedyś pójdzie, idzie ...
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Część ostatnia, chyba ostatnia, jak to nas powiadamia sama Autorka, jest pięknym zwieńczeniem dłuższego tekstu. Cały ten odcinek rozbija się na dwa mniejsze fragmenty. Pierwszy fragment zdominowany dialogiem jest wyjątkowo urokliwy. To dialog prowadzony przez bliskie sobie osoby, mężczyznę i kobietę. Toczą rozmowę idąc w kierunku nieznanego im miejsca, do którego jednak prowadzi przyjaciółkę mężczyzna. Charakterystyczne, że dialog między nimi nie jest tym z gatunku potocznych rozmów, lecz posiada znamiona na wpół filozoficznej rozmowy, okraszonej ponadto sporą dawką poezji. Jest w ich rozmowie i intrygującej wyprawie do bliżej nieokreślonego celu jakaś tajemnica. Wyjaśnia się ona częściowo, że była swoistą zabawą, grą pełną fantazji, już w drugim fragmencie tekstu, gdy para (mężczyzna i kobieta) spotykają się ze swoimi dobrymi znajomymi, przyjaciółmi i wszyscy razem wiodą już bardziej przyziemną rozmowę.
...Charakterystyczne, że dialog między nimi nie jest tym z gatunku potocznych rozmów, lecz posiada znamiona na wpół filozoficznej rozmowy, okraszonej ponadto sporą dawką poezji. Jest w ich rozmowie i intrygującej wyprawie do bliżej nieokreślonego celu jakaś tajemnica. Wyjaśnia się ona częściowo, że była swoistą zabawą, grą pełną fantazji, już w drugim fragmencie tekstu, gdy para (mężczyzna i kobieta) spotykają się ze swoimi dobrymi znajomymi, przyjaciółmi i wszyscy razem wiodą już bardziej przyziemną rozmowę.
Waldku dziękuję za komentarz. Masz rację, że przeplata się tu proza i poezja, rzeczywistość i fantazja. To tak, jak w życiu, są chwile przyziemne i ulotne.
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E