POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Czerwona torebka
Czerwona torebka
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2010-06-12, 06:56   Czerwona torebka

Czerwona torebka


W parku nikogo nie było. Jeśli oczywiście nie liczyć tłumnie zgromadzonych drzew i ich cieni, a także jednej, niewyraźnej, wolno poruszającej się białej plamy rozlanego światła. Upalne powietrze wplatało się w gałęzie, wchodziło pod palce liści, samo przed sobą uciekało, wycieńczone południowym żarem. Park spał pod jasno-pomarańczowym słońcem, jak zmęczony ogrodnik z głową przykrytą zielonym kapeluszem, którym od czasu do czasu poruszał słaby wiatr.

Aurelia - szczupła, niewysoka dziewczyna o krótkich ciemno-brązowymi włosach, obciętych na pazia - szła powoli. W swojej białej sukience wyglądała na zabłąkany w gęstwinie drzew obłok. Z torebką w lewej ręce, palcami prawej od czasu do czasu poprawiała kosmyki włosów, uparcie przyklejające się do szyi. Nie miała powodu do pośpiechu. Spacer nie miał określonego celu, mogła iść w którąkolwiek stronę, każda dokądś prowadziła. Najbardziej kusił ją tańczący cień, zapraszając w rzeczywistość, która zmieniała się z każdym nowym pas. Aurelia nie myślała o sobie, nie myślała o niczym, patrzyła na drzewa, na zielone koronki liści, które z powiewem wiatru ożywały na krótko, jakby tam w górze potrącał je łapką kapryśny, pijany od upału kot. Ruch zamierał szybko, bo kot znudzony co trochę zapadał w drzemkę, a zielone koronki układały się w nową kombinację połączeń na wysokim niebie. Aurelia szła, lecz komuś, kto patrzył z daleka, mogło wydawać się, że płynęła - w zielonym akwarium, biały podwodny motyl, meduza, której cień tańczył i zmieniał się pod plecionką fal poruszanych gałęzi.

~~~~~~~
Siedziałam na ławce, pod moim ulubionym, jeszcze niewysokim, ale rozłożystym jesionem. Było południe, czas nie sprzyjający spacerom. O takiej porze chce się spać, albo usiąść pod drzewem. Nie chciało mi się spać, siedziałam pod drzewem. Płaski teren parku był jak rozkładana, rosnąca scena, a ławka grała tu rolę amfiteatru. Siedziałam i po prostu patrzyłam wokoło. Hałas z niedalekich ulic dochodził nieregularnymi falami, ale nie przeszkadzał, przypominał jedynie, że poza moją sceną były jeszcze inne, tymczasowo ukryte i nieważne.
Przed jakimś kwadransem ze środkowej polany, z placyku zabaw z huśtawkami, zjeżdżalniami i dużą piaskownicą, odeszła gromadka przedszkolaków z opiekunkami. Znikły, trzymając się nylonowej linki, rządkiem, wydając z siebie radosne odgłosy, otrzepując się z piasku, po drodze zbierając jeszcze skarby do przepastnych kieszonek w ogrodniczkach. Ogrodniczki dziewczynek były zielone, chłopców granatowe. Szły, za swoimi opiekunkami, jak stado kaczuszek, przypadkiem w spodenkach. Gdybym miała przy sobie aparat, zrobiłabym kilka zdjęć, nie miałam, więc będę musiała liczyć na fotografię z pamięci.

Samotność była mi bardzo potrzebna. Muszę w końcu poukładać plan na najbliższe tygodnie. Wciąż to odsuwam od siebie, jakby odkładanie decyzji, niemyślenie, mogło w czymś pomóc.

~~~~~~~
- Proszę spojrzeć na lewo - mówiła przewodniczka. - W gablotce widzicie państwo czerwoną torebkę. To jest właśnie torebka, którą namalowała autorka. A teraz proszę zwrócić uwagę na szczegóły przedstawione na obrazie, na zamki, sprzączki, klamerki, paski, szycia, kieszenie, na sam kolor. Ten kolor wyraźnie odcina się od zieleni tła. Przy intensywnym kontraście bieli plamy sukni, kolor torebki krzyczy do widza. Zauważcie państwo, że natężenie pigmentu czerwieni do tej pory nie straciło swej siły. Znamy dokładną datę powstania obrazu, ponieważ jest podpisany odręcznie, w prawym dolnym rogu widnieją inicjały i data. Z listów autorki do rodziny wiemy, że obraz został namalowany w prezencie urodzinowym. Była to niespodzianka, której adresat dowiedział się dopiero w dniu swojego święta. Autorka prawdopodobnie dosyć długo pracowała nad płótnem. Nie zachowały się dokładne informacje, jak długo, ale o tym, że obraz wymagał czasu świadczą choćby poszczególne elementy obrazu, misternie nakładane na płótno setki listków, równie misternie namalowane gałązki. Podobnie drobiazgową uwagę poświęcono kwiatom, motylom a także dmuchawcom o nietypowym rozmiarze.
Przyjrzyjmy się teraz postaci siedzącej pod drzewem. Jest to postać dziewczyny namalowana zupełnie inną techniką, niż pozostałe fragmenty obrazu. Przede wszystkim nie widzimy jej twarzy, pozostaje dla nas anonimowa. Należy dodać, że krytycy najczęściej zadają pytanie: czemu dziewczyna jest od nas odwrócona? Autorka prawdopodobnie chciała przedstawić złudzenie przynależności do sceny. Ktoś, kto patrzy na obraz ma wrażenie, że jest obok dziewczyny, razem z nią obserwuje całą scenę. Warto podkreślić również fakt, że krajobraz, wszystkie rekwizyty, łącznie, albo szczególnie torebka, są namalowane z ogromną pieczołowitością, wyjątkową dbałością o szczegóły, hiperrealistycznie, podczas gdy dziewczyna jest reprezentowana przez pośpiesznie naniesioną na płótno, nieregularną, białą plamę sukni. Dziewczyna siedzi, oparta plecami o pień drzewa, w dłoniach trzyma niebieską kulę, lub piłkę. Wszystko jednak wydaje się nieistotne, gdy zwrócimy uwagę na najważniejszy element obrazu, czerwoną torebkę, która niczym magnes przyciąga nasz wzrok. Przejdźmy teraz na prawo, do następnej sali. Widzimy tu...

~~~~~~~
Edyta wróciła do domu tuż przed powrotem męża z pracy. Szybko poukładała zakupy w lodówce, w szafkach, wczorajszy obiad grzał się na kuchence. Miała jeszcze przygotować szpinak i pomidory, włączyć czajnik, żeby zagotować wodę na popołudniową, słabą kawę. Ostatnią, nie rozpakowaną reklamówkę zaniosła do pokoju telewizyjnego. Wyjęła z niej pokaźne zawiniątko, rozwinęła je, rozrywając szybkimi ruchami kilka warstw różowej bibuły. Czerwona torebka. Edyta położyła torebkę przed sobą, dokładnie obejrzała okucia, klamerki, porównała czerwień...
- Wyglądają tak samo. Proporcje, nawet te nieco przesadzone proporcje są do złudzenia... Identyczny kolor, paski, kieszonki. Wszystko tak, jak by było.

Usłyszała otwierające się drzwi od garażu. Mąż wrócił do domu.
- Wiesz, kupiłam sobie torebkę! - to było jej pierwsze zdanie do Mateusza, wchodzącego do kuchni.
- Torebkę? A gdzie dzień dobry? - Mateusz spojrzał na żonę z lekkim wyrzutem.- Przecież niedawno mówiłaś, że masz za dużo torebek? Zmieniłaś zdanie?
- Tak, mówiłam, ale ... popatrz... - Edyta pokazała torebkę, którą do tej pory trzymała za plecami.
Czekała na reakcję męża. Miał to być test, czy dobrze zapamiętał swój prezent urodzinowy sprzed dwóch lat, czy naprawdę przyjrzał się temu, co było na obrazie.
- Przecież ...? - odezwał się Mateusz. - To twoja namalowana torebka. Jak to zrobiłaś? Zamówiłaś? - pytał, zdziwiony, patrząc to na torebkę, to na obraz.
- Nie, nie zamawiałam. Weszłam do sklepu, bez celu, tak się porozglądać i... Zobaczyłam... nie mogłam się oprzeć... Musiałam, po prostu musiałam ją kupić.
- Musiałaś no i masz - powiedział i nie pamiętając już o zapomnianym dzień dobry, lekko pocałował Edytę w usta. - Co na obiad?

Edyta z rozczarowaniem zrozumiała, że zainteresowanie torebką z jej obrazu skończy się przy szpinaku i pomidorach. Chciała jeszcze przedłużyć rozmowę, opowiedzieć, co czuła, gdy zobaczyła - do dzisiaj jedynie wyobrażoną - torebkę na półce w sklepie, jak ją kupowała, jak się z niej ucieszyła i cieszy, i jednocześnie, jak bardzo zastanowiło ją, że ktoś, gdzieś zrobił torebkę, identyczną, jaką ona sobie kiedyś wymarzyła, i namalowała i jaka wisiała od dwóch lat, czekała namalowana, na obrazie w pokoju telewizyjnym. Zaczęła się zastanawiać, że jeżeli, tak tylko załóżmy, znalazła tę torebkę w rzeczywistości, to może spotka również i dziewczynę? i niebieską kulę? drzewo? kwiaty, motyle? ogromne dmuchawce? Przeżyje dzień, kiedy to wszystko było?


~~~~~~~
Aurelia stanęła pod niezbyt wysokim jesionem. W tej samej chwili, po prawej stronie, przysiadła chmara żółto-niebieskich motyli. Jak Aurelia szukały cienia. Zatrzymały się na niskich trawach zwabione chłodem. Po lewej stronie rosły żółto-pomarańczowe kwiaty, cytrynowo pachnąca chmura na zielonych, cienkich łodyżkach. Dalej widać było kępkę dmuchawców, trzy gigantyczne, puchate kule w trawie, a nieco dalej jeszcze cztery, ale te już wirowały w powietrzu, wysyłając pojedyncze nasiona, eskadrę miniaturowych helikopterów z wiatrem na zwiady.

Aurelia usiadła, opierając się wygodnie o pień drzewa. Obok siebie na trawie położyła czerwoną torebkę. Torebka była ciężka, tak wiele rzeczy trzeba nosić ze sobą, nigdy nie wiadomo, co może się przydać, szczególnie, gdy nie ma się nic więcej.

Z torebki wyjęła niebieską kulę. Jeśli trzymało się ją przez chwilę w dłoniach, to wyrastały na niej góry, lasy, płynęły rzeki, szumiały oceany, pojawiały się kontynenty, wybuchały wulkany.
Aurelia siedziała pod drzewem, obracając kulę w dłoniach.
Czas mijał obok. Nie zauważyła podchodzącego do niej snu.
Pień jesionu otworzył się, drzwi po cichu zamknęły się za Aurelią.

Czerwona torebka została na trawie.

~~~~~~~
Zapomniany mak.

© Elżbieta 2008.04.15


_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Czerwona torebka


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo