POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Pewna wyspa gorąca, szczęśliwa
Pewna wyspa gorąca, szczęśliwa
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2010-06-12, 07:01   Pewna wyspa gorąca, szczęśliwa

Pewna wyspa gorąca, szczęśliwa
(szkic w sprzeciwie zimie)


i powiedział, że pisarz to też albo przede wszystkim rzemieślnik, że dyscyplina mu potrzebna, że musi pisać codziennie ileś-tam-nie-pamiętam tysięcy znaków, że bez tego nie ma pisania, nie ma pisania dobrego ani nawet byle dobrego

więc? więc ćwiczę... przeglądam fotografie, wspomnienia... wyobraźnię... łączę znaki, tkam

••••••••••
Podróże podobno kształcą, jest w tym ziarenko prawdy, a może więcej niż ziarenko, może od razu roślina, zapuszczająca niewidoczne korzenie na dłużej, a w niej samej jeszcze w zarodku ukryte nasionka?
Przeszłe podróże ukrywają się w nas, zostawiając ślady, wspomnienia, zasypane szlaki, odsłaniane w nieoczekiwanych chwilach, niby w błyskach magnezji, migawkach uruchomionych słowem, gestem, wynurzają się na powierzchnię.


Lotnisko wyglądało jak ogromna płachta, zaspa, którą gdzieniegdzie urozmaicały białe wydmy porozrzucane po krajobrazie. W tej bieli ciemniał jedynie pas startowy i niewielki wyasfaltowany placyk, na którym parkowały trzy samoloty. Jeden z nich dymił, tak się przynajmniej wydawało, bo przez szyby terminalu trudno było zobaczyć, co się naprawdę działo. Dopiero, uważniejsze spojrzenie mówiło, że to nie dym, a para, bo maszynę odmrażano przed lotem. Mróz na zewnątrz wygonił do ciepłych krajów wszystkie ptaki, które zwykle małymi grupkami przysiadały na rękawach przysuwanych do samolotów.

Lot trwał kilka godzin, najpierw w zgodzie z kalendarzem, ponad białymi krajobrazami, w których czarne akcenty dróg, czasem jakichś większych skupisk domów podkreślały, że zima opanowała świat i trzyma go w chłodnym uścisku. W miarę lotu na południe, jednak zwalniała objęcia, znikała stopniowo, kończąc obecność ledwo przyprószonymi lasami, grzbietami gór, jakie z perspektywy kokpitu przypominały usypane dziecięcą ręką piaszczyste przeszkody na plaży.

W którymś momencie zima poddała się i oddała pole brązom, brunatnościom, szaro-burościom i w końcu zieleni. Ziemia zrzucała biały pled, odkrywała kolory i prowadziła samolot, jak ogromny latawiec, coraz dalej na południe.

W samolocie rozmowy toczyły się wokół...


Kołowanie nad lotniskiem w Fort Myers przyzwyczajało oczy do nowego krajobrazu. Połowa stycznia i palmy, połowa stycznia i storczyki w gazonach, pelargonie, begonie, połowa stycznia i kwitnące rododendrony, kwitnąca amarantowa buganvilla, kwitnące białe kwiaty o nieznanej nazwie, przypominające pióropusze, połowa stycznia i...

Od razu przy przejściu z samolotu do rękawa temperatura i wilgotność powietrza przyjemnie dawały o sobie znać buchającą falą ciepła. Swetry, spodnie, rękawiczki, ciepłe buty pędziły w wyobraźni na najwyższe półki szafy.


- Wiesz, może ja tu sobie zostanę? – powiedziała kobieta, która jako jedna z ostatnich wyszła z przejściowego rękawa.
- E, za gorąco – odparł mężczyzna.
- Nie dla mnie – poprawiła torbę na ramieniu – ja tu zostanę, tu mi ciepło, „tu się będę rozmnażać.”
Uśmiechnął się lekko w odpowiedzi i wziął ją za rękę. Nad dachem terminalu królowało późno-popołudniowe słońce.


Bagaże na karuzeli pokazały się szybko. Obszerna hala lotniska przypominała scenę z filmu science-fiction, w której kreatury z najdalszych zakątków uniwersum postanowiły się spotkać właśnie tu na Ziemi. Podróżnicy z dziwnych, obcych planet mieli na sobie futerka, swetry, płaszcze, kurtki, ale i zwiewne sukienki, lekkie wdzianka, bermudy, capri, szorty, kapelusze od słońca i od deszczu, botki, szpilki i klapki.

Kobieta i mężczyzna wyszli przed halę. Natychmiast utonęli w morzu ciepła, wilgotnego powietrza, które otulało szczelnie i łagodnie.

- Może mi jeszcze raz wytłumaczysz: czemu tu nie mieszkamy? – pytała kobieta.
- Dobre pytanie. Ale odpowiedź znasz – odpowiedział zdawkowo.
- Znam? No niby tak, ale powtórz, może się zmieniła – poprosiła.
- Bo rok powinien mieć... cztery pory roku – zażartował. – W naturze są podziały, których nie powinno się omijać. Musi być długa wiosna, krótkie lato, trochę jesieni, nieco zimy. Inaczej byłoby nudno.
- Ale wyobraź sobie , jak wyglądałoby nasze życie tutaj? Albo nasza, no powiedzmy, moja szafa?
- O tym, przyznam, nie pomyślałem – odpowiedział, rozglądając się za znakiem wypożyczalni samochodów, która według folderu i wskazówek w hali lotniska miała być gdzieś w pobliżu.
- Widzisz? Byłaby mała, mała szafa z małymi szmatkami. Jeden gruby sweter na wszelki wypadek, para długich spodni na wszelki wypadek, czy ja wiem, co jeszcze, tak na wszelki wypadek? A reszta? Same zwiewności, koronki, muśliny, plażówki, bermudy dla Ciebie, kolorowe koszule, panamy.
- A do pracy? – zapytał, bo zawsze myślał praktycznie, chociaż lubił niepraktyczność żony.
- Rzeczywiście, do pracy... Do pracy. Ale po co pracować? Czy myślisz, że tu, w takim raju ludzie pracują? – ciągnęła rozmowę, prowadząc ją w stronę nieco absurdalną.
- Myślę, że tak. Ktoś musi – westchnął.
- Przepraszam, mieliśmy nie wspominać o pracy, o koniecznościach, o musieniu – powiedziała i pocałowała go w policzek.

Samochód pachniał wypożyczalnią, nowością, świeżo czyszczoną tapicerką, płynem do mycia szyb. Ulokowali walizki i torby w bagażniku.

- Ciepło, ciepło, ciepło... – pocałowała go w policzek, gdy już usiedli w środku. Do niego należała strona lewa, kierująca, do niej prawa, pilotująca z mapą, przewodnikami, termosem z ciepłą herbatą.
- Bez sensu – mruczała do siebie – bez sensu...
- Co takiego? – zapytał.
- Ta herbata, termos – odmruczała. – Po co to taszczymy ze sobą?
- Wypij, wylej, wlej coś chłodnego.

Włączył silnik i ruszyli.
- Ciepło – powtórzyła.
- Już mówiłaś – uśmiechnął się. – Teraz spojrzyj na mapę, żebyśmy nie przegapili zjazdu.
- O, ok. Moja praca.

Rozłożyła mapę, jak zwykle odwrotnie i jak zawsze on, mimo że siedział za kierownicą postawił narysowany świat na nogi, i natychmiast to , co za szybami i rysunek korespondowały ze sobą.

- Czy możesz coś dla mnie zrobić? Lekko, tak lekko mnie uszczypnąć – powiedziała.
- Mogę i mocno – zażartował.- Czemu?
- Żebym się upewniła albo obudziła.


Droga prowadząca do autostrady wysadzona była młodymi palmami.
- No tak, nie mają nic innego tylko palmy, same palmy, palmy, a jakieś klony, choinki, się pytam, urozmaicenie? – mówiła, patrząc na mknący za szybami krajobraz.
- Żartujesz? – zapytał.
- Naturalnie – znowu nie mogła się powstrzymać i pocałowała go w policzek. – Dziękuję, bardzo ci dziękuję.
- Za co? – chyba wiedział, co powie, ale i tak chciał usłyszeć.
- Że tu przylecieliśmy, że ci się chciało, że mimo, że wolałbyś w góry, w śnieg, w zaspy.
- Przecież cię kocham – odpowiedział.


Droga prowadziła do zjazdu na autostradę. Autostrada przypomniała o nieco wcześniejszej, porannej rzeczywistości, bo palmy odsunęły się w głąb krajobrazu, bliżej na poboczach natomiast pojawiły się drzewa, krzewy, zabudowania miasta. Niebo było jeszcze niebieskie, ale już nabierało kolorów przed-zachodnich, ciemniało, mroczniało. Pojawiły się pierwsze neony.

- Włączyłeś światła? – zapytała.
- Tak, od razu na początku, żeby nie zapomnieć.
- Zjazd na Sanibel jest niedaleko, piętnaście mil – zakomunikowała po spojrzeniu na mapę.
- Nie jest ci za ciepło? – zapytał.
- Jest, ale lżejsze ubranie mam w walizce, w bagażniku.
- To otwórz bagażnik, po co się męczyć? – uśmiechnął się łobuzerko.
- Od razu powiedz, o co ci chodzi – odpowiedziała z udawanym oburzeniem.
- No też, ale po co się męczyć?
- Ja się nie męczę, ale może masz rację – odparła.

Ktoś, kto nie próbował przebierać się w pędzącym 77 mil na godzinę samochodzie, na autostradzie w północno-zachodniej części Florydy, nie wie, co traci.

Zapadająca szybko noc przypomniała, że to styczeń, że nawet tu w tropikach ciemność o tej porze roku przychodzi nagle, poprzedza ją piękny granat, jego głębia, ale później noc jest tak czarna, jak wszędzie.

Samochód jadący teraz dwupasmową drogą, mijał ciemną dżunglę. W świetle reflektorów pokazywały się postrzępione sylwetki palm, jakichś innych, bezimiennych drzew. Od czasu do czasu widać było znaki zapowiadające boczne drogi, wjazdy do prywatnych willi, hotelików. Było ich jednak niewiele i ruch na drodze był nieduży.
- Szkoda, że jest tak ciemno, nigdy do tej pory nie widziałam na żywo dżungli – mówiła.
- Zobaczysz jak wysiądziemy, a jutro jeszcze lepiej.

Sanibel to maleńka wyspa, która łączy się z jeszcze mniejszą Captiva Island. Trzeba było mieć dużo wyobraźni, a na pewno odwagi, by zacząć tu budować, prowadzić drogi. Dobrowolnie narażać się na huragany, ulewy, przypływy. Ale ludzie często robią rzeczy niewytłumaczalne dla widoku z okna.

- Czy możesz powtórzyć, jak się nazywa hotel? – zapytał, gdy przejechali Sanibel i znaleźli się na moście prowadzącym na Captiva Island.
- Tween Waters Inn.


Na hotelowym parkingu stało kilkanaście samochodów. Ciepła noc ukrywała szczegóły krajobrazu, jednak najbliższe otoczenie hotelu wystarczyło, by potwierdzić, że znajdowali się w tropikach, pomiędzy Zatoką Meksykańską i Pine Island Sound, też zatoką, ale dużo mniejszą.

- So, were are you coming from? – zapytał mężczyzna w recepcji.
- Oh, from Illinois – odpowiedzieli prawie jednocześnie.
- You know, from winter state – dodał mężczyzna.
- Welcome to Captiva Island, our tropical paradise – recepcjonista jeszcze raz przywitał ich na pół oficjalnie i jednocześnie bardzo ciepło, i skinął na bagażowego, który przysunął wózek ze stojakiem.
- Hi, I will help you – powiedział, ustawiając walizki na wózku.

- Wiesz – odezwał się mężczyzna – po tylu latach w tym kraju, po tylu podróżach, a ciągle czuję się niezręcznie przy bagażowych.
- Ja też, ale to wygodne, w nowym, obcym miejscu nie musisz myśleć o bambetlach.
- What, what language...? – zapytał bagażowy i natychmiast można było zauważyć jego akcent, wyraźnie słowiański.
- Polish – odpowiedział mężczyzna.
- Polski – potwierdziła kobieta i z zainteresowaniem spojrzała na bagażowego.

Przemknęło jej przez myśl, że znów potwierdza się, że nigdy nie wiadomo czy mówienie po polsku jest bezpieczne, że nikt przypadkowy ich nie zrozumie.
- Ja, Ukrainiec – odpowiedział bagażowy.
- O, naprawdę? – I tu nastąpiła grzeczna wymiana zdań, o tym dlaczego, skąd, jak długo i czy wraca, czy zostaje, czy podoba mu się.
- Czy nie wie pan, gdzie tu warto iść na kolację? – padło ostatnie pytanie.
- Tu, w motelu – odpowiedział, zaprzyjaźniony już, bagażowy.
Było dość późno, więc rzeczywiście kolacja na miejscu nęciła.

Pokój był duży i chłodny, co nie przeszkadzało, bo dzięki temu można było się spodziewać, że sen przyjdzie szybciej.

••••••••••
Poranny spacer plażą pamięta do tej pory. Spokojne, jakby wymierzone kobiecą ręką, niskie fale, mokry, ubity piasek ze śladami kół, wiecznie zajęte czymś mewy, niechętnie ustępujące z drogi i muszelki, muszelki, te jakże inne od innych widzianych do tej pory, szum oceanu też jakby inny.

Trochę później wybrali się na śniadanie w głąb wyspy. W głąb, to trochę zbyt szumnie powiedziane, bo Captiva jest bardzo wąską wyspą. Przecinają ją, zaledwie dwie, może trzy drogi, czy raczej ulice, ukryte w dżungli.

Restauracja Sunshine Caffe, dopiero budziła się do życia. Musieli chwilę poczekać przy drewnianych stolikach przykrytych ceratą, aż zjawi się obsługa. Kelnerka, kobieta dobrze po czterdziestce, miała szczupłą figurę i do tego jasne włosy zaplecione w warkocze. Jedno i drugie ujmowało jej lat, mogło mylić przy określaniu wieku.

- Ciepło, ciepło... Popatrz na kelnerkę. Musi mieć trochę lat, a wygląda jak młodziutka dziewczyna – powiedziała kobieta.
- Rzeczywiście... ciepło – potwierdził mężczyzna.
- Popatrz na...

••••••••••
... tak pewnie wyglądał raj, gęsty, ciepły, zielony, palmowy, zagmatwany, zarośnięty lianami, storczykami, kwiatami bez nazwy o kolorach intensywnych i słodkich jak miłość, odurzająca i odurzona, kryjąca się w cieniu, żeby później wyjść w słońce nagą skórą, obnażonymi plecami, na których skrzą się ziarenka piasku, złoty osypujący się spod palców pancerz, pod którym kryją się chwile, sypkie... płyną...

••••••••••
- Dziękuję – powtórzyła kobieta – dziękuję, że tu przyjechaliśmy.
Mówiła, teraz bardziej do siebie niż do niego, patrząc na palmy, hibiskusy, ostrokrzewy, mangrove, na niebo bez chmur, bo jakżeby inaczej, na kolorowe ptaki na drzewie w pobliżu restauracji. Starała się zapamiętać chwilę, jej zapachy, dźwięki, kolory, uczucia, zamieniające się w przeszłość.

- Wyspa na końcu świata. Nie kończące się lato, moja dżungla i mój Tarzan – pocałowała męża w policzek.
- Uważaj, bo cię ta wyspa uwięzi bądź co bądź to Captiva i... zaczaruje.

Po chwili dodał:
- Tarzan bardzo woleć więcej pory roku.


© Elżbieta
13-15 dnia stycznia 2010 roku
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Pewna wyspa gorąca, szczęśliwa


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo