POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Przeczytałabym wszystko jeszcze raz 2/2
Przeczytałabym wszystko jeszcze raz 2/2
Autor Wiadomość
Waldemar Kubas 

Dołączył: 12 Lis 2009
Posty: 630
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-11-19, 12:41   Przeczytałabym wszystko jeszcze raz 2/2

PRZECZYTAŁABYM WSZYSTKO JESZCZE RAZ 2/2



Jasny upalny dzień czerwcowy zmieniał się z wolna w rozświetlony kolorowymi lampionami, czarowny czy magiczny wieczór, pełen kuszących obietnic. W pewnej chwili zatrzymałem się w pobliżu miejsca, gdzie znajduje się wejście do Ratusza i gdzie właśnie rozpoczynał występ teatr uliczny, zwący się Teatrem Na Bruku. Wędrowna trupa komediantów znalazła się tu w samą porę. Przypadek sprawił, że jej nazwa akuratnie pasowała do brukowanej nawierzchni tamtego miejsca, ale już być może nieprzypadkowa była aluzja zawarta w nazwie i odnosząca się do ogólnie dość trudnej sytuacji teatru. Trudnej chyba z wielu względów. Ale bodaj najważniejszym byłby czynnik ekonomiczny. Niemniej nie zamierzam wdawać się tu w polityczne dywagacje, tym bardziej że prezentowana właśnie króciutka sztuka nie zawierała żadnych takich treści. Z drugiej strony te, które przekazywała, były bardzo błahe, co wszakże w żadnym stopniu nie pomniejszało artystycznej wagi całego widowiska. Stali bywalcy teatralnych przybytków, a więc wszyscy ci, którzy się łatwo odnajdują w świecie Melpomeny, doskonale wiedzą, że wspaniała gra aktorów niejednokrotnie z naddatkiem rekompensuje choćby najbardziej ubogie treści. I o to może przede wszystkim w teatrze chodzi. Właśnie o natchnioną, urzekającą grę aktorską, materialny i zmysłowy wyraz zachodzącego na naszych oczach artystycznego wydarzenia, niechby i błahego, wykreowanego czasem jakby ex nihilo, z którego trochę nieoczekiwanie emanuje duchowy pierwiastek.

Sztuka nosiła tytuł Fotograf i była z gatunku pantomimicznych. Tytułowy Fotograf miał ruchliwą twarz mima, pomalowaną na biało i natłuszczone brylantyną, ciemne, połyskujące włosy. Ubrany był w obcisły, elastyczny kostium w poprzeczne białe i niebieskie pasy. Miał zawieszoną na szyi i zwisającą aż do pasa złotą trąbkę z gumową gruszką, taką, jaką miały przy kierownicy starodawne automobile. Jednak, jak przystało na Fotografa, jego podstawowym rekwizytem był stojący na trzech drewnianych nogach czarny, staroświecki aparat fotograficzny z początku wieku (już minionego). Asystentem Fotografa był rasowy szympans o czarnej, szczeciniastej sierści, pokrywającej ciało, i gładkiej twarzy bez zarostu. Szympans do złudzenia przypominał prawdziwe zwierzę, chociaż oczywiście wcielił się w niego inny aktor. Fotograf raz po raz zbliżał się do zgromadzonej w ciasnym, że nie wetkniesz szpilki, półokręgu publiczności i wybierał z niej co ładniejsze dziewczęta.

Następnie prowadził za rękę w stronę swojego aparatu i, strojąc nieopisane miny, długo „ustawiał” modelkę przed aparatem, wybierając dla niej tę najodpowiedniejszą pozę. W trakcie owych przygotowań do zdjęcia, Szympans, w charakterystycznej dla swojego gatunku, na wpół wyprostowanej postawie, nieustannie biegał wokoło, wykazując ogromne zainteresowanie tak całą procedurą, jak i obiektem wybranym do fotografii. Było widoczne czarno na białym, że i jemu podoba się każda wybrana spośród publiczności dziewczyna, i że całą duszą i sercem, jeśli można się tak wyrazić, dopomaga przy „ustawianiu” i uczestniczy w dalszym twórczym akcie. Widzowie mogli podziwiać, z jaką niebywałą lekkością, mimo swego ogromnego cielska, poruszał się po scenie! Tymczasem Fotograf skupiony był bez reszty na swojej pracy. Każda nowa modelka jawiła się przed nim jako najważniejszym obiekt fascynacji i słodki przedmiot pożądania. Szympans, mimo swojej aktywnej i pracowitej asystentury, nie znajdował uznania w oczach mistrza. Wyglądało na to, że przeszkadza swojemu pracodawcy. Tak czy owak coraz bardziej zniecierpliwiony Fotograf rzucał w stronę Szympansa groźne, karcące spojrzenia i, naciskając nerwowo gruszkę trąbki, na moment odpędzał od siebie natrętne zwierzę. Co tu dużo mówić, współpraca między mistrzem a jego asystentem nie układała się dobrze, ba, była pod psem. Nachalne zwierzę przeżywało niewypowiedziane katusze samotności, a może wręcz zazdrości, gdy, z jakichś nie do końca wiadomych powodów, Fotograf na chwilę przerywał „ustawianie” i biorąc rękę dziewczyny prowadził ją za kurtynę, gdzie znikali oboje na dłuższy przeciąg czasu. (Przenośna czy też składana kurtyna tworząc rodzaj szerokiego, półokrągłego przepierzenia, swymi dwoma końcami przytknięta była do ściany Ratusza, gdzie odbywał się teatr). Szympans dwoił się i troił, by wejść za kurtynę, lecz raz po raz odzywająca się stamtąd złota trąbka, miast nadziei i ukojenia bólu przynosiła jedynie złowieszczą muzykę, która była niczym woda święcona dla złego ducha i nie pozwalała nawet zajrzeć do wyimaginowanego raju, nie mówiąc już o wejściu doń. Gdy Fotograf w końcu wracał z dziewczyną i ostatecznie „ustawił” przed aparatem swoją modelkę, szybko biegł w kierunku aparatu i pochylając głowę zanurzał ją pod nieodzowną dla tego staroświeckiego zabytku czarną narzutę. Emitując ostre świetliste błyski, przez chwilę trzaskała groźnie magnezja, za każdym razem odstraszając Szympansa-asystenta, i zanim kłębek niebieskiego dymu całkowicie się ulotnił, dagerotyp był gotowy.

Każda odważna dziewczyna, która pozwoliła się sfotografować, otrzymywała na pamiątkę swoją podobiznę. Przed każdorazowym jej wręczeniem Fotograf najpierw pokazywał podobiznę publiczności. Każdą fotografię mógł więc także obejrzeć pracowity Szympans-asystent. Szalał wtedy z uciechy, podskakiwał, szczerzył zęby i nieomal śmiał się po ludzku. Podobnie bawiła się publiczność. Oto bowiem jedna z dziewczyn, jako swoją podobiznę, otrzymała małpiatkę rodem gdzieś z Madagaskaru; inna – smutną, zbłąkaną owieczkę ze srebrnym dzwonkiem u szyi; jeszcze inna – aniołka w długiej białej, komunijnej sukni, z białymi skrzydłami i rękami po dziecięcemu złożonymi do modlitwy; jeszcze inna, dla równowagi – sympatyczną czarną diabliczkę z włosami ujętymi w pojedyncze pęki i filuternie uformowanymi nad czołem w dwa sterczące rożki; a jeszcze inna – zdjęcie rentgenowskie, na którym czarno na białym – o zgrozo! – mogła podziwiać swój nagi, w „obudowie” jakże ponętny, młodzieńczy, sprężysty „szkielet”. Itd., itp.

Gdy do zdjęcia pozowała dziewczyna, która następnie, jako swoją podobiznę, dostała od Fotografa niewinnego aniołka, w pewnej chwili przemknęła mi myśl, że dziewczyna ta przypomina trochę Patrycję T., znaną mi i zapamiętaną z jej czasów licealnych. Miała jakby podobną twarz i oczy, ich oprawę i wyraz, chociaż już sama sylwetka różniła ją zdecydowanie. Była niższa od Patrycji i pełniejsza w swych kształtach. Miała przy tym bardzo krótko ścięte, wyraźnie ciemniejsze włosy. Patrycja nigdy nie nosiła włosów tak krótko przystrzyżonych. Nie miałem wątpliwości, że to nie Patrycja T., a jednak cały czas coś mnie nurtowało i mimo tych nikłych podobieństw, a wielu różnic, nie dawało spokoju. Kiedy pozowała Fotografowi na scenie, wpatrywałem się w nią intensywniej i z większą niż w pozostałych przypadkach uwagą. Była bez wątpienia ładną dziewczyną! Gdy już schodziła ze sceny i wracała na swoje, jak można było sądzić, pierwotne czy poprzednie miejsce, z tym samym zainteresowaniem odprowadzałem ją wzrokiem. A kiedy, zatrzymując się na swoim miejscu, cała jeszcze rozemocjonowana i pod wrażeniem, zaczęła od razu rozmawiać z jedną ze stojących tuż koło niej dziewczyn, nie dowierzając własnym oczom, spostrzegłem, że ta druga, z którą rozmawia, to właśnie Patrycja T!, od paru już chwil przewijająca się w moich myślach.

Dotrwałem jednak na swoim miejscu do końca widowiska. Na zakończenie Fotograf zrobił symboliczne zdjęcie całej zgromadzonej publiczności. Po czym wyrzucił w tłum duży plik dagerotypów. Na każdym z nich widniała oblegana przez widzów pusta scena z dużym napisem, umieszczonym nad nią w przedniej górnej części:

TEATR NA BRUKU

Natychmiast, gdy po zakończeniu spektaklu wszyscy widzowie zaczęli się rozchodzić, ruszyłem w stronę Patrycji. Nie widziała mnie wcześniej, co łatwo było dostrzec z wyrazu jej oczu, gdy stanąłem nagle przed nią. Cała jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Miło przywitała się ze mną i jednocześnie przedstawiła mi dziewczynę, z którą właśnie była. Urocza modelka Fotografa sprzed paru chwil nie przypadkiem okazała się jej siostrą. Miała na imię Dominika. Po upalnym dniu zrobił się tymczasem wczesny wieczór i barwne lampiony rozsiewały wokół kolorowe światło. Wszystkimi barwami tęczy mieniły się malownicze kamieniczki Rynku, chorągwie i sztandary powiewające w otwartych oknach, suknie młodych kobiet i dziewcząt przechodzących obok nas i podążających w różne strony. Nie staliśmy długo na jednym miejscu. Po chwili ruszyliśmy przed siebie, żeby usiąść w ogródku jednej z kawiarni nieopodal. W mig zjawiła się kelnerka i zamówiliśmy duże porcje lodów z bakaliami w czekoladowej polewie. Ja wziąłem ponadto wodę mineralną. Chwilowo dziewczęta nie chciały nic pić.

Patrycja miała na sobie piękną suknię w odcieniu zielonym. Suknia była bez rękawów i miała wydłużony trójkątny dekolt. Zdobił go złocistożółty, bursztynowy krzyżyk. Jej włosy z tyłu głowy ujęte były w ozdobną wsuwkę i tworząc koński ogon spadały na ramiona. Nie widziałem jej już kilka dobrych lat i teraz uświadomiłem sobie, że z poważnej, uroczej nastolatki, jaką była w liceum, przedzierzgnęła się w piękną, dojrzałą dziewczynę. Rysy jej twarzy lekko zaostrzyły się, szczupła smukła figura nabrała nieco ciała i w rezultacie, choć zawsze była ładna, jeszcze jakby wypiękniała. Jej odrobinę przez ten czas ściemniony głos stał się przez to nieco bardziej zmysłowy.

Dominika ubrana była w suknię o odcieniu fioletowym. Tak. Miała włosy wyraźnie ciemniejsze od Patrycji. Jeśli włosy Patrycji można określić jako ciemnobrązowe czy brunatne, to włosy Dominiki były z pewnością czarne. Czarne miała też oczy. W miarę toczącej się przy kawiarnianym stoliku rozmowy, dowiedziałem się, że przeszła do klasy maturalnej. Nieco wcześniej dowiedziałem się od Patrycji, że ona sama studiuje historię sztuki. Nie zaskoczyło mnie to bynajmniej. Wciąż miałem w pamięci, że jeszcze jako uczennica liceum wiele godzin spędziła w miejscowym kościele uniwersyteckim studiując formę i zgłębiając tajniki baroku. A teraz opowiadała o innych swoich koleżankach i kolegach, moich niedawnych uczniach, mówiła czym się zajmują i jakie wybrali uczelnie. O niektórych z nich wiedziałem co nieco już przedtem, o innych zupełnie nic. Niewielka przestrzeń paru lat w życiu młodych ludzi, jak dobrze wiadomo, może sprawić czy przynieść spore zmiany. Tak więc kilka dziewczyn wyszło za mąż, dwaj czy trzej chłopcy się pożenili. Niektórzy mieli już dzieci w swoich związkach małżeńskich. Alicja D., na przykład, urodziła bliźniaki, chłopca i dziewczynkę; musiała chwilowo przerwać swoje studia z psychologii. Marta J. też wyszła za mąż i spodziewała się dziecka; studiowała architekturę. Rafał O. zdążył się ożenić, rozwieść i powtórnie ożenić. Nie miał na razie żadnych dzieci. Studiował informatykę. Tych parę osób przywołanych tu prawie wyłącznie dlatego, iż już wcześniej mieliśmy okazję poznać ich imiona, nie jest oczywiście próbą reprezentatywną, by tak powiedzieć, w kwestii ożenku bądź zamążpójścia tych jeszcze bardzo młodych ludzi, do których należała Patrycja i jej rówieśnicy, i którzy jeśli studiowali, dopiero co przekroczyli półmetek. W większości, wszyscy oni, niezależnie od tego, czy podjęli studia, czy też zaraz po maturze znaleźli jakąś pracę, byli wolnego stanu albo też żyli w wolnych związkach. Wolne związki były niejako znakiem czasu. Kiedy ja byłem młody, częściej ożenek lub zamążpójście przytrafiały się tym już pracującym. Dziś praca, którą się chwilowo miało, nie była żadnym gwarantem stabilizacji. Rodzenie dzieci nie było w modzie. Tę powinność natury młode pary odwlekały do wręcz niebezpiecznej granicy. Patrycja była nadal panną i w tym sensie potwierdzała całą tę nieformalną statystykę. Natomiast Dominika, jej młodsza siostra, którą dopiero za rok miał czekać egzamin dojrzałości, z oczywistych powodów cały ambaras miała jeszcze daleko przed sobą.

Podobnie jak Patrycja żywo interesowała się sztuką, na poddaszu w ich rodzinnym domu urządziła pracownię malarską, a po maturze zamierzała zdawać na Akademię.



Gdy tak gawędząc raz poważnie raz wesoło, siedzieliśmy przy stoliku i smakowaliśmy wyborne lody z bakaliami, ja zaś bogaty w świeżo nabytą wiedzę przestałem już rozpytywać o moich dawnych uczniów, Patrycja w pewnej chwili upatrzyła sobie swoją siostrę na przedmiot całkiem niewinnych żartów. Chciała koniecznie usłyszeć od Dominiki, co ta robiła z Fotografem za kurtyną, podobnie zresztą jak i wszystkie inne dziewczyny przed nią. Może Dominika wie coś na ten temat? – rzuciła pytanie Patrycja, spojrzawszy znacząco w moją stronę. Jednak Dominika, drocząc się z siostrą i dwuznacznymi półsłówkami i odrobinę zagadkowymi uśmieszkami sugerując jakieś niby to intymne zbliżenie, długo zwlekała z prawdziwą odpowiedzią. A gdy Patrycja nie dawała jej wciąż spokoju, w końcu wypaliła z całą szczerością:

- Nie wiem, co robiły inne dziewczyny, ja z pliku fotografii, które mi dał do ręki Fotograf, wybierałam swoją podobiznę. I odczep się wreszcie. – Na odczepne Patrycja odrzekła:

- No to nieźle wybrałaś... – Dominika zrozumiała, że padła ofiarą własnych mistyfikacji.

Chociaż wcześniej swoją podobiznę aniołka wybrała rozmyślnie, by się z siostrą trochę pośmiać i pozgrywać, teraz zawstydziła się biedaczka i wyraźnie spłoniła. Patrycja dostrzegła to natychmiast i chcąc wynagrodzić siostrze małą przykrość, jaką jej nieopatrznie sprawiła czy też jakiej ta z jej powodu doznała, zmieniła nagle temat i zaczęła chwalić jej obrazy. Ale tutaj o mało co nie pogrążyła Dominiki w jeszcze większym zakłopotaniu. Wyraźnie obrażona Dominika początkowo w ogóle nie chciała słyszeć, by mówiono na jej temat, wszystko jedno, w jakim kontekście, jednak powoli, gdy się przekonała lub też zrozumiała, iż Patrycja nie ma żadnych złych intencji ani najmniejszych powodów do prawdziwych złośliwości, co więcej, jako wspaniała starsza siostra jest w końcu najlepszą jej przyjaciółką, choć może lubi czasem nieco poironizować, a nawet zabawić się jej kosztem, udobruchała się i pozwoliła, by siostra fachowo, jako historyk sztuki, omówiła szczegółowo dwa jej obrazy.

Za Patrycją spróbuję opisać je tu możliwie wiernie. Pierwszy obraz nosił, czy też nosi tytuł: Wiosna, Lato, Jesień, czyli Autoportret. Jest to tryptyk, składa się zatem z trzech części, co w tym przypadku oznacza także – trzech płócien. Na pierwszym płótnie, na głęboką czerń bezksiężycowej nocy nikłe, zielonkawe światło rzucają jedynie czarne węgliki oczu młodej dziewczyny. Dziewczyny tej jednak nie widzimy, nie widzimy także jej pięknych oczu rozsiewających nikłe światło, nie dostrzegamy, bo nie ma dziewczyny i nie ma oczu. Ona gdzieś jest i nie jest, ma się dopiero sama odgadnąć, rozpoznać samą siebie i swą tożsamość poprzez kogoś innego, prawdziwie narodzić. My ją zaledwie przeczuwamy, domniemywamy żar tlący się w tajnych zakątkach jej młodego ciała, żar kładący się nieomal namacalnym, zielonkawym światłem na białym płótnie obrazu.

Drugie płótno jest dokładną kopią pierwszego, z tym że dodano pewne nowe elementy, a już istniejące zinterpretowano na nowo. W ten sposób rozpoznajemy, że głęboka czerń z pierwszego płótna w swych górnych partiach stanowi firmament sczerniałego nieba, pod którym w zielonkawym świetle rozsiewanym przez czarne węgliki oczu młodej dziewczyny, której nie widzimy, lecz przeczuwamy, rysują się nikłe, z lekka rozjaśnione sylwetki niezidentyfikowanych obiektów latających.

Trzecie płótno jest dokładną kopią drugiego, z tym że dodano pewne nowe elementy, a już istniejące zinterpretowano na nowo. W ten sposób okazuje się, że w głębokiej czerni bezksiężycowej nocy, gdzie nikłe zielonkawe światło rozsiewały jedynie czarne węgliki tajemniczych oczu młodej dziewczyny, której nie było i która miała się dopiero narodzić poprzez siebie samą i kogoś innego, i którą zaledwie przeczuwano według żaru emanującego z tajnych zakątków tego nienarodzonego jeszcze ani dla niej samej, ani świata, młodego ciała, owego żaru, który dzięki sile namiętności kładł się jednak zielonkawym światłem na białym płótnie obrazu, ni mniej, ni więcej jawi nam się nagle, że nikłe, z lekka rozjaśnione delikatnym muśnięciem pędzla sylwetki niezidentyfikowanych obiektów latających, są młodymi czarownicami lecącymi do nieba. Jako nowe elementy pośród innych, które dodano na pierwszym planie tegoż trzeciego płótna, to kosmaty, rogaty diabeł oraz młoda piękna, od dawna przeczuwana dziewczyna, która wreszcie się narodziła, zmaterializowała i hojnie rozsiewa zielonkawe światło z pałających węglików swych czarnych oczu. Młoda dziewczyna siedzi na oklep na leciwym, kosmatym diable. Jest cała naga, nie licząc zamszowych ni to kozaczków, ni to kamaszków z ostrogami. Jej wzrok kieruje się wysoko ku zdążającym już do nieba młodym czarownicom. Jednak co się tyczy nieco leciwego diabła, na którego wsiadła, jest cokolwiek opieszały. Wprawdzie uniósł już przednie kopyta w zamiarze odlotu, ale tylnymi jeszcze ciągle wspiera się o ziemię. Podobnie leniwie i smutno ciąży ku ziemi jego odrobinę niespieszny, czarci ogon. Nie miejmy jednak poważniejszych obaw! Czarna, powłóczysta chmura rozwianych włosów młodej, ponętnej i gorącej aż do zatracenia się dziewczyny, z lekka pieszcząc długi diabli ogon i tym samym przepowiadając prawdę niebiańskich rozkoszy, ani chybi dopomoże mu zmartwychwstać i rozkwitnąć w pełnej chwale, umożliwiając tym sposobem wspólny podniebny odlot!

No i proszę! Nie znałem Patrycji z tej strony i nie poznawałem jej teraz. Najwyraźniej poniosła ją fantazja i kiedy drobiazgowo i ze znawstwem opisywała tryptyk Dominiki, ta lekko zażenowana, a chwilami wręcz zdumiona, przeważnie nie zgadzała się z jej wizją, to i owo prostowała, ostatecznie posądziła siostrę o przekłamania, spaczenie jej idei i nadinterpretację. Nie chciała jednak zdradzić swojej własnej wykładni, stąd też pozostać musimy przy niezwykle interesującej, naszym zdaniem, wizji Patrycji.

Tamtego wieczoru zapytałem Dominikę, co ją skłoniło, by dać taki właśnie tytuł: „Wiosna, Lato, Jesień...”, to znaczy chodziło mi właśnie o pierwszy człon tytułu. Co się tyczy terminu „Autoportret”, użytego w drugim członie, zdawałem sobie sprawę, iż raczej nie należy brać go dosłownie. Dość dobrze rozumiałem nie całkiem oczywistą prawdę, że każdy artysta prowadzi swoistą grę z potencjalnym odbiorcą czy, jak w tym właśnie przypadku, widzem. Uśmiechając się szeroko i odsłaniając rząd ładnych równych zębów, niczym białe perły, takich zresztą samych, jakimi mimowolnie olśniewała Patrycja, ilekroć śmiała się bądź coś mówiła, Dominika pełna naturalnego wdzięku na moje nieco amatorskie pytanie odpowiedziała, że sprawa jest trywialna i nie kryje w sobie żadnych tajemnic ani podtekstów. Po prostu cały obraz malowała przez te właśnie trzy kwartały. Wiosną namalowała część pierwszą, latem – drugą, no i jesienią – część trzecią, wieńczącą całe dzieło. Zatem: „Wiosna, Lato, Jesień...”. Już sam dla siebie zastanawiałem się potem, jaki tytuł dałaby Dominika swojemu dziełu, gdyby praca nad nim przeciągnęła się do zimy. Ale najprawdopodobniej moje dociekania były naiwne, czy może zgoła pozbawione sensu.

Tymczasem Patrycja, pozwalając sobie na chwilę zadumy, kiedy to zapadło nikomu nie ciążące, dłuższe milczenie, w trakcie którego każdy z nas zdawał się wsłuchiwać w dolatujące z pobliskiej estrady przeboje znanej i lubianej gwiazdy, przeszła po chwili do omówienia drugiego obrazu Dominiki. Już błyskotliwy opis pierwszego obrazu, jakim był tryptyk, dowiódł, jak barwnie i interesująco potrafiła opowiadać, wykorzystując zarazem swoją fachową wiedzę, dlatego też nie otwierałem ust i słuchałem z zapartym tchem. Przytaczam jej słowa tak jak zapamiętałem, niczego istotnego nie dodając od siebie. Tak więc drugi obraz Dominiki nosił tytuł: Panna młoda z różańcem w otoczeniu Zalotników. Obraz ten był czy też jest diametralnie różny od opisanego wcześniej, różny tak co do stylistyki, jak i ogólnej wymowy. (Wspólną cechą obu dzieł jest bodaj tylko jakaś nieuchwytna, organiczna bezczasowość). O ile jednak z pierwszego obrazu emanowało pewne rozchwianie formy i rozmycie pojęć, o tyle na drugim panuje klasyczny duch dostojeństwa, równowagi i harmonii. Patrzący na obraz widzi na wprost przed sobą długą ulicę. Po obu jej stronach stoi rząd latarni. Jest dopiero wczesna pora zmierzchu i płomyki latarni ledwo pełgają nikłym, żółto-różowym światłem. Z tyłu za latarniami wyrastają dwa rzędy zrudziałych fasad secesyjnych kamienic, które z lewa i z prawa wypełniają przestrzeń obrazu. Szyby okien stylowych kamienic zdają się jednak odbijać naturalne światło zmierzchu. Ponad ulicą w głębi, tam gdzie dwa rzędy latarni już się prawie zbiegają w perspektywicznym ujęciu, widać wiadukt biegnący w poprzek ulicy, oraz przejeżdżający po nim pociąg ze snującą się ponad nim białawą smużką dymu na tle rudo-fioletowego nieba. W dolnej części płótna, przy jednej z latarni, tu gdzie widnieje widoczny początek ulicy, z konieczności ograniczonej ramą obrazu, po lewej dla patrzącego stronie znajduje się klęcznik z czarnego drewna z pulpitem pokrytym czerwonym pluszem. Na klęczniku klęczy młoda kobieta, tytułowa Panna młoda. W dłoniach trzyma białe paciorki różańca, z których duża część, wraz ze srebrzystym krzyżykiem, swobodnie opada poniżej jej splecionych modlitewnie dłoni. Panna młoda ma upięty na głowie krótki, biały ślubny welon, lecz poza tym jest zupełnie naga. Do nas, do widza jest zwrócona bokiem. Jej pochylona w modlitewnym skupieniu głowa ukazuje profil pięknej twarzy i miękkie sploty miedzianych włosów. Nie mniej piękne jest jej bladoróżowe, a miejscami alabastrowe ciało, widziane tutaj w klęczącej pozie. Olśniewa jego miękka linia przywodząca na myśl harmonię i doskonałość proporcji klasycznego posągu. Dostrzegamy jędrną wypukłość krągłych piersi i lunatyczną bladość pięknie wyprofilowanych rąk wspartych na klęczniku. Uważniejszy widz może również dostrzec doskonale piękną, wręcz niedościgłą linię nóg, i lekko, i delikatnie zarysowany, miedziany trójkąt włosów na białym czy też alabastrowym łonie.

Wzdłuż długiej i dość szerokiej ulicy przechadzają się mężczyźni. Jest ich pięciu, może sześciu. Łatwo odgadnąć, że są to tytułowi Zalotnicy. Są nienagannie ubrani: eleganckie garnitury; krawaty albo muszki pod szyją; długie jasne bądź ciemne, rozpięte lub nie, płaszcze; lakierowane buty. Mężczyźni nie są już młodzi. Przechadzając się wzdłuż ulicy zdają się czekać aż Panna młoda wstanie od klęcznika. Ale czy się doczekają? Panna młoda jest już najwidoczniej poślubiona, a przynajmniej zaręczona. Komu? Tego jednak nie wiemy. Może jakiemuś bankierowi lub fabrykantowi, albo, zważywszy na jej pobożność, czego nie można wykluczyć, bo takie przypadki też się przecież zdarzają, poślubiona samemu Zbawicielowi. W tym ostatnim przypadku Zalotnicy z obrazu Dominiki T. powinni dać sobie raczej spokój. Jednak czy oni sami wiedzą o tym, że powinni dać sobie spokój i czy generalnie znają swojego rywala, kontrpartnera, kontrkandydata?

Wątpliwości pozostają i pytania można by mnożyć. Nie wiemy, na przykład, kim jest, czy też była, tytułowa Panna młoda? Czy zawsze była taka pobożna?, czy może nie? Czy ulica pełna latarń, na której rozgościła się nasza pobożnisia, to niewiele znaczący element, jeśli w ogóle jest to możliwe w dojrzałym dziele sztuki, jakim niewątpliwie jest obraz Dominiki T., czy może raczej ukryta sugestia, iż niegdysiejsze, czy po prostu niedawne prowadzenie się Panny młodej dalekie było od doskonałości, by – o zgrozo! – nie powiedzieć, iż była kiedyś, czy też jeszcze wczoraj, kobietą lekkich obyczajów, albo jeszcze gorzej, do szczętu zepsutą, do ostatka upadłą niewiastą! Z drugiej strony nie zapominajmy o wszystkich elementach składających się na tytuł: Panna młoda w otoczeniu Zalotników. Powtórzmy: Zalotników. A zatem nasza Panna młoda, jeśli nie została zaślubiona Kościołowi i jej Oblubieńcem nie jest Jezus Chrystus, jest raczej ową pogrążoną w modlitwie, smutną Penelopą, czekającą na swego Odysa, męża, który nagle w pośpiechu, odbiegając od ołtarza, czy też porzucając weselne gody musiał ją opuścić i wyjechać gdzieś daleko, może nawet do obcych, zamorskich krajów, na przykład w szczególnie pilnych, nie cierpiących zwłoki interesach. Ale w takim razie, czy ów kapitalista, obojętne jakim dysponowałby kontem bankowym i jaki był bogaty, czy byłby wart owego bezcennego skarbu, jaki ośmielił się opuścić dla swoich podejrzanych interesów?... Tylko że tutaj znowu nasuwa się szereg wątpliwości. Dlaczego owa wierna narzeczona, niedoszła czy też prawowita żona, oczekując w pokucie na męża-podróżnika, poszła na ulicę, czy nawet zgoła pod latarnię? Czy to miejsce wskazuje na surowość pokuty, jaką odprawia? Ale jeżeli tak, to za jakie grzechy?... Czy, jeśli ów kapitalista, Odys, Oblubieniec, kimkolwiek by był, jeżeli będzie się spóźniał ze swoim nadejściem, powrotem, czy powtórnym przyjściem, spóźniał ponad miarę, czy młoda piękna kobieta nie ulegnie w końcu czatującej, i z apetytu ostrzącej sobie zęby na długo wyczekiwaną ucztę ciała i duszy, sforze Zalotników?... Te i podobne im pytania, które prowokuje obraz Dominiki T., podobnie jak to ma miejsce z pytaniami stawianymi przez każde nietuzinkowe dzieło sztuki, pozostają, proszę Państwa, bez odpowiedzi. Chyba że Państwu wydaje się, że ją znacie. Szczęśliwi ubodzy duchem! Amen!

I takimi to właśnie słowami Patrycja zakończyła omówienie drugiego obrazu swojej utalentowanej siostry. Tym razem Dominika nie miała większych zastrzeżeń do interpretacji Patrycji. Muszę się tu przyznać, że Patrycja oczarowała mnie błyskotliwością i głębią swoich wywodów. Jej plastyczny, doskonały opis sprawił, iż czułem się tak, jakbym widział te obrazy na żywo. Mało tego, gdybym sam je tylko widział i nie słyszał koneserskiego, pouczającego komentarza Patrycji, nigdy by mi nie przyszło do głowy, że można w nich tak wiele zobaczyć i jednocześnie wyczytać pytań, które stawiają inteligentnemu widzowi. Ale też z nie mniejszym podziwem myślałem o zaledwie parę lat młodszej od niej Dominice, która już prezentowała tak niebywałą dojrzałość artystyczną! Wprawdzie w drugim jej obrazie zatytułowanym Panna młoda z różańcem w otoczeniu Zalotników być może zaznacza się jakiś nieuświadomiony wpływ Paula Delvaux, co jednak, jeśliby nawet miało miejsce, nie jest niczym złym, ani też deprecjonującym, u tak bardzo młodej i niewątpliwie utalentowanej artystki. Ba! To jakieś choćby dalekie pokrewieństwo jej sztuki ze sztuką tej rangi twórcy, jakim był Paul Delvaux, raczej przydaje tej drugiej nowych blasków i wynosi do jeszcze wyższych regionów. Z drugiej strony, gdyby ten wpływ istotnie miał miejsce, to przede wszystkim wiedziałaby o nim Patrycja, a znając jej krytyczną przenikliwość, zapewne nie omieszkałaby o nim wspomnieć. Więc moje uwagi winno się raczej traktować jako niewczesne czy jałowe wymądrzanie się, w żadnym stopniu nie poparte solidniejszą, sprawdzoną wiedzą.



Wkrótce potem opuściliśmy kawiarniany ogródek, w którym Patrycja dała wirtuozerski popis swojej wymowy, a w szczególności świetnej znajomości sztuki, w której pośród nowych twórców jakże obiecująco zapowiadała się również jej młodsza siostra. Nie chcąc zbyt długo krępować swoją obecnością tych jakże miłych towarzyszek, zacząłem się z nimi powoli żegnać. Liczyłem jednak, a moje rachuby podzielały również dziewczęta, że się jeszcze tamtego wieczoru spotkamy, być może o północy na tradycyjnym puszczaniu wianków. Pobliska rzeka zdawała się już na to czekać. Ze swej strony miałem tymczasem jakieś własne plany, natomiast obie dziewczyny we wcześniej umówionym miejscu chciały się jeszcze spotkać ze swoimi rodzicami, z którymi razem przyszły na świętojańską uroczystość. Zanim się rozstaliśmy, napomknąłem Patrycji o swoich opowiadaniach. Powiedziałem, że mam ich kilka, że są to jakieś próby i zapytałem wówczas, czy nie zechciałaby rzucić na nie okiem. Natychmiast żywo zainteresowała się sprawą. Na wszelki wypadek, gdybyśmy się już nie spotkali owego wieczoru, przezornie zaproponowałem jej inny dzień. Umówiliśmy się, że przyjdzie do mnie z wizytą w najbliższy poniedziałek i odbierze materiał.

Jak tylko pożegnałem dziewczęta, pierwsze swoje kroki skierowałem pod estradę główną. Zbliżała się godzina dwudziesta druga i koncert Maryli R. rozpalił już emocje publiczności do białości. Kolejne jej przeboje śpiewali wraz z artystką starsi i młodsi, dorośli i kilkuletnie dzieci, rodzice, dziadkowie i wnuki. Niezależnie od tego, że gorąca atmosfera już dawno zdawała się osiągnąć najwyższe regiony dostępne na widowiskowej skali temperatur, a każda kolejna piosenka ten niewiarygodnie wysoki stan niezmiennie utrzymywała na kresowym poziomie, kiedy nadeszła pora na nieśmiertelny przebój „Niech żyje bal”, nastąpiła jednak nadspodziewana eksplozja emocji i wszyscy jakby oszaleli w powszechnej komunii ciał i dusz. Nastąpiło doprawdy powszechne zjednoczenie się i zbratanie ludzi, ich serc i umysłów. Jeśli wolno się tu afiszować ze swoimi prywatnymi predylekcjami w muzyce rozrywkowej, to powiem krótko, że sam od samego początku należę do wiernych wielbicieli talentu Maryli R. Tamtego wieczoru jeszcze raz miałem okazję przekonać się dobitnie, że nie jestem bynajmniej w tym odosobniony.

Bisom nie było końca i koncert artystki przeciągnął się do późnych godzin wieczornych. Potem był jeszcze z niczym nieporównywalny, przepiękny pokaz ogni sztucznych. Niebo nad miastem raz po raz rozbłyskiwało rojowiskiem różnokolorowych, świetlistych meteorów. W momencie wystrzelenia jeszcze niewidoczne, nagle w górze rozpadały się na miriady kolorowych gwiazdek, i po parabolicznych trajektoriach przemierzały niebo aż do momentu raptownego zniknięcia. Gdy głośne wybuchy towarzyszące wystrzeliwaniu w powietrze kolorowych rakiet stawały się coraz rzadsze i jednocześnie gasł deszcz spadających meteorów aż do całkowitego ich zaniku, słabsi i mniej wytrzymali uczestnicy zabawy, myśląc o wypoczynku po prawie dwunastogodzinnym fetowaniu Świętojańskie Nocy, zaczęli się powoli kierować ku swoim domom, zaś niezmordowani i wytrwali, pośród nich głównie ludzie młodzi, kroki swoje z wolna kierowali nad rzekę. Nad rzeką bowiem miało mieć miejsce tak symboliczne, jak i w jakimś sensie dosłowne zwieńczenie czerwcowego święta – palenie ognisk, uwodzenie dziewcząt i rzucanie na wodę barwnych wianków. Cała uroczystość świętojańska od początku do końca była doskonale zorganizowana przez niewidzialną rękę jakiegoś dobrego Demiurga, być może Światowida, stąd też w tę pamiętną Noc Kupały zadbano i o to, by dziewczęta nie musiały koniecznie przychodzić z własnymi wiankami, bowiem wzdłuż rzeki rozmieszczone były specjalne, by tak rzec, punkty, w których za stosunkowo niską cenę można było kupić sobie ładny wianek. Te nieco droższe eksponaty miały w środku woskową świecę. Niektóre jednak dziewczyny o potrzebny rekwizyt zatroszczyły się odpowiednio wcześniej i przyszły wystrojone w piękne kwietne, albo też z zielonego listowia, nie mniej urokliwe, wianki, które dumnie niosły na głowach... Wianki wiankami, nad rzeką stały ponadto budki z piwem i kiełbasą śląską, sprowadzoną na tę okoliczność z samej Sobótki, którą następnie można było przypiec sobie na ognisku. Kilkuosobowe mieszane grupy dziewcząt i chłopców małymi obozowiskami porozbijały się wzdłuż rzeki. Niebawem rozpalono ogniska, zaczęto otwierać butelki i piec na ogniu kiełbaski. Tu i ówdzie rozległy się donośne śpiewy. Tak jak być powinno królowała powszechnie piosenka biesiadna. Jednocześnie chłopcy już bez żenady zaczęli się zalecać do dziewcząt i podszczypywać je w nieprzyzwoitej nadziei na pogański finał, który miał mieć miejsce gdzieś dalej, w cieniu zarośli czy krzaków. Wianki tymczasem czekały w pogotowiu aż nadejdzie właściwy moment. Rozglądając się za moimi dziewczętami, Patrycją i Dominiką, kawał drogi przemierzyłem wzdłuż rzekę, ale nie wiem, kto je uwiódł i to tak skutecznie, że choćbym oczy wypatrzył, przepadły bez śladu. Trudno jednak, żebym sam sobie kupował wianek i puszczał go potem na wodę.

Zawróciłem więc i swoje kroki skierowałem niebawem w stronę domu. O tej porze nocy i tego świątecznego czasu niepodobna było liczyć na miejską komunikację, więc do domu udałem się na piechotę. Szedłem wolno opustoszałymi ulicami miasta i mimo woli widziałem, jak w tej czy innej bramie już przy pożegnaniu, albo też na ławce w parku czy jakimś cienistym skwerku, młoda dziewczyna oddaje się chłopcu, puszczając w niepamięć swój dziewczęcy wianek. Do domu dotarłem po dwóch godzinach niespiesznego marszu.

Oczywiście po całym dniu i dużej części nocy byłem wyraźnie zmęczony i senny. Byłem też głodny. Ale o tak późnej porze nie zamierzałem jeść. Od paru dobrych godzin była już niedziela i poczynało świtać, ja jednak wiedziałem, że do kościoła i tak się pewnie nie wybiorę, więc będę mógł spać do woli. Patrycja miała przyjść po moje opowiadania dopiero w poniedziałek.



I tak się też stało. W umówionym dniu, gdy właśnie przyszła, przekazując jej tekturową teczkę z opowiadaniami, wbiłem do głowy, że nie oczekuję na żadne tanie pochlebstwa i interesują mnie jedynie jej prawdziwe odczucia. Wiem również, że potrafi dogłębnie i z przenikliwością zanalizować dany utwór. W pierwszym rzędzie, kiedy będzie opowiadania oddawać, niech mi powie, czy je przeczytała, czy to w ogóle daje się czytać, czy choć trochę przykuwa uwagę. Że chętnie wysłucham wszystkich krytycznych uwag, bo być może na coś mi się przydadzą. A zatem szczerość, sama szczerość i tylko szczerość!

Tego dnia nie rozmawialiśmy długo, ponieważ Patrycja miała coś pilnego do załatwienia w mieście. Obrzuciwszy spojrzeniem jej piękną różową suknię na ramiączkach i uśmiechnąwszy się do niej, zapytałem ją tylko jeszcze, gdzie tak wczoraj, czy już może przedwczoraj, przepadła razem z siostrą. Jakby trochę nadąsana, choć jednocześnie nie bez szczypty tak charakterystycznej dla siebie dystansującej ironii, odpowiedziała z niejakim ociąganiem, że zaraz po sztucznych ogniach „rodzice zgarnęli swoje dobrze wychowane córeczki do domu”, by jeszcze przed północą mogły grzecznie ułożyć się do snu.

I już całkiem rozpogodzona, w wyraźnie żartobliwym tonie dorzuciła coś w tym rodzaju, że to są właśnie owe cienie dobrego urodzenia, jak i być może „niezbyt wygórowana cena”, jaką trzeba czasem za nie płacić. Zanim wyszła, już przy drzwiach zapytała, czy zachował mi się może egzemplarz „Blanki Bruyn” w mojej autorskiej adaptacji, bo jej siostra, gdy usłyszała o tamtym szkolnym teatrze, chciała całą rzecz przeczytać, a jej własny egzemplarz gdzieś się zapodział. Zawróciliśmy do pokoju, po czym spróbowałem się rozejrzeć wśród swoich różnych szpargałów, jednak od ręki nie udało mi się go znaleźć. Spieszyła się trochę, więc zapewniłem ją, że na pewno mam, i jak odnajdę, to następnym razem na pewno go dostanie. Umówiliśmy się, że przyjdzie za dwa tygodnie. Wtedy zwróci mi moje opowiadania i wyrazi swoją opinię.



Kiedy powtórnie stanęła w drzwiach mojego mieszkania, w jej oczach i słowach, którymi mnie przywitała nie było już tamtego naglącego pośpiechu, który przed dwoma tygodniami przymuszał ją do jak najszybszego załatwienia sprawy, by biec do następnej. Przeszliśmy spokojnie do pokoju i, wskazując na wersalkę, poprosiłem, by usiadła. Sam zająłem miejsce w swoim podniszczonym fotelu. Przez ostatnie dwa tygodnie myślałem od czasu do czasu o niej i próbowałem przewidzieć, co powie na wiadomy temat, gdy już przyjdzie. Ale bynajmniej nie robiłem sobie żadnych złudzeń. Tych kilka opowiadań napisanych w ciągu ostatnich dwu, trzech lat ani nie dostarczało powodów do prawdziwej satysfakcji, ani tym bardziej nie było niczym nadzwyczajnym. Owszem, ustawicznie nachodziły mnie najróżniejsze wątpliwości. Dwa czy trzy z owych opowiadań próbowałem mimo wszystko wysłać do jakichś redakcji. Moja aktywność została zbyta milczeniem, już na samym starcie zero reakcji, co naturalnie nie wróżyło dobrze na przyszłość. Nadal byłem targany wątpliwościami, w nich jakże łatwo krzewiła się niewiara we własne siły, a te, że słabe i wątłe, pod dużym znakiem zapytania stawiały sens dalszej pisaniny.

Mimo jej inteligencji, ciętego języka i swoistej ironii, obawiałem się jednak ze strony Patrycji gołosłownych pochlebstw mających swe źródło czy to w zwykłej kurtuazji, czy może obawie, aby jakimś surowszym sądem nie sprawić mi przykrości, więc by temu zapobiec nie dopuszczałem ją na razie do głosu, i kierując spojrzenie w stronę okna wypełnionego błękitem nieba, rozpocząłem dłuższy monolog, w którym na powrót przypomniałem jej o tym, jak żeśmy się umawiali, że wyrazi swoją opinię o moich opowiadaniach całkowicie szczerze. A zakładając chwilowo, że są może coś warte, liczę tym samym, że jej krytyczna opinia ułatwi mi dostrzeżenie wszystkich słabych stron tej prozy i jej najdrobniejszych uchybień. Ale przede wszystkim, raz jeszcze postawię pytanie zasadnicze, czy to w ogóle jest strawne i daje się czytać, a jeśli tak, to czy przykuwa na tyle uwagę, że chce się przeczytać do końca. Powiedziałem coś jeszcze w tym mniej więcej guście i dopiero po jakiejś chwili, kiedy Patrycja T. po raz drugi czy trzeci powtórzyła te same słowa, zorientowałem się, że w swoim monologu zapędziłem się zanadto, podczas gdy ona usiłuje mi odpowiedzieć na rzucone już pytanie. Tym dwu- czy trzykrotnie powtórzonym zdaniem była jej spokojna, dobitna wypowiedź:

- Przeczytałabym wszystko jeszcze raz... – Kiedy jej stanowcze słowa nareszcie dotarły do mojej świadomości, odwróciłem głowę od okna i spojrzałem na nią. Wciąż jakbym nie dowierzał, zgoła myśląc, że mnie słuch zawodzi. Dostrzegła niekłamane, żywo malujące się zaskoczenie na mojej twarzy, więc patrząc na mnie powtórzyła po raz kolejny, w nieco rozwiniętej już formie:

- Nie tylko daje się czytać, ale choć przeczytałam dwukrotnie, chętnie przeczytałabym jeszcze raz. Czy uwierzy mi pan w końcu? – Na krótką chwilę zaniemówiłem z wrażenia. Wszystko to stąd, że w najśmielszych marzeniach nie potrafiłem sobie wyśnić lepszej recenzji. Kiedy po chwili doszedłem do siebie, nie dawałem za wygraną i w poczuciu realizmu usiłowałem przymusić Patrycję, by wreszcie powiedziała coś niepochlebnego.

Jednak mimo wielu prób nie zdołałem nic takiego od niej wydobyć. Przeciwnie, rzeczowymi argumentami starała się umotywować swoją entuzjastyczną opinię. Mówiła o klarownym języku moich opowiadań, sugestywnym obrazowaniu, dobrym puentowaniu poszczególnych sytuacji i fragmentów, nie przekraczaniu granic dobrego smaku tak w sferze obyczajowości, jak i wartości chrześcijańskich. Nie podzielała moich obaw, iżby teksty te mogły obrażać czyjeś uczucia religijne. Odwołując się do swojej wiedzy z historii sztuki i znajomości malarstwa, pewne aspekty mojej prozy kojarzyła ze światłocieniami Valdemarkusa. Nie szczędziła także pochwał dla wierszy włączonych do jednego z dłuższych tekstów (który uznała za swoistą mikropowieść), i które stanowiły jego integralną część. Mówiła wreszcie o fantazji i wyobraźni, dobrze miarkowanym kwantum humoru oraz swoistym magnetyzmie opowiadań, przykuwających uwagę od początku do końca.

Gdy potem chcąc nie chcąc przerwałem ten nieoczekiwany i nazbyt obfity strumień pochwał, na który z pewnością nie zasłużyłem, a który tu przytaczam pragnąc dać jedynie wyraz samej prawdzie zdarzeń, i niezupełnie w związku z jej wielkodusznymi sądami powiedziałem coś o tym, że nie mam przecież większych złudzeń, bo zacząłem pisać stanowczo za późno, Patrycja odpowiedziała, że tak czy owak powinienem pisać dalej, a w niej w każdym razie będę miał swojego wiernego czytelnika. Mówiąc to patrzyła wprost na mnie, a z jej oczu i gładko wypowiadanych słów promieniała jedynie sama szczera prawda. Nie dopatrzyłem się tam nawet najmniejszej iskierki nieszczerości, takiej choćby na lekarstwo.



Kiedy Patrycja T. już wychodziła, na powrót wzięła ze sobą moje opowiadania. Tak jak mówiła, chciała je przeczytać raz jeszcze, a następnie zamierzała dać do przeczytania swoim przyjaciołom, bo po interesującej, jak powiedziała, lekturze gorąco pragnęła się z kimś podzielić własnymi refleksjami. Do opowiadań dołączyłem tym razem pożółkły maszynopis z „Blanką Bruyn”, którą już dość dawno chciała przeczytać Dominika.

Gdy Patrycja wyszła, zostałem w domu sam ze swoimi myślami. Kiedy jeszcze była na miejscu, zapomniałem zapytać, komu w pierwszym rzędzie chce pokazać moje opowiadania. Pogrążony w myślach zastanawiałem się teraz, czy jej młodsza siostra, Dominika, po zapoznaniu się z „Blanką Bruyn”, zainteresuje się również nimi. Ale to chyba mało prawdopodobne, jako że przyszłoroczna maturzystka musiała mieć wystarczająco dużo lektur do przejrzenia. I to nie takich zwariowanych jak lektura mojego autorstwa. Chociaż, z drugiej strony, jako młoda początkująca artystka, już teraz tworząca tak wspaniałe obrazy, prócz statecznej rozwagi i prawdziwego, niewinnego aniołka w duszy miała chyba w sobie jakiegoś małego, ukrytego diablika, tym bardziej że była nieodrodną siostrą Patrycji. Zatem moja lektura być może by jej nie zaszkodziła. A co do braku czasu? – na razie były wakacje...

Niemniej, nad tą do pewnego stopnia marginalną sprawą całej tej historii, nie zastanawiałem się dłużej, i szybko przeszedłem nad nią do porządku. Nie miało to teraz dla mnie większego znaczenia, a w przyszłości pewnie i tak się okaże, jak było naprawdę.

Tymczasem rozpamiętywałem wszystko to, co przed niespełna godziną mówiła Patrycja. Starałem się przypomnieć sobie każde jej słowo. I istotnie, chwilami miałem wrażenie, że pamiętam każde wypowiedziane przez nią zdanie. Każde jak sznur pereł, ładnie zbudowane, wyważone, mądre. Miałem też zapisane w pamięci brzmienie jej głosu i mogłem go sobie dowolnie przypominać. Przynajmniej tamtego dnia. Oczami wyobraźni widziałem znowu te jej zielone czy może zielonkawe oczy, które tak w zależności od zewnętrznego światła, jak i pod wpływem jakiejś chwilowej emocji lub przelotnej myśli stawały się jasnoszare, niebieskawe, czy wręcz czarne, gdy padał na nie cień; widziałem łagodny, dziewczęcy uśmiech na delikatnej, pięknej twarzy; ciemnobrązowe włosy ładnie upięte z tyłu głowy; dość kusą spódnicę w pastelowej tonacji i jasną powiewną bluzkę bez rękawków...



W tamtą noc długo nie mogłem zasnąć i wciąż na nowo odtwarzałem w pamięci wszystko to, co przed paroma godzinami powiedziała. Myślałem o tym, że już od bardzo długiego czasu nie byłem tak szczęśliwy, jak właśnie owego dnia. Nie miałem żadnych wątpliwości, że moje opowiadania się jej podobały i swoją aprobatę wyrażała najzupełniej szczerze. W ową bezsenną noc upewniłem się w szczególności, że gdyby już nigdy nikt więcej nie wyraził się o nich pochlebnie, to i tak warto było pisać dla tej jednej dziewczyny!
 
 
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 28
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2009-12-02, 22:38   

Waldku :)
W końcu przeczytałam obie części opowiadania. Wytłumaczenie wyrażenia "w końcu": ostatnio czas mnie nie lubi, ucieka ode mnie a ja bezsilna za nim biegnę i dogonić go nie mogę.
Czytając, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że stylistycznie opowiadanie jest zupełnie jak nie z tej epoki. Nie z początku XXI wieku, lecz z początku ubiegłego. Długie zdania, staranność narracji pierwszoosobowej. Całość nasycona obserwacjami z jednej perspektywy - narratora.
Podzieliłabym niektóre dłuższe paragrafy na kilka krótszych. Podobnie ze zdaniami. To naturalnie jedynie sugestie, bo to Twoje opowiadania i Twoje decyzje.
Morał opowiadania ciekawy. To prawdopodobnie w jakimś momencie częsty dylemat piszących: czy pisać, a jeśli już, to dla kogo? Dla jednej osoby? No może dla dwóch, dla siebie i tego kogoś drugiego :)

serdeczności
E
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Waldemar Kubas 

Dołączył: 12 Lis 2009
Posty: 630
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-12-03, 19:02   

Elżbieto,

tym bardziej doceniam, że "w końcu" znalazłaś chwilę czasu, przemogłaś się i przeczytałaś cały tekst. A przeszkód było przecież wiele. Prócz braku czasu, niezbyt zachęcający tekst już chociażby ze względu na długie zdania i stylistykę plasującą go nie w tej epoce. Nie mogę Ci jednak obiecać, że inne moje teksty będą strawniejsze. Urodziłem się pod koniec XIX wieku i prawie wszystko, co piszę, ma znamiona poezji i prozy z początku XX wieku.

Przesyłam uśmiech, choć powoduje zmarszczki.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Przeczytałabym wszystko jeszcze raz 2/2


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo