POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Z lotu ptaka
Z lotu ptaka
Autor Wiadomość
Cathriona 
Monika Nowosad


Wiek: 42
Dołączyła: 13 Sie 2009
Posty: 1249
Skąd: lubelskie
Wysłany: 2010-01-09, 10:35   Z lotu ptaka

Na życzenie, a raczej propozycję, Marka ;)


Dziewczynka skradała się pomiędzy starymi skrzynkami z narzędziami. Wszędzie leżały bezładnie porozrzucane łopaty, grabki, nożyce do przycinania żywopłotu i inne przedmioty, których przeznaczenia dziewczynka nie znała. Puszki z farbą, deski, gwoździe, siekiery, młotki, stare płachty i worki, a wszystko to przykryte grubą warstwą kurzu. Przez małe, brudne okienko pod dachem sączyło się światło powoli zachodzącego słońca. W starej szopie panował zaduch i smród stęchlizny. Firanki pajęczyn oblepiały dziewczynkę, gdy powoli i ostrożnie pokonywała przeszkody, starając się stąpać jak najciszej. Po co tutaj przyszła? Dla zabawy. Tak tylko dla żartu.

Bawiła się grzecznie w lesie, gdy zobaczyła tego mężczyznę. Wysoki, czarnowłosy, z kilkudniowym zarostem. Rozglądał się na boki, jakby sprawdzał, czy nikt za nim nie idzie. Niósł szary worek, który musiał być stosunkowo ciężki, bo mężczyzna dźwigał go z pewnym wysiłkiem, co chwila przystając i ocierając pot z czoła, gdyż sierpniowy upał dodatkowo dawał mu się we znaki. Idąc przez las nie zauważył siedmiolatki, która ukryła się za starym, szerokim dębem. To właśnie wtedy przyszedł jej do głowy pomysł, żeby go śledzić i zobaczyć, dokąd i po co ten pan idzie. Ostrożnie ruszyła za nim, gdy skierował się w głąb lasu. Po kilkunastu minutach dotarli do starej szopy, która kiedyś, to mała wiedziała dobrze, służyła za przechowalnię narzędzi ze szkółki zalesieniowej. Dziewczynka nieco się zdziwiła, gdy obcy za pomocą kawałka drewna pozbył się zardzewiałej kłódki z drzwiczek od szopy. Rozejrzawszy się po raz ostatni, mężczyzna wszedł do środka. Dziewczynka po cichu weszła za nim. Starała się iść pochylona, żeby "ten pan", jak go nazwała w myślach, jej nie zauważył. W szopie panował półmrok, więc musiała chwilę odczekać, żeby jej oczy przyzwyczaiły się do otoczenia. Po chwili jednak zaczęła wyławiać z mroku wszystkie szczegóły.

Teraz właśnie spoglądała zza skrzyni z narzędziami na mężczyznę, który zaczął rozwiązywać worek. Przez chwilę tak się ustawił, że dziewczynka widziała tylko jego wysoką postać, która pochylała się nad workiem. Niestety, nie mogła zobaczyć, co w nim jest. Mała usłyszała jakiś szum i poruszenie pod dachem. Spojrzała w gorę i mimowolnie drgnęła. Na belkach pod dziurawym drewnianym dachem krytym papą, która miejscami odłaziła płatami, siedziała masa piór, poruszających się łebków i skrzydeł i małych oczek, które uważnie obserwowały, co się dzieje na dole. Po krótkiej chwili dziewczynka uświadomiła sobie, że to tylko stadko dzikich gołębi. Ale tylu ptaków na raz dziewczynka jeszcze nigdy nie widziała. Mogło ich być nawet z pięćdziesiąt sztuk. Pod samym dachem, w najbardziej zaciemnionych miejscach, zobaczyła też zwisające puszyste kłębki - nietoperze.

Dziecko odwróciło wzrok od ptaków i spojrzało znów na mężczyznę. Odsunął się teraz tak, że wyraźnie widziała, co było wcześniej w worku, a teraz leżało na drewnianej podłodze u jego stóp. Słabe światło zachodzącego słońca rzucało ostatni blask, który jaśniejszą plamą odcinał zawartość worka od panującego półmroku. Dziewczynka przez chwilę nie mogła oddychać, gdy zorientowała się, na co patrzy. A potem z jej gardła wyrwał się niekontrolowany, wysoki, długi i świdrujący w uszach ni to pisk, ni to krzyk. Spłoszone ptaki i nietoperze w panice zaczęły wyfruwać z szopy. Gmatwanina skrzydeł, dziobów, pazurów, puchu i piór opanowała całą przestrzeń wnętrza szopy. Dziewczynka zakryła rękami głowę, zacisnęła mocno powieki i skuliła się na deskach, nie przestając ani na chwilę krzyczeć. We włosach czuła szarpnięcia i drapnięcia, gdy ptaki w popłochu i panice próbowały opuścić szopę. Po twarzy płynęły jej łzy zmieszane z krwią płynącą z zadrapań. A ona nadal krzyczała i krzyczała...




Otworzyła szeroko oczy i uświadomiła sobie, że naprawdę krzyczy. Łzy strumieniami płynęły jej po policzkach. Zaczęła głęboko oddychać, chcąc się uspokoić. Rozejrzała się dookoła i powoli zaczęła rozpoznawać znajome meble i wystrój pokoju. Poranne światło nieśmiało wpadało przez okno. Świtało. Jej ulubiona koszula nocna była przepocona. Pościel zresztą też. Popatrzyła w bok - nie była sama.

Jacek wpatrywał się w nią ze strachem w oczach. Nie wiedział, co powinien zrobić, gdy zaczęła go okładać na oślep pięściami, jednocześnie jakby coś odpychając i drąc się wniebogłosy.
- Jagoda, wszystko w porządku? - Zapytał. - Przynieść ci szklankę wody albo coś mocniejszego?
- Nie, dzięki. - Nadal oddychała niespokojnie. - Już w porządku. To tylko kolejny koszmar. A właściwie nie kolejny - to ciągle ten sam. Boże, jak ja nienawidzę piór i skrzydeł! - Wykrzyknęła.

Opadła bezsilnie na poduszki. Popatrzyła na stojący obok budzik, który wskazywał czwartą nad ranem. Jagoda wiedziała, że już i tak nie zaśnie. Zdążyła się już tego nauczyć przez te wszystkie lata.
- Może mi opowiesz, co? - Jacek oparł się na łokciu. - To czasami pomaga. Jak długo masz te koszmary?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Długo. - Jagoda popatrzyła mu prosto w oczy. - Dlaczego miałabym ci opowiadać o moich koszmarach? Nawet moim rodzicom nigdy tego nie opowiadałam.

Jacek usiadł na łóżku. Miał umięśnione i wysportowane ciało. Zastanowił się przez chwilę, jak to się w ogóle stało, że po tej dyskotece znalazł się w domu, a dokładniej w sypialni, Jagody. Nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. Zawsze starał się być ostrożny w kontaktach z dziewczynami i nigdy nie interesowały go jednonocne przygody. Z tego, co wiedział, wynikało, że Jagoda też nie należała do takich, którym zależy na ilości, a nie na jakości mężczyzn w życiu. Więc co to było? Impuls?
- No, to może opowiedz mi właśnie dlatego, że się nie znamy. - Zaproponował. - To znaczy nie znamy się zbyt długo. - Sprostował.

Jagoda westchnęła. Może to i dobry pomysł? Zastanowiła się, od czego zacząć. I tak, z początku nieśmiało, opowiedziała mu od początku cały sen, który zawsze był ten sam, żaden szczegół się nie zmieniał, a mimo to za każdym razem był on tak samo przerażający. I zawsze kończył się tak samo.
- A co było w tym worku? - Zapytał Jacek, gdy Jagoda skończyła opowiadać.
- Nie wiem. - Odparła. - To znaczy kiedyś wiedziałam, ale tak bardzo chciałam o tym
zapomnieć, wyrzucić to z pamięci, że w końcu mi się to udało.
- A czy później byłaś jeszcze w tej szopie?
- Nie. Nigdy. Wiem, że po tym, jak wróciłam do domu odesłali mnie do szpitala. Przez kilka miesięcy nie mogli się ze mną dogadać. Mogłam przesiedzieć cały dzień wpatrując się w jeden punkt i nie odzywając się do nikogo. Wiem też, że zaczęłam zachowywać się jak szalona, gdy do pokoju dostarczyli mi w klatce dwa kanarki, żebym się mogła "rozerwać". Wyłam jak dzikie zwierzę! Rzucałam w te wstrętne ptaszyska tym, co mi tylko wpadło pod rękę, dopóki nie wynieśli ich z pokoju, a mnie nie naszpikowali środkami uspokajającymi.
- A nie sądzisz, że gdybyś tam poszła, to mogłoby to pomóc? - Zapytał.
- Nie wiem. Ja już nic nie wiem. - Jagoda znowu westchnęła. - Wiem tylko, że muszę wziąć prysznic i się przebrać. - Uśmiechnęła się do Jacka. Po chwili spoważniała. - Sama za Chiny tam nie pójdę.
- A czy mógłbym ci towarzyszyć? Wtedy byłoby ci raźniej. Musisz jednak prowadzić, bo ja niestety nie znam tutejszego lasu. Co prawda mój ojciec kiedyś mieszkał w tych stronach, ale ja mieszkałem z matką gdzie indziej.
- Daj mi chwilę do namysłu, ok?
- Ok.
- Idę do łazienki.

Kiedy wróciła Jacek nadal leżał na łóżku. Patrzył na Jagodę, a gdy położyła się obok, poczuł zapach jej szamponu z wilgotnych włosów. Koszulka nocna pachniała świeżością.
- Zastanowiłam się nad tym, co zaproponowałeś. - Powiedziała. - W końcu nie jestem już dzieckiem, nie mogę dłużej uciekać od przeszłości. Muszę wreszcie stawić jej czoła, prawda?
- Grzeczna dziewczynka! - Pochwalił ją Jacek, po czym pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
- Opowiedz mi coś o sobie. - Poprosiła. - Mówiłeś, że twój ojciec kiedyś tutaj mieszkał. Znam tu wszystkich, więc jego też powinnam. Gdzie on teraz jest?
- Tego chyba nikt nie wie. Zaginął kilkanaście lat temu.
- O, przepraszam. Nie wiedziałam. Przykro mi. - Jagodzie zrobiło się trochę głupio.
- Nic się nie stało. Już go prawie nie pamiętam. Byłem jeszcze mały, gdy matka zabrała mnie i Jarka, mojego brata bliźniaka, i odeszła od niego. Wiesz, on nigdy nie był dobrym ojcem. Lubił sobie wypić, a poza tym lubił się znęcać nad słabszymi. O, dobrze jeszcze pamiętam, jak bardzo to lubił! Czasami nawet do nieprzytomności.

Jagoda przyglądała się Jackowi. Te jego duże, niebiesko-szare oczy. Takie obce, a jednocześnie takie dziwnie znajome...
- Któregoś dnia razem z Jarkiem odwiedziliśmy go. Jak zwykle był pijany i nic nie kontaktował. Ja postanowiłem wracać do domu, ale Jarek chciał zostać. To był ostatni raz, kiedy ich widziałem. Od tamtego dnia nikt już nie widział ani Jarka, ani mojego ojca.
- To okropne! - Wyszeptała. - Policja też ich szukała?
- Owszem. - odparł - Ale to było piętnaście lat temu. Wtedy jeszcze nie mieli takich środków i sposobów, jakich teraz używają. Możliwe, że znałaś mojego ojca. Mam gdzieś jego zdjęcie.

Jacek wstał z łóżka i zaczął szukać portfela w kieszeni spodni. Po chwili wyciągnął w stronę Jagody czarno-białą fotografię. Jagoda podniosła się z łóżka i rzuciła okiem na zdjęcie.
Mimowolny jęk, który wyrwał się z jej ust sprawił, że Jacek spojrzał w jej stronę. Wyraz przerażenia na jej twarzy i w jej oczach przestraszył go bardziej niż wszystko, co go do tej pory w życiu przerażało. Podbiegł do Jagody i przytrzymał ją zanim zdążyła upaść na podłogę.

Jagoda wpatrywała się w zdjęcie i znów poczuła się jak mała, przerażona dziewczynka.




W jej głowie pojawił się łopot setek skrzydeł. Pióra, puch, pazury, dzioby i ptasie piski były wszędzie. I wtedy z przerażającą ostrością wrócił do niej obraz, który tak uporczywie wypierała z pamięci przez te wszystkie lata.

Znów zobaczyła leżące na drewnianej podłodze zakrwawione martwe ciałko chłopca, który nieruchomymi szaro-niebieskimi oczyma wpatrywał się w kłębiące się pod dachem ptaki. Znów usłyszała swój własny dziecięcy krzyk przerażenia i przypomniała sobie ostatni obraz, jaki ujrzała, zanim wraz z oszalałymi gołębiami w pośpiechu wybiegła z szopy: postać wysokiego mężczyzny dyndającego na sznurze przerzuconym przez belkę pod dachem i ostatnie konwulsyjne podrygi jego nóg w powietrzu...



kwiecień 2005, a więc trochę stare :zawstydzony:
_________________
Black Mary

Zwali ją Czarną Mańką wśród ulicy,
Znali ją wszyscy wszerz i w krąg...
  
 
 
 
Cathriona 
Monika Nowosad


Wiek: 42
Dołączyła: 13 Sie 2009
Posty: 1249
Skąd: lubelskie
Wysłany: 2010-01-09, 10:41   

Hmm... A czemu mi nie kopiuje z akapitami, tak jak "trza"? :kwasny:
_________________
Black Mary

Zwali ją Czarną Mańką wśród ulicy,
Znali ją wszyscy wszerz i w krąg...
 
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15294
Wysłany: 2010-01-09, 13:39   

Zamiast akapitów zrób odstępy enterem. I już.
 
 
Cathriona 
Monika Nowosad


Wiek: 42
Dołączyła: 13 Sie 2009
Posty: 1249
Skąd: lubelskie
Wysłany: 2010-01-09, 15:30   

O, tys piknie ;)
_________________
Black Mary

Zwali ją Czarną Mańką wśród ulicy,
Znali ją wszyscy wszerz i w krąg...
 
 
 
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 28
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2010-01-14, 05:22   

Moniko :) przeczytałam.
Napisane sprawnie, ale...
Drobiazgi i sugestie:
Cytat:
to za każdym razem był on tak samo przerażający.

zrezygnowałabym z tłuścioszka
Cytat:
To znaczy kiedyś wiedziałam, ale tak bardzo chciałam o tym
zapomnieć, wyrzucić to z pamięci, że w końcu mi się to udało

tu za dużo - trochę - "to" i odmiany.
Cytat:
gdy do pokoju dostarczyli mi w klatce dwa kanarki,

może lepiej:
gdy do pokoju przynieśli mi w klatce dwa kanarki,
'dostarczyli' brzmi trochę sztucznie.
Cytat:
zanim wraz z oszalałymi gołębiami w pośpiechu wybiegła z szopy

brzmi jakby gołębie... wybiegły.

Takie mam sugestie, ale mogę się mylić.

Poza tym? Może za dużo czytam, ale od połowy tekstu przewidziałam co będzie dalej...
Przyznam się również, że horrorów - nawet jeśli są psychologiczne - nie lubię :zawstydzony:

Z przyjemnością przeczytam coś innego Twojego, prozaicznego :)
serdeczności
E
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Cathriona 
Monika Nowosad


Wiek: 42
Dołączyła: 13 Sie 2009
Posty: 1249
Skąd: lubelskie
Wysłany: 2010-01-14, 17:34   

Elżbietko, dziękuję za przeczytanie i sugestie. Już kiedyś mówiłam, że właśnie za duża ilość zaimków osobowych i wskazujących jest moją zmorą (taaak, syndrom germanisty - orzeczenie musi zawsze łączyć się z podmiotem, bo inaczej jest falsch ;) )

A co do innych, to zapraszam do przeczytania np.

http://cathriona.blog.one...,DA2010-01-06,n

http://cathriona.blog.one...,DA2010-01-02,n

http://cathriona.blog.one...,DA2010-01-04,n
;)
_________________
Black Mary

Zwali ją Czarną Mańką wśród ulicy,
Znali ją wszyscy wszerz i w krąg...
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Z lotu ptaka


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo