Wysłany: 2010-01-14, 18:38 Obudziłem sie o północy (część 1.,2.)
OBUDZIŁEM SIĘ O PÓŁNOCY
Obudziłem się o północy. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem, ten dziwny stan pomiędzy jawą a snem, gdy wszystko wydaje się miękkie i gąbczaste. Perspektywa załamuje ręce i wychodzi na spacer, a struktura rzeczy rozmywa się pastelowo pomiędzy dwoma światami; ściany mają uszy, szafy mają ręce, lustra mają oczy… I dopiero po kilku sekundach wraca jasność myślenia. Człowiek rozbudza się na dobre, siada na łóżku i myśli „Cholera, która jest godzina?”. Patrzy na pulsujące elektroniczną czerwienią pośród ciemności pokoju cyfry, wyświetlane na suficie przez laserowy zegarek szafki nocnej. Zdaje sobie sprawę, że jest równo północ, i że to bardzo dziwne obudzić się dokładnie o tej porze. W tym momencie godzina zmienia się na minutę po i człowiek czuje pragnienie. Wstaje więc z łóżka, wsuwa na nogi kapcie, które warują na dywanie i idzie powoli w stronę wodopoju, przecierając zaspane oczy.
Otworzyłem drzwi sypialni (zawsze śpię z zamkniętymi, inaczej nie potrafię zasnąć) i skierowałem kroki w stronę kuchni. Nie zapalałem światła, znałem drogę na pamięć. Do szklanki, którą wziąłem z suszarki, nalałem wody z kranu. Oczyszczacz zaszumiał cicho, przepuszczając ją najpierw przez system filtrów i mineralizatorów. Wypiłem duszkiem i nagle zrobiło mi się dziwnie zimno. Odwróciłem się, mamrocząc pod nosem, z zamiarem powrotu do ciepłego łóżka. Zatrzymałem się jednak w pół kroku - okno w kuchni było otwarte na oścież. Dziwne, na pewno nie otwierałem go na noc, jest grudzień! Wychodziło ono na ciemne, zagracone zardzewiałymi sprzętami kuchennymi i butwiejącymi meblami podwórko, otoczone odrapanymi kamienicami. Mieszkałem w dwupokojowym małym mieszkaniu na piątym piętrze takiej właśnie kamienicy, w starej dzielnicy tej części Miasta. Przez okno wlewała się do kuchni pomarańczowa poświata jedynej działającej na podwórzu elektrycznej latarni, w świetle której widziałem masę wirujących płatków śniegu, leniwie spadających z nieba i przesłaniających widok. Od kilkunastu dni naprzemiennie lekko prószyło albo ostro sypało i całe miasto spowijała gruba warstwa puchu, który przyjemnie wytłumiał atmosferę. Podszedłem do okna i wychyliłem się, żeby je zamknąć. I wtedy go zobaczyłem. Wisiał w powietrzu, tuż pod parapetem. Na początku nie wiedziałem, na co patrzę: duży, obły, kokonowaty kształt, lekko kołyszący się w górę i w dół; dopiero po kilku sekundach zaczęły pojawiać się szczegóły: podkulone nogi, skrzyżowane na piersi ręce, tuż ponad nimi opuszczona głowa, długie, ciemne włosy opadające niemal do pasa i… duże białe skrzydła otulone wokół górnej części ciała. Anioł. Anioł, unoszący się w powietrzu pod moim oknem kuchennym w zimowej, nabożnej ciszy, otoczony powolnym kundalini wirujących płatków śniegu i zalany ciepłym, pomarańczowym światłem latarni, w grudniu, o północy.
Obudziłem się o północy. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem, ten dziwny stan pomiędzy jawą a snem, gdy wszystko wydaje się miękkie i gąbczaste. Perspektywa załamuje ręce i wychodzi na spacer, a struktura rzeczy rozmywa się pastelowo pomiędzy dwoma światami; ściany mają uszy, szafy mają ręce, lustra mają oczy… I dopiero po kilku sekundach wraca jasność myślenia. Człowiek rozbudza się na dobre, siada na łóżku i myśli „Cholera, która jest godzina?”. Patrzy na pulsujące elektroniczną czerwienią pośród ciemności pokoju cyfry, wyświetlane na suficie przez laserowy zegarek szafki nocnej. Zdaje sobie sprawę, że jest równo północ, i że to bardzo dziwne obudzić się dokładnie o tej porze. W tym momencie godzina zmienia się na minutę po i człowiek czuje pragnienie. Wstaje więc z łóżka, wsuwa na nogi kapcie, które warują na dywanie i idzie powoli w stronę wodopoju, przecierając zaspane oczy.
Otworzyłem drzwi sypialni (zawsze śpię z zamkniętymi, inaczej nie potrafię zasnąć) i skierowałem kroki w stronę kuchni. Nie zapalałem światła, znałem drogę na pamięć. Do szklanki, którą wziąłem z suszarki, nalałem wody z kranu. Oczyszczacz zaszumiał cicho, przepuszczając ją najpierw przez system filtrów i mineralizatorów. Wypiłem duszkiem i nagle zrobiło mi się dziwnie zimno. Odwróciłem się, mamrocząc pod nosem, z zamiarem powrotu do ciepłego łóżka. Zatrzymałem się jednak w pół kroku - okno w kuchni było otwarte na oścież. Dziwne, na pewno nie otwierałem go na noc, jest grudzień! Wychodziło ono na ciemne, zagracone zardzewiałymi sprzętami kuchennymi i butwiejącymi meblami podwórko, otoczone odrapanymi kamienicami. Mieszkałem w dwupokojowym małym mieszkaniu na piątym piętrze takiej właśnie kamienicy, w starej dzielnicy tej części Miasta. Przez okno wlewała się do kuchni pomarańczowa poświata jedynej działającej na podwórzu elektrycznej latarni, w świetle której widziałem masę wirujących płatków śniegu, leniwie spadających z nieba i przesłaniających widok. Od kilkunastu dni naprzemiennie lekko prószyło albo ostro sypało i całe miasto spowijała gruba warstwa puchu, który przyjemnie wytłumiał atmosferę. Podszedłem do okna i wychyliłem się, żeby je zamknąć. I wtedy go zobaczyłem. Wisiał w powietrzu, tuż pod parapetem. Na początku nie wiedziałem, na co patrzę: duży, obły, kokonowaty kształt, lekko kołyszący się w górę i w dół; dopiero po kilku sekundach zaczęły pojawiać się szczegóły: podkulone nogi, skrzyżowane na piersi ręce, tuż ponad nimi opuszczona głowa, długie, ciemne włosy opadające niemal do pasa i… duże białe skrzydła otulone wokół górnej części ciała. Anioł. Anioł, unoszący się w powietrzu pod moim oknem kuchennym w zimowej, nabożnej ciszy, otoczony powolnym kundalini wirujących płatków śniegu i zalany ciepłym, pomarańczowym światłem latarni, w grudniu, o północy.
Stałem bez ruchu i gapiłem się, zastanawiając się czy śnię, czy może postradałem zmysły. Nagle anioł (to musiał być anioł - tylko one przybierają postać wysokiego mężczyzny z białymi skrzydłami!) podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Jego własne były bezdennymi studniami świetlistego błękitu, który momentalnie wsysał i zabierał w otchłań. Zatoczyłem się do tyłu, mój umysł zawył z rozkoszy, przed oczyma zobaczyłem miliony tęczowych kręgów. Ciało przeszyło mi tysiąc dreszczy, a lędźwie eksplodowały gorącym orgazmem. Upadłem na kolana i oszołomiony tym, co się właśnie stało, zacząłem cicho łkać. Kręciło mi się w głowie.
Usłyszałem szum skrzydeł i owiał mnie podmuch mroźnego powietrza, otrzeźwiając nieco. Uniosłem głowę i zafascynowany patrzyłem, jak lekko opada na stół, siadając w kucki, rozsuwając kolana i kładąc pomiędzy nimi płasko dłonie, pochylając się jednocześnie do przodu. Przypominał bardziej zwierzę niż... Właściwie niż co? Istotę ludzką? Nie zauważyłem, kiedy skrzydła znów owinęły się wokół tułowia. Anioł uniósł głowę. Momentalnie wbiłem wzrok w podłogę, obawiając się, że moje serce albo mózg nie wytrzyma drugi raz takiej dawki endorfiny.
- W porządku, możesz na mnie spojrzeć – usłyszałem głęboki głos, przypominający barwą cichy ton narratora z nocnej jazzowej audycji radiowej: spokojny i brzmiący bardzo kojąco, niemal usypiający wibracją niskich fal. – To się już nie stanie. Wszyscy śmiertelnicy tak reagują za pierwszym razem, kiedy widzą nasze oczy. No dalej, spójrz na mnie. – Dodał rozkazująco, kiedy wciąż wbijałem wzrok w podłogę. Miedzy nogami miałem lepko i ciepło, wciąż trochę kręciło mi się w głowie, a kiedy podniosłem oczy wszystko było nieco rozmyte. Zamrugałem kilka razy i ostrość widzenia poprawiła się; anioł nadal znajdował się na stole, w tej samej pozycji. To musi być sen, pomyślałem, musi. Wtem okno zamknęło się z trzaskiem. Podskoczyłem, on ani drgnął. Cofnąłem się pod ścianę chwiejnym krokiem i oparłem o nią plecami. Spojrzałem na niego, prosto w ognie płonące mu w oczach. Teraz dostrzegłem, że nie ma źrenic ani białek, oczodoły wypełnione były jaskrawym, fluorescencyjnym kolorem, który ciągle zmieniał odcień i natężenie barwy – od jasnego błękitu letniego nieba po czarny granat bezgwiezdnej zimowej nocy; były tam tornada i zdradliwe wiry, była akwamarynowa toń oceanu, ponury fiolet wieczoru, ciemne tafle jezior i meandry niebieskoszarych rzek. Człowiek mógł oszaleć patrząc w te oczy, które zdawały się wieść własne życie. Wszystko w nich nieustannie poruszało się i zmieniało.
Biła od niego mdła poświata i przez to było go dobrze widać w ciemnej kuchni. Miał pociągłą twarz, gładką i bez śladu zarostu, wąskie usta i mały nos oraz proste, ciemne włosy, które jeszcze bardziej wydłużały mu twarz. Te niesamowite oczy miały piękny, migdałowy kształt, podobny do oczu azjatów. Po bokach głowy z włosów wystawały lekko spiczaste uszy. Anioł owinął wokół siebie skrzydła tak, że nachodziły na siebie. Pokrywały je pióra, białe z czerwonawymi końcówkami. Skrzydła poruszały się nieznacznie. Zaczynały się gdzieś za plecami i sięgały do samego stołu, kładąc się miękko na blacie. Na nogach miał rodzaj czerwonej zbroi. Tego samego koloru materiał przeświecał z klatki piersiowej, pomiędzy rękami i skrzydłami. Na stopach nosił długie buty na cienkiej podeszwie, wyglądały na skórzane. Były również czerwone i sięgały do połowy łydki, nachodząc na nagolenniki. U jego lewego boku – dopiero teraz to zauważyłem – kołysała się krótka, czarna pochwa. Nie widziałem czy coś w niej się znajduje, gdyż górna część ginęła pod skrzydłem.
Anioł siedział wciąż w tej samej pozycji, w kucki, z dłońmi płasko na stole, między nogami. Pochylony do przodu z lekko przekrzywioną głową, jakby węszył, trwał bez ruchu, dopóki się nie napatrzyłem. W końcu powiedział tym samym głębokim basem:
- Nazywam się מלאך. – Wydał tu z siebie serię chrapliwych i świszczących dźwięków. – Co w ziemskim języku znaczy Mal’ach, Posłaniec. Takie jest moje imię. – Po czym zamilkł. Odpowiedziałem drżącym głosem:
- Na... Nazywam się Mateusz Marut. –
- Wiem jak się nazywasz, Mateuszu. – Mówiąc to anioł zachował kamienną twarz, nie odbijały się na niej żadne uczucia. Ciężko nawet powiedzieć, że patrzył na mnie, jego twarz zwrócona była w moją stronę, ale brak źrenic powodował, że nie wiadomo było, na czym spoczywa jego wzrok. Czy w ogóle widział tymi oczyma?
- Nosisz w sobie nasienie, Mateuszu. Demona. Jesteś korzeniem. Uważaj na sny, bowiem są przesycone tym, który wyrośnie z nasienia. Spotkamy się jeszcze - powiedział i nagle zadrżał, jakby coś go wystraszyło albo poczuł na plecach czyjś wzrok. Na ułamek sekundy odwrócił głowę w stronę krzyża wiszącego na ścianie, po czym płynnym ruchem okręcił całe ciało w stronę okna i jednym susem rzucił się na nie. Osłoniłem ręką oczy będąc pewien, że roztrzaska szybę w drobny mak, jednak nic takiego się nie stało. Nie usłyszałem brzęku tłuczonego szkła. Kiedy spojrzałem ponownie, stół był pusty, okno zamknięte, a za oknem miliardy drobnych płatków śniegu wirowały w puchowym tańcu, pogrążając świat w przytulnej ciszy.
O_O_O
Następnego ranka obudziłem się zlany potem. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach od momentu, kiedy otworzyłem oczy. Zerwałem się z łóżka i popędziłem do kuchni. Okno było zamknięte, stół cały, obrus leżał równiutko, bez najmniejszej fałdki. Poszedłem do łazienki. Bielizna również nie nosiła śladu po nocnej przygodzie. Musiało mi się przyśnić, pomyślałem. Najdziwniejszy sen, jaki kiedykolwiek miałem! Wziąłem gorący prysznic, podczas którego nie mogłem jednak przestać myśleć o całym zdarzeniu. Sen był przerażająco realny, pamiętałem dokładnie każdy najmniejszy szczegół – to jak anioł wyglądał, to, co działo się za oknem, co przeżyłem, kiedy spojrzałem mu w oczy... Wszystko wydawało się zbyt realne na sen, a jednak ślady – a raczej ich brak – świadczyły, że był to sen. Usilnie starałem się myśleć o czymś innym, ale nie mogłem. Zakręciłem wodę i wyszedłem z kabiny, ociekając wodą. Powoli poszedłem do przedpokoju i drżąc z zimna stanąłem przed lustrem, po czym spojrzałem na swoje odbicie. Czujnymi, brązowymi oczami patrzył na mnie dobrze zbudowany trzydziestolatek, o mięśniach trenowanych co tydzień na pobliskiej siłowni. Czoło zasłaniała czarna czupryna, z której zaczynały wyglądać na świat pierwsze siwe włosy. Nieco kwadratowa twarz o pełnych ustach i płaskim nosie nigdy mi się specjalnie nie podobała, ale też nie przejmowałem się nią zbytnio. Szczególnie, że większość przedstawicielek płci pięknej twierdziła, że niezły ze mnie kąsek. Odwróciłem się i obejrzałem przez ramię. Na plecach miałem czerwono-różową, świeżą bliznę. Biegła ona wzdłuż kręgosłupa, od nasady karku, aż do kości ogonowej. Bliznę, której nigdy wcześniej nie widziałem, i której zdecydowanie nie było tam wczoraj.
Oblał mnie zimny pot. Przez chwilę stałem jak sparaliżowany i wpatrywałem się w nią, mając nadzieje, że zniknie. Najwyraźniej nie miała takiego zamiaru, bo gdy spojrzałem ponownie, zamrugawszy kilka razy, wciąż tam była. Zrobiłem krok do tyłu i przyjrzałem się jej. Była dość nierówna i szeroka, z poszarpanymi brzegami, jakby ktoś głęboko rozharatał moje ciało tępym nożem. Jej końce, na górze i na dole, zwężały się i naturalnie zrastały ze skórą. Blizna zdecydowanie wyglądała na świeżą. Dotknąłem jej lekko opuszkiem palca – była wypukła i miękka, ale nie czułem żadnego bólu.
- Cholera, cholera. – Powtarzałem te słowa jak mantrę, stojąc nago przed lustrem i spoglądając na plecy. – Do jasnej... Co to jest? – Pomyślałem, że nie mogę tak stać cały dzień gapiąc się w tą szklaną taflę. Poszedłem do pokoju i ubrałem się, szczególnie uważając przy zakładaniu koszulki, ale nie bolało nawet, kiedy bawełniany materiał otarł się o bliznę. Żadnego swędzenia, nic. Poszedłem do kuchni, zaparzyłem kawę, zrobiłem tosty i usiadłszy przy stole, zacząłem się zastanawiać, co to wszystko znaczy, i co powinienem zrobić. Pogryzałem chrupiący chleb i popijałem gorzki napój, i nic nie przychodziło mi do głowy. Gdzieś w głębi czaszki wciąż tłukło mi się „cholera…”. Uspokajało mnie to w pewien sposób.
Po śniadaniu zadzwoniłem do firmy ze starego domowego telefonu bez wideo i powiedziałem, że mam małe kłopoty i parę spraw do załatwienia, więc nie przyjdę dziś do pracy. Nie mam na szczęście większego problemu w podobnych przypadkach. Jestem jednym z najlepszych fachowców w swojej dziedzinie i wiem, że firma ceni moja pracę, jednocześnie nie mogąc sobie pozwolić na zwolnienie mnie. Niewielu ludzi w tej części Miasta potrafi równie skutecznie, co ja chronić systemy korporacyjne przed nanowirusami. Oczywiście nie nadużywałem zbytnio swej uprzywilejowanej pozycji. Ale zdarzało mi się, w ekstremalnych przypadkach. Przypadek taki jak ten był o całą ligę wyżej niż ekstremalne, dlatego bez skrupułów powiedziałem jeszcze, że nie wiem, co z tego wyniknie, i że mogę nie pojawić się przez kilka dni. Jakby, co łapać mnie przez comdev albo przez sieć. Szef skwitował to krótkim „Ok.” i „Mam nadzieje, że wszystko się ułoży, Mat”. Życzył miłego dnia i odłożył słuchawkę. Miłego dnia, jasne. Westchnąłem.
Zacząłem zastanawiać się, co teraz... Co powinienem zrobić? Do kogo się udać? Czy w ogóle z kimś rozmawiać? A może wciąż śnię? Jeśli tak, to jest to najbardziej realny sen, jaki kiedykolwiek miałem! Jeśli nie śnię, to czy wczorajsze zdarzenie też nie było snem? Czy to był naprawdę anioł? I co ta różowa blizna robi na moich plecach? Zbyt wiele pytań i żadnych odpowiedzi. Nieświadomie zacząłem krążyć po mieszkaniu. Włączyłem ekran na ścianie i pogapiłem się chwilę, nic nie rejestrując. Poszedłem do kuchni i otwarłem okno, po czym wychyliłem się na zewnątrz. Świat pokrywała gruba warstwa śniegu, wytłumiając wszelkie odgłosy, a powietrze kłuło płuca igiełkami mrozu. Słońce schowało się gdzieś za grubą warstwą ciężkich, ołowianych chmur. Wydawało się, że wiszą one tuż nad dachami budynków. Paskudny dzień na wyjaśnianie metafizycznych zagadek.
Rozejrzałem się wokół – ani śladu po wiszącym tu wczoraj obłym kształcie. Podwórko było puste, za to w bramie zobaczyłem jakiś cień kulący się pod ścianą. W tym momencie coś mnie tknęło, jakiś impuls kazał mi nagle wyskoczyć przez to okno. Jakby ktoś inny kierował moimi ruchami. Odbiłem się mocno od podłogi, rzuciłem w przód i runąłem głową w dół. Na sekundę opanował mnie ślepy strach i szaleńcza panika, ale znowu jakby ktoś inny przejął kontrolę. Wystawiłem ręce w przód, odbiłem się dłońmi od mijanego właśnie parapetu i użyłem nabytej w ten sposób siły, żeby okręcić się wokoło. Po czym miękko wylądowałem jak kot, na czterech kończynach, wpadając w zaspę śniegu. Wstałem. Nogi trzęsły mi się jak galareta. Co ja zrobiłem? Wyskoczyłem z piątego piętra i wykonując akrobacje jak jakiś pieprzony ninja spadłem bez szwanku na ziemię! Nie dane mi było głębiej się nad tym zastanowić, gdyż ta sama obca siła zmusiła mnie do działania. Moje ciało poruszało się wbrew impulsom płynącym z mózgu. Mimo woli ruszyłem wolno w stronę ciemnego prostokąta bramy, odcinającego się czernią wnętrza od jaskrawej bieli śniegu wokół. Całkowicie straciłem władzę nad tym, co robię. Zaczęło mi się kręcić w głowie, straciłem ostrość widzenia, a otoczenie stało się rozmyte i rozedrgane. Jednocześnie wszystkie barwy nabrały niesamowitego nasycenia i jaskrawości. W uszach słyszałem wysokotonowy pisk. Zaczął on narastać w miarę, jak zbliżałem się do bramy, która teraz stała się rozmazaną i nieostrą plamą czerni pośród oślepiającej bieli podwórka. Poczułem również, jak blizna na plecach zaczyna jakby pulsować i poruszać się, zmieniając kształt. Dotarło do mnie, że jest również strasznie gorąca, jakby coś wzdłuż niej się gotowało. Nagle oślepił mnie jasny rozbłysk światła, jaśniejszy od całej jaskrawości zewnętrza; jednocześnie usłyszałem w głowie głuchy huk, podobny do przytłumionego i odległego huku gromu. Zacząłem biec. To, co widziałem straciło jakikolwiek sens. Wszystko wyglądało teraz jak w podczerwieni: pod czernią ściany widziałem przeplatające się plamy żółci, pomarańczu i zieleni – to musiała być postać, którą widziałem z okna. Uniosłem górne wargi, odsłaniając zęby i momentalnie przyskoczyłem do niej, po czym zamachnąłem się ręką, zakrzywiając palce, niczym szpony. Przez wysoki pisk, który wciąż świdrował moje uszy usłyszałem krzyk. Uderzyłem jeszcze raz i poczułem coś ciepłego na twarzy. Coś, co zaczęło powoli ściekać po moim policzku. Uderzyłem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. Wtem ogarnęła mnie jakaś dziwna euforia. Wszystko zaczęło wirować, czułem wielką, okrutną radość i ekstazę. Czułem się, jakby moje ciało miało rozerwać się zaraz na tysiąc kawałków, blizna na plecach zdawała się płonąć żywym ogniem; nagle straciłem świadomość - to coś, co kierowało mną, całkowicie przejęło kontrolę. Ogarnęła mnie ciemnoczerwona matowa świetlistość i odpłynąłem w bezmiar zapomnienia.
O_O_O
Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce, namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Potwornie łupała mnie głowa i czułem wprost proporcjonalne to tego łupania pragnienie. Całkiem jak po tygodniu ostrego imprezowania. Chciałem wstać z łóżka, ale ledwo mogłem się ruszać – wszystkie mięśnie bolały mnie, niczym po przebiegnięciu maratonu. I to sprintem.
Powoli usiadłem i, przytrzymując się krzesła stojącego przy łóżku, podniosłem się na nogi. Obok łóżka zwinięte było ubranie, które miałem na sobie wczoraj, a kremowy dywan przecinały brunatne smugi i plamy. Nie mając siły by się nad tym zastanowić, zacząłem posuwać się w stronę kuchni, przytrzymując się ściany.
Otworzyłem drzwi do przedpokoju i dźwięki pianina nasiliły się, dochodziły z drugiego pokoju. Musiałem włączyć hajfi zanim się położyłem. Co właściwie się stało? Nie mogłem trzeźwo myśleć. Jedyne, o czym myślałem, to wiadro wody, które mógłbym w siebie wlać. Dowlokłem się do kuchni i wypłukałem usta. Nieprzyjemny smak zniknął, a woda, którą wyplułem miała ciemnoczerwony kolor. Wypiłem jeszcze duszkiem cztery szklanki. Oczyszczacz szumiał jednostajnie. Poczułem się nieco lepiej. Wyciągnąłem z lodówki pojemnik z gotowym jedzeniem i - nie patrząc, na co trafiłem - wrzuciłem potrawę do nanofalowki, którą nastawiłem na pięć sekund. Zapachniało kurczakiem, całkiem nieźle.
Zostawiłem jedzenie w nanofali żeby trochę ostygło i poszedłem do pokoju wyłączyć sprzęt, gdyż głowa wciąż łupała mnie niemiłosiernie i pianino zaczynało działać mi na nerwy. To chyba jeden z bluerayow z kolekcją archaicznej muzyki poważnej, pewnie Rachmaninow albo inny Szopen – nie mogłem rozpoznać w stanie, w jakim się znajdowałem. Lubiłem czasem posłuchać przedpotopowych kawałków, które komponowano bez użycia jakiejkolwiek elektroniki. Czysty geniusz muzyków w stanie transu twórczego, rozczochrane siwe włosy, nabiegłe krwią nieobecne oczy i porozrzucane kartki, zapisane drobnymi nutkami na szalonych pięcioliniach.
Przechodząc obok lustra mimowolnie odwróciłem się plecami i spojrzałem. Blizny nie było. Ani śladu, jak gdyby nigdy nie istniała. Może to jednak był cholerny sen, wszystko, co się zdarzyło od... Właściwie od kiedy? Dźwięki dochodzące z pokoju nagle ucichły. Po chwili zaczął się kolejny utwór, który tym razem rozpoznałem: IX Symfonia Beethovena. Tylko tego mi teraz było trzeba, pieprzonej ody do radości! Ruszyłem do pokoju, z zamiarem roztrzaskania całego zestawu hajfi w drzazgi. Łącznie z drogim hologramowym wyświetlaczem wizualizacji. Otworzyłem gwałtownie drzwi i stanąłem jak wryty.
Siedział na kanapie, miał przymknięte oczy i odchyloną do tylu głowę. Skrzydła kładły się na oparciu i siedzisku, długie włosy opadały swobodnie do tyłu. Tym razem anioł ubrany był w białą tunikę, przewiązaną w pasie złotą szarfą. U boku miał tą samą czarną pochwę, co poprzednio. Wystawała z niej krótka rękojeść z prostym jelcem, ozdobiona na końcu pojedynczym kamieniem piaskowego koloru. Dłonie trzymał płasko na kolanach, obydwa palce wskazujące poruszały się w górę i w dół, w rytm muzyki.
- Witaj Mateuszu – powiedział nagle. Drgnąłem. Anioł powoli podniósł głowę i jeszcze wolniej otworzył oczy. Spojrzałem w ich otchłań. Pomarańczową, nie niebieską. – Nazywam się Fanuel – znów odezwał się anioł i zamilkł, patrząc na mnie. Wiedziałem jakoś, że patrzy mi prosto w oczy, mimo że nie miał źrenic. Czułem jego uwagę na sobie. W sobie. Zacząłem zauważać teraz drobne szczegóły w rysach jego twarzy, które sprawiały, że wyglądał zupełnie inaczej niż Mal’ach.
- Ty... jesteś... – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.
- Ja jestem Fanuel. Tak brzmi moje prawdziwe imię. Czy wiesz, co ono oznacza? – Pokręciłem powoli głową i oparłem się o framugę. Kolana ugięły się pode mną.
- Zapytaj Posłańca. Zapytaj Mal’acha o jego prawdziwe imię. Zapytaj, a będzie musiał ci powiedzieć. Nie wszystko jest tym, czym się wydaje, Mateuszu. Pozory mylą, rzeczywistość jest ulotna, a sny się sprawdzają. Śnisz, Mateuszu. Śnisz mnie teraz, a ja rosnę w siłę w tobie. Fanuel oznacza Boży Ogień. Ja jestem tym, który stoi z płonącym mieczem u bram Edenu, jam jest Uriel, jam jest Uriah, Jego Ręka, Jego Ogień, Piorun, Grzmot i Przerażenie! – Mówiąc to anioł zaczął rosnąć w oczach. Jego głos stal się tak głośny i potężny, że przestał być słyszalny, do moich uszu dochodził jedynie głuchy huk gromu, znaczenie słów docierało bezpośrednio do mojego umysłu, chociaż nie był to już znany mi język. Anioł był teraz ogromny, większy niż cały pokój, a jednak niewiadomym sposobem wciąż mieścił się w nim i był tutaj. Patrzył na mnie z góry, a w jego oczach płonęło piekło. Mieszkanie zaczęło się ruszać. Ściany zdawały się przenikać nawzajem, rozszerzając i zwężając, jak w ruchomym gabinecie krzywych zwierciadeł rzeczywistości. Upadłem na kolana, zwinąłem się w kłębek i zacząłem trząść jak w padaczce. Anioł wciąż wypełniał całą przestrzeń swym jestestwem i straszliwym głosem.
- Jam jest Nasieniem w tobie, Mateuszu Marucie! Ja jestem tym, który zsyła ci sny i kieruje twoimi czynami! Jam jest ogniem zemsty i żarem odkupienia! Obudź się teraz, obudź się i podpal świat! – Zaczęło od niego bić jasne światło, poczułem je w swoim umyśle, w swoim ciele, w każdej komórce, w każdym nerwie i w każdej mojej myśli.
Nagle wszystko się urwało, jakby ktoś uciął skalpelem linię czasu. W ułamku sekundy zapadła cisza, która wypełniła jednostajnym cichym piskiem moje uszy, jasność zgasła, a mój świat za zamkniętymi powiekami spowiła spokojna ciemność i straciłem przytomność.
O_O_O
Obudziłem się.
Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Zdałem sobie sprawę, że niesamowicie śmierdzę, jakimś stęchłym zapachem, jak mięso zostawione zbyt długo w lodówce.
Zerwałem się z łóżka. Nic mnie nie bolało, głowa nie łupała. Czułem się wypoczęty i wyspany. Na podłodze obok łóżka leżały rzeczy, które miałem na sobie wczoraj. Kremowy dywan zapaćkany był brunatnymi smugami, ciągnącymi się od drzwi pokoju w stronę szafy. Wyszedłem z sypialni i dźwięki pianina nasiliły się. Rozpoznałem IX Symfonię. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę pokoju. Drzwi były zamknięte. Zawahałem się tylko sekundę. Zdecydowanym ruchem pchnąłem je i wszedłem do środka. Pusto. Hajfi gra, a pół pokoju to psychodeliczna, trójwymiarowa wizualizacja kolorowego i pędzącego z zawrotną prędkością tunelu. Wyłączyłem odtwarzacz i projektor holograficzny. Wróciłem do przedpokoju i stanąłem przed lustrem. Odwróciłem się. Powoli. I spojrzałem przez ramię. Blizna różowiła się na całej długości kręgosłupa. Wezbrało we mnie coś dziwnego. Coś pękło. Osunąłem się na podłogę i – oparty plecami o zimne szkło – zacząłem cicho łkać. Szloch wstrząsał moim ciałem. Po chwili jednak pozbierałem się w sobie, nie jestem typem faceta, który rozpacza. Postanowiłem wziąć długą i gorącą kąpiel. Wciąż czułem ohydny zapach, chciałem go z siebie zmyć jak najszybciej. I w spokoju zastanowić się nad tym wszystkim. Wróciłem do sypialni i – uważając żeby nie zadeptać brunatnych smug na dywanie – otwarłem szafę chcąc wyjąć ręcznik.
Smród nieomal powalił mnie na kolana. Na ugiętych nogach cofnąłem się pod przeciwległą ścianę i ze zgrozą patrzyłem na coś, co wyglądało jak ludzkie ciało rozszarpane na strzępy, jednak nie na tyle żeby odseparować poszczególne części i kończyny. Zwymiotowałem na nagie kolana i na dywan. Wybiegłem z sypialni, zatrzaskując drzwi.
Kurwa, czy ja to zrobiłem? Przypomniałem sobie ogarniającą mnie wczoraj ekstazę i ciosy, które zadawałem gołymi rękoma czemuś małemu, co kuliło się w bramie. Znowu poczułem odruch wymiotny, jednak żołądek miałem pusty i tylko soki trawienne podeszły mi do gardła. Poszedłem do łazienki, umyłem zęby i twarz. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem się w rzeczy zabrane z kosza na pranie, który stał w łazience. Pootwierałem okna w kuchni i w pokoju gościnnym. Usiadłem na kanapie i gorączkowo zacząłem się zastanawiać, co robić. Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. W końcu podjąłem decyzję. Poszukałem comdeva - leżał na półce nad hajfi. Urządzenie było wielkości dłoni i właściwie całą jego powierzchnię zajmował ekran oLED. Na górnej krawędzi były dwa małe przyciski: jeden służący do włączania comdeva i drugi do wyświetlania holograficznej klawiatury. Nad ekranem w rogu znajdowało się mikroskopijne oko kamery. Communication Devices, w skrócie comdevy, już dawno zastąpiły wszelkie telefony komórkowe, palmtopy i tym podobne przestarzałe wynalazki.
Nałożyłem specjalną, sprytnie ukrytą w obudowie, nakładkę na opuszek palca i wyświetliłem hologram klawiatury. Złapałem za jego róg i przeciągnąłem, klawiatura powiększyła się. Wystukałem numer ogólny Służb Policyjnych Miasta. Na ekranie pojawiło się duże logo – trójkątna tarcza z białym, trzygłowym orłem z rozłożonymi skrzydłami. Orzeł był na tle dużego krzyża, środkowa głowa sięgała pionowego słupa, a dwie pozostałe końców poprzeczki. Pod wizerunkiem ptaka widniały trzy słowa: Bóg, Honor, Miasto. Czytałem gdzieś, że dawno temu brzmiały one „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ale po tym jak Polska stała się jednym wielkim Miastem, zamieniono je.
Ekran zmatowiał i na tle orła pojawił się żółty napis „Połączenie”. Po chwili obraz zastąpiła twarz operatora. Był nim młody chłopak, o krótko przyciętych blond włosach. Chłopak uśmiechnął się szeroko, uczynił powitalny znak krzyża i entuzjastycznie wyskandował:
- Witamy w SPM. Służymy Miastu i Bogu z honorem! Z którym wydziałem mogę Pana połączyć, panie... – Szybko zerknął na jakiś ekran z boku - panie Marut? -
- Proszę z... – Głos załamał mi się lekko. – Proszę z wydziałem zabójstw. Czternasty kościół, Konstantyn. -
- W imię Pana, łączę! – odrzekł wesoło młodzieniec i wyciągnął rękę w stronę niewidzialnej konsoli. Po chwili zniknął z ekranu, na którym znów pojawiło się logo SPM, by zaraz zostać zastąpionym przez nową twarz – tym razem szatynki wyglądającej na jakieś dwadzieścia pięć lat. Równie dobrze możesz mieć siedemdziesiąt, pomyślałem, nanochirurgia plastyczna czyni cuda.
- Witamy wespem służymy Miastujbogu zonorem – wyrzuciła jednych tchem, znudzonym głosem i westchnęła. – Połączył się pan z Call Center wydziału zabójstw okręgu czternastego kościoła pod wezwaniem Konstantyna. W czym mogę pomóc? -
- Dzień dobry. Chciałem zgłosić zabójstwo. Morderstwo. –
- W porządku. Wysyłam ekipę. To u pana w mieszkaniu czy na zewnątrz? Potrzeba żywego spowiednika czy automat wystarczy? Wszystko, co pan powie i powiedział do tej pory, zostanie bezwarunkowo użyte w autosądzie. –
- Na zewnątrz... – powiedziałem i zająknąłem się. - To znaczy zabi... stało się na zewnątrz, ale ciało... Kurwa! – krzyknąłem nagle i moje serce przestało na chwilę bić. Na ramieniu poczułem czyjąś rękę. Ręka następnie sięgnęła po comdeva i przerwała połączenie.
- To niepotrzebne, Mateuszu. – usłyszałem głęboki, basowy głos Mal’acha. Anioł okrążył sofę i stanął przede mną. Był ubrany w swoją czerwoną zbroję. Przy pasie kołysała się ta sama czarna pochwa. – On na to nie pozwoli. Nie może pozwolić. Obudził się już i będzie cię strzegł. Jesteś mu potrzebny, żeby robić rzeczy, o których myśli, że muszą być zrobione. Wiesz, kogo tak rozszarpałeś? – Pokręciłem tylko głową zbyt zdumiony by cokolwiek powiedzieć. – Dziewięcioletniego chłopaka, syna kobiety, która mieszka w kamienicy na przeciwko. Pisane mu były wielkie rzeczy, miał zostać wybitnym lekarzem i służyć Miastu. Za kilkanaście lat. Zmieniłeś to. On to zmienił. – Oczy Posłańca płonęły błękitnie. Niebo i chmury, pomyślałem. Czas zażyć świeżego powietrza!
- Jakie jest twoje prawdziwe imię? – zapytałem. Anioł drgnął zauważalnie. Na sekundę w jego oczach wybuchło granatowe piekło. Wydal z siebie dziwny, chrapliwy dźwięk, górna warga uniosła się i na chwilę odsłoniła zęby – drobne i mlecznobiałe. Po chwili piekło z powrotem zamieniło się w niebo.
- Nazywam się Marut. Takie jest moje prawdziwe imię! – krzyknął jeszcze bardziej basowo niż zwykle i rzucił się w stronę otwartego okna. Skoczył i zniknął mi z oczu. Chwilę później za oknem zobaczyłem na mgnienie oka rozmazaną czerwoną smugę, pędzącą w górę.
Marut. Nazywam się Marut i takie jest moje prawdziwe imię. To wszystko zaczynało przypominać deliryczny sen pacjenta zakładu dla niezrównoważonych umysłowo. Postanowiłem uwierzyć we wszystko, co mi się przytrafiło, tak było łatwiej. I pomagało nie zwariować. Demon, który we mnie siedzi, i który sprawił, że popełniłem morderstwo w dzikim szale. Anioł, który mnie odwiedza i ostrzega przed demonem, nazywa się tak samo jak ja. Ale demon powiedział we śnie, że nosi imię Fanuela, Bożego Ognia i stoi u bram Raju. Jak może być demonem skoro wygląda jak anioł i stoi u bram Raju? Ale czy demony to nie upadłe anioły? Jakby tej łamigłówki było za mało - w mojej szafie leżą rozszarpane zwłoki dziewięciolatka, a policja jest w drodze. Z żywym spowiednikiem czy nie, za taką zbrodnię gotowi wymierzyć sprawiedliwość nawet nie auto, ale kieszonkowym sądem, nie uwzględniając okoliczności łagodzących ani możliwej choroby psychicznej. Kara śmierci na miejscu przez strzał z dezintegratora, który rozłoży moje ciało na atomy w ułamku sekundy. Niezbyt ciekawa perspektywa.
Rozbolała mnie głowa. Ukryłem twarz w dłoniach i zamknąłem oczy, zastanawiając się, co począć. Wtem usłyszałem syreny za oknem. Cholera, szybko się zjawili, jakiś patrol musiał być blisko! Ostrożnie podszedłem do okna i spojrzałem. Po drugiej stronie ulicy parkował właśnie podłużny, czarny pojazd policji, ozdobiony emblematem SPM i wielkim płaskim krzyżem na dachu. Na każdym z końców krzyża był zamontowany niebieski migacz plazmowy, przez co pół ulicy pokryło się lazurowa poświatą. Samochód wyglądał jak spłaszczone cygaro. Nie był to zwykły pojazd patrolowy - te podobne były do żuków, małe, pękate i zwinne, krążyły po ulicach, szukając przestępców i grzeszników do ukarania. Ta podłużna maszyna to pojazd, którym oficerowie przyjeżdżają na miejsce zdarzenia już po wszystkim, gdy zwykli funkcjonariusze odwala już brudną robotę.
Cztery pary drzwi uchyliły się i wysiadło dwóch policjantów w czarnych, bojowych uniformach i pancernych koloratkach, oraz jeden spowiednik w długiej, czarnej komży. Ten miał pod szyją zwyczajną koloratkę, musiał być z kleru, nie z policji. Dziwne, zazwyczaj służby nie współpracowały otwarcie z klerem, każdy zajmował się swoją działką. Ostatnim, który się pojawił, był wysoki mężczyzna w czarnym skórzanym płaszczu zapiętym pod szyję, bez hełmu – za to w ciemnych okularach. Mężczyzna spojrzał w górę, wprost w moje okno, jakby wiedział, że tam stoję i obserwuję. Odskoczyłem gwałtownie, a przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. Usiadłem zrezygnowany na kanapie i czekałem. Po chwili rozległ się dzwonek interkomu. Wstałem z westchnięciem i poszedłem otworzyć, nawet nie patrząc na monitor. Otwarłem drzwi i słuchałem tupotu butów na schodach. Po chwili pojawili się: dwóch funkcjonariuszy szło przodem, za nimi powolnym krokiem podążał mężczyzna w ciemnych okularach i na końcu dreptał spowiednik z kleru.
Funkcjonariusze stanęli przed drzwiami i cofnęli się dwa kroki. Ja zrobiłem to samo i wyciągnąłem rękę w zapraszającym geście. Facet w okularach bez ogródek wszedł do środka. Za nim dreptał spowiednik.
- W imię Pana. Może pan zamknąć. Oni popilnują drzwi – odezwał się ten w płaszczu, wskazując kciukiem za siebie i drugą ręką wyświetlając holo odznaki, które zgasił zanim zdążyłem się dobrze przyjrzeć. Głos miał nieprzyjemny, niski i nieco zgrzytliwy. Posłusznie zatrzasnąłem drzwi.
- Proszę dalej – powiedziałem i wskazałem drogę do pokoju gościnnego. Usiedliśmy, oni na kanapie, ja na krześle po przeciwnej stronie stołu. Poczułem zimno, ale nie zamknąłem okien. Ten z kleru zdjął czapkę z głowy i położył ją sobie na kolanach. Drugi nie zdjął ani okularów, ani płaszcza. Rozpiął go za to i pod szyją ukazała się bojowa koloratka z emblematem policji i symbolem rangi. Nie znalem się jednak i nie wiedziałem, co to za stopień. Podniosłem wzrok. Jego twarz pozostała bez wyrazu, może przez okulary. Miał kwadratową szczękę, wąskie usta i przeorane zmarszczkami czoło. Prawą skroń zdobiła krótka blizna.
- Jestem agent specjalny Beksiński – powiedział. – Jednostka specjalna, czternasty kościół, Konstantyn. To jest ksiądz Ludwik Sęp, przyjechał aż z okręgu pierwszego kościoła, Jan Chrzciciel – wskazał na swojego towarzysza, który lekko skinął głową.
- Panowie przyjechali do zabójstwa, które zgłaszałem? – Zapytałem zdziwiony. Zazwyczaj nie wysyłano agentów specjalnych do pierwszego zgłoszenia, a już na pewno nie fatygowano duchownego z pierwszego kościoła.
- Tak i nie, panie Marut – odezwał się ksiądz. Miał cichy i spokojny głos, który kojarzył się jakoś z odległym szumem rzeki. Spojrzałem na niego uważnie. Miał owalną, rumianą twarz, pulchne policzki, dołek w brodzie i siwą tonsurę na głowie. Koloratka pod szyją miała jakieś dziwne oznaczenie, którego nigdy nie widziałem - standardowy krzyż duchownego, obok którego widniał jednak wąż. Jego paszcza zaciskała się na własnym ogonie. Tworzył więc okrąg, w który z kolei wpisana była pięcioramienna gwiazda, mająca ramiona w kształcie świec. Pentagram i krzyż połączone były czymś w rodzaju winorośli oplatającej obydwa symbole. Na szyi księdza wisiał srebrny łańcuch, niknący pod sutanną.
- Panie Marut. Wiemy, co pan zrobił temu chłopakowi. Wiemy, ze ciało – albo to, co z niego zostało jest u pana w mieszkaniu. Smród jest okropny, mimo otwartych okien – powiedział rzeczowo agent. Przerażenie, które momentalnie ogarnęło mój umysł musiało odbić się w moich oczach, bo dodał zaraz, podnosząc uspokajająco ręce:
- Niech pan nie panikuje, nie jest pan o nic oskarżony. Wiemy jak to się stało. To znaczy wiemy, ze pan tego tak naprawdę nie zrobił. Jesteśmy tu, żeby się dowiedzieć, kto to był.
- To nie pierwszy taki przypadek, panie Mateuszu – odezwał się ksiądz Ludwik korzystając z tego, że Beksiński urwał, a ja po prostu siedziałem, nie mogąc wydusić słowa. – Pozwoli pan, ze wytłumaczę sytuację, a później podejmie pan decyzję czy nam pomóc, czy nie. Zgoda? – Skinąłem głową, zbyt przejęty, żeby wydusić z siebie choć słowo. Ksiądz spojrzał na agenta, który skinął przyzwalająco głową.
- Dobrze wiec. Zacznijmy od początku. Nazywam się Ludwik Sęp, pracuję w nieznanej publicznie komórce kościoła. Zajmujemy się zjawiskami paranormalnymi, ogólnie rzecz biorąc. Opętania, cuda, objawienia, misje od Boga, płonące krzewy i stygmaty. Tym podobne rzeczy. Niewielu o nas wie, oficjalnie nie istniejemy. Rzadko zakładam tą koloratkę – podniósł rękę do szyi i przesunął opuszkiem palca po krzyżu i pentagramie. – Sprawa, której i pan stał się częścią, ciągnie się od dziesięciu lat. Dziesięć lat temu w okręgu siódmego kościoła, na terenie byłego miasta Poznań, doszło do serii makabrycznych zabójstw. Zginęły cztery osoby, każde ciało wyglądało, jakby ktoś je rozerwał na strzępy gołymi rękami. Morderca został ujęty, chwalmy Pana, ale w trakcie dochodzenia uznano go za opętanego. Egzorcyzmy nie pomogły, delikwent zmarł w trakcie jednego z zabiegów. – Duchowny przeżegnał się.
- Majaczył coś o tym, że jest w nim demon, że to on każe mu zabijać. Był bardzo przekonujący. Standard przy opętaniach. Sprawę zamknięto. Trzy lata później, w okręgu dwudziestego piątego kościoła, znaleziono kolejną ofiarę, tak samo rozszarpaną. Sprawcy nie trzeba było szukać, leżał obok upaprany we krwi. Był nieprzytomny. Po przesłuchaniu wypuszczono go. Powodem były zeznania – mówił dokładnie to samo, co ten sprzed trzech lat. Że siedzi w nim demon, który kazał mu zabić i tak dalej. Był pod stałą obserwacją, chociaż o tym nie wiedział. Chcieliśmy... Miał nas doprowadzić do kolejnej ofiary, chcieliśmy zobaczyć... Mieliśmy wszystko opanowane, do czasu, kiedy ten... demon przejął kontrolę. Zginęło sześciu policjantów, jeden cywil – ten, którego mieli chronić - i sam obiekt obserwacji. Panie błogosław ich dusze. – Ksiądz Ludwik ponownie się przeżegnał. – Nie było mnie tam, ale oglądałem później holo z akcji. To było prawdziwe opętanie. Pierwsze, które widziałem. Normalny człowiek nie zabija gołymi rękami sześciu uzbrojonych policjantów, szczególnie mając w płucach kilka kul. To było piekło... Nie dowiedzieliśmy się nic ponad to, że dysponował nadludzką siłą i wytrzymałością. Sekcja i skan DNA nic nie wykazały, to znaczy nic ponad normę. Poza jednym – długą blizną biegnącą wzdłuż kręgosłupa. – Drgnąłem zauważalnie. Agent zwrócił ku mnie ciemne szkła okularów, do tej pory błądzące po całym pokoju. Ksiądz uśmiechnął się. – Niestety nie wiemy czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Pierwszego ciała nie udało nam się zbadać, gdyż zostało skremowane po zamknięciu sprawy. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że to się tak rozwinie. W każdym razie utknęliśmy w martwym punkcie. Do czasu, kiedy odnaleźliśmy pana, jakieś pięć lat temu.
- Chwileczkę, jak to – odnaleźliście mnie? Pięć lat temu? To znaczy, że co, że ja też byłem pod obserwacją? Od pięciu lat? – zapytałem. Wstałem z krzesła i podszedłem do okna, po czym odetchnąłem głęboko kilka razy. To wszystko zaczynało mnie powoli przerastać.
- No tak, nie wspomniałem o jednym. Być może najważniejszym – powiedział ksiądz. Wróciłem i usiadłem ponownie.
- Obydwaj opętani nosili pańskie nazwisko – odezwał się agent Beksiński niespodziewanie. – Pierwszy nazywał się Grzegorz Marut. Drugi Michał Marut. Właściwie to jest pan teraz ostatnim Marutem w Mieście – sprawdziliśmy to. Nie byli z panem ani ze sobą spokrewnieni – dodał, trafnie odgadując treść pytania, które chciałem zadać otwierając usta. – Sprawdziliśmy wszystko dokładnie, pierwszy z nich był jedynakiem, jego rodzice zmarli dawno temu. Drugi był żonaty i miał dwójkę dzieci. Ale po tym jak zginął, jego żona nalała wody do wanny i wsadziła tam dzieciaki. Włączyła jakuzi, Bóg wie, po co… I sama weszła, trzymając w ręce nagie kable, podłączone do prądu. Zabrała siebie i ich prosto do piekła. Ojciec Michała – wdowiec - dostał zawału serca, gdy się dowiedział, co zrobiła synowa. Wiemy, że pańscy rodzice zginęli w wypadku kilka lat temu...
- Panie miej ich w opiece – wtrącił ksiądz.
- ...a pańska siostra miała innego ojca. Pierwszy mąż pana matki nazywał się Piekarczyk i takie też nazwisko nosiła Bożena, dopóki nie wyszła za mąż. Innych Marutów w Mieście nie ma. Jest pan ostatni z rodu, że tak powiem. Na nasze szczęście. Założyliśmy bowiem – i słusznie – że to coś, co kazało pańskim poprzednikom bestialsko mordować przypadkowe osoby, ponownie spróbuje. I ponownie przez opętanie kolejnego Maruta. Gdyby było was więcej, musielibyśmy angażować dodatkowe środki. A tak proszę, jeden Marut, jedno morderstwo i jesteśmy – zakończył agent Beksiński, po czym zdjął okulary i położył je na stole. Spojrzał mi w oczy, a spojrzenie miał tak samo nieprzyjemne jak głos. – To jak, pomoże nam pan?
Zapadła cisza. Agent patrzył na mnie wyczekująco. Ksiądz zaczął szeptać modlitwę.
O_O_O
Zająłem miejsce pośrodku tylnego siedzenia, mając po bokach dwóch funkcjonariuszy. Na wypadek, gdyby demon się obudził. Pół godziny wcześniej opowiedziałem moim gościom całą historię oraz pokazałem bliznę na plecach. Wyraziłem również chęć współpracy. Obydwaj odczuli wyraźną ulgę, gdy zgodziłem się na umieszczenie mnie w tajnym ośrodku badawczym grupy Episteme – komórki kościoła, do której należał duchowny.
Wierciłem się niespokojnie. Beksiński i ksiądz Ludwik siedzieli z przodu. Agent zaprogramował autonavi i komputer uruchomił silniki, po czym włączył się do ruchu. Żaden z mężczyzn nie odwrócił siedzenia w naszą stronę. W samochodzie panowała cisza, grudniowy krajobraz Miasta przesuwał się leniwie za oknem. Wyjechaliśmy z dzielnicy starych, odrapanych kamienic, w której mieszkałem. Szarość oraz monotonia, chwilowo przykryte śniegiem, zostały zastąpione przez szkło, chromowany metal i jaskrawe hologramy wszechobecnych reklam. Wkrótce wjechaliśmy w zatłoczone ulice centrum tego okręgu. Za oknem przelewała się masa ludzka, jak wielka, kolorowa rzeka. Tłum falował i przenikał się nawzajem. Minęliśmy autospowiednika, jechał nieco wolniej od nas. Była to maszyna patrolująca zaprogramowany rejon, a jej zadaniem było udzielenie natychmiastowego rozgrzeszenia komukolwiek, kto znajdował się w awaryjnej sytuacji i mógłby tego potrzebować. Wystarczyło wrzucić monetę.
Tłum falował i szumiał. Smukłe wieżowce pięły się w górę po obydwu stronach drogi. Niektóre miały fantastycznie powyginane kształty, które przeczyły prawom fizyki. Stały jednak, trzymane przez tytanowe szkielety, zaprojektowane przez sztuczną inteligencję superkomputerów, zaprogramowanych z kolei przez awangardę architektów tutejszego okręgu. W tych wieżowcach ci, którzy aktualnie nie płynęli ulicami Miasta, spędzali czas zarabiając pieniądze, wydając je w wirtualnych sklepach albo uprawiając cyberlife. Do popularnych rozrywek należały holoholidays. Wygodnie leżąc w zamkniętej komorze, naszpikowanej nanoelektroniką, spędzało się dwa tygodnie w miejscu, które komputer tworzył i na bieżąco zmieniał. Dane pobierał bezpośrednio z mózgu, poprzez analizę neuronów. Miejsce z marzeń, wzbogacone o ulubione sklepy, restauracje i rozrywki. Te dane z kolei pochodziły z Centralnego Zasobnika Danych (wielkiego rejestru trendów społecznych u poszczególnych jednostek), który automatycznie aktualizował informacje poprzez śledzenie przepływu gotówki na kontach. Oczywiście była też ciemna strona medalu. Czyli ogromny czarny rynek cudzych projekcji, które zostały wykradzione z baz danych firm oferujących usługi holowakacji. Tym podobnych możliwości spędzania czasu poza światem rzeczywistym były miliony.
Zapatrzyłem się w przesuwające się powoli za oknem Miasto. Cichy, jednostajny szum napędu wozu działał uspokajająco i wkrótce moje powieki powoli opadły. Przez chwilę walczyłem z ogarniającym mój umysł snem, ale resztki świadomości szybko opuściły me ciało i odpłynąłem w objęcia Morfeusza.
Albo raczej Fanuela.
Rozejrzałem się wokoło. Wciąż siedziałem w samochodzie, ale pasażerowie znikli. Anioł stał przede mną w rozkroku, opierając stopy na przednich siedzeniach. Szyby były przyciemnione lub też na zewnątrz panowała absolutna ciemność. Ciężko było to stwierdzić. Wnętrze pojazdu wyglądało, jakby było zrobione z gąbki. Boży Ogień stał wyprostowany, mimo to jakoś mieścił się w środku. Po ostatnim spotkaniu z nim nie zdziwiło mnie to za bardzo. Jego twarz zwrócona była ku mnie, jednak nic nie mówił. Trwał tylko w bezruchu, patrząc na mnie. Poczułem nagłe ciepło wzdłuż kręgosłupa. Anioł uniósł ręce w górę. Blizna rozgrzewała się coraz bardziej. Zdawało mi się, że moje plecy płoną. Fanuel złożył dłonie jak do modlitwy i zaczął powoli oddalać je od siebie. Poczułem, mój Boże, poczułem jak blizna się rozszerza powoli, w miarę jak anioł zwiększał odległość! Przeszył mnie niesamowity ból, zdawało mi się, że każdy nerw mojego ciała jest rozrywany na strzępy. Zacząłem nieludzko wyć i w tym samym momencie świat za oknami samochodu wybuchnął ogniem - jechaliśmy przez piekło, ja i anioł. Moje ciało osiągnęło temperaturę wrzenia. Za oknem przelewały się fale płomieni, a ja czułem, że krew gotuje mi się w żyłach. Bezustannie krzyczałem, nie mogąc znieść tych tortur. W pewnym momencie przestałem czuć cokolwiek i ogarnęła mnie ciemność.
W tym samym momencie Fanuel wpuścił mnie na chwilę do siebie. Na jedną tysięczną sekundy zrozumiałem. Wiedziałem wszystko. Byłem nim. Czułem obecność Boga w sobie i wszędzie wokół, znałem tajemnicę życia i śmierci. To było jednocześnie przerażające i cudowne. Kochałem to i nienawidziłem tego. W ciągu tego ułamka czasu zrozumiałem też, że i ja wpuściłem anioła do siebie, byliśmy teraz złączeni. On potrzebował nosiciela i ja nim byłem. Zrozumiałem też, że musiał doprowadzić mój umysł do kompletnego zatracenia, żebym otworzył się całkowicie, i żeby on mógł się ze mną połączyć. Wiedziałem też, że kolejne pół sekundy w nim zabiłoby mnie.
Otworzyłem nagle oczy, wciąż wydzierając się straszliwie. Miotałem się na siedzeniu, jak ryba wyrzucona na brzeg rzeki. Policjanci siedzący obok mocno przytrzymywali mnie za ramiona, Beksiński i ksiądz Ludwik natomiast obserwowali całą sytuację z przednich siedzeń, zwróconych w naszą stronę. Agent trzymał w ręce dezintegrator. Powoli przestałem się szarpać, wrażenie gorąca zniknęło i uspokoiłem się nieco. Zaniosłem się szlochem, stróżka śliny zmieszanej z krwią wyciekła mi z ust, musiałem rozgryźć język. Serce wciąż waliło mi jak oszalałe, a całe ciało ociekało potem. Duchowny obserwował mnie uważnie, w jego oczach można było dostrzec iskierki przerażenia.
- Spokojnie, nie rozerwę księdza gołymi rękoma – zdobyłem się na słaby uśmiech i wyciągnąłem obydwie dłonie przed siebie. Trzęsły się jak galareta.
Agent Beksiński uśmiechnął się również, ale był to niezbyt ładny uśmiech. Wyglądał jak drapieżnik, który śmieje się, bo wie, że jego ofiara nie ma żadnych szans.
- Niech się pan nie martwi, nie dopuścilibyśmy do tego, panie Mateuszu, –
Nie wiedziałem czy była to groźba czy mężczyzna starał się mnie pocieszyć. Ksiądz wyciągnął ze schowka papierowe chusteczki i bez słowa podał mi całe opakowanie. Podziękowałem skinieniem głowy i zacząłem wycierać pot i krew z twarzy. Po chwili poczułem okropne zmęczenie, byłem totalnie wycieńczony. Usadziłem się wygodniej, i w ciągu kilku minut zapadłem w głęboki sen, tym razem bez żadnych nadprzyrodzonych przygód.
O_O_O
Jakieś dwie godziny później zatrzymaliśmy się w przydrożnym hotelu. Było to na odcinku, gdzie po obydwu stronach drogi kilometrami ciągnęły się szare i bulwiaste kompleksy biokopuł - wielkich zautomatyzowanych szklarni, produkujących prawdziwe, syntetyczne i klonowane jedzenie. Hotel znajdował się przy w miarę dużym parkingu, teraz zupełnie pustym i zasypanym śniegiem. Był to trzypiętrowy, jakimś cudem ocalały budynek z cegły. W środku, w recepcji, powitał nas o dziwo nie robot, ale starszy jegomość w garniturze i czarnym kapeluszu. "Pan Michalik, właściciel i gospodarz hotelu z akcentem", jak się przedstawił. Budynek mieścił piętnaście pokoi do wynajęcia ("HOTEL Z AKCENTEM - WOLNE MIEJSCA - 13" głosiło holo zawieszone w powietrzu przed wejściem), małą restaurację z barem, basen oraz salę z wygodnymi kabinami do cyberlife'u. Z prawdziwą ulgą doprowadziłem się do porządku w łazience dla gości. Następnie pan Michalik użyczył nam swojego robolekarza, który pobrał i zanalizował próbkę mojego naskórka. Po chwili dostałem odpowiednią dawkę witamin, minerałów oraz zastrzyk wzmacniający. W hotelowej restauracji uraczyliśmy się dość obfitym obiadem, za który zapłacił ksiądz Ludwik - i pół godziny oraz jedną filiżankę (prawdziwej!) kawy później czułem się jak nowo narodzony. Beksiński nie odezwał się ani słowem podczas wizyty w hotelu, natomiast duchowny poprosił mnie podczas posiłku, żebym jeszcze raz opowiedział całą historię oraz dziwny sen z samochodu. Nie wiem dlaczego, ale coś kazało mi przemilczeć fragment, kiedy połączyłem się z Fanuelem.
Po zaspokojeniu głodu ruszyliśmy w dalszą drogę. Agent wciąż milczał. Ksiądz Ludwik spał. Policjanci siedzący obok mnie też chyba drzemali, choć kątem oka widziałem, że starali się wyglądać czujnie. Ja beznamiętnie obserwowałem przysypane śniegiem Miasto za szybą samochodu i starałem się oczyścić umysł ze wszelkich myśli. Było to dość trudne, zważywszy na przeżycia ostatnich dwóch dni. Krajobraz powoli przesuwał się za oknem. Biokopuły ustąpiły miejsca zabudowaniom mieszkalnym, gęstniejącym w miarę, jak zbliżaliśmy się do centrum tutejszego okręgu. Zdałem sobie nagle sprawę, że nawet nie wiem, gdzie właściwie jesteśmy ani dokąd jedziemy.
- To okręg pierwszego kościoła. Wiecznie bijące serce Miasta, można powiedzieć - zaśmiał się w odpowiedzi na moje pytanie ksiądz Ludwik, od kilkunastu minut zajęty stukaniem w klawiaturę comdeva. Nigdy nie byłem w pierwszym kościele. W tej okolicy mieściły się siedziby rządów świeckiego i kościelnego, największe korporacje miały tu swoje główne biura i tutaj rozgrywało się życie towarzyskie i polityczne, które większość obywateli znała tylko z ekranów ściennych. Z ciekawością zacząłem obserwować świat za oknem.
Ściemniało się już i ulice były rozświetlone setkami barwnych i jaskrawych reklam unoszących się nad ziemią. Padający wciąż śnieg mienił się wszystkimi kolorami tęczy, a ludzka, bezustannie falująca rzeka płynęła wzdłuż budynków. Mdła poświata bogatych wystaw nowoczesnych galerii i ekskluzywnych restauracji, dodawała swego rodzaju magicznego, złotego blasku całej scenie. Spojrzałem w górę. Wieżowce były tu tak wysokie, że nie można było dostrzec ich wierzchołków, niknących pionową kawalkadą świateł w mroku zapadającej szybko nocy. Rozglądając się nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy samochód zwolnił i w końcu zatrzymał się.
- Panie Mateuszu - ksiądz dotknął lekko mojego ramienia.
Siedziba Episteme mieściła się pod pierwszym kościołem. Dosłownie. Autonavi zaprowadził nas do bazyliki archikatedralnej p.w. męczeństwa św. Jana Chrzciciela. Dzięki zabiegom konserwatorów świątynia zachowała się w idealnym stanie i wyglądała dokładnie tak samo, jak w czasach, kiedy ten okręg nazywano jeszcze Warszawą. Dziwnie nie pasowała do nowoczesnych konstrukcji, które ją otaczały. Przez gotycki portal z profilowanej cegły weszliśmy do kruchty - agent, ksiądz i ja. Policjanci zostali w samochodzie. Gdy przestąpiłem próg Domu Bożego, przeszedł mnie dreszcz i zrobiło mi się dziwnie zimno. Uczucie spotęgowała jeszcze lodowata woda święcona w automatycznym podajniku, tuż przy drzwiach. Unieśliśmy małe, szklane naczynia do góry, ksiądz wymruczał „W imię Pana” i wypiliśmy.
- Zimna ta woda – skrzywił się agent. Duchowny wzruszył ramionami i poprowadził nas do nawy głównej, oddzielonej od kruchty masywną kratą. Nasze kroki odbijały się echem, kiedy szliśmy w kierunku prezbiterium. Rozglądałem się ciekawie wokoło. W bazylice oprócz nas nie było żywej duszy. Nie byłem bardzo religijny, w przeciwieństwie do zdecydowanej większości społeczeństwa, ale duże świątynie zawsze mnie fascynowały. Ogrom przestrzeni wewnątrz, zimne i pachnące kadzidłami powietrze i nabożna, wydawałoby się, że niemal namacalna cisza sprawiały, że ogarnia mnie zawsze głęboki spokój, kiedy siedziałem bez ruchu w fotelu modlitewnym.
Bazylika była ogromna, a jej wnętrze surowe i mroczne. Okna, mimo że duże, nie dawały zbyt wiele światła - zdobiły je kolorowe witraże, przedstawiające sceny z życia św. Jana Chrzciciela oraz Apokalipsy, jak wyjaśnił szeptem ksiądz Ludwik. Mrok rozświetlały również nieco rozstawione co kilka metrów duże świece. Mijaliśmy stojące w specjalnie do tego przeznaczonych miejscach pomniki, popiersia i tablice ku czci znanych Polaków - Józefa Piłsudskiego, Wincentego Witosa, Jana Pawła II i kilku innych. Te nazwiska, prócz jednego, nic dla mnie nie znaczyły, nie interesowałem się nigdy historią. Znałem jedynie papieża Polaka, jako że był on w Mieście otoczony chorym i fanatycznym wręcz kultem, dorównującym niemal samemu Bogu.
- Bardzo stara świątynia – odezwał się nagle ksiądz. Przystanęliśmy. – Jej początki sięgają XIII wieku, w czasie drugiej wojny została niemal całkowicie zniszczona przez Niemców. Zrekonstruowano ją około 1950 roku, wzorując się na oryginalnych planach kościoła z XIV wieku. To zupełnie niesamowite. – Duchowny ponownie ruszył w kierunku prezbiterium i kontynuował:
- Znajduje się tu wiele cennych zabytków kultury. Tam, po drugiej stronie stoi barokowa kaplica Baryczków, krucyfiks na froncie pochodzi aż z XVI wieku. A tu jest nagrobek ostatnich książąt mazowieckich – Stanisława i Janusza, synów Anny Radziwiłł. Mamy również pomnik Stanisława Małachowskiego, wykonany przez samego Bertela Thorvaldsena!
- Przykro mi, nigdy o nim nie słyszałem – odrzekłem. – Szczerze mówiąc, historia to raczej nie moja dziedzina.
- Thorvaldsen to duński rzeźbiarz, jeden z czołowych przedstawicieli klasycyzmu - wyjaśnił niespodziewanie Beksiński. Spojrzałem na niego zdziwiony. Nie spodziewałem się, żeby ten mrukliwy policjant interesował się sztuką.
- Przypuszczam, że nie ma zbyt wiele wspólnego z nanowirusami sieciowymi? - uśmiechnąłem się krzywo, jako że opuchlizna nie zeszła jeszcze z rozgryzionego języka.
- Obawiam się, że nie za bardzo – odpowiedział uśmiechem ksiądz. Kątem oka zauważyłem, że Agent również się uśmiechnął pod nosem. Ciemne szkła jego okularów odbijały tańczące płomienie mijanych świec. Przeszliśmy na drugą stronę prezbiterium i później przez stare, drewniane drzwi. W zakrystii unosił się niemiły zapach stęchłej wody, a kamienną posadzkę porastały tu i ówdzie kępki mchu. Po lewej stronie od wejścia znajdowała się duża, drewniana szafa, przytulona do starej komody. Mieściły się w nich zapewne szaty liturgiczne i inne potrzebne do nabożeństwa rzeczy. Na komodzie leżała opróżniona do połowy i zatkana korkiem butelka mszalnego wina i złocony kielich pokryty czarnym nalotem. Na przeciwko stał prosty, drewniany stół i dwa krzesła. Zdziwiłem się widząc to wszystko, jako że kler był znany z zamiłowania do nowoczesnych, wygodnych i drogich rzeczy. Po drugiej stronie pomieszczenia, na ścianie, wisiało ogromne, sięgające ziemi lustro w masywnej, złoconej ramie. Podszedłem i przyjrzałem mu się dokładniej. Ramę zdobiły małe, ale bardzo dokładnie wykonane płaskorzeźby, przedstawiające głowy aniołów i – jak przypuszczałem - świętych. Lustro musiało być bardzo stare i wartościowe. Było zadziwiająco czyste, bez śladów smug czy kurzu.
- Podoba się panu, Mateuszu? – Usłyszałem głos księdza Ludwika. Wzruszyłem ramionami:
- Wygląda na zabytkowe.
- Bo takie jest. Pochodzi z XIX wieku. I jest bardzo użyteczne, proszę tylko spojrzeć – duchowny uśmiechnął się, po czym podszedł do lustra i - zanim zdążyłem się zorientować, co robi - szybko przekręcił trzy różne głowy aniołów. Szklana tafla bezszelestnie przesunęła się po ścianie, odsłaniając nowocześnie wyglądające drzwi, zupełnie nie pasujące do nagiej cegły, w którą były wstawione. Obok znajdowała się płytka z przyciskami, oznaczonymi dziwnymi symbolami. Ksiądz dotknął kilku z nich i drzwi rozsunęły się z sykiem. Weszliśmy do małego pomieszczenia, które okazało się windą.
- Pozwolę sobie przypomnieć o ślubach milczenia, które złożył pan w domu – ksiadz Ludwik spojrzał na mnie dziwnie chłodno. Na panelu windy znajdowały się tylko dwa przyciski. Duchowny wcisnął ten dolny. – Nic, co pan tu zobaczy, nie może wydostać się na zewnątrz.
- Tak, pamiętam – westchnąłem. – Tłumaczyliście mi to już.
Winda ruszyła. Po kilku sekundach zwolniła gwałtownie, by w końcu zupełnie wyhamować.
- No to jesteśmy. Witam w naszej siedzibie – ksiądz Ludwik zapraszająco wyciągnął rękę. Ruszyliśmy wąskim korytarzem, pomalowanym na błękitno i oświetlonym lampami plazmowymi, które dawały jasne, białe światło. Podłogę pokrywała ciemnoniebieska wykładzina. Prawie jak w niebie, pomyślałem z przekąsem. Korytarz kończył się podwójnymi drzwiami, które prowadziły do dużego, również błękitnego holu. Sufit podpierały cztery symetrycznie rozstawione filary, a przy nich stały donice z fantastycznie powyginanymi bonsai. Podszedłem do jednej z nich i delikatnie dotknąłem małego drzewka. Wyglądało na prawdziwe. Nieźle.
Pośrodku pomieszczenia ustawiono duży stół ze szklanym blatem, a wokół niego cztery sofy. Pod jedną ze ścian stało kilka maszyn z jedzeniem i napojami oraz dwie kabiny spowiednicze. Po przeciwnej stronie do korytarza, którym przyszliśmy, znajdowały się trzy pary drzwi oznaczone hologramami. Z tej odległości jednak ciężko było odczytać, dokąd prowadzą. Nad nimi, na ścianie, mieścił się duży napis "Episteme" - namalowany, nie hologram. Pod nim widniało logo grupy. Widziałem je już na koloratce księdza Ludwika.
Rozglądałem się ciekawie. Agent w tym czasie podszedł do jednej z maszyn i grzebał w kieszeni płaszcza, szukając zapewne drobnych. Ksiądz wklepywał coś w comdeva. Usiadłem na sofie przy stole, była bardzo wygodna. Po chwili dołączył do mnie duchowny.
- Pokażę panu pokój, który przygotowaliśmy. Niech się pan rozgości, walizkę z pańskimi rzeczami wkrótce ktoś dostarczy. Później zapraszam na kolację, po drodze objaśnię gdzie jest kantyna. A jutro oprowadzę pana po ośrodku i zaczniemy badania, jeśli nie będzie pan miał nic przeciwko.
- Jeśli nie będę miał nic przeciwko? – Powtórzyłem bezmyślnie.
- Oczywiście. Nie zmuszamy pana do niczego – usłyszałem zgrzytliwy głos Beksińskiego tuż za mną i nieomal podskoczyłem. Zupełnie nie słyszałem, jak podchodził.
- Cieszę się – odpowiedziałem, wstając i idąc w ślad za księdzem, który skierował swe kroki w stronę środkowej pary drzwi. KWATERY MIESZKALNE głosiło zielone holo nad nimi. Z lewej było LABORATORIUM. Holo z prawej strony świeciło pustym, żółtym polem. Duchowny przyłożył kciuk do czytnika w ścianie i drzwi rozsunęły się z sykiem.
- To niedaleko, zaledwie kilka kroków stąd – uśmiechnął się i skinął ręką, ruszając wgłąb korytarza.
Jest to mój "opowiadaniowy" debiut, jako że głównie maczam palce w poezji. Opowieść zmierza ku zakończeniu, które jest aktualnie w produkcji.
Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno -słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce, namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu.
Ciężko było
mam pytanie, czy zamierzone powtórzenie zacytowanego fragmentu?
Ups, przepraszam za tak późną odpowiedź, ale gdzieś mi umknął Twój post... Tak, totalnie zamierzone, aczkolwiek w finalnej wersji nie będzie to kopiuj-wklej. Opowiadanie to jest w końcowej fazie produkcji. Nie wrzucam kolejnych części, bo chcę je dokończyć i dopracować - wtedy wrzucę finalną wersję. Cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu niestety i opornie mi to idzie...