Część piąta obczytana.
Czekam na osobną opowieść o "Nagiej"
no i ma czego chciał serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Kocham Cię Mamo! - na namalowanej jeszcze nieudolnie kartce, pieczątki serduszek, odrysowywane kontury amorków z łukiem, ptaszki z serduszkami w dziobkach. Oj słodkie, słodkie, przesłodkie. Własnoręczny, lekko-koślawy napis wykonany trochę później w kindergarten, czy w zerówce.
Noszę w portfeliku taką słodką karteczkę z bykolami ort. i słodkim wyznaniem miłości od syneczka. Syneczek juz niezły drągal, a ja dalej ze sobą targam tę kartunię z koślawymi literkami.
Czytam Imienniczko
El ja mam też takie coś, na lodówce przyczepione magnesem, namalowane przez mojego synka dawno, dawno temu, na zgrzebnym płótnie: serce, ptaszki, dzieło wiekopomne, które wędruje ze mną od lat.
Dziękuję za czytanie serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
mi też wystygła kawa; pora zrobić drugą
ech, te wspomnienia
lektura cz IV i V na poprawę humoru o 3 nad ranem powiodła się
chociaż ból głowy nie przeszedł; może to nie wina poduszki
Robercie cieszę się, że znalazłeś lekarstwo na poprawę humoru.
VI spróbuj przeczytać w porze bardziej ludzkiej. Najpierw - jeśli konieczne - łyknij aspirynkę, nalej świeżej kawy do ulubionego kubka, popraw poduszkę i oddaj się lekturze serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Część o malarzu uważam za najlepszą. Plastycznie, bez zbędnych prozatorskich ozdóbek, kombinacji narracyjnych. Podoba mi się ta dwuwarstwowość, którą wprowadziłaś. Rozumiem, że interpunkcyjnie do oczyszczenia. Wiem - ja cyrkun na tym tle, ale tak juz mam.
Pozdrawiam Imienniczko.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Część o malarzu uważam za najlepszą. Plastycznie, bez zbędnych prozatorskich ozdóbek, kombinacji narracyjnych. Podoba mi się ta dwuwarstwowość, którą wprowadziłaś. Rozumiem, że interpunkcyjnie do oczyszczenia. Wiem - ja cyrkun na tym tle, ale tak juz mam.
El też lubię - malarza.
Jeśli chodzi o całość, to wciąż się uczę, próbuję, poprawiam, gładzę, prowadzę wątki, stylizuję dialogi, staram się nie pogubić. Eeeech
"Przecinkowce" poprawię, daj jeszcze chwilkę, bo fabuła pogania. Naturalnie próbuję być poprawna "po drodze", ale nie zawsze się udaje
Jeszcze raz dziękuję, że zostawiasz ślady - innym też dziękuję serdecznie - pod 'rosnącym' tekstem, to dopinguje serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Pisz... Wiesz, że mam słabość do prozy i zawsze obczytuję nowości. Ciebie po prostu dobrze się czyta - dobrze tzn. zaciekawiasz, wzbudzasz apetyt na ciągi dalsze, dajesz pomyśleć.
Dla mnie to atuty.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Pisz... Wiesz, że mam słabość do prozy i zawsze obczytuję nowości. Ciebie po prostu dobrze się czyta - dobrze tzn. zaciekawiasz, wzbudzasz apetyt na ciągi dalsze, dajesz pomyśleć.
Dla mnie to atuty.
El bardzo, bardzo dziękuję za kolejny powrót, za ciepłe słowa.
Ja także mam słabość Próbuję siłować się z obydwoma "światami", i prozy i poezji, które według mnie często - szczególnie w przypadku fikcji - mają płynną granicę. Mieszam więc, mieszam... Z jakim skutkiem? serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
zakręty, -bym sobie darowł...
To jakby "inna" bajka, odmienna od "koleżankowej".
Piękna! Każdym słowem, zdaniem... może na wyrost, ale:
Chciałbym II
W białej pościeli
poznawać Twoje ciało
Zapomnieć
o górach
morzu
lesie
Radość kochania
znajdować
w przyzwoleniu
Nie gwałcąc chwili
pośpiechem
dać siebie
Wzajemnością wilgotności
odechem spiesznym
słowami miły miły
spełnieniem
nacieszyć się
Na zapas
A najbardziej "chodziło" mi o ten "zapas", o którym pisałaś w tekście. Że niby i ja już kiedyś podobnie...
Marku dziękuję za ponowny przystanek, piękny wiersz
Wiesz, ja rzadko piszę bez "zakrętów", trochę wspomniałam o tym wyżej w odpowiedzi na komentarz El. W literaturze - jeśli moje pisanie można tak określić -
jak w życiu - nic nie porusza się w idealnie prostej linii...
... Warto intensywnie, żyć, kochać, płakać, grać, być każdym skrawkiem siebie w każdej chwili, a nawet na zapas, na później, jeśli boimy się jakiegoś końca.
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
"...Twarzy kobiety nie widać, widać tylko plecy, ramiona, ich łagodne zakola, zakręty, rozsypujące się włosy, meandry zmiętych prześcieradeł przesunięte w pośpiechu na jedną stronę płótna..."
O te "zakręty" mi się rozchodziło "...zakola, zakręty..."
Miło, że piszesz:
"...Twarzy kobiety nie widać, widać tylko plecy, ramiona, ich łagodne zakola, zakręty, rozsypujące się włosy, meandry zmiętych prześcieradeł przesunięte w pośpiechu na jedną stronę płótna..."
O te "zakręty" mi się rozchodziło "...zakola, zakręty..."
Miło, że piszesz:
Elżbieta napisał/a:
piękny wiersz
się nie zrozumieliśmy...
Odczytałam Twoją wzmiankę o "zakrętach" w sensie dygresji, odchodzenia od głównego wątku, no wiesz...
Jeszcze raz dziękuję za powroty serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Wysłany: 2010-02-14, 21:54 Iluminacje cz. VII - się nie mieści w pierwszym temacie
część VII
Zamówienie numer siedemdziesiąt siedem
- Zadzwoń i zostaw wiadomość, o której będziesz w Panerze – to głos Danki na mojej sekretarce.
Już czwartek, walentynki. Dostałam ogromne ciastko z czekoladowymi czipsami przewiązane wstążeczką. Czekało na mnie na stole w kuchni z okazyjną kartką:
„Be mine!” – i obrazek łóżka zarzuconego białymi poduchami, a poduchy na prawdziwych sprężynkach. Miłe gesty. Wykorzystać każdą okazję do tego, by...
Mój mąż wyjechał dzisiaj bardzo wcześnie do pracy. Nawet się nie obudziłam, gdy wychodził. Ode mnie walentynkę dostanie po powrocie, żeby mógł się spokojnie nacieszyć.
W Panerze jestem przed jedenastą, za trzy jedenasta, tak, jak obiecywałam: przed jedenastą. Nasz stolik jest zajęty, ale za to pod oknem babcie-hazardzistki zostawiły, jakby specjalnie dla nas, jeden duży stół. Siadam więc tam i zajmuję miejsca, żeby...
Idę kupić kawę. W torebce mam opakowanie Dove, czekoladek w sreberkach z krótkimi aforyzmami, takie małe coś dla dziewczyn. One wiedzą, że lubię gorzką czekoladę, te Dove są gorzkawe.
Niezmordowane amorki fruwają w powiewach, serduszek jakby przybyło od ubiegłego tygodnia. W kolejce róż, czerwień, biel, i modna ostatnio, walentynkowa żabia zieleń, nawet niektórzy mężczyźni mają na sobie czerwone swetry, koszule, krawaty w serduszka. Szał walentynkowy, miłość w powietrzu, radość i uśmiechy. A niech, raz w roku, nie trzeba się kryć, że tak naprawdę to kochamy... życie.
Babcie-hazardzistki dzisiaj nie grają w karty. Siedzą i popijają kawę, czekoladę, soki, jedzą słodkie bułeczki z cynamonem, lukrem. Dzisiaj są mniej pastelowe, czerwienią się, różowieją. Jedna ma na sobie kamizelkę zszytą z samych serc. Zawsze mnie zadziwiają te tematyczne kamizelki, na okazję, a to bałwanki, choinki, a to zajączki, czy pisklaki, nie wspominając indyków na Święto Dziękczynienia, dzisiaj serca. Na stołach koszyczki z ciastkami w kształcie oczywistym: serc, posypanych grubym, czerwonym cukrem.
Bezinteresowna walentynkowa lukrowana miłość, festiwal radosnych uczuć.
Płacę za kawę. Dziewczyna za ladą chyba mnie już poznaje, bo bez mojej prośby zamiast normalnego, papierowego podała mi fajansowy kubek. Jak ja nie lubię kawy z papieru!
- One sixty five – mówi. Podaję jej dwa dolary i piętnaście centów, może uda się i nie dostanę bardzo drobnej reszty. Nigdy nie wiadomo, co robić z centami.
Kolejka wydłuża się. Amorki fruwają, serduszka się kołyszą, plączą się symbole szczęśliwego zakochania, jednym słowem zapowiada się pozytywny, piękny dzień.
Przyjeżdża Danka. Cmok! Cmok!
- Ładnie wyglądasz – mówi, mierząc mnie od stóp do głów.
- Ty też. Może nas ktoś poderwie na porę lunchu? Rzuci od niechcenia: Zapraszam na drinka – żartuję.
- Byś się napiła? Obcy drink byś wypiła? – odpowiada żartem Danka.
I pyta:
- Jesz coś? Bo ja tak, jestem bardzo głodna.
- Może coś zamówię. Zastanowię się.
- Czy przyjedzie Basia? – pyta Danka.
- Chyba tak, nic nie mówiła, że nie. Zadzwoniłaby.
- Co robicie wieczorem?
- Nie wiem, ale chyba się gdzieś wybierzemy na kolację.
- Macie rezerwację? – pyta Danka.
Rzeczywiście, nie pomyślałam o tym, jak zwykle ma rację, to przecież walentynki, kolacja bez rezerwacji? Prawie że niemożliwe.
- Nie, nie mamy. No to będziemy siedzieć w domu.
- Ja tak nie lubię gotować dla nas dwojga. Zrobiłam rezerwację na siódmą trzydzieści. Waldek jeszcze nic nie wie, bo ma dyżur. Chcesz, to się razem wybierzemy?
- Nie chcę wam psuć wieczoru – odpowiadam.
- Co Ty, zapraszam. Central Station siódma trzydzieści, ma być muzyka. Jakieś tanga, pokaz.
- Tak? Może mój nauczyciel tańca? Znają go w mieście, był kiedyś mistrzem w tango. Pokazywałam Ci go na jakimś balu, pamiętasz?
- Nie wiem kto będzie tańczyć, nie znam nazwisk tancerzy. Ale możemy sprawdzić. Zadzwonić, zapytać?
- Nie, nie ma potrzeby - mówię. – Tylko, czy jesteś przekonana, że Waldek nie będzie miał nic przeciwko dodatkowemu towarzystwu?
- Żartujesz? Tyle lat się znamy! Oczywiście, że będzie... fajnie.
Danka odchodzi od stołu. Po drodze uśmiecha się do babć-hazardzistek, które odwzajemniają uśmiech i mówią:
- Honey, you look so sharp – zgadzam się, Danka wygląda bardzo ładnie, w szpilkach, wysokich i eleganckich, i z niepraktyczną, też czerwoną torebką, jednak! Kupiła? Nowa!
Przy ladzie wyjmuje okulary w fioletowych oprawkach i studiuje z uwagą menu. Wybiera jakiś zestaw wegetariański i ciastko na deser. Dzisiaj można zaszaleć.
Po kolei zjawiają się dziewczyny. Mariola przywiozła ze sobą Amandę, obiecała i przywiozła. Kinga jest zachwycona i natychmiast bierze malutką od Marioli. Długo jednak nie może jej trzymać na rękach, bo Amanda zaczyna bawić się futerkiem, jakim obszyty jest ciemnoczerwony sweterek Kingi. Futerko już jest w buzi malutkiej, malutka zaczyna kichać i robić prześmieszne miny, wyciąga języczek, prycha. Trzeba przyznać, że dzieci to uroczy obrazek i temat.
Mariola bierze Amandę od Kingi, sadza małą na kolanach i daje jej do zabawy klucze do samochodu. Ta zabawka też nie jest za dobra, bo dziewczynka po obślinieniu breloczka, który absolutnie i natychmiast musiała wziąć do buzi, jak każdą rzecz, której smak jest nieznany, zaciekawiona przyciskami na otwieraczu, zaczyna je wypróbowywać, włączając guzik alarmowy. Auto Marioli zaczyna skowyczeć, ryczeć. Cała Panera patrzy w stronę rozwrzeszczanego się auta. Mariola robi się czerwona, co ładnie kontrastuje z jej różową bluzką. Oddaje Dance Amandę a sama wychodzi na parking, wyłącza alarm, wraca do Panery i wszyscy biją jej brawo, że zwyciężyła klakson.
Nawet Amanda, albo szczególnie ona, cieszy się i klaszcze, bo Babcia się znalazła. Przez chwilę, gdy Mariola znikła z pola widzenia, mała była na granicy płaczu, najpierw zwilgotniały jej oczy, następnie zrobiła się podkówka, później malutka zaczęła rozglądać się na wszystkie strony... Płacz był tuż tuż, być może głośniejszy od alarmu.
Babcia! Brawa! Babcia! Ba-ba! Ba-ba!!!! Buuuu!
To amorki zawróciły babcię do Amandy.
Tłum gości rośnie. Zwykła pora lunchu. Walentynkowe kolory, serduszka na oknach, fruwające bibułkowe gołąbki, miłość jest w powietrzu. Znajome twarze, nowe twarze. Galeria portretów.
- Popatrz jest ta rudawa dziewczyna – mówię do Danki, wskazując na jedną ze stałych bywalczyń Panery.
- Rzeczywiście, ale sama. Gdzie jej ukochany? Dzisiaj? sama?
- Która dziewczyna? – pyta Bogna.
- Pamiętasz, ta co w ubiegłym tygodniu siedziała blisko okna, z chłopakiem, trzymali się za ręce.
- O, pamiętam, ta ładna, rudzielec taki. Szkoda, to smutne, że akurat dziś jest sama – komentuje Bogna ubrana w czerwony, dobrze dopasowany żakiecik.
- Basiu, a jak w domu, wszystko w porządku? – pyta Basię Bogna.
- Tak, dzięki. W porządku.
- Dzieci ok? – kontynuuje Bogna.
- Tak, tak, i Krzysiu też, i w Polsce też. Wszystko w najlepszym porządku, aż się nie chce wierzyć – dodaje Basia. – Jestem głodna, idę coś zamówić.
Odchodzi od stołu. Ona dzisiaj też ma na sobie ciemno-czerwony żakiet i granatowe spodnie. Basia, nasza elegancka pani dyrektor od światowych studentów.
Siedzimy i zabawiamy Amandę. Kinga jest rozczarowana, że nie może jej wziąć na ręce.
- Że też mnie podkusiło z tym sweterkiem.
- Przywiozę Amandę za dwa tygodnie, to się pobawicie – mówi Mariola. – W przyszłym tygodniu nie mogę.
- My wyjeżdżamy za dwa tygodnie – mówi Kinga. – Kiedy indziej. Ale jest słodka. Popatrzcie na te wałeczki – zachwyca się Kinga.
Wszystkie przyszywane ciotki, babcie pieją z zachwytu nad pulchnością, wałeczkami, dołeczkami, „kasownikiem” dwóch dolnych ząbków u małej. Amanda grucha w swoim narzeczu i próbuje złapać kawałek chleba z talerza babci Marioli.
- Popatrzcie na naszą rudawą piękność – mówię.
Dziewczyna już któryś raz spogląda na zegarek, w okno, znowu na zegarek. Podchodzi w końcu do kontuaru i coś zamawia.
- Widziałyście, zanim odeszła od stolika wyglądało jakby miała zamiar płakać.
- Naprawdę? – dziwi się Basia. – Może Ci się zdawało? Eee, może makijaż, jakiś pyłek?
- Tak, piórko papierowego amorka. Nie, była na granicy płaczu – powtarzam. Mam oko.
Dziewczyna wróciła do swojego stolika i wyjęła z torebki telefon. Wcisnęła jakiś guzik i widać było, że słucha. Nic nie mówi, sprawdza pewnie wiadomości. Odłożyła telefon i siedzi profilem do nas, ciągle wpatrując się w okno. Wydaje mi się, że teraz zaczyna płakać. Właściwie, to nie płacz, a pojedyncza łza, musiała to być łza, bo po chwili nastąpił ten zawsze i wszędzie taki sam, rozpoznawalny gest, ukradkiem obcierany policzek.
- Płacze – mówię do dziewczyn. – Mamy problem.
- Co Ty? Płacze? Tu, przy ludziach? Zdawało Ci się – mówi Danka.
- Nie. Już druga – mówię.
- Co druga? – pyta Bogna.
- Łza, no druga łza. Jedna to przypadek, druga raczej nie, za chwilę będzie płacz. Nie ma co się dziwić, w taki dzień, żeby ją zostawić samą? Jak mógł?
- Skąd wiesz? Może ma inny powód? Może to nie to?
- Nie męski powód w tym wieku? Nie bardzo chce mi się wierzyć – mówię.
Słychać głos spikera, ogłaszającego numer zamówienia do odebrania:
- Order seventy seven – na wyświetlaczu nad kasą pokazuje się: 77.
Nasza, według mnie, płacząca, rudawa nieznajoma wstaje powoli z krzesła, widocznie to jej zamówienie.
- Order seventy seven! Angelica Stevenson! Zamówienie siedemdziesiąt siedem, Andżelika Stevenson! – słychać nazwisko i...
widać błyskawicę w papierowej gęstwinie amorków!
Nazwisko? Zamówienie z nazwiskiem?
Dziewczyna zatrzymuje się, wygląda na to, że nie wie, co robić. Uśmiecha się, słucha, zatrzymując się. Przeszła zaledwie dwa kroki od swojego stolika.
- Order seventy seven, Angelica Stevenson, the most beautiful girl on earth, your lunch is ready Zamówienie siedemdziesiąt siedem, Andżelika Stevenson, najpiękniejsza dziewczyna na ziemi, Twój lunch jest gotowy - druga błyskawica!
Teraz i inni goście z ciekawością zaczynają przysłuchiwać się spikerowi.
- Angelica Stevenson, I love you, your order is ready. Andżelika Stevenson, kocham Cię, Twoje zamówienie jest gotowe.
Dziewczyna rusza w kierunku kontuaru. Ludzie usuwają się jej z drogi, uśmiechają się. Jakaś babcia-hazardzistka mówi
- Pick it up angel! Go for it hon! Go for it! Odbierz aniołku! Biegnij! Nie zwlekaj!
Andżelika Stevenson podchodzi do kontuaru. Z naszego miejsca nie widać jej twarzy, nie widać reakcji. Zza stalowych, wahadłowych drzwi do kuchni wychodzi nasz znajomy-nieznajomy z tacą, na tacy zamówiony lunch, i wysoka szklanka, w której czerwieni się róża, obok szklanki pudełeczko w kształcie serca. Andżelika, budzi się, uśmiecha i rumieni, i płacze. Płacze, teraz na pewno płacze. Chłopak stawia tacę na kontuarze, podchodzi do Andżeliki i czeka...
Karnawał
Patrzę na tę scenę i myślę: niemożliwe!
Niemożliwe! To sen, za dużo ostatnio patrzę na romanse, niebezpieczny telewizyjny okres walentynkowy. A jeżeli to sen, to bardzo prawdziwy, bo te wszystkie dekoracje, zapachy, dźwięki, tłum twarzy.
Po wielu latach, a gdzież tam, już niedługo, Andżelika i jej chłopak, powiedzmy-Tom, będą opowiadać o tym, co się wydarzyło dzisiaj w Panerze. Mają świadków, wielu, babcie-hazardzistki, urzędników ubezpieczeniowych, Amandę, nasze czwartkowe towarzystwo pogaduszek o-wszystkim-i-o-niczym, zapamiętają taniec amorków pod sufitem, żelowe serca na szybach i szklankę z czerwoną różą.
Rozglądam się, czy przypadkiem spod dużych stołów nie wyskoczą kamerzyści,
reporterzy z mikrofonami, czy nie zabłysną reflektory w rogach sali,
zabrzmi muzyka, sypnie śniegiem konfetti,
wszyscy goście złapią się za ręce i zaintonują jakąś miłosną pieśń, na przykład... i będziemy śpiewać, każdy w swoim języku,
pojawią się gitary i kastaniety, bębenki i piszczałki,
na stoły duże, okrągłe, przy których siedzą urzeczone chwilą babcie-hazardzistki, wyskoczą tancerki belly dancers, i zaczną wirować, kusić dzwoneczkami, pępkami,
dzieci rozbiegną się po całej sali i z koszyczków będą rozsypywać płatki różane, czerwone, różowe, białe i zielone i jakaś kobieta krzyknie: O, zielone płatki różane, jeszcze nie widziałam zielonych róż,
i menadżer Panery wyjdzie z kuchni, po drodze zdejmując fartuch, którym chronił swój dzisiaj ciemno-czerwony blezer przed umączeniem, żeby sprawdzić, co się dzieje w jego restauracji, uśmiechnie się, bo już za pół godziny zjadą się tu całe tabuny reporterów z lokalnych stacji tv i radia, żeby pokazać światu, jak bardzo romantyczna, odważna miłość jeszcze w nas żyje, jak pięknie można się oświadczyć nawet w takim nudnym mieście, sieć restauracji Panera stanie się symbolem romansu, radości,
jak można w ogóle wątpić, że to pokolenie popkultury nie wie co to prawdziwa miłość i romans, że się nie wstydzi uczuć, a wręcz przeciwnie, nosi to serce swoje na dłoni, tu na rękawie, jak tarczę,
i patrzę na moje koleżanki, dziewczyny w przedziale wiekowym 40-60, dla których miłość też dopiero się zaczyna, spokojna, dojrzała, bez oświadczyn już, ale jakże bezpieczna i oczekiwana, codzienna,
i widzę łzy, albo ich początek, źródełko, w oczach babć, i tych co chciałyby być babciami, i tych innych, co nie mają na palcach obrączek, pierścionków,
widzę mężczyzn, którzy nagle zaczynają szukać telefonów i zamawiają naręcza róż, margaretek, fiołków, doniczki storczyków, cięte orchidee, stokrotki, dla swoich walentynek,
i kobiety, które poprawiają makijaże, obciągają spódniczki, podkręcają rzęsy, zakładają negliże, peniuary, boa, gorsety, pończochy ze szwami, koronki, wstrząsają czuprynkami w lokach, otwierają koperty, z których wysypują się dziesiątki miniaturowych serduszek...
Reflektory świecą, rzeka światła skierowana jest na Andżelikę,
cisza,
wszystko zamiera.
Co teraz zrobi nasza bohaterka? Podejdzie do, powiedzmy-Toma, i co dalej, czy ona już wie, co dalej? Czy on wie, co dalej? Czy my wiemy, co dalej? Ja?
Cała Panera stoi w mrozie chwili, stop-klatka, sopelek, który się rozpłynie, za moment przyjdzie ciepły podmuch i wszyscy ożyją. Ale jeszcze przez moment – nikt nie wie...
Andżelika podchodzi do kontuaru, kładzie na nim swoją różową torebkę, podchodzi bliżej do chłopaka, podaje mu rękę, ale tylko na chwilę, bo potem przytula się do niego, i znowu nie wiem, bo z mojego kącika nie widać, czy płacze, czy się śmieje, rudawa chmura włosów zakrywa twarz.
Jesteśmy za daleko, żeby usłyszeć, co powiedziała, nie usłyszymy, czy odezwała się do niego po imieniu, czy tylko
- Och, darling...
kochanie! kochanie! kochanie!
Panera odżywa, znowu wszyscy klaszczą, wcześniej przecież oklaskiwali zwycięską Mariolę. Cieszą się, uśmiechają, dają naszej parze, tak to jest nasza para, tylko okruch czasu na objęcie się, wyszeptanie kilku słów i w jednej chwili dziesiątki rąk poklepują Andżelikę i powiedzmy-Toma po plecach i życzą wszystkiego najlepszego, dużo, dużo szczęścia, radości, miłości do końca życia, dzieci, a jakże, wspólnej wspaniałej przyszłości, żebyście się nam kochali po wieki wieków i żyli długo i szczęśliwie, koniecznie.
Reflektory gasną, komentatorzy zajmują strategiczne miejsca, by jako pierwsi dobiec do naszej pary i zapytać o szczegóły. Dzieci, które w zamieszaniu oderwały się na chwilę od kolan matek, zostają przywołane na miejsca i do porządku. Amanda na rękach Marioli wierci się, bo chyba chce siusiu. Babcie-hazardzistki siadają na swoje miejsca przy dużych stołach, zaczynają sobie opowiadać, jak to było z ich zaręczynami.
I znowu słychać głos spikera, że można odebrać gotowe zamówienie...
- Number seventy eight. Number seventy eight... Ready! 78 gotowe!
Na moment znowu zapada cisza i wszyscy zamierają, jakby czekali na powtórzenie sceny, ale numer 78 okazuje się być mężczyzną w bardzo nieokreślonym wieku z wizytówką na tasiemce.
Mężczyzna podchodzi do kontuaru i po drodze uśmiecha się przepraszająco, że nie, nie będzie róży, nie będzie pierścionka na tacy, zza drzwi nie wyjdzie atrakcyjna, młoda dziewczyna. Jego dziewczyna jest w pracy, ma za krótką przerwę na lunch, ale walentynki, o nie, nigdy o tym święcie nie zapominają, będą obchodzić z dziećmi po pracy, na lodówce już przyczepili walentynkowe dzieła zrobione przez ich starszego synka w szkole.
Mężczyzna uśmiecha się i odbiera zamówienie.
Moje koleżanki nadal są zdumione całym zajściem. Ja też. Milczymy. Jakoś niezręcznie zacząć zwykłą rozmowę po czymś takim. Pierwsza odzywa się Bogna.
- Zrobiłybyście coś takiego? Ciekawe, jak się im potoczy życie? – i wzdycha.
Bogno, Bogno - myślę sobie, nie wzdychaj, trzeba teraz się uśmiechnąć i może tylko pozazdrościć, że tak sobie ten powiedzmy-Tom wszystko wykoncypował i że się udało. Dobrze się potoczy Bogno, dobrze.
- Dobrze się potoczy. Dobrze – mówi Danka, która jakby czytała w moich myślach i jednocześnie szybko chciała się otrząsnąć z tego całego zamieszania. – Czemu miałoby się źle potoczyć? Młodzi są, dadzą sobie radę, no i jak on coś takiego wymyślił, to znaczy że na pewno ją kocha.
- Też tak myślę – potwierdza Basia. – Mają jeszcze czas na wszystko, na romans, na ślub, na miodowy miesiąc. Na długą miłość.
- Nasi panowie już nie są tacy romantyczni. Szkoda, czasem byłoby miło przeżyć jakąś niespodziewajkę – znowu wzdycha Bogna.
- Szukaj romantyczności w codzienności – mówię.
Kinga najwyraźniej o czymś myśli, nawet nie zwróciła uwagi na moją sentencję.
- Jak na nich patrzyłam, to sobie przypomniałam dzień, kiedy Norbert mi się oświadczył... – zaczyna, i może opowie... tym razem o sobie? Myślę...
Opowiadamy sobie o oświadczynach, zaręczynach, romantycznych randkach z Naszymi, ślubnymi.
A nasza para wyszła w międzyczasie otoczona wianuszkiem ciekawskich, życzliwych, którzy najwyraźniej czegoś jeszcze chcieli się od nich dowiedzieć.
- To co, kobiety? - pytam – Czas do domu? Miłego wieczoru wszystkim, uściski dla Waszych i do czwartku.
- Nie zapomnij o sprawozdaniu z seksu – żartuje na odchodnym Basia. Reszta przytakuje.
- Rzeczywiście, oczywiście, sprawozdanie. Na piśmie?
Wychodzimy z Panery. Danka razem ze mną.
- Zadzwonię za trochę, potwierdzę rezerwację – mówi – Oddzwoń, ale tylko w razie niemożności, dobrze?
- Dobrze. Czy dzwonić do Mojego, żeby był na czas, bo może wrócić późno?
- Zadzwoń, ja też zadzwonię do Waldka. Szkoda, żebyśmy stracili taki wieczór.
Cmok! Cmok!
Czternastego dnia lutego 2010 roku
CDN
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E