POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Jak doszło do tego, że zabiłem doktora Jaryla
Jak doszło do tego, że zabiłem doktora Jaryla
Autor Wiadomość
Waldemar Kubas 

Dołączył: 12 Lis 2009
Posty: 630
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-12-03, 21:35   Jak doszło do tego, że zabiłem doktora Jaryla

JAK DOSZŁO DO TEGO,
ŻE ZABIŁEM DOKTORA JARYLA



Słowo jest z samej istoty rzeczy
najbardziej wolnym pośród
duchowych istnień, więc
najbardziej niebezpieczne i
najbardziej niepewne.

Hrabanus Maurus


Kiedy przed dwoma laty kupowałem rewolwer, nie przyszłoby mi do głowy, że użyję go przeciwko doktorowi Jarylowi. Sam zakup broni i jej ewentualne użycie nie wiązałem zresztą z żadną konkretną osobą poza – no właśnie – samym sobą. Z samym sobą bowiem mam największe kłopoty. Wystarczy powiedzieć, że z chwilą gdy po załamaniu nerwowym trafiłem do szpitala, choć zegar mój się zatrzymał, nie pozostałem już potem tym samym człowiekiem. Po opuszczeniu zakładu miałem trzydzieści dziewięć lat i z nieodpartą siłą stanął przede mną problem sensu dalszego życia. Krótko mówiąc rewolwer nabyłem z myślą o samobójstwie.

O doktorze Jarylu mógłbym mówić właściwie używając jedynie samego imienia. Tym bardziej że łączył nas pewien rodzaj przyjaźni i byłem z nim na ty. Dziś wolę jednak tamtą względną zażyłość nazywać po prostu znajomością. Co do samego „ty” i wynikających stąd konsekwencji nie ma większego znaczenia, że od kiedy przeszliśmy na tę z gruntu poufałą formę – co miało miejsce na samym początku naszej znajomości, trwającej ogółem dziesięć, dwanaście lat – zwracając się doń bezpośrednio, posługiwałem się tym jego wyraźnie przestarzałym imieniem w pełnym brzmieniu, nie czyniąc jakichkolwiek zdrobnień, podczas gdy on, zwracając się do mnie, nie tylko nie dopuszczał żadnych zdrobnień, ale w ogóle omijał moje nieco wyszukane imię.

Niezależnie od charakteryzującego mnie sceptycyzmu (nie tylko w kwestiach zasadniczych, takich jak chociażby piekło, niebo względnie czyściec), sceptycyzmu, który na ogół nie dowierza wielu pozornym oczywistościom, znajomość z doktorem Jarylem nobilitowała mnie, dowartościowywała. Starszy ode mnie o lat piętnaście czy nawet dwadzieścia, był może nie tyle dystyngowanym, co raczej kulturalnym panem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu. Poznaliśmy się w działającym przy Uniwersytecie Studium Języków Obcych. A dokładnie na lektoracie z języka francuskiego. Obaj byliśmy kursantami, którym przyświecał umiarkowanie ambitny cel, by z biernej znajomości języka Mauriaca, Camusa czy Sartre`a przejść na bardziej czynną. Przywołałem tu trzy nazwiska klasyków literatury, bo obcy są mi dzisiejsi autorzy. Nie mam żadnych zdolności językowych, niemniej jednak moje postępy na gruncie doskonalenia języka francuskiego wyraźnie zaimponowały wówczas doktorowi Jarylowi i niejednokrotnie później, przy różnych dość rzadkich okazjach, kiedy się spotkaliśmy, najczęściej przypadkiem natknąwszy na siebie, był uprzejmy o tym napomykać, posuwając się niekiedy do mocno przesadzonych sugestii, o których nie warto wspominać. Jego komplementujące opinie były nierzadko wyrażane wobec osób trzecich, co mnie wtenczas wprawiało w lekkie zażenowanie i zakłopotanie. Jednocześnie nie były podyktowane żadną uchwytną czy zauważalną interesownością. Każdy nosi w sobie jakąś szczyptę próżności i w ostatecznym rozrachunku nie powiem, by mi były całkiem obojętne.

W okresie naszej znajomości trzykrotnie odwiedziłem doktora Jaryla w jego dwupokojowym mieszkaniu na dziesiątym piętrze. Oczywiście za każdym razem na jego wcześniejsze zaproszenie. Pierwszy raz mniej więcej w połowie okresu naszej znajomości, zaś dwa pozostałe – na krótko przed oddaniem śmiercionośnego strzału. On natomiast nie był na moim poddaszu nigdy. Moje kurtuazyjne zaproszenie skwitował żartem, że nie ma tam po co iść, skoro nie będzie ładnych dziewczyn. Odpowiedziałem, że u niego też nie było. Na to uśmiechnął się tylko, jakby trochę zagadkowo. Należy przyznać, że nie zdradzałem wyraźnych chęci, jak też nie istniał jakiś specjalny powód, bym go miał koniecznie przyjmować u siebie, i do całej sprawy już więcej nie wróciliśmy. Generalnie nasze spotkania, jak się rzekło, były bardzo nieregularne i dość rzadkie. W konsekwencji nie było ich wiele. Wszystkich razem (licząc od zakończenia lektoratu) mogło być najwyżej osiem, może dziesięć. Z reguły spotykaliśmy się na Filologii Polskiej, gdzie pracował i miał swój gabinet, chyba że przypadkowe spotkanie miało miejsce przy samym Uniwersytecie (mam na myśli gmach główny Uniwersytetu), i wówczas szliśmy do tamtejszej kawiarni z wygodnymi, choć dobrze podniszczonymi fotelami, i niespieszną, swobodną pogawędkę wiedliśmy przy filiżance kawy. Doktor Jaryl był człowiekiem wolnego stanu, pasuje powiedzieć – starym kawalerem.

Ostatni raz moją rzekomą łatwość w posługiwaniu się francuskim doktor Jaryl wyraził w obecności swojej studentki, magistrantki, niejakiej Marioli R. Spowodował tym jedynie moje zniecierpliwienie i rozdrażnienie. Niedługo potem ta sama Mariola R. stała się bezpośrednią, choć zarazem nieświadomą i niezawinioną przyczyną zaplanowanego zabójstwa.

Okres, jaki upłynął pomiędzy owym dniem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ją u doktora Jaryla, i tym ostatnim, zamyka się datami: 21 października – 4 listopada. W przeciągu tego czasu spotkałem ją tam trzy razy. Pierwszego razu, jak ją zobaczyłem, nie zwróciłem na nią szczególnej uwagi. Owszem, zauważyłem, że ma nie więcej niż trzydzieści lat, smukłą figurę, krótko ścięte kasztanowe włosy, i wesołe zielonkawe oczy. Te oczy, którymi przewracała w sposób dość bezceremonialny, ale i szczególnie ujmujący w momentach, kiedy doktor Jaryl wygłaszał jakąś swoją przydługą kwestię, i którym mimo że później jeszcze dwukrotnie miałem okazję się przyjrzeć, tak naprawdę nie wiem, jaki miały kolor i czy rzeczywiście były w odcieniu zielonym. Zważywszy na wszystkie te czysto fizyczne, zewnętrzne przymioty Marioli R., poprzez które tak czy owak jakoś tam manifestował się jej wolny duch, dla mnie, mężczyzny już niemłodego, lecz być może tym bardziej umiejącego właściwie ocenić urodę płci pięknej, Mariola R. przedstawiała ideał kobiety. I doprawdy nie na miejscu byłoby w tej chwili wymądrzać się i twierdzić, że ostatecznie wszystko jest jedynie grą pozorów.

Wkrótce po tym, jak zbierając się do wyjścia opuściła gabinet, doktor Jaryl zapytał w pewnej chwili:

- Zauważyłeś, jak spojrzała na ciebie na odchodnym?
- Wydawało ci się – odpowiedziałem.
- Nie, nie wydawało. Znam się na kobietach – zareplikował.

Nie w pełni przekonany nic na to nie odpowiedziałem, chcąc tym samym położyć tamę dla nadciągającego sondażu, jak mi się zdawało.

W istocie, gdy w gabinecie pozostałem sam z doktorem Jarylem, odzywałem się niewiele. Tokował wyłącznie doktor Jaryl, podczas gdy ja myślałem o tym, że na kolejne konsultacje z nim umówiła się za tydzień we wtorek. Natomiast w zeszły wtorek (przemknął mi przez myśli obraz, jak przewracając oczami usprawiedliwiała swoją nieobecność) nie mogła przyjechać, ponieważ miała chore dziecko. Ale doktor Jaryl zdawał się czytać w moich myślach. Bowiem prześlizgnąwszy się po którymś już z kolei błahym temacie, na nowo podjął wątek Marioli R. i powiedział wówczas, że jest nauczycielką i studiuje zaocznie. Na tutejszy Uniwersytet dojeżdża z P. Tam też w szkole podstawowej uczy języka polskiego. U niego zaś – jak się już zorientowałem i co potwierdził podnosząc wzrok znad małej kartki zapisanej odręcznym pismem i leżącej pośród innych papierów na dość nieuporządkowanym biurku – pisze właśnie pracę magisterską.



Gdy upłynął tydzień od tamtego dnia, chociaż jeszcze nie w pełni uświadomiłem sobie, że ona mi się naprawdę podoba, przekraczając próg ponownie sforsowałem masywną, nieomal spiżową bramę gmachu Filologii Polskiej, zdobioną czarnymi, metalowymi okuciami. A kiedy zbliżałem się do drzwi gabinetu doktora Jaryla zobaczyłem, że młoda polonistka z P. już jest, i czeka na wejście. W środku bowiem była inna studentka. Zamieniłem z Mariolą R. zaledwie parę słów, kiedy przed gabinetem doktora Jaryla pojawiła się jeszcze jedna studentka. Była wyraźnie młodsza, jej wiek pozwalał się domyślać, że musi być ze studiów dziennych. Pomyślałem wówczas, że tego dnia doktor Jaryl jest bardzo zajęty, „okupowany” bardziej niż zazwyczaj, i ogarnęło mnie złe przeczucie. Istotnie, nie myliłem się, bowiem gdy po chwili w drzwiach ukazał się doktor Jaryl, by poprosić następną osobę, którą miała być teraz Mariola R., i gdy mnie jednocześnie dostrzegł, to w pośpiechu podając mi rękę przywitał się tylko i przepraszając powiedział, bym przyszedł może innego dnia, który nie będzie aż tak „gorący”.

Kiedy tamtego „gorącego dnia” trochę jak nie do końca załatwiony i zbyt szybko odprawiony interesant odchodziłem od drzwi gabinetu doktora Jaryla, w mojej głowie kołatała się jedna myśl, że muszę ją jeszcze zobaczyć.

Po upływie kolejnego tygodnia miałem więcej szczęścia. Gdy z niejaką obawą zapukałem do drzwi gabinetu doktora Jaryla, ten wystarczająco uprzejmie, by nie powiedzieć z wylewnością powitał mnie i szerokim gestem zaprosił, bym wszedł do środka. Sprawiło mi to tym większą radość, że siedziała już tam Mariola R. Zanim zdążyłem zdjąć płaszcz, doktor Jaryl poprosił swoją magistrantkę, by przygotowała kawę dla wszystkich. Usłyszawszy to chciałem wybiec do cukierni po jakieś ciastka, ale doktor Jaryl powstrzymał mnie zapewniając, że nie potrzeba, bowiem pani magistrantka przyniosła właśnie pierniki w czekoladzie.

Czytelnika ceniącego nade wszystko pracę i z natury solidnego i obowiązkowego pragnę uspokoić, że miła atmosfera przy kawie i piernikach zasadniczo nie przesłoniła nadrzędnego celu, jaki przyświecał tamtemu spotkaniu, i jego priorytetowy, naukowy charakter został utrzymany. Praca na niczym tu nie ucierpiała. Magistrantka raz po raz naciskała klawisz reporterskiego magnetofonu i włączała na krótką chwilę nagrany przez siebie materiał dźwiękowy. W ten sposób cały materiał odtwarzany był po kawałku. Na taśmie magnetofonu zarejestrowana była jakaś wojenna, na poły frontowa, na poły jeniecka opowieść starego człowieka. I tak na bazie prezentowanego materiału dźwiękowego doktor Jaryl robił korektę tekstu, który wcześniej zapisała magistrantka w transkrypcji fonetycznej.

Na Uniwersytecie doktor Jaryl zajmował się językoznawstwem stosowanym. Przygotowywana zatem praca magisterska polonistki z P. miała również charakter językoznawczy. Swój materiał dźwiękowy, utrwalający jedną z wielu gwar polskich, nagrała wyjeżdżając w teren i rozmawiając tam z co bardziej reprezentatywnymi członkami społeczności lokalnej, pomiędzy którymi nie brakło przypadków wręcz kuriozalnych. (Takie odnosiło się wrażenie odsłuchując cały ten materiał). Następnie nagrany materiał opracowała według ustalonych zasad swej sztuki, co znaczyło, że przypisała słowom-dźwiękom odpowiednie znaki w transkrypcji fonetycznej.

Korekta doktora Jaryla, opracowanego przez magistrantkę materiału dźwiękowego, polegała na umiejętnym wychwyceniu ewentualnych drobnych nieadekwatności czy różnic pomiędzy ową transkrypcją fonetyczną oraz utrwalonym właśnie na taśmie materiałem. I chociaż od niepożądanych nieadekwatności mogło się aż roić, nie było ich doprawdy wiele. Pomijając już to, że nieprofesjonalne, z konieczności amatorskie nagranie oraz nie najlepszy słuch doktora Jaryla już same w sobie stwarzały realne trudności, to przede wszystkim należy pamiętać, że sama natura przedmiotu posiada wszystkie cechy niejednoznaczności. Tylko profan mógłby nie dostrzegać, że zrozumiała skądinąd mowa polska w ustach wielu ziomków brzmi często nader oryginalnie, by nie rzec, jak mowa obca. I wcale nie daje się jej zapisać ogólnie przyjętymi dwudziestu paroma literami alfabetu łacińskiego. A choćby i dodać nie wiem ile jeszcze dodatkowych liter. Jeden przykład. Tam gdzie normalnie w słowie występuje dajmy na to głoska „e”, u owych ziomków brzmi ona jak coś pośredniego pomiędzy „e” oraz „y”. „S” zaś jest głoską pośrednią między „s” i „sz”, czy nawet „ś”, który to dźwięk wymawiają opierając koniec języka nie o zęby, lecz o dziąsła. Przy wymowie jakiejś innej głoski, przód języka rzeczonych ziomków mocno przylega do podniebienia, zamiast lekko drżeć niczym listek osiki muśnięty delikatnym podmuchem wiatru, jak by mógł na przykład oczekiwać ktoś nie znoszący tej czy innej gwary. A przy wymawianiu jakiejś jeszcze innej głoski, język prezentowanego ziomka przylega do podniebienia na dużo większej powierzchni niż powinien, jest rozłożony szeroko jak łan żyta, nie pozostawiając po bokach żadnych szczelin, co stwarza całkowicie nową jakość dźwięku. A wziąć choćby same usta. Można studiować i opisywać modulowanie dźwięku przy odpowiednim ułożeniu i uformowaniu właśnie ust. Itd., itp. Nie zamierzam bliżej rozwijać całej tej kwestii, nie będąc specjalistą, a ponadto moje ścisłe, matematyczne wykształcenie sprawia, że wzdragam się przed tak licznie nagromadzonymi niejednoznacznościami, pośredniościami, umownościami. Na koniec wreszcie, słusznie czy nie, mógłby mnie ktoś posądzić o zgoła antynarodowe nastawienie. Podczas gdy liczy się jedynie bezstronne, obiektywne i pozbawione jakiegokolwiek wartościowania podejście językoznawców do wdzięcznego przedmiotu ich badań.

W tym zaledwie z grubsza zarysowanym problemie wypunktuję jeszcze tylko to, że gdy przysłuchiwałem się wszystkiemu, w spornych kwestiach, kiedy między doktorem Jarylem a magistrantką dochodziło do istotnej różnicy zdań, doktor Jaryl zwracając się do mnie pozwalał mi wyrazić swoją opinię, oczywiście zachowując swój rentowny przywilej, by ostatnie słowo należało do niego. Nie chciałbym być źle zrozumiany, niemniej jednak w swoich sądach przechylałem się zwykle na stronę młodej polonistki. Mimo całego szacunku dla wiedzy i doświadczenia doktora Jaryla, miałem niezbite wrażenie, z którego powziąłem takie samo przekonanie, że jego słuch pozostawia sporo do życzenia. Kierowałem się, jeśli można tak powiedzieć, prawdą własnego ucha i w tamtym czasie nie myślałem o ewentualnych konsekwencjach. Dziś jednak dopuszczam możliwość, że mój rzeczowy obiektywizm mógł w jakimś stopniu już wtenczas nadwerężyć cierpliwość doktora Jaryla. Gdy właśnie teraz próbuję rekonstruować wypadki z tamtego dnia, uświadamiam sobie, że moje każde przechylenie się na stronę młodej polonistki i przyznanie jej racji sprawiało, że jedno oko doktora Jaryla zaczynało jakoś dziwnie rozjarzać się, rytmicznie obracać w muszli oczodołu i płonąć niczym chore, mdłe światło latarni morskiej. Jego wyrazisty, jak gdyby przyczajony zez, skrywany za przyciemnionymi szkłami okularów, stwarzał wówczas nader przykry widok.



Doktor Jaryl zwracał się do swojej magistrantki przez samo „pani”. Nie używał w ogóle imienia. Ja, choć w swoim opowiadaniu posługuję się nim od samego początku, w istocie miałem je poznać dopiero teraz. Kiedy wychodząc za czymś doktor Jaryl opuścił na chwilę pomieszczenie, zapytałem ją wprost, jak ma na imię. Na ułamek sekundy mój wzrok skierował się na jej lewą dłoń, gdzie na jednym z palców, prócz wąskiej obrączki, lśnił delikatny pierścionek z zielonym oczkiem. Zanim odpowiedziała, że Mariola, jak gdyby zawahała się, pozwoliła czasowi zatrzymać się na ułamek sekundy. Do dziś wszakże nie wiem, jak zinterpretować tę małą, acz wyraźną pauzę. Powiedziałem wówczas, że ma bardzo ładne imię, że zawsze mi się podobało. Tak rzeczywiście było i nie musiałem uciekać się do wszystkich tych małych kłamstewek, które jakże często towarzyszą podobnym umizgom, flirtom czy może grom wstępnym. Zanim ponownie odpowiedziała, pomyślałem, że nigdy nie miałem dziewczyny o takim właśnie imieniu. Odpowiedziała przewracając oczami, że własne imię nie bardzo się jej podoba, czy też że niezbyt lubi swoje imię. Na to wszedł doktor Jaryl i niemal wpół słowa przerwaliśmy grę wstępną, jeśli takie określenie nie jest tu nadużyciem. W każdym razie cokolwiek by to było, nagłe przerwanie tamtej rozmowy jak i dalszy rozwój wypadków sprawiły ostatecznie, że nie sposób dziś ustalić, czy tamto o swoim imieniu powiedziała szczerze, czy była to tylko zręcznie przechwycona okazja, by podroczyć się trochę, czy zgoła inny powód, nie mający z tamtymi nic wspólnego. Gdy niedługo potem czas konsultacji dobiegł końca i, umówiwszy się z doktorem Jarylem na kolejne spotkanie za tydzień, opuściła gabinet udając się na dworzec, zapytałem swojego przyjaciela, jak ma na nazwisko. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, rozglądając się za jakimś notatnikiem wymówił dwa czy trzy podobnie brzmiące nazwiska i dorzucił, że „coś w tym rodzaju”. Jedno było pewne, że jej nazwisko rozpoczynało się na literę R. I takim to sposobem dowiedziałem się, że ta młoda kobieta interesuje mnie bardziej niż początkowo sądziłem, i że nazywa się właśnie Mariola R.



Tamtego dnia, zanim jeszcze wyszła Mariola R., doktor Jaryl zarządził krótką przerwę. W czasie przerwy rozmowa przybrała w pełni charakter spotkania towarzyskiego. Mówiło się o tym i owym, trochę żartowało. W pewnej chwili doktor Jaryl, odnosząc się do jakiejś kwestii, wtrącił nieco protekcjonalnie i zdecydowanie poważnie, że ja nie mogę tego wiedzieć, ponieważ nie chodzę do kościoła. Miałem w tym względzie inne zdanie, jednak nic się na to nie odezwałem. Wszystkie moje sądy są na ogół dość powściągliwe, nie szafuję na lewo i prawo opiniami, stąd też (pomijając ton, którym mnie uraził) trafność jego wypowiedzi, zwłaszcza w części dotyczącej owego „chodzenia”, zaskoczyła mnie wyraźnie. W każdym razie nie mijał się z prawdą. Sprawa kościoła miała swój dalszy ciąg i w pewnej chwili po wyjściu Marioli R. doktor Jaryl ni stąd, ni zowąd wyszedł z propozycją pielgrzymki do L. Wszystko było jasne. Jego wcześniejsza uwaga, w drażliwej kwestii mojego stosunku do religii, była swego rodzaju przygrywką do tej propozycji tyleż przyjacielskiej, co i czynionej w duchu ewangelicznym. Przyjrzałem mu się uważnie, chcąc się lepiej rozeznać w jego intencjach. Potem już na pielgrzymce wróciłem do sprawy i zapytałem go, na podstawie czego wyrobił sobie pogląd, że nie chodzę do kościoła. Dał wymijającą odpowiedź, że nie pamięta, że poczynił w ogóle kiedyś taką uwagę. No, ale to było później. Natomiast teraz otwarcie się poskarżył, że co najmniej od roku nie czuje się dobrze z powodu serca i chciałby się pomodlić przed słynącym łaskami obrazem Matki Boskiej Bolesnej. A trafia się właśnie okazja, bo autokarową pielgrzymkę organizuje jego parafia. Poinformował za jednym zamachem, że wyjazd będzie miał miejsce w najbliższą sobotę o 7-ej rano spod jego kościoła. Nie jestem wojującym czy choćby zdeklarowanym ateistą, jak chodzi o sobotę nie miałem na widoku jakichś specjalnych prac czy rozrywek, a ponadto zważywszy, że i ja miałbym jakieś swoje prośby do Matki Boskiej Bolesnej – zbożną propozycję przyjąłem pełen ufnej wiary. Stanęło na tym, że zadzwonię do niego już nazajutrz, by dograć wszystkie szczegóły. On tymczasem w biurze parafii zgłosi swój akces (dopisując mnie jako towarzyszącą mu osobę) i wpłaci przewidzianą kwotę dla dwóch osób. Ja z nim natomiast rozliczę się w późniejszym, dogodnym dla mnie terminie. Od razu musiałem mu dać jedynie kartkę ze swoimi podstawowymi danymi osobowymi, niezbędnymi w biurze.

Owego dnia doktor Jaryl nie miał na konsultacjach nikogo więcej i niedługo potem razem opuściliśmy gmach filologii. Wracając do domu skierowaliśmy się w stronę przystanku tramwajowego. Było mi po drodze, więc postanowiłem odprowadzić doktora Jaryla aż na sam przystanek. Robił się chłodny późnojesienny wieczór i lampy uliczne przesączały mdłe światło przez pajęczyny z wilgotnej mgły. Nisko na południowej stronie nieba wschodził blady księżyc. Ruch uliczny osłabł a przystanek był prawie pusty. Gdy czekaliśmy na jego tramwaj opowiedział mi jeszcze swój ulubiony dowcip. Powiedział, że od wielu lat wciąż na nowo opowiada go zmieniającym się generacjom studentów, opowiada za swoim świętej pamięci profesorem W.

Swoisty akademicki dowcip mówi o tym, co jest potrzebne do tego, by miał miejsce dobry czy też interesujący wykład. Otóż spełnione muszą tu być trzy warunki. Po pierwsze: dobry wykładowca. Po drugie: jakiś jeden rozgarnięty student. Wreszcie po trzecie: dwie ładne studentki albo jedna wystrzałowa. Pierwszy warunek jest zrozumiały sam przez się. Rozgarnięty student potrzebny jest po to, by zadawał mądre pytania. Natomiast dwie ładne studentki lub jedna wystrzałowa są na to, by wykładowcy w ogóle chciało się mówić.

Tyle dowcip. Nazajutrz (zgodnie z naszą umową) zadzwoniłem do doktora Jaryla z najbliższej budki telefonicznej (nie mam w domu telefonu) i ustaliliśmy resztę szczegółów zaplanowanej pielgrzymki. Znam trochę tamtą dzielnicę, ale nie wiedziałem, gdzie znajduje się jego parafia, więc umówiliśmy się, że przyjadę najpierw do niego i wyruszymy z jego domu. Mieszkaliśmy daleko od siebie. Z mojego punktu widzenia mieszkał tak jakby na drugim końcu miasta, stąd też wczesną porą w sobotę, kiedy tramwaje kursują rzadziej, miałem duże trudności z dotarciem na miejsce. Wreszcie gdy cały zdyszany dobiegłem przed blok, gdzie mieszkał, stał tam już i czekał na mnie nieco poirytowany, z malującym się na twarzy pytaniem, co się stało. Rzuciłem tylko krótkie: To nie wiesz, że jest sobota? I razem skierowaliśmy się pod kościół, gdzie miał być podstawiony autokar. Gdy po trzech, czterech minutach przybyliśmy na miejsce, jeden rzut oka wystarczał, by się zorientować, że wszyscy są w komplecie i czekają tylko na nas. Mało tego. Co poniektóre starsze parafianki patrzyły na spóźnialskich wyraźnie zniecierpliwione, by nie rzec zdegustowane. Obrzuceni ich surowymi, karcącymi spojrzeniami zajęliśmy ostatnie dwa wolne miejsca na końcu autokaru, i pojazd ruszył. In nomine Dominus. Choć już sam początek nie wróżył najlepiej. Pogoda od samego rana była fatalna i taka miała pozostać do końca dnia. W rezultacie ten ponury, dżdżysty jesienny dzień nie zapisał się w mojej pamięci dobrze. W ogóle źle znoszę długie podróże (cierpię na chorobę lokomocyjną), a tamta podróż, przy złej widoczności i z powodu śliskiej nawierzchni dróg, przedłużała się w nieskończoność. Autokar wlókł się z prędkością furmanki, gdy tymczasem miał do przebycia prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Mój zły nastrój i samopoczucie pogarszały się z minuty na minutę. Wszystkie moje dobre myśli o Panu Bogu i Matce Przenajświętszej wzięli diabli. Siedziałem przygnębiony i zgorzkniały. Przez zawilgoconą matową szybę autokaru tępo spozierałem na zewnątrz. Patrzyłem na ostre strugi deszczu, które z niskiego szarego nieba słał na ziemię zły duch. Jego nienawistne poczynania usiłował udaremnić jednostajny, monotonny odgłos zbiorowej modlitwy, raz po raz przerywanej głośniejszą pieśnią. Zaszyty w kącie autokaru nie modliłem się ani nie śpiewałem. Nie odzywałem się też do swojego przyjaciela, który w krótkich chwilach ciszy, zapadającej pomiędzy kolejnymi pieśniami, próbował coś do mnie mówić. W końcu trochę (a może całkiem) zawiedziony moim towarzystwem doktor Jaryl zainteresował się jakąś młodą pątniczką, która zajmowała miejsce bezpośrednio przed nami. Od połowy drogi drugie miejsce obok niej było wolne, ponieważ towarzysząca jej starsza kobieta poszła na sam przód, w pobliże kierowcy, i przejmując rolę przewodnika chóru organizowała przebłagalne modły i pokutnicze śpiewy. Doktor Jaryl skorzystał z okazji i usiadł koło młodej pątniczki. Znał z pamięci większość podejmowanych modlitw i pieśni (niektóre z nich sam intonował) i był pod każdym względem aktywnym uczestnikiem pielgrzymki, chciałoby się rzec: nawiedzonym, w najlepszym tego słowa znaczeniu. W dłuższych przerwach pomiędzy kolejnymi pieśniami zajmował (chciałoby się rzec: bawił) swoją siostrę pątniczkę interesującą rozmową. Rozmawiali z ożywieniem i do moich uszu mimo woli docierały duże strzępy potoczystego dialogu, miejscami okraszanego wybuchami stłumionego śmiechu. Usłyszałem więc najpierw, że ma na imię Dominika i pracuje w McDonaldzie. Ta starsza pani, która siedziała obok niej, to jej babcia. Ona (Dominika) mieszka razem z babcią, opiekuje się babcią i czeka aż babcia umrze, bo będzie miała po babci mieszkanie. Babcia je już przepisała i stoi na nią (Dominikę). Jeśli chodzi o pracę, tak ma pracę, lubi swoją pracę, jest z niej zadowolona. Żeby tylko chcieli więcej płacić, westchnęła z ujmującym wdziękiem. Jednak ambicje doktora Jaryla były nieco inne. Zachęcał Dominikę, by zrobiła maturę i zdawała na studia. Najlepiej do niego na polonistykę. Już dziś gwarantuje jej przyjęcie. Krótko mówiąc doktor Jaryl bawił się doskonale. Myślę, że jego serce miało się dobrze. Odczuwalna bliskość ramienia i młodej piersi Dominiki dosłownie zdwajała jego elokwencję. Popisywał się swoją rozległą wiedzą i nie omieszkał sięgnąć do etymologii słowa Dominika. Bo Dominicus z łaciny to..., itd. Miałem niezbite wrażenie, że jedna młoda pracownica McDonalda wystarczyła doktorowi Jarylowi za jednego rozgarniętego studenta i dwie ładne studentki bądź jedną wystrzałową.

Gdy osiągnęliśmy cel podróży, całą zwartą grupą poszliśmy w stronę widocznych w oddali świątynnych murów. Do przejścia mieliśmy jakiś kilometr, półtora. Doktor Jaryl podążał obok Dominiki gdzieś pośrodku grupy, która się w międzyczasie rozciągnęła dość znacznie, ja wlokłem się na samym końcu i zamykałem pochód. Odpowiednio wcześniej zamówiona msza święta miała być mszą dziękczynno-błagalną i od przeszło trzech godzin (tyle mieliśmy spóźnienia) oczekiwał na nas złotousty kapłan. Gdy wreszcie dotarliśmy, msza strudzonych pielgrzymów odbyła się w prowizorycznie zaadaptowanym na kaplicę surowym pomieszczeniu, stanowiącym jedno drobne ogniwo nie całkiem jeszcze ukończonej, monumentalnej bazyliki. Ale zagościliśmy nie tylko tam, w bezpośrednim sąsiedztwie tej okazałej, wielofunkcyjnej budowli. Zwieńczeniem całej naszej pielgrzymki było miejsce ciche i ubogie, które Matka Boska z L. upodobała sobie już kilka wieków wcześniej, czczone dziś jako miejsce Jej wielokrotnych objawień. Znajdowało się w pobliskim lesie. W zgodzie z duchem miejsca stał tam jedynie ubogi kościółek przypominający stajenkę betlejemską. Wszystko to pięknie, jednak moje doznania z tego czasu nie były bynajmniej budujące. Jeśli jestem pozostawiony samemu sobie i czuję się dobrze, wówczas duch mój wzrasta i łatwiej mi przychodzi dobrze myśleć o Panu Bogu, Przenajświętszej Matce i Jej Synu. Ja jednak, powtarzam, czułem się bardzo źle. Kiedy więc w swoim szczególnie złym psychofizycznym stanie słyszałem wokół siebie owe słodkie pienia współbraci pątników do uprzykrzenia powtarzających, jaką to Bóg jest miłością, i jak do końca nas umiłował (w domyśle: mnie też?!), nie potrafiłem opanować wzburzenia i na wpół głośno miotałem bluźnierstwa. Jeśli w ogóle wznosiłem jakieś prośby do opiekuńczych bóstw, to jedynie takie, żeby się to wszystko jak najszybciej skończyło...



A teraz zmierzać będę już do finału całej tej historii. W związku z tym odnotować muszę pewien ważny szczegół, który jako taki jest istotnym elementem w całej mozaice zdarzeń. Mianowicie jeszcze przed tamtą podróżą byłem umówiony z doktorem Jarylem na nasze krótkie spotkanie, które miało mieć miejsce już po pielgrzymce. Jak zwykle miałem przyjść do niego do gabinetu. Spotkanie było wyznaczone na najbliższy dzień jego wtorkowych konsultacji, a zatem na 18-go listopada, jako że 11-ty jest dniem świątecznym. Jak chodzi o mnie taki termin nie był bez znaczenia, bowiem jak łatwo odgadnąć spodziewałem się zobaczyć wówczas Mariolę R., stąd też optowałem za wtorkiem. Natomiast doktor Jaryl ze swej strony nie sygnalizował, by mu ten dzień z jakichś powodów nie odpowiadał. Choć głośno o niej nie mówiłem, to jednak przez cały czas owej niefortunnej pielgrzymki Mariola R. zupełnie nie wychodziła mi z głowy. Jak się niebawem okazało, myślał o niej w pewien sposób również doktor Jaryl. Kiedy bowiem późnym wieczorem wróciliśmy z L. i wysiedliśmy z autokaru, który na dobre zatrzymał się w tym samym miejscu koło kościoła, skąd wyruszył, doktor Jaryl zanim podał mi na pożegnanie rękę, metodycznie przyjął surowy wyraz twarzy. Następnie, przestępując z nogi na nogę, powoli obwieścił złą dla mnie nowinę. Powiedział, że choć nie dopisała pogoda cieszy się z tej pielgrzymki, która mu dała okazję do wyciszenia się, przemyślenia i przemodlenia wielu spraw leżących mu na sercu. W szczególności miał niepowtarzalną okazję, by przyjrzeć mi się trochę bliżej i trochę lepiej. Mnie i wszystkiemu temu, co mogłoby mieć ze mną jakiś widoczny związek. Uczyniwszy to doszedł do wniosku, że to raczej nie ma sensu i żebym jednak nie przychodził, kiedy będzie Mariola R. Odwołuje zatem nasze wcześniej zaplanowane spotkanie na wtorek 18-go listopada. I dodał: Ona ma męża, dziecko, ja zaś powinienem mieć większy wzgląd na rodzinę jako taką i jej dobro, i w ogólności być bardziej uczulonym na sprawy religii i moralności. Gdy mi już udzielił tego surowego napomnienia, chciał natychmiast odejść, jednak stanowczym gestem powstrzymałem go i poprosiłem, by na moment zatrzymał się jeszcze. Wciąż padało i rozpiętymi parasolami przeszliśmy kawałek razem, po czym przystanęliśmy za kościołem, w cieniu smutnie ociekającego deszczem kasztanowca. Powiedziałem, że zdaję sobie ze wszystkiego sprawę i nie robię jakichś daleko idących planów w związku z jej osobą. W takim razie – zareplikował – chodzi ci tylko o to, żeby ją... (tu użył nieprzyzwoitego słowa). Odparłem, że to nie tak, jak myśli. Chciałem jeszcze coś powiedzieć, ale doktor Jaryl uznał całą sprawę za skończoną i ruszył w stronę swojego domu. Przez chwilę patrzyłem za nim, jak się oddalał, i próbowałem pogodzić się z bolesną i bezsilną myślą, że jego wyrok jest ostateczny. W tym to dokładnie czasie postanowiłem, że go zabiję. I z tym nieodwołalnym postanowieniem ruszyłem na przystanek tramwajowy, by póki co dostać się do swojego domu pogrążonego w ciszy i zionącego pustką.

W niedzielę nie wyszedłem nigdzie poza swoje cztery ściany. Spałem do 10-tej rano, a potem do późna w nocy obmyślałem szczegóły zabójstwa. Jako że w ciągu dnia ostatecznie zdecydowałem, że jedyną kulę z rewolweru, przeznaczoną początkowo dla siebie, poślę w stronę doktora Jaryla.

Do gmachu Filologii Polskiej przyszedłem w poniedziałek 10-go listopada. Była godzina 18-ta. Na dzień przed świętem niepodległości doktor Jaryl był jeszcze w swoim gabinecie i przygotowywał do druku jakiś swój artykuł.

Gdy mnie ujrzał, na jego pociągłej twarzy odmalowało się wyraźne zdziwienie. Nie spodziewał się tak rychłej wizyty, zwłaszcza po cierpkiej lekcji czy też nauce, jakiej mi udzielił dwa dni wcześniej, w sobotni wieczór.

Jednak jego zaskoczenie osiągnęło swój najpełniejszy wyraz dopiero wówczas, jak wyciągnąłem z kieszeni płaszcza rewolwer i skierowałem go w jego stronę. Osłupiał z przerażenia. Przybrałem ton mentora i powiedziałem:

- Odwagi January! Umrzesz jako stróż moralności, umieraj więc godnie!
- No, nie, Krzesimir... – rozpoczął nieskładnie.

Ale nie czekałem aż skończy. Lufę rewolweru skierowałem w okolice jego chorego serca. Stał znieruchomiały, niczego nie rozumiejąc, i tylko jego jedno oko w bezrozumnej gonitwie, niczym oszalała latarnia morska, poczęło swym mdłym światłem omiatać szary krąg gabinetu. To sprawiło, że miałem duże trudności z prawidłowym wycelowaniem. Ale oddałem strzał. Doktor Jaryl przechylił się w moją stronę i ciężko upadł na swoje masywne dębowe biurko. Usłyszałem budzący obrzydzenie charkot, który trudno byłoby zapisać w znanej filologom transkrypcji fonetycznej. Odrzuciłem rewolwer na bok i wyszedłem z pomieszczenia. Wokół panowała niezmącona cisza. Pojedynczy strzał nie spowodował żadnego poruszenia. W ten przedświąteczny dzień i o tej późnej porze gmach był opustoszały, a ponadto pokój doktora Jaryla położony był w głębi dziewiętnastowiecznych solidnych, dźwiękoszczelnych murów. Gdy wychodziłem z budynku, portier bez szczególnego zainteresowania spojrzał na mnie i na pożegnanie skinął lekko głową. Opuściwszy gmach, swoje pierwsze kroki skierowałem na najbliższy posterunek policji.



Teraz, gdy przebywam w areszcie śledczym, oczekując na wyrok sporządzam te właśnie zapiski z tamtych smutnych wydarzeń, i próbuję sam sobie odpowiedzieć na wiele nurtujących mnie pytań. Najbardziej ogólnym pytaniem jest: Czy musiało dojść do zbrodni i jakie naprawdę czynniki zdeterminowały ten akt? W tamtych trudnych dniach podjęcia decyzji nie myślałem o niczym innym i byłem przekonany, że to jedynie skutek urażonej dumy. Bo czyż nie zostałem dotkliwie obrażony przez doktora Jaryla? Czyż nie sprofanował, nie zwulgaryzował moich uczuć do Marioli R? Czyż nie uznał mnie za zwykłego prostaka, którego należy pouczać? Szaleńca, którego dla dobra uczciwych katolickich rodzin najlepiej byłoby ubezwłasnowolnić? Czyż sam na własną rękę nie podjął pierwszych kroków, by mnie izolować od jednej z tych rodzin, którym rzekomo zagrażałem? Podobne zarzuty można by mnożyć bez końca i każdy z nich z osobna mógłby poniekąd usprawiedliwić mój desperacki krok. Ale nie zamierzam się usprawiedliwiać. Czuję się winny śmierci doktora Jaryla, tak jakbym go rzeczywiście zabił kulą z własnego rewolweru, nawet teraz, gdy okazało się ostatecznie, że mierząc w jego serce chybiłem. Pocisk nawet nie drasnął jego ciała. Doktor Jaryl zmarł w istocie, jak mnie poinformował w poufnej rozmowie sędzia śledczy, w następstwie silnego stresu wywołanego zaistniałą sytuacją. A więc jednak nie wytrzymało serce! Naturalnie, że zdaję sobie sprawę, iż całą tę przykrą sytuację wykreował nie kto inny, jak ja sam osobiście. I od tej odpowiedzialności nikt mnie nie uwolni... Kiedy odwieziono go do szpitala jeszcze żył. W szpitalu doktor Jaryl odzyskał na krótko przytomność. Na tyle by oznajmić dyżurującej przy nim pielęgniarce, że przebacza wszystkim swoim wrogom, a w szczególności swojemu zabójcy.

Jeśli chodzi o wzmiankowane wyżej czynniki determinujące moją zbrodnię, rzeczywiście jest ich dużo. Niektóre już wymieniłem. Z dzisiejszej perspektywy osądzam, że ów zbrodniczy akt można również interpretować jako ucieczkę przed ewentualną miłością i odpowiedzialnością. Miłością, której tak czy inaczej się obawiałem. Mógłby to być zatem strach zarówno przed miłością spełnioną, jak i odrzuconą. Wreszcie swoją zbrodnię mogę interpretować jako połowiczne samobójstwo. Nie starczyło mi odwagi zabić siebie samego, zabiłem więc swojego quasi-przyjaciela. W ten sposób uśmierciłem się chociaż częściowo. Oczywiście, że to mnie nie satysfakcjonuje. Już przemyśliwuję nad tym, jak i czym przekupić strażnika, by mi dostarczył do celi trochę trucizny.

Mariola R.? No, cóż, myślę o niej wciąż jeszcze. Była ostatnią moją wielką miłością. To przecież dla niej zabiłem doktora Jaryla. Jeśli jest szczęśliwa ze swoim mężem, życzę jej, aby to trwało jak najdłużej. Jeśli jednak nie, to niech coś wymyśli. Będzie to o tyle łatwiejsze, że jednego stróża moralności już usunąłem ze świata.

Zaś co do sfinalizowania rozpoczętej pracy magisterskiej u świętej pamięci doktora Jaryla? – mój Boże, na pewno znajdzie się jakiś inny, nie mniej uczciwy i godny promotor czy opiekun.

Natomiast, co się tyczy Dominiki, wydaje się mało prawdopodobne, że wzięła sobie poważnie do serca zachęty doktora Jaryla, że warto w przyszłości zdać maturę i ubiegać się o przyjęcie na polonistykę. Co więcej, gdy ostatecznie zabrakło doktora Jaryla, egzamin wstępny dla poczciwej Dominiki mógłby się okazać zbyt trudny, założywszy nawet rzecz konieczną, że wpierw uporałaby się z samą maturą. Z drugiej jednak strony, wziąwszy pod uwagę działanie Ducha Świętego, jak też Opatrzności, tak czy owak wolno mieć nadzieję i ufnie spozierać w przyszłość poczciwej i pobożnej Dominiki. Nie tylko w aspekcie jej ewentualnych studiów.
 
 
pejcz
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-03, 22:01   

bardzo mi się podoba to opowiadanie, jest w nim trochę dreszczowca i trochę sesji psychologicznej:) temu opowiadaniu mówię tak:) :padam:
 
 
Waldemar Kubas 

Dołączył: 12 Lis 2009
Posty: 630
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2009-12-04, 11:23   

Bardzo dziękuję Dariu za refleksje i miłe słowa (miejsce na uśmiech).
 
 
czcionka
[Usunięty]

Wysłany: 2010-01-17, 15:04   

Przebrnęłam przez gęstwinę Twojego opowiadania z zainteresowaniem. Masz dar trzymania w napięciu drążąc temat powoli, z zakolami obocznych wątków. Podoba mi się konsekwencja "drobiazgowości" (rozpoznawalna w Twoim piórze), która zamyka zgrabnie wstęp zakończeniem.
Pozdrawiam z uśmiechem.
 
 
Waldemar Kubas 

Dołączył: 12 Lis 2009
Posty: 630
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2010-05-30, 17:33   

Droga Czcionko, bardzo dziękuję za parę słów wnikliwej analizy i miłe słowa. Przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz, ale przez dłuższy czas nie było mnie na portalu.
Pozdrawiam z uśmiechem.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Różne gatunki prozy » Jak doszło do tego, że zabiłem doktora Jaryla


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo