Mgła wybierała pomiędzy niebem i ziemią. Będzie niebieska albo taka, jak to, co na dole. Zdecyduje temperatura. Kreska na termometrze i będzie wodą w rzece, morzu albo zawieszoną w obłoku mżawką. Ozdobiony nocą pajęczymi wędrówkami w nieśmiałym świetle balkon przypominał naszyjnik perełek. Sznureczki paciorków. Na niewidocznych nitkach symetrycznie tkane żyrandole, kandelabry, koronki, balkonowy poranny barok, który zniknie, gdy kulka słońca przesunie się do góry.
Siedziała w kuchni przy kawie – jedna, mocna dziennie, żeby świat nabrał rozpędu i ostrości. Kilka kwadransów ciszy, którą miała tylko dla siebie.
Kubek w irysy. Niezła impresja obrazu Van Gogh’a. Kwiaty odciśnięte w fajansie gdzieś w Chinach. Talerzyk z aniołem. W szacie czarno-niebieskiej z czerwienią anioł też był chiński. Przylatywał co rano z reprodukcją ogłoszenia francuskiego sera. Poezja reklamy: „Camembert Fabrique en Normandie. Fromages Affines dans nos caves.” „A la renommee” „Syndicat des Fabricants du veritable camembert de Normandie”. Stół w kolorowe prostokąty. Sama go zrobiła kilka lat temu.
Wczesna modlitwa, krótka. Nad kawą, chlebem, serem, dniem, który i tak będzie się toczyć własnym torem. Próbowała czasem go zmienić myślami, prośbami. Dziękowała za wczoraj, prosiła o dzisiaj tak dobre albo lepsze i z jednodniowym wyprzedzeniem o jutro. Bóg w modlitwie nie miał imienia. Do znaku krzyża dodawała „i Matki”, bo nie wierzyła, że świat mógł zacząć się od jedynie męskiej zachcianki.
CZAS
Ten czas poranny był dzisiaj szczególnie potrzebny. Czekała ją następna przeprowadzka. Trudno policzyć, która z kolei. Nie pamiętała dokładnie. Musiałaby przejść pamięcią przez wszystkie ostatecznie opuszczane wnętrza. Zamykany na klucz ostatni kadr filmu.
Czy znów coś się zawieruszy? Podejrzewała, że porzucone nieumyślnie rzeczy zaczynają żyć po swojemu. Bez naszego udziału nabierają nowych znaczeń. A te bez znaczenia trafiają w czarne dziury, czyhające na takie przypadki. Każde ludzkie potknięcie je cieszy. Żywią się chaosem. Wyciągają swoje ssawki, lepkie łapki i nie ma ratunku.
Sama, chcąc się teraz obronić przed chaosem dnia, otworzyła niewielkie, przedwojenne, metalowe pudełko. Wyprosiła je od mamy jakieś dziesięć lat temu. W pudełku, czy raczej małym metalowym kuferku, układały się niektóre przystanki jej życia:
kilka zdjęć,
szpitalny plastikowy identyfikator z nadgarstka synka z godziną jego urodzin 2:25,
kartka pocztowa z Mielna,
pożółkła koperta z jeszcze bardziej żółtym, prawie wykruszonym klejem, w środku której była garstka ciemnej ziemi,
kilka muszelek – jedna z nich niebieska – zawiniętych w kawiarnianą serwetkę,
naklejka z walizki,
muszka, którą nosił ojciec,
list napisany przez 9-ciolatka częściowo fonetyczną polszczyzną, częściowo po angielsku, na papierowej serwetce w niebieskie kwiatki: „Mamusiu zabiesz mnie stond. She is mean”
i złoty zegarek na pierwszą komunię od babci.
Czas na zegarku dawno się zatrzymał. Nawet szybsze z natury sekundy nie próbowały biec przed minutami. Zmęczone wskazówki opuściły ręce. Tu czas zrezygnował.
Poza pudełkiem na pozór ten sam czas równolegle, z przyzwyczajenia szedł i robił to od dawna, od zawsze, od wcześniej niż zawsze. Biegł, toczył się, mijał, upływał. Zmienne jego tempo zauważała teraz bardziej niż kilka lat wstecz. Kiedyś najzwyczajniej był. Nie zwracała na niego uwagi. Był czasem w nadmiarze. Płynął falami.
Niektóre były szybkie, nie do zatrzymania. Widziała wtedy ławice malutkich rybek w słońcu, przeciekające między palcami. Prężne ułamki sekund, okruchy tęczy zatopionej przez przypadek w zimnej wodzie. Inne płynęły wolno. Jak kiedyś w Unieściu, gdy pierwszy raz zobaczyła morze. Zmęczone dniem, właśnie oddychało łagodnie. Od tamtej pory taki zwalniający czas płynął dla niej jak w Unieściu.
MUSZELKI
Fale smugami piany podkreślały leniwy ruch przesuwanych muszelek. Układały je na brzegu, na piasku, między wodorostami, kamykami, porzuconymi łopatkami do budowy jednogodzinnych zamków. Kołysały je, zamyślone, z roztargnieniem. Albo zostawiały z namysłem - skarby, dla kogoś, kto doceni ich wartość. Niektóre zabierały z powrotem, nie mogąc zdecydować się na rozstanie. Jak wieczorami, gdy nie mogła odłożyć już prawie doczytanej książki i prosiła Mamę:
- Jeszcze trochę poczytam Mamusiu i zasnę.
Te zostawione na piasku, wysychając powoli odkrywały inną barwę. Prawdziwszą? Do zapamiętania?
Dwa światy. Natężenie koloru zależało od tego, czy leżało się w wodzie, czy poza nią. Pod wodą wszystko wyglądało na większe, piękniejsze, żywsze, tajemnicze. Wyraźniejsze przez szkło powiększające tafli wodnej. Myślała o tym, jak mała dziewczynka o czarach podwodnych nimf i wodników. Jej druga, dorosła dusza wiedziała, że to gra, złudzenie, żart morza. Wystarczyło przecież muszelki wyłowić i zamieniały intensywną czerń w szarość a róż flamingów w wyblakłe róże. Nawet białe świeciły inną bielą z dna. Położone na dłoni zamieniały się w kruche, ciepłe szepty z niecierpliwie szumiącą pamięcią dna. Tanecznice flamenco w misternie dzierganych spódniczkach. Białe, czarne, szare, czasem różowe gładkie, wyprasowane. Marzyła, żeby znaleźć niebieską muszelkę. Dużo, dużo niebieskich muszelek.
Od tamtego pierwszego spotkania z Bałtykiem do listy mórz dodała następne, z zatokami, przesmykami, plażami. I jeszcze dwa oceany, które właściwie, gdy się stało na brzegu od morza różniła tylko nazwa. Wszędzie szukała niebieskich muszelek. Do tej pory ma tylko jedną, podarowaną. W garstce innych wygląda jak księżniczka w falbankach, rąbek nieba. Zagubiona i piękniejsza od innych.
HORYZONTY
Słyszała od innych, ale też i sama czuła, że od jakiegoś czasu rzeczywistość przyspiesza. Szum fal ma inne tempo. Piasek w klepsydrach przesypuje się szybciej. Z pośpiechem zasypuje biegun drugiej strony. Miniaturowa ruchoma plaża. Kiedyś było inaczej. Jeden poranek trwał w nieskończoność, tydzień na wsi trwał całe życie.
Horyzont bez końca był i tu i tam. Tu – w Alabamie, gdzie biel ma odcień miałkiej mączki ze startych muszelek – horyzont oceanu był podwyższony. Unosił się pastelowymi domami na drewnianych palach. Tam - w Mielnie zamykała go przerywana linia. Trzy odcinki. Pierwszy - prosta linia lądu, drugi - fałdy jeziora Jamno i trzeci – ciągle zmienna kreska morza.
Plaże, wybrzeże, cały kraj, wszystko tamtego lata grało Abbą. Fernando królował od świtu do nocy. Dziewczyny pokazywały skórę inną niż w mieście. Zakładana jak suknia od święta, na kilka tygodni, na lato. Odświeżana solą i piaskiem, czasem niezauważoną algą. Słońce na takiej skórze zostawało na dłużej, szukało zakamarków. Pachniało leniwie i gorąco.
Pamiętała jak na przybrzeżnym piasku pojawiały się wzory wodorostów. Z ich zielonego galimatiasu niby z fusów, można było wróżyć. Dalekie podróże.
Przypomniała sobie, jak tamtego lata trudno jej było wybrać między dwoma słońcami. Jedno nad Jamnem drugie nad Bałtykiem. To znad pomostu nad jeziorem, czy tamto ponad niedaleką plażą? Później dowiedziała się, że mogła po prostu wejść na Górę Chełmską. Zatrzymać się przy kaplicy Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej i rozejrzeć się. Stamtąd szukać wskazówek na pogodę, na wiatr, na słońce. Ale kaplica pojawiła się dopiero wiele lat później. Postawiona niby w tym samym a tak innym świecie.
Który wybrać brzeg, wodę? Słodką – słoną? Horyzonty?
Jeden był jak dobrze znajomy pokój ze ścianami miasteczka, dróg, sklepów jeszcze wtedy nielicznych, smażalni, pól traw z namiotami jak więdnące kwiaty. Niebo było nad nim niewielkie, przyjazne, w sam raz. Na tyle rozległe, by pomieścić wschód i zachód słońca.
Drugi horyzont był niewyraźny. Zmieniał się, falował. Niedopowiedziana druga strona, do której jeszcze wtedy nie dotarła. Czytała o niej, ilustracje w kolorach gamy Orwo otwierały świat, w który wierzyła na słowo. Druga strona była jak bajki. Opowieści o podróżach dookoła świata łodzią, która nigdy nie zatonie. Opowiadano, że po tej drugiej stronie są sklepy z butami we wszystkich rozmiarach. A ulicami chodzą elegancko ubrani mężczyźni i pachnie naturalnie amforą i na pewno Old Spice’m.
MAPA
Horyzonty zakreślała mapa. Pojemny prostokąt z zamkniętą przestrzenią. W legendzie były
znaki,
prądy,
zakręty,
podwodne drogi,
szlaki odkryte i przypuszczalne,
bezpieczne,
zdradliwe,
rafy,
skały, pod którymi układają się do snu kutry widma, plączą zatopione sieci. Nurty, przynoszące wiosnę i kawałki drewna z lasów, dawno zamienionych w polany. I gdzieś, zwykle w środku mapy, świeciła – z takim spokojem na papierze – koronkowa róża wiatrów. Zawsze przypominała jej karnawałowe, faworkowe róże. Smażone w małych budkach przy plaży królowały zapachem rozgrzanego oleju, cukru pudru. Plamy na pergaminie, ciepłe płyty chodnika pod bosymi stopami, wszędobylski piasek.
Przestrzeń ograniczona papierowym prostokątem. Mapa z cieniowaną, ręcznie wykaligrafowaną nazwą: Bałtyk, czasem: Morze Bałtyckie. Nazwa ta wtedy była dla niej jednoznaczna. Okazało się wkrótce, że, była to tylko umowa, wygodne odniesienie. Odkryła, że w zależności od miejsca, w którym otwierała atlas to samo morze zmieniało się z Läänemer, Östersjön, Itämeri, Mare Balticum w Baltijos jūra, Mer Baltique albo Bôłt. Rzeczywistość była płynna. Ujarzmienie jej w atlasie było tylko tymczasowym zabiegiem.
FRUTTI DI MARE
Morze żyło. Wylewało się poza papier, nie miało brzegu. Widziała je jak ogromną turkusową misę na stole z ciemnego, dryfowego drewna.
Zadanie dla nie byle jakiego malarza. Misa pełna frutti di mare – nie-zwykłych owoców. Sama fraza, gdy wypowiadana powoli dźwięczała staccato podwójnego „c”. Błyszczała słońcem, łuskami ryb, zakręcała spiralą nautilusa, przelewała się słono, załamywała światło jak płynąca w powietrzu modra chełbia. Płynny kalejdoskop: popatrz, posmakuj, zapamiętaj kształty, zapachy, kiedyś je namaluj.
Jej wewnętrzny malarz siedział teraz obok. Słuchał. Szkicował na skróty lata od przystanku PKS Mielno-Unieście III, aż po dzisiaj. Przystanki między wodą słodką i słoną, między tym, co było, jest. Magia tego, co przyjdzie.
Jej pierwszymi frutti z Bałtyku było zadurzenie i miłość. Owoce o smaku gorącego lata. Lato bez powtórki. Zatrzymane na czarno-białych fotografiach ze staromodnie przyciętymi brzeżkami łatwo je wywołać z pamięci. Czerń i biel zamienić na intensywne kolorami slajdy. Został też po tym lecie jeden szkic czarnym ołówkiem – nie tuszem, naprędce zrobiony przy stoliku przez przyjaciółkę.
PORTRET WE WNĘTRZU
Jest na nim on. W okularach, z wąsami, z długimi włosami. Przyjaciółka kilkoma kreskami zatrzymała jego uśmiech. Usta zmysłowe, niemal kobiece. Dłoń na zawsze podpiera podbródek. Wnętrze pominęła.
Zobaczyła go pierwszy raz w nadmorskiej kawiarence, w której serwowała oranżadę Orange i coca colę nastolatkom. Samotnym mężczyznom koniaki. Kobietom, które po godzinie oddawania się słońcu na plaży, lub opalaniu się na pomoście przerywały tok dnia kawiarnianym rytuałem podawała w szklankach kawę po turecku, lub gorącą herbatę. „Poproszę koniecznie z cytryną”.
Była tam kelnerką. Osobą niezauważalną. Bezimiennym aktorem, rekwizytem koniecznym w krajobrazie letników. W ciągu roku studentka filologii – wtedy powszechnie znielubionego języka – latem zamieniła akademickie wykłady na usłyszane strzępki dialogów przy stolikach. Monologi o życiu przypadkowych, jak on na początku, kawiarnianych gości. Fragmenty, które nigdy nie ułożą się w całość, bo nie mają imienia, adresu, podanej na powitanie ręki.
Spotkali się na mierzei wciśniętej między dwa światy Jamna i Bałtyku. W nadmorskiej-przyjeziornej kawiarence w ośrodku wczasowym dla pracowników nieistniejącego już dzisiaj urzędu nieistniejącego państwa.
FERNANDO
Spotkali się przypadkiem. On rozlał coca colę. Ona wytarła rozlaną lepką słodycz ze stolika. On zwrócił na nią uwagę. Jak twierdził później – pytany o to, jak się poznali: „Wyglądała inaczej niż zwyczajne kelnerki”. Zobaczył ją tego samego dnia drugi raz na wieczornej dyskotece. Zakochali się.
Po czterech latach – zmęczeni dojazdami PKP na trasie Sosnowiec-Warszawa-Sosnowiec, lub jej odwrotną kombinacją a także przemykaniem ciemnymi hotelowymi korytarzami – pobrali się.
Początek ich wspólnej historii układał się w banalną piosenkę.
W nadmorskiej małej cichej kawiareeeence
Spotkali się sia la lalla lalla la
Wieczorem już trzymali się za ręęęęce
Pokochali się sia la lalla lalla la
Ubrana była wtedy w ulubiony błękitny sweterek. Pierwszy raz zatańczyli przy Fernando. W tłumie ludzi, bez stałych adresów, do których tymczasowo prowadziły letnie drogowskazy. Do namiotów, campingowych domków, wczasowisk. Z Fernando od tej pory kojarzył się jej dotyk najłagodniejszych dłoni.
Pod dyskotekową lustrzaną kulą świat wielokrotniał, mnożył się i krążył ... Poszli na spacer chłodnym piaskiem plaży. Noc wysiała tyle gwiazd na sierpniowe niebo, że niektóre nie miały dla siebie miejsca i spadały. Nazywając każdą innym marzeniem, łapali je na wyścigi, siedząc w starej łodzi. Przez kilka tygodni była ich schronieniem. Ochrzcili ją Fernando. Niosła ich przez więcej kontynentów niż mieściła ziemia.
Miała jeszcze trochę czasu zanim zamówiona ciężarówka podjedzie pod dom. Na nowo układała skarby w pudełku. Rozwinęła schowaną tam kawiarnianą serwetkę. Lubiła przypadkową kolejność, z jaką wysypywały się z niej muszelki. Jedna po drugiej, niby słoneczne lata. Zbierali je razem na plaży.
Tego popołudnia, kiedy pani Basia, barmanka i kierowniczka „Muszelki” dała jej wolne, poszła z nim na pierwszy, umówiony spacer. To wspomnienie zawsze wywoływało uśmiech.
Plaże, brzegi ...
Niezmienną zaletą nadmorskich miejscowości są spacery plażą. Wybór kierunku jest zupełnie nieistotny. Zwykle zaczynają się i kończą w tym samym punkcie. Dla nich, w Unieściu była to ich łódź Fernando. Łódź nieokreślonego koloru, o którym dawno zdecydował temperament wiatru, sól i woda. Z prawej strony dziobu widać było jeszcze ślady jakby nietutejszego błękitu.
Przebijał przez warstwy farby, nakładane grubym pędzlem przez lata. Ten ukryty błękit zastanowił ją od razu. Czemu służyć ma taka łódź malowana na niebiesko? Pływać niezauważalna w niebieskim? Odpowiedź była prosta: łódź miała podróżować po niebie.
Męczył ją chaos przeprowadzek. Tamowany jedynie, kiedy układała rzeczy. Zgodnie z napisami na kartonach. Z konieczności były dwujęzyczne: sypialnia/bedroom, nasza łazienka/masterbath, komplet do kawy (ślub.Polska)/better China. Przy przeprowadzkach świat zewnętrznego ładu zaczynał wirować, zmieniać strony. I nie miało to najmniejszego związku z niespodziankami. Niespodzianki lubiła od dziecka. Przeprowadzek nie. Bezlitośnie mąciły porządek rzeczy.
PARADOKS PHI
Pomieszczenia miały według niej przypisany charakter. Nabierały go czasami przez rok, dwa, dłużej. Rozwijały go według ustalonego planu i chociaż zmieniała się ich aura – wraz z kwitnącymi roślinami w doniczkach, albo rozsuniętymi lub zasuniętymi zasłonami, czy odwiedzającymi je ludźmi – to miały zakodowany ideał. Wierzyła, że dochodziły do niego z jej udziałem.
Jak aktorom na scenie pomagała rzeczom. Przesuwając sprzęty tak długo, aż same zatrzymywały się w jakimś punkcie. Pamiętała na przykład, że kanapa musiała któregoś dnia zatrzymać się dokładnie jedenaście centymetrów od ściany, ponieważ właśnie w tym miejscu o piątej po południu słońce wygodnie na niej siadywało. Powstawał wtedy majstersztyk scenografii, przestrzeni, światła, czasu, geografia harmonii za sprawą paradoksu phi. Rządziły nim zasady proporcji znane Da Vinci’emu, rzeźbiarzom, matematykom. Teorii phi nigdy się nie uczyła. Długo nie wiedziała, że w ogóle istnieje. Przeczuwała, że świat istnieje jedynie dzięki harmonii i pięknu. Zasadom, ukrytym pod tym, co zauważamy, powierzchownością. Pod pierwszym planem naszego widzenia. Jej siostra mówiła często: „masz niespotykane poczucie piękna”. Ona je widziała, chociaż wtedy była jeszcze nieświadoma obecności phi.
Dochodzenie do ideału odbywało się naturalnie. Czuła je czasem, jak delikatne popchnięcie we właściwą stronę. Gdzieś między świadomością i podświadomością. W najzupełniej nieoczekiwanych momentach, częstokroć tak zwykłych, jak zmywanie naczyń, gdy stojąc przy kuchennym oknie obserwowała króliki w ogrodzie. Myty kubek zatrzymywał się w dłoniach. I nagle miała w zasięgu ręki jej „moment acha”. Przychodziło rozwiązanie, konieczna poprawka w kolażu, nad którym właśnie pracowała, albo słowo w wierszu, który nie chciał się ułożyć tygodniami. Dopełniało się miejsce, któremu brakowało ostatniej nutki do harmonii. Przesuwała więc jeszcze ruchome elementy kolażu na przykład o kilka milimetrów w prawo, w dół. Czasem coś dodawała: trzy koraliki, jakiś kamyk, wycinek z gazety.
Całość, cokolwiek by to nie było układała się, jak niecierpliwe, czekające tuż za progiem objawienie. Pomieszczenie grające harmonią phi, gdzie oko wspinało się spiralą nautilusa do góry.
Przeprowadzki niszczyły tę długo komponowaną harmonię. Wnętrza fizyczne i psychiczne cierpiały. Metalowa skrzyneczka była w tym chaosie oazą. Sekretnym ołtarzykiem, drogą po świątyni czasu. Swoją ustaloną chronologią dawała poczucie ciągłości, trwania, stałości. Chociaż nie znała jeszcze wszystkich skarbów, jakie przyjdzie jej tam włożyć, to chciała, by kompozycją rządziło paradoksalne phi. Jej harmonia z wicherkiem paradoksu.
NIEBIESKA MUSZELKA
A przecież przypadkowość i chaos kiedyś były tak wyczekiwanymi gośćmi. Zmieniały rutynę dni. Wypatrywała ich przez inne kuchenne okno. Chorobliwą szarość budynku naprzeciwko – wcale nie inną niż ta, w którym sama mieszkała – zmieniały napisy kredą:
„Jadźka + Michał =”
Albo obsceniczne rysunki, czy sentencje świadczące o znajomości ludzkiej fizjologii przez ich autorów. Wszystko to na szczęście szybko zmywane deszczem.
Przypadkowość pomagała przetrwać codzienność, szarość muru, niezmienność prostokąta dalszej perspektywy ulicy. Wciśnięta między dwa domy z przerywnikiem klonów uparcie na nowo sadzonych na miejsce wielu poprzednich. Nie przyjmowały się. Z powodu psów zaznaczających swoje terytorium i dzieci uporczywie obłamujących młode gałązki odchodziły do klonowego nieba.
Wydawało się jej, że ulica przez swą brzydotę prowadziła do nikąd. Zamykała podwórze, to wszystko. Kiedyś ta ulica była głównym bohaterem jej snu, może czegoś więcej. OOBE – Out of body experience – doświadczenia bycia poza ciałem. Przypominając go sobie właściwie nie była pewna, czy to był na pewno sen. Tak dokładne były wszystkie szczegóły, dźwięki, zapachy. Kwiaty zasadzone na maleńkiej rabatce w ziemi, nasączonej węglowym miałem, były tam tak bardzo nie na miejscu a jednak rosły, kwitły, świeciły. Kilka lat później znowu je zobaczyła. Tym razem na jawie.
Gdy mieszkała w jednym z szarych domów, przypadkowość była jak niedziela. Jak przejście obcego człowieka przez podwórze. Ubrany odświętnie na ślub, albo pogrzeb przechodził zwykle na skos przez trawnik gęstej jak sen trawy.
Przypadkowość była jak niespodzianki. Jak to, co mieściły książki w twardych okładkach. Zamiast ilustracji miały tłoczony pozłacany tytuł. Dopiero w środku pojawiały się ryciny. Desery po grzecznym zjedzeniu talerza gęstej owsianki.
Chronologia metalowego pudełka w którymś momencie dochodziła do niebieskiej muszelki.
Szukali jej wspólnie na długich spacerach. Na plażach Unieścia, Mielna i później, gdy wrócił – twierdząc, że specjalnie dla niej – na miesiąc Sarbinowa. Zbiory białe, szare i różowe układały się w mozaiki w pudełeczkach, słoiczkach po kremach. Czekały cierpliwie na księżniczkę.
Taniec fal flamenco w niebieskiej spódniczce. Oboje wiedzieli, że nad Bałtykiem pewnie jej nie znajdą. Tak naprawdę chyba nigdzie. Bo nie ma prawdziwie niebieskich muszelek. Ona jednak wierzyła, marzyła uparcie. Opowiadała, że jeśli ją znajdą to będzie to znak morza, przyzwolenie i ogromne święto. I że wszystko się spełni i dobrze ułoży i skończy i będą razem żyli długo, szczęśliwie na pewno. On śmiał się z dziecinnych marzeń, bajek ze spacerów. Oboje przecież już nie byli dziećmi. Wciągała go jednak ta gra w szukanego. Zaglądanie pod każdy większy kamień, rozrzucanie suchych kępek alg.
Wracał na pole namiotowe do kolegów a ona do kawiarenki. Do koniaków i coca coli, do oranżady Orange. Do zaczerwienionych słońcem nosów, ramion. Do pokoju, który dzieliła z innymi dziewczynami, sprzątaczkami, kucharkami, pomywaczkami. Do pokoju, gdzie było miejsce na walizki, krzywą szafę, zamglone lustro i zapach niedalekiego morza, wchodzący przez stale otwarte drzwi i okna.
WULKAN
Zamknęli je któregoś wieczoru, gdy zmęczeni obecnością ludzi, wykradanymi pocałunkami i pieszczotami postanowili poznać siebie. W samotności.
Do dzisiaj słyszy natarczywe pukanie do drzwi i okien współlokatorek, gdy po późno-popołudniowej zmianie chciały się dostać do pokoju. A oni zachłannie wykradali czas całemu światu.
Pamiętała, jak on, gdy w końcu głosy i kroki ucichły, wymknął się oknem na podwórze. A ona otworzyła drzwi i udawała, że nic nie słyszała. Że usnęła po lampce koniaku, zmęczona upałem. On przyszedł z powrotem nieco później. Grzecznie zapukał do drzwi i czekał aż ona pojawi się wywołana z pokoju przez koleżankę. Wydawało im się, że dobrze odegrali jednoaktówkę, oszukali świat. Tytuł: „Jak ukraść okruch czasu.”
Obskurny, wspólny pokój zamienił się w wyspę. Z palmami, pelikanami, słońcem, wulkanem, z ogniskiem udawanym przez urodzinowe świeczki. Poutykane na tekturze, ustawione na taborecie przy jej łóżku. Romantyczny krąg małych płomyczków zamiast tortu, lukru i Stu Lat. Były to jej najpiękniejsze urodziny.
Wyspę, o której wtedy marzyli znaleźli po latach w Nevis. Okazało się, że tak, że była. Była zawsze. Bardziej kiczowata niż w ich marzeniach. Bogatsza w dekoracje. Mieszkały na niej małpki i papugi, o których wtedy w Unieściu nie pomyśleli. A nad śpiącym wulkanem, tkwiącym jak kotwica po środku wyspy, w dzień i w nocy kołysał się biały obłok. Kłębek odpustowej waty na patyku. Wulkan był na każdej fotografii, pod coraz to innym kątem drzemał w tle, bez ruchu. Wydawało się, że jest większy niż cała wyspa z jej siedmioma tysiącami mieszkańców.
LATO ODCHODZIŁO
Lato odchodziło. Plażowe kosze z wikliny, zamykano w szopach. Miały odpocząć tam do następnego roku.
Obiecywali sobie, że wrócą. Że zaczną nowy lipiec, może sierpień – razem. Strach w oczach mówił, że obietnica się nie spełni. Plaże pustoszały. Piasek ciemniał, nie tylko po przypływie, ale po częstszych deszczach. O tej porze zwiastowały bliskość jesieni. Lato odchodziło z kolejnymi zakochanymi parami opuszczającymi ośrodek dla pracowników pewnego państwowego urzędu.
Pani Basia szykowała Muszelkę na jesień. Pakowała w pudła szklanki. Rwała co gorsze ręczniki na szmatki. Już nielicznym o tej porze dzieciakom rozdawała cukierki, jakich nie udało się jej sprzedać w sezonie. Na sztuki. Kukułki, krówki, toffi ciągutki, mleczne, owocowe. Częstowała ostatnich, zabłąkanych gości a czasem i miejscowych kolorowymi trunkami z egzotycznych butelek. „Na rachunek Muszelki” – mówiła. Nie chciała pod koniec września karmić ich zawartością trawnika na zapleczu.
Lato odchodziło. Przybywało mew ośmielonych pustawą plażą, biedronkami na wodorostach. Ustawiały się pod wiatr i rozmawiały. Jak zwykle pierwsze wiedziały o zbliżających się jesiennych szkwałach, o zimie, która miała przyjść zawsze w najgorszej chwili i zamazać granicę między morską i śnieżną pianą.
Lato odchodziło. Znikało jak bursztynowe korale z wystaw sklepików. Chowane w przepastne szuflady. Otwierane czasem zimą, by nacieszyć oczy uwięzionym blaskiem zamkniętych w bursztynie wschodów i zachodów słońca. Ciepłem łagodnym i szeptem zapowiedzi przyszłego czerwca.
Lato odchodziło. Zamykane żaluzjami. Zabijane na głucho deskami kioski z pamiątkami przeszkadzały teraz jak drewniane bryły nie do przesunięcia. Słońce przychodziło nad Jamno na krótko i zrezygnowane pustką szybko odchodziło.
Zakochała się w tym miejscu. Zakochała się w lecie. Zakochała się. Teraz, gdy lato odchodziło zrozumiała, że nie zna żadnego zaklęcia silnego na tyle, by je zatrzymać. Nie wiedziała, gdzie ma szukać zaklęcia by on został.
Miłość o banalnym początku. Przewidywana długość życia: lato, może dwa tygodnie dłużej. Chciała nauczyć się przedłużania czasu. Ktoś gdzieś komuś musiał powierzyć taką tajemnicę. Wystarczyło pewnie jakieś proste słowo, może kilka razy powtórzony uśmiech, dotyk. Prosiła o tę drugą niekończącą się porę roku. Modliła o lato bez końca. Siadała wieczorami w starej łodzi Fernando i prosiła o jeszcze jeden dzień. Na przykład z tych, co się zawieruszyły. Musiały być gdzieś takie. Niepotrzebne nikomu. Mogą być w kawałkach. Obiecywała, że sama poskłada godziny. Prosiła o wieczór, spacer, kwadrans przy stoliku obok budki z faworkowymi różami. Modliła się do mew, szumu fal, do piasku, do śladów soli na jego skórze.
Zakochali się latem. A ono teraz odchodziło. Wiedzieli, że muszą wrócić do tamtych siebie. Do osobnych światów. Do życia za zamykanymi drzwiami lata, poza morzem. Podróż za skrzypiące zawiasy. W stronę stałego horyzontu, na południe mapy.
Obiecywali sobie, że będą pisać codziennie, że będą się widywać. On będzie przyjeżdżał. Ona będzie przyjeżdżała. A w przyszłym roku znowu spotkają się na długo w Unieściu.
Lato odchodziło. Zachodziło smutnym słońcem. Koniec światła. Wysuszona cytrynowa skórka.
Za zakrętem stało życie. Niewyraźna sylwetka. W dłoni trzymałam niebieską muszelkę z Bałtyku podarowaną na codzienne szczęście.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Marku :)
tak pewnie czytałeś.
Ale może inne osoby z PS nie czytały, więc sobie pomyślałam, że się podzielę.
zapraszam serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Lucy dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie, za miłe słowa.
Bardzo się cieszę że się spodobało.
serdeczności Elżbieta
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
wuren
Dołączył: 18 Gru 2007 Posty: 16 Skąd: z pastwiska
Wysłany: 2008-03-12, 00:20
Noo, całkiem całkiem!
Bardzo przyjemnie/filozoficznie/zadumaniowo się czyta (chyba tylko czasem humor ciut mi zgrzytnie, ale co tam, ja się nie znam
Wuren-ie dziękuję za odwiedziny i "ogólnego dużego plusa".
mówisz humor zgrzyta? ależ tu go nie ma - chyba? - a jeśli, to całkiem niezamierzony. E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
wuren
Dołączył: 18 Gru 2007 Posty: 16 Skąd: z pastwiska
Wysłany: 2008-03-12, 19:42
Elżbieto!
Elżbieta napisał/a:
ależ tu go nie ma - chyba? - a jeśli, to całkiem niezamierzony.
Oczywiście, że niezamierzony - w dodatku, zrozumiały chyba tylko dla mnie - już wyjaśniam.
Ostatnio z konieczności zajmu,ę się nieco socrealistyczną spuścizną - szczególnie tymi aspektami przebrzmiałych doktryn, które - wbrew powszechnemu mniemaniu - nie są całkiem przebrzmiałe.
Czytam sobie - dla przykładu - rewelacyjne zdanie:
Cytat:
Zamiast ilustracji miały tłoczony pozłacany tytuł.
. Zatrzymuję się. Konkluduję, obracam, przeżuwam. I ciut dalej apoteoza Mielna, Unieścia - i co widzę, co czuję przez skórę? Tęsknotę za komuną, wczasami pracowniczymi na plaży 608 z leżakiem (zwrócić do 16), a może raczej tęsknotę za minionym czasem, gdy byliśmy młodsi, a tylko przypadkiem nazwano te czasy PRL-em. I zamiast dalszych uniesień widzę tragikomiczne pomieszanie, postawienie znaku równości między wyrażeniami "komuna=czas miniony" - a walczę (raczej bezskutecznie, przyznaję), żeby ludzie naprawdę rozróżnili przeszłość/młodość/miłość (niepotrzebne skreślić) od komunistycznej indoktrynacji złotego Gierka. Nie łap więc mnie za to zdanie, wybacz, jesli poczułaś się dotknięta- ale dzieło po opublikowaniu ponoć żyje swoim życiem, więc nic nie poradzę na skojarzenia.
Pozdrawiam, nadal urzeczony subtelnością opowiadanka
(choć nadal ze skojarzeniami)
Wuren
Absolutnie nie czuję się dotknięta. Sprawiłeś mi ogromną radość swoim komentarzem. Tak, to właśnie jest tu w opowiadaniu, to wszystko o czym wspominasz.
Nostalgia moja jednak budzi się, gdy wspominam siebie, ludzi z tamtych czasów, miejsca, a nie otoczkę, nie oficjalną soc-Polskę, czy nawet komuni-Polskę. Ta Polska była owszem ciekawa, bo byliśmy młodsi, czytaj: ja byłam młodsza, życie miało inny smak. Jednak, gdy spojrzeć na tamte lata, to Polska była interesującym miejscem głównie dla kogoś z zewnątrz, nie dla nas, którzy byliśmy skazani na bardzo "ubogą" egzystencję. Nie wszystko było złe i malowane na czarno, czy buro, ale przecież wiemy, że mogło być inaczej. Ileż, już po latach, miałam dyskusji o tym, jak to naprawdę żyło się w tamtej Polsce, ile razy tutejsi pytali, jak to było za komunistów, czy to wszystko prawda? Nostalgia, czy tęsknota budzi się, gdy przypominam sobie siebie z tamtych lat. Nie jestem jednak całkowicie przekonana, że chciałabym do takiej Polski i do siebie, tam dawno i daleko wrócić.
Dwa razy w tę samą wodę wejść? w ten sam nurt? najzwyczajniej niemożliwe.
I jeszcze jedno, bardzo lubię skojarzenia, więc jak masz więcej, to się podziel. serdeczności Elżbieta
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E