Matka jest najgłębszym meblem pokoju; jej wiotka pierś unosi się w takt tysięcznego odcinka telenoweli. Jej oko jest martwe, jej oczy są rybie:
,,mój syn wcale nie wyjeżdża”
,,czy ona w końcu powie jemu, że kocha?”
,,mojemu dziecku nic się nie stanie; jest w pokoju, jak dawniej, rozkłada zabawki, a w ostateczności kobiety i popielniczki”
,,czy Jose otworzy drzwi i zdąży ujrzeć ją, obściskiwaną i jego, obściskującego?”.
Matka jest niska; jest chyba najniższą z istniejących miłości, a jej nogi są jak brzozowe nitki lśniące pomarszczonym ściegiem o północy. Matka zaśnie przed telewizorem - kto wyprostuje jej ciało, kto okryje kocem, kto przeora pola plazmowe? ,,Moje dziecko, najboleśniejszy mięsień”.
Boli ją niewiedza o mnie. Boli mnie wiedza o niej.
MATKA (oparta łokciem o blat kuchenny, wpatrując się w zaoknie)
Coś się pali na drodze, przebrzmiewa wyraźnie
świeczka rzucona gdzieś w nocne przepaści.
Coś się jarzy za oknem, podróżna pętelka
w nocnej żarówce – nie wraca, nie zwleka.
2.
Dotykam ich i wiem, że nigdzie nie należę. Sam jestem, sam między nimi jestem. Do każdej ciało bywało przyparte: gorączką, ciepłem kobiety, wścibstwem sąsiedztwa. Każda z nich bywała daleką planetą, gwiazdą wiszącą w ogromie czekań. Zetknąć się nocą – to sztuka znikania.
Dobrze jest mieć tresera sufitów, godnego muzyka, trąbkarza, jazzmana, Milesa Davisa lub Chata Bakera - znawcę lekkich konstrukcji, plafonów i absyd. To kościół, to kwadrat, piekielny czworokąt, świątynia zwlekania, przestrzeń umizgów, przestrzeleń, nachyleń i doznań. Tu można się spotkać, okrążyć wszechświat i zasnąć w jego centrum. Nauczyć się skaz i wnęk – to próba powrotu.
ŚCIANY(do siebie, równoleglym tonem)
Pan wychodzi? Bez cienia nie można, powinno się:
inaczej. Czule matkę, doniośle ojca, Jezusa, czajnik
i delikatnym gestem startą wycieraczkę. Pan wychodzi -
bez cienia, to innym być już wypada – włożyć inne buty,
w inne miasta, po innych orbitach obracać odmienione ciała.
3.
Żebro z żebra, dłoń z dłoni. Która dłoń silniejsza? Bardziej przewrotna? Ach, trzeba się nienawidzić, przewracać i gnoić. Trzeba wciąż od nowa – próbować ustawienia: dłoni, ramion, oczu, by się dopasować, spleść drżące życia i mieć to za sobą. Nie milczeć wobec niego, a przemilczać; nie nosić przeciw niemu, lecz znosić; nie chować przed nim, ale przechowywać. Ojciec jest drzwiami, otwarciem wątpliwości, jątrzeniem chwili odjazdu – trzeba w nim polec, w nim pogasić wpierw światła, telewizory, kuchnie, łazienki. W nim ogolić się, poprawić włosy i , najgorsze, zobaczyć konsekwencje.
OJCIEC(czerpiąc łyżką gorzkie, herbaciane fusy)
Wręcz niepokojące – tak szybkie przemijanie,
że człowiek chciałby związać, usnuć, nawlec,
a czas mu mięśnie spina w makabryczny taniec.
Tak to jest, kiedy się wyjeżdża. Martwiąc Rodzica.Bo przecież "...Żebro z żebra, dłoń z dłoni..." Jest. A jednak osobny. Inny. Nieprzewidywalny.
"...Sam jestem, sam między nimi jestem..." - przecież.
Fajnieś to zapisał!
Czytam, czytam i po skórą - dzieci za szybko rosną. Jak pogodzić ich dorastanie z ciągłym niepokojem? Mają skrzydła? Nie spadną? A jak grzmotną o bruk czy zdążę?
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
ciekawie Kamilu
a matki? są w tej grupie w której powinno się oduczać miłości. pomału, stopniowo, pół skutecznie...najczęściej wcale
reszta się uczy
_________________
Zbyt smutku by to powiedzieć.
Drzewa oszukują
Tymczasem w blasku tylko idą wody.
Tylko ziemia jest twarda.
Vicente Aleixandre
artur bodler [Usunięty]
Wysłany: 2010-03-08, 11:04
eva_14 napisał/a:
a matki? są w tej grupie w której powinno się oduczać miłości. pomału, stopniowo, pół skutecznie...najczęściej wcale
Matka jest najgłębszym meblem pokoju
Dziękuję wam za czytanie. Ja, z racji upodobań, muszę upodobania mocno maskować, by nie sprawiały niepotrzebnego nadwyrężenia mojej matce - przynajmniej tak mogę o nią zadbać. Gdyby ona wiedziała...hoho...nie wyrobiłaby chyba
(zresztą ludzie z matkami tworzą czasem takie przedziwne konstrukcje...to dowód na coś z pewnością).