POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Publicystyka » Wspomnienia Ireny Ostoja-Lniskiej
Wspomnienia Ireny Ostoja-Lniskiej
Autor Wiadomość
artur bodler
[Usunięty]

Wysłany: 2010-05-08, 20:47   Wspomnienia Ireny Ostoja-Lniskiej

Piszę teraz artykuł dla ,,Kuriera Kaszubskiego", w którym pracuję - artykuł mający na celu ukazanie ludziom jak mieszkańcy Kaszub pamiętają datę oficjalnego końca wojny. U nas, na pomorzu - w Kartuzach - sercu Kaszub, 10 marca wstąpiła armia czerwona i to zdarzenie jest zdecydowanie bardziej określone od zbliżającej się (9 maja) rocznicy podpisania kapitulacji Niemiec. Sesja wspomnień i rozmów z panią Ireną jest zdecydowanie obszerniejsza niż się spodziewałem i prawdopodobnie nie będę mógł wykorzystać jej w całości, a nie chcę, by jej słowa przepadły.
Poniżej przedstawiam właśnie część jej wspomnień zredagowanych wstępnie przeze mnie.




___________________________________________________________________




Już w styczniu 1945 r. Niemcy ewakuowali więźniów ze Stutthofu, prowadząc ich w śniegu - a była wówczas ostra zima - na zachód. Wśród nich był też nasz wujek. Znajomi rolnicy zawiadomili nas, że ta droga śmierci prowadzić będzie przez wieś Pomieczyno. Więźniów, którzy padali ze zmęczenia, po prostu zabijano. Strażnicy zaprowadzili więźniów do kościoła we wsi, wówczas tamtejsi ludzie pomogli wielu z nich uciec z owego kościoła. Wśród tych, którym udało się zbiec, znalazło się kilku powstańców warszawskich, także nasz wujek. Ludzie ze wsi ukryli ich w swoich domach, nakarmili, umyli i przenocowali. Ci, którzy ukryli wujka, powiadomili nas, więc moja 18-letnia siostra wybrała się w towarzystwie dwóch starszych chłopców z samego rana pieszo do Pomieczyna (kilkanaście kilometrów). Wieczorem o godzinie 21-ej przyprowadziła go w przebraniu kolejarza polnymi drogami, brnąc po kolana w śniegu.


Kiedy wujek znalazł się u nas w mieszkaniu, był bardzo wycieńczony (miał biegunkę) i aż do wyzwolenia, do 10 marca, ukrywał się w naszym mieszkaniu, o czym nikt nie wiedział – gdy ktoś pukał do drzwi, wujek chował się za taką szafę z umywalką i wysokim lustrem, siadając na małym stołku. Siostra idąc po wujka, miała ze sobą krzyż misyjny, a w domu wzywaliśmy o pomoc Matkę Bożą Nieustającej Pomocy. W drodze, już na ulicy klasztornej, mijała ich trójka niemieckich żołnierzy z tzw. ,,Sonderkommando”, które wyłapywało dezerterów z wojska. Siostrze serce stanęło w gardle. Dzięki Bogu przeszli szczęśliwie. Do dzisiaj przeżywa ona tę ,,wyprawę” i nie lubi o tym wspominać... Ciągle jest przekonana - że to był prawdziwy cud, że ich uratował też Św. Józef, gdyż wujek miał na imię Józef, ona jest Józefa, a kościół w Pomieczynie był pod wezwaniem Św. Józefa.

Niemcy czuli, że przegrywają tę wojnę, ale byli bardzo okrutni – byłam świadkiem jak na rynku przy kościele św. Kazimierza (dawny kościół ewangelicki) w tym miejscu, gdzie dzisiaj stoi tablica naszego powiatu, zastrzelili trzy osoby (Polaków). Mieli związane ręce i przywiązani byli do słupków. Wtedy pluton niemiecki oddał strzały. Ich ciała osunęły się. Potem podszedł jeden żołnierz, z pistoletu strzelił jeszcze w czoło. To był straszny widok - a tablica z napisem głosiła, że okradli uciekinierów – Niemców, którzy opuszczali Prusy Wschodnie, kierując się na zachód (do Niemiec). Stałam wówczas cała skamieniała. Nie mogłam ruszyć się z miejsca. Niosłam chleb do domu.
Widziałam też, jak prowadzili jeńców wojennych radzieckich obok naszego domu; mieszkaliśmy przy szosie – już wcześniej stanęłam bokiem za drzewem i podałam jednemu z nich pół chleba – to przecież było tak mało. A raz zrobiłam to przy rynku – kupiłam chleb i też podałam – wtedy jakoś nie czułam strachu.

To zaczęło się już w styczniu, kiedy front zbliżał się do miasta – w nocy słyszeliśmy bombardowanie Gdańska i Gdyni przez aliantów. Ale prawdziwe piekło zaczęło się 9 marca – prawdziwa strzelanina. Słychać było przeciwlotnicze działa i wybuchy. Front był coraz bliżej. Jak wspomniałam, mieszkaliśmy przy szosie, którą – od strony Ręboszewa – nadeszło wojsko radzieckie. Wszyscy weszliśmy do piwnicy. Miałyśmy małe uszyte plecaki z paroma rzeczami na wypadek, gdyby przyszło nam opuścić dom. Potem rozległ się straszny huk i z domu wyleciały wszystkie szyby, ale budynek nie ucierpiał. Jak się okazało, ostatni niemieccy żołnierze podpalili duży samochód wojskowy, w którym była jakaś amunicja. Ale we wraku tego samochodu znaleźliśmy worek z kaszą – to uratowało nas od głodu. Rano była kasza na kozim mleku, na obiad kasza z łyżką łoju (to był tłuszcz wołowy) i parę ziemniaków, tzw. krupnik. Na kolację ziemniaki smażone na tłuszczu – te mieliśmy w piwnicy odłożone na zimę.


Nad ranem wkroczyło wojsko radzieckie - kiedy wyjrzałam za drzwi, śnieg i wszystko inne zrobiło się szare od strzelaniny. Kiedy weszli do naszej piwnicy, uradowaliśmy się bardzo. Nareszcie długo oczekiwana wolność. Byli mili, ale ci, którzy przyszli po nich, rewidowali mężczyzn – żądali jakichś dowodów, i w trakcie obszukiwania zabierali im zegarki z ręki. Mój ojciec swój zegarek wcisnął mi w dłoń i tak złoty zegarek na łańcuszku ocalał – dziś otrzymał go na pamiątkę syn. Wówczas jakoś nasza radość zmalała – ale to tak jak na wojnie – są dobrzy i źli ludzie. Potem doszło do nas, że wielu Polaków aresztowano i wywieziono do Rosji. Niektórzy po długim czasie wrócili, część z nich zmarła.

Następnie w naszym domu zamieszkał sztab, a my do piwnicy – spaliśmy na słomie obok węgla i ziemniaków. Przez okno wystawała rura, aby z żelaźniaka wychodził dym. Wśród wojskowych był Polak o imieniu Bolek. Była też kuchnia polowa. Na polu żołnierze zabijali świnie i krowy, które przywozili z okolicznych wsi. Dla mnie to był szok – nigdy wcześniej nie widziałam zabijania zwierząt. Blisko znajdowało się jezioro, więc wrzucali materiał wybuchowy i ogłuszone ryby wypływały na powierzchnię. W naszej piwnicy była duża pralnia – tam magazynowali to, co zbierali ze sklepów. Stała tam skrzynia z rodzynkami, woda kolońska, chleby i inne rzeczy. Tę wodę kolońską niektórzy z nich pili z rodzynkami – trochę to dzisiaj wydaje się śmieszne, ale raz podebrałam im garść tych rodzynek. Czasami dali nam chleb albo świński ryj. Pośród żołnierzy byli tacy bardzo młodzi, w wieku 18 lat. Jeden z nich opowiadał o szkole, a raz nawet zaprosił mnie do wspólnego talerza z obiadem, ale, mimo braku wielu rzeczy, nie umiałam się na to zdobyć.
Później, kiedy wojsko poszło dalej na Gdańsk, wróciliśmy do mieszkań. Ale najpierw trzeba było posprzątać; ze strychu zrobili sobie ubikacje – wody nie było, braliśmy z jeziora i gotowaliśmy ją. Te wszystkie brudy spaliliśmy na polu. Po długim czasie uruchomili piekarnie – czasem dostało się chleb, a czasem nie. Byliśmy często głodni, ale szczęśliwi. Mogliśmy już iść do kościoła. Na szczęście przeżyliśmy, i to dzięki Matce Bożej z Lourdes. Modliliśmy się wszyscy z takiej małej książeczki, którą mamy do dziś. Jej kartki są bardzo pożółkłe – bo są wymodlone. Ale żeby to wszystko zrozumieć – tę całą traumę – trzeba to było przeżyć.
Codziennie modlę się o pokój. I do dnia dzisiejszego nie znoszę salw z okazji uroczystości państwowych, a mam już 81 lat. Nie oglądam żadnych filmów o wojnie i cierpieniu ludzi, a zwłaszcza dzieci. I oby nigdy więcej wojny nie było.




Kiedy w 1946 zaczęło funkcjonować gimnazjum i liceum na ulicy Klasztornej – to z moją młodszą siostrą zdałyśmy egzamin do 3-ciej klasy gimnazjum, gdyż w czasie okupacji uczyła nas starsza siostra, która była po maturze w Kościerzynie – u sióstr Urszulanek. Uczyli nas tam profesorowie z Wilna i Lwowa, wspaniali ludzie i wychowawcy. Z ich uczniów wielu zostało lekarzami, profesorami, kapłanami, inżynierami, a jeden biskupem – obecny biskup włocławski Wiesław Mering. Brakowało wtedy książek, często musiałyśmy szybko notować wiadomości dyktowane przez profesorów. Pamiętam, że przyniosłam pani prof. Baranowicz literaturę polską po starszym rodzeństwie i historię, bo mieliśmy polskie książki ukryte w szopie na podwórzu. Chłonęliśmy tę wiedzę z radością – po długich latach okupacji, kiedy to obowiązywała szkoła niemiecka. Powoli pojawiały się sklepy, piekarnie, pojawiła się woda w kranach, prąd i zaczęło się nowe życie.
  
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2010-05-08, 21:14   

kamil kwidziński napisał/a:
jak na ranku przy
kamil kwidziński napisał/a:
mieszkaliśmy szosie –
kamil kwidziński napisał/a:
nam opuścić domu.
kamil kwidziński napisał/a:
wcisnął mi w dłoni i tak


Chcesz zostawić ten styl? Czy napisać "po swojemu"?
 
 
artur bodler
[Usunięty]

Wysłany: 2010-05-08, 21:33   

Poprawione.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Publicystyka » Wspomnienia Ireny Ostoja-Lniskiej


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo