Wysłany: 2010-06-13, 19:26 Zawsze za krótka chwila
ZAWSZE ZA KRÓTKA CHWILA
Dobre wieści w moim życiu to już dość odległa przeszłość. Miałem sen, że złośliwy dżin zamknął ją w butelce i wyrzucił na morze, bym przypadkiem nie zapomniał, że kiedyś istniała. Dziś każda nowa wiadomość budzi przedwczesny lęk. Kiedy jednak tamtego jesiennego przedpołudnia, które wyłaniało się powoli z pochmurnego i dżdżystego poranka i w którym zaczęła się ta historia, wyjąłem ze skrzynki pocztowej list, którego się nie spodziewałem, to zanim otworzyłem kopertę i obejrzałem go pobieżnie, miałem niezbite przeświadczenie, że nie przynosi złych wieści. Rzut oka na stempel pocztowy pozwalał się zorientować, że to list miejscowy i wysłany został 25 października. Przyszedł następnego dnia. Widomym znakiem pomyślnych wiadomości były skreślone na odwrocie koperty (pod nazwiskiem nadawcy) trzy znamienne słowa: UWAGA: wyniki konkursu. Można jeszcze do tego dodać priorytetowy charakter przesyłki, który z jakichś powodów napawał optymizmem. Nadawcą była znana mi Aneta D., w szpitalu prowadząca biblioterapię. Biblioterapia to oczywiście jedna z gałęzi szerokiego wachlarza środków wspomagających, stosowanych przy leczeniu psychoz o łagodniejszym charakterze. Zresztą różnych tego typu terapii jest sporo i do wspomnianej już biblioterapii można na przykład dorzucić: muzykoterapię, choreoterapię, czy też na ogół lubiane przez pacjentów zajęcia plastyczne.
Jak chodzi o samą Anetę D., przybyła do metropolii przed sześcioma, siedmioma laty. Uzyskawszy świadectwo dojrzałości wyruszyła ze swojego rodzinnego miasteczka na prowincji i przybyła do wielkiego miasta na studia określane mianem terapii zajęciowej. I już tu została. W wynajętym pokoju sublokatorskim mieszkała najpierw sama, a potem krótko wraz z mężem, młodym człowiekiem, którego poznała w miejscowym szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywał jako pacjent. Leczył się z urojeń. Hospitalizacja nie trwała jednak długo. Wyszedł po dwóch miesiącach na własne żądanie. Aneta D. żyła z nim aż do przedwczesnej i tragicznej śmierci, którą sprowadził na nią jako „potępiony duch Otella” – tak o sobie mówił w czasie rozprawy sądowej. Opętany bezpodstawną zazdrością, która wykluła się w jego chorej głowie, udusił swoją młodą żonę w czasie snu.
Z byłym pacjentem szpitala psychiatrycznego ślub zawarła w tajemnicy przed rodzicami, stąd też o tym, za jakiego człowieka wyszła za mąż, mieli się dowiedzieć dopiero w owym pamiętnym dniu, gdy powiadomieni o tragicznym zdarzeniu przybyli do metropolii po jej ciało, chcąc młodą córkę pochować w rodzinnych stronach.
W swoim domu na prowincji cieszyła się przywilejami jedynaczki; chociaż jako mała dziewczynka pragnęła mieć kogoś z rodzeństwa, brata lub siostrę; kiedyś powiedziała, że gdyby można było wybierać, wolałaby jednak siostrę. Jej rodzice żyli i pracowali w jednym z niedużych miasteczek ściany wschodniej i należeli tam do kręgu ludzi dość zamożnych. Aneta w szpitalu dała się poznać z najlepszej swej strony i dzięki fachowej wiedzy i umiejętnościom zyskała uznanie i szacunek nie tylko w gronie pacjentów. Dziedzinę, którą uprawiała z pełnym zaangażowaniem i która zapewniała jej środki do życia, nie wybrała z przypadku. Biblioterapia świetnie korespondowała z jej zainteresowaniami literackimi, które następnie przyoblekły się w materię wymiernych rezultatów, o czym świadczył chociażby fakt, że została laureatką jednego z konkursów poetyckich o stosunkowo dużej randze. Zachęcona sukcesem czyniła potem starania, by wydać swój pierwszy tomik poezji.
Anetę, z którą łączyły mnie stosunki na wpół towarzyskie, znałem ze swoich pobytów w szpitalu jako pacjent, ostatnim razem w takim właśnie charakterze gościłem tam przed niespełna rokiem. W czasie remisji nie zerwałem więzi z placówką i nadal uczęszczałem na prowadzone przez panią Anetę zajęcia z biblioterapii. Przychodziłem bardziej w charakterze osoby interesującej się literaturą niż byłego pacjenta. Aneta, gdy mnie ujrzała, witała zawsze z niekłamaną radością… No, a potem tamten jej list, z wiele mówiącym dopiskiem na kopercie.
Właściwie do chwili otrzymania owego listu zupełnie nie myślałem o konkursie. I można powiedzieć, że całkiem o nim zapomniałem. Pani Aneta parę miesięcy wcześniej, bez uprzedniej mojej zgody i poza moją wiedzą pozwoliła sobie wysłać na konkurs literacki jedno z moich krótkich opowiadań. Jakie miałem wyjście? Kiedy mnie już poinformowała o swojej samowolnej decyzji, podjętej zresztą w dobrej wierze, chcąc nie chcąc udzieliłem błogosławieństwa jej zbożnym poczynaniom. Jednak nie byłem do końca zadowolony z takiego obrotu sprawy. Do konkursu wybrała jedno czy dwustronicowe opowiadanie, z którym miałem jednak pewne kłopoty i nie przezwyciężywszy ich w pełni nie paliłem się do tego, by ten akurat tekst jako pierwszy opuścił moją szufladę i wyszedł na nieco szersze wody.
Moja proza z założenia jest statyczna i pozbawiona akcji. W tym kontekście moi liczni wrogowie utrzymują, że piszę rozwlekle i bez polotu. Prędzej słońce zagaśnie, z prochu powstaną mury Jerycha i przejrzą ślepcy, babilońska ladacznica stanie się dziewicą, niż ja napiszę krótkie opowiadanie. Tak zgodnie twierdzą moi zapiekli wrogowie. Stało się jednak inaczej. A może wręcz najlepiej jak to tylko możliwe. Spod mojego pióra wyszła krótka forma, najzwyklejsza miniatura, bo cóż to jest ta jedna czy dwie raptem stroniczki? Następnie poza moimi plecami rzecz została przejęta i rozdysponowana przez życzliwą mi osobę, powiedzielibyśmy opiekuńczego ducha, no i proszę, mamy rezultaty!
Gdy po niejakim namyśle otworzyłem tamten niespodziewany list, nie pomyliłem się co do swoich przewidywań, wysnutych w oparciu o wyżej wzmiankowane widome znaki pomyślnych wieści. Mało tego. To, o czym donosiły owe wiadomości, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Krótki list pani terapeutki brzmiał:
Witam!
Chciałam poinformować, że zajął Pan I miejsce w konkursie Meandry Rzeczywistości, w dziedzinie prozy. Odbiór nagrody (uroczysty!) 28 X o godz. 10-tej w szpitalu w sali biblioterapii. Fajny prezent, no i za rok drukowanie w tomiku. Gratuluję!
Aneta D.
Konkurs, o którym tutaj mowa, odbywał się w L. już od kilku lat i był ogólnopolskim konkursem literackim. Jednak adresowany był do pewnego, nazwijmy to, specyficznego kręgu osób. Organizowała go istniejąca przy tamtejszym szpitalu i rekrutująca się z lekarzy oraz psychologów Koalicja na Rzecz Zdrowia Psychicznego. W bieżącym roku była to już VIII edycja konkursowa.
Kiedy 28 października przybyłem do szpitala na uroczyste rozdanie nagród, wszystko było zapięte na ostatni guzik. Wcześniej jedna z pielęgniarek oddziałowych została wydelegowana przez szpital i wysłana do L. po odbiór nagród. Jak się bowiem okazało, nasz ośrodek popisał się w tym względzie i prócz nagrody głównej, którą przyznano w konkursie piszącemu te słowa, zaszczytnymi wyróżnieniami uhonorowano paru jeszcze innych uczestników. Już tu na miejscu, w czasie uroczystości rozdania, dyplomy i nagrody rzeczowe wręczała pani Aneta D. Całej uroczystości szpital nadał odpowiednią rangę. Pani Anecie towarzyszył dyrektor szpitala oraz psycholog kliniczny, pani mgr Anna J.-H. Zaproszone czy nie, stawiły się jak jeden mąż wszędobylskie media.
Ale nie widziałem tego na własne oczy. Wiem to wszystko z późniejszej relacji zaprzyjaźnionej terapeutki. Mimo że przybyłem na uroczyste rozdanie nagród, zdjął mnie paniczny strach i po chwili, zanim spektakl rozpoczął się na dobre, zwyczajnie nawiałem. Nie wytrzymałem ogromu napięcia wiążącego się z całą sytuacją, ciężaru ceremoniału, który zniewalająco poczynał zapuszczać swoje śliskie macki w zwykle niedostępne i wolne zakamarki mojego umysłu. Nie mogłem pozwolić na to. I nie zważając na nic, czym prędzej dałem drapaka.
W tej sytuacji dopiero za jakiś czas, przy okazji kolejnego spotkania się w placówce z Anetą D., otrzymałem z jej rąk ładny w swej szacie graficznej dyplom, który zwieńczał mój skromny sukces literacki. Do tego dołączony był barwny tomik poezji i prozy, w którym wydrukowano teksty laureatów konkursu poprzedniej edycji. Tomik nosił tytuł Meandry Rzeczywistości i wydała go oficyna księgarska pod nazwą Polihymnia. Zarówno ciekawa ilustracja na okładce, jak i grafiki pomieszczone w środku książki firmowali profesjonalni artyści, co niewątpliwie podnosiło nominalną wartość tomiku.
Na tym nie koniec upominków. Jako drugą nagrodę rzeczową (obok tomiku) otrzymałem odtwarzacz kompaktowy z kompletem płyt do nauki języka angielskiego. Tym niemniej mam w dalszym ciągu mieszane uczucia, jak idzie o mój udział w konkursie i wiążące się z tym konsekwencje. Z jednej strony moja chwilowa radość z wyników konkursu i należny szacunek dla organizatorów i sponsorów całego przedsięwzięcia, z drugiej zaś pełna udręki świadomość znikomości owego spektaklu i marności w nim mnie jako zbiegłego aktora.
A zatem po tamtej niefortunnej dla mnie uroczystości, niefortunnej bez wątpienia z mojego powodu, zaprzyjaźniona terapeutka, wychodząc naprzeciw skrywanym oczekiwaniom, postanowiła przeznaczone dla delikwenta nagrody rzeczowe wręczyć mu całkiem kameralnie, w atmosferze pełnej intymności. Nie trzaskały tym razem aparaty fotograficzne i nie rozszalały się kamery w świetle jupiterów. Nie przepychali się pismacy ze swoimi obleśnymi mikrofonami, gotowi zniekształcić, sprofanować i wykoślawić każdą prawdę. Było zatem jak należy, bez zbędnego hałasu czy też jazgotu. Już na drugi czy trzeci dzień od owego kameralnego wręczenia mi nagród rzeczowych przez Anetę D., miałem przeczytany w całości tamten dołączony do upominków tomik poezji i prozy. Urzekła mnie szczególnie poezja zawarta w tomiku. A osobliwie wiersze zamieszczonych tam poetek. Jest to skądinąd zrozumiałe. W obrazie świata dostrzegam przede wszystkim kobiety. Co najmniej kilka z nich zasługiwałoby na to, by je tu wymienić. Muszę się jednak streszczać, moi zaprzysięgli wrogowie już zacierają ręce, abym tylko popadł w grzech nieumiarkowania i rozsadził założoną formę do granic nieprzyzwoitości. A poza tym mój cel jest zgoła inny. Czyniąc zadość zamysłowi pragnę opowiedzieć o młodej kobiecie, która w konkursie wyróżniona została nagrodą specjalną. Tę nagrodę jury przyznało w kategorii prozy i otrzymała ją debiutantka, która ukryła się pod pseudonimem literackim: Isia. O ile wszystkie nagrody ufundowano z myślą o osobach z doświadczeniem choroby psychicznej, o tyle wyróżnienie specjalne pomyślane zostało „dla członków rodzin osób dotkniętych chorobą psychiczną”. Tak to właśnie sformułowano w odpowiednich zapisach regulaminu konkursowego, przyjętego przez Koalicję.
Przywołana tu laureatka, w ramach konkursu posługująca się nickiem Isia, była autorką tekstu, który, ujmując to najkrócej, opisywał prawdziwą historię choroby i miłości. Dzięki niewątpliwemu talentowi autorki, jej historia, zatytułowana Bezkrólewie pustych nocy, jawi się jako autentyczna i w swym realizmie do głębi poruszająca. Zresztą nie była żadnym zmyśleniem udającym prawdę, jest rzetelnym zapisem sprawdzalnych faktów, jednocześnie bardzo powściągliwym i oszczędnym w środkach. Ten autobiograficzny zapis to historia miłości i szczęścia rodzinnego, które nagle zły los zaczyna podkopywać.
Już w pierwszych słowach tej historii dowiadujemy się, z jakimi bohaterami przyjdzie nam obcować. Że kobieta, główna protagonistka ma dwadzieścia dziewięć lat, jej mąż trzydzieści jeden, i mają dwóch synów. Młodszy jest w trzeciej, a starszy w piątej klasie. Z kolejnej porcji informacji wynika, że niedługo po tym, jak mąż kobiety stracił pracę, zaczął chorować na schizofrenię paranoidalną. Przytoczone w tekście daty wskazują na to, że jego choroba trwa już prawie sześć lat. Owe podstawowe fakty jawią nam się na początku, już w pierwszym, krótkim akapicie opowiadanej historii.
W dalszym ciągu swej historii narratorka przywołuje tamtą noc, „kiedy to wszystko się zaczęło. Mąż opowiadał mi różne „dziwne” rzeczy, a ja patrzyłam na niego z niedowierzaniem i myślałam, że jest pod wpływem środków odurzających, mówiąc wprost – narkotyków”. I dalej następuje drobiazgowy opis wydarzeń, które potem miały miejsce, zarówno w tę noc, jak i następnego dnia. I systematycznie, krok po kroku narratorka-Isia szczegółowo relacjonuje dramatyczne wydarzenia kolejnych dni, które nieuchronnie miały nadejść: Na stanowcze polecenie męża budzenie dzieci w środku nocy i ucieczka z domu, w którym są jakoby podłożone bomby. Następnie podróż do L., a potem do szpitala do pobliskich Abramowic. Jej pierwsza wizyta w szpitalu u chorego męża, potem na wizycie już razem z dziećmi; powrót do domu i łzy, bo „nie mogłam uwierzyć w to, że mój mąż jest w szpitalu i to w dodatku w <takim szpitalu>”.
Ale któregoś dnia ma miejsce powrót chorego męża z zakładu do domu. Oczywiście jest wtedy podleczony. Jednak stan remisji nie trwa długo, „było to około pół roku i znowu dręczony urojeniami, zamknięty w świecie omamów i głosów, trafił do szpitala.”.
W jednym z kolejnych akapitów znajdujemy opis wszystkich tych trudnych dni, kiedy następuje nawrót choroby. Pełne niepokoju dni poprzedzają każdorazowy powrót młodego człowieka do zakładu. Ten powrót jest którymś już z kolei. Jego żona tak o tym pisze: „Najgorszy w tej całej chorobie jest nie sam pobyt w szpitalu, lecz wszystko, co dzieje się wcześniej. Ja już nawet nie pamiętam, jak można żyć „normalnie” i spokojnie. Ten strach i niepokój, który towarzyszy mi od początku choroby, tkwi we mnie tak głęboko, że nawet w stanie remisji, gdy zobaczę u męża „dziwne” zachowanie, to drżę na samą myśl, iż może to być nawrót choroby. A gdy zaczyna się nawrót, to jest prawdziwy horror. Mąż wtedy zachowuje się niepoczytalnie. Na chybił trafił wyrzuca z domu co popadnie, mówi od rzeczy i opowiada jakieś niestworzone historie. Ja mam świadomość, że to są urojenia, ale nie mogę mu tego przetłumaczyć, jak jest w takim stanie, gdyż święcie w nie wierzy.”. I dalej: „Najgorszy jest ten strach, strach przed tym, co może się wydarzyć, zważywszy na fakt, że niekiedy mąż zachowuje się agresywnie. Noce są upiorne, nie śpię, obserwuję, co on robi, gdzie wychodzi, z czym wraca, przytłacza mnie lęk, boję się zasnąć, boję się odezwać, bo nie wiem, jaka będzie jego reakcja. Jak podejrzewam jakieś zagrożenie, biorę dzieci i niezależnie, czy jest to dzień, czy noc, uciekam do mamy. Nasze dzieci jeszcze nie rozumieją, jaka to choroba, ale jej piętno już się odcisnęło na ich młodym życiu i z tym będą już dorastać. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego tata robi takie dziwne rzeczy, których nie pojmują. Niemniej zdają sobie sprawę, że w domu źle się dzieje, ten wiszący w powietrzu strach czyni z nich ofiary…”. I kontynuując: „Mąż, gdy wychodzi ze szpitala i jest w stanie remisji, stara się być pomocny w domu, opiekuje się dziećmi, jest dla nich dobry, ale one czasami dają mu odczuć, że nie rozumieją jego wcześniejszego zachowania i biorą mu za złe, że się go bały… Dla mnie bolesne jest to, że w gruncie rzeczy, chociaż mam rodzinę, przyjaciół, znajomych, zostaję tak naprawdę sama z tym problemem”. W innym miejscu czytamy: „Każda choroba zwykle budzi lęk, ale ulegając innej chorobie niż psychiczna, człowiek jest tego świadom, chce się leczyć, a schizofrenia jest nieprzewidywalna, nie wiadomo, co może się stać za pięć minut. Jak już pisałam, najgorsze są te nieprzespane noce, kiedy ja nie śpię, bo się panicznie boję zasnąć, a mąż nie śpi, bo w stanie chorobowym nie może zmrużyć oka. Jak trafia do szpitala, to ja zawsze potem odchorowuję, po prostu jestem tak psychicznie zmęczona, udręczona wcześniejszą sytuacją, że przez jakiś czas nie mogę nic robić, nie chce mi się jeść, jestem okropnie rozbita, nie potrafię sobie znaleźć miejsca, pozbierać się ani dojść do siebie. Początkowo jestem zła na męża, że nie brał leków i tak to się skończyło, że musiał pójść do zakładu, potem sama sobie tłumaczę, że to przecież choroba i on wtedy nie myślał logicznie. Gdzieś po tygodniu jego pobytu w szpitalu zaczynam za nim tęsknić, ale za nim takim „normalnym”. Czasami idąc chodnikiem i patrząc na małżeństwa z dziećmi chce mi się płakać, że u mnie w rodzinie jest inaczej, czuję pustkę wokół siebie, jakbym w gruncie rzeczy była sama.”.
Ustawiczne zmaganie się z nieszczęściem, które spadło na tę rodzinę, w ustach młodej kobiety, żony i matki, znajduje też taki wyraz: „Choroba mojego męża zmieniła bardzo wiele w naszej codziennej egzystencji, mówiąc wprost, wywróciła całe dotychczasowe życie do góry nogami. Moje marzenia o szczęśliwej rodzinie legły w gruzach. Została po nich gorycz, został strach, złość i niepewność. Myślałam o studiach psychologicznych, co w obecnych realiach nijak nie może się spełnić. Na razie żyjemy w zawieszeniu, bez widocznej perspektywy i każdy kolejny dzień remisji jest sukcesem. Nawet nie będę próbowała liczyć tych przepłakanych nocy, kiedy nie śpiąc zastanawiam się nad przyszłością moich dzieci i swoją własną, strach mnie ogarnia na samą myśl, jak duże piętno odciśnie ta choroba w ich późniejszym życiu, a niemożliwością jest, żeby wszystko, co przeżywały w dzieciństwie, obeszło się bez echa. To jest egzystencja pełna lęku, trwanie w nieustannym stresie, ciągła obawa, co się jeszcze może wydarzyć. Nawet gdy biorę dzieci z domu i uciekam z nimi do mamy, to tam też nie jestem spokojna, gdyż cały czas myślę jak to będzie, gdy już wrócę. No i co mąż podczas mojej nieobecności wyprawia w domu. A gdy potem wracam, to paraliżuje mnie jeszcze większy strach, serce podchodzi mi do gardła na samą myśl, co tam zastanę, czy wszystko będzie w porządku i czy mąż sobie czegoś złego nie zrobił.”.
Serce się kraje, gdy tak krok po kroku czytamy te przejmujące wyznania. Jednocześnie napawa nas bólem świadomość własnej bezradności. Niestety nie widać też, by ktoś inny potrafił coś zaradzić, zdołał naprawdę pomóc, ulżył jakoś tej nieszczęsnej, skrzywdzonej przez los istocie. Nawet znowelizowana Ustawa o Ochronie Zdrowia Psychicznego, jak na ironię, zdaje się nie tylko nie dopomagać w temu podobnych trudnych przypadkach, lecz wręcz przeszkadza. Najlepiej o tym świadczy taki fragment tekstu tej młodej kobiety, która jest w tym przypadku stroną słabszą, ofiarą splotu niepomyślnych okoliczności: „Przerażająca jest ta bezradność, jak mąż nie chce brać leków i gdy będąc w złym stanie nie chce jechać do szpitala, gdzie bez jego zgody nie mogą go przyjąć. Ta niemoc jest okrutna, wiem, że powinien trafić do zakładu, swoim zachowaniem terroryzuje całą rodzinę, a nic nie potrafię zrobić, aby znalazł się na oddziale. Z doświadczenia wiem, że nie mogę wtedy liczyć ani na pomoc pogotowia, ani policji, wszyscy zasłaniają się przepisami mówiąc, iż bez sądowego nakazu nie mogą zabrać pacjenta, który nie wyraża zgody na leczenie. Rozumiem, iż chora osoba powinna mieć prawo do decydowania o swoim życiu, ale do dziś nie potrafię pojąć, jak człowiek w tak okropnym stanie psychicznym, w jakim często znajduje się mój mąż, ma sam decydować o tym, czy jest mu potrzebne leczenie szpitalne, czy nie. I to jest takie błędne koło, z jednej strony potrzebuje leczenia, ale nie wyraża zgody, więc nie może być przyjęty do zakładu, jego stan się pogarsza, a wszystko inne stoi w martwym punkcie. Czasami tygodniami, co kosztuje mnie bardzo wiele wysiłku i zdrowia, przekonuję męża, iż musi być hospitalizowany, bo inaczej może się to skończyć tragicznie, tym bardziej, że często miewa myśli samobójcze. On wścieka się, nie chce słyszeć o szpitalu, dopiero jak jego stan jest beznadziejny i już nie może sobie poradzić sam ze sobą, decyduje się tam pojechać.”.
W tej opłakanej, trudnej sytuacji można zadać pełne niepokoju pytanie, jak długo da się żyć w ten sposób, skąd ta w istocie słaba kobieta ma czerpać siły do życia, zyskiwać wiarę i niezbędną energię na to, by wychować swoje dzieci? Aby po udręce nieprzespanej nocy, spędzonej na czuwaniu w lęku i strachu, rano, jak gdyby nigdy nic, wyprawić dzieci do szkoły, a samej pójść do pracy? W swojej historii, opowiedzianej tak przejmująco, klarownie i dogłębnie, niejednokrotnie dowodzi nam, że jest nie tylko młodą kobietą wrażliwą i inteligentną, ale także obdarzoną życiową mądrością. I właśnie częściową odpowiedź na dręczące nas pytanie znajdujemy w jej pełnej mądrego spojrzenia, skrupulatnej relacji: „Oczywiście w moim życiu są też powody do radości. Chociażby to, że mam zdrowe, mądre dzieci. Mam mamę, do której mogę zwrócić się o pomoc, przyjaciół, znajomych oraz bliskich sąsiadów, którzy rozumieją moją sytuację i zawsze chętnie mi pomagają; sama świadomość, że za ścianą jest ktoś, kto może i chce mi pomóc w tych kryzysowych chwilach, jest czymś bezcennym.”. Jednak nie możemy czuć się całkiem uspokojeni. Nasza troska, niepokój niestety po chwili odżywają. Bowiem zaraz potem narratorka-Isia dodaje: „Ale tak jak napisałam wcześniej, w gruncie rzeczy i tak zostaję sama z tym strasznym problemem.”. No właśnie, chciałoby się powiedzieć z najgłębszym współczuciem: No, właśnie… Nam pozostaje wierzyć, że los jeszcze uśmiechnie się do niej, Opatrzność o niej całkiem nie zapomni, odwróci nieszczęście albo przynajmniej doda sił, by młoda kobieta mogła znosić przeciwności losu. Można mieć taką nadzieję tym bardziej, że jej duża wyobraźnia i inteligencja nie chcą pozostawać bierne i formułują i kierują pewien niezwykle ciekawy, jak się zdaje, i godny uwagi apel czy pomysł w stronę środowisk związanych ze szpitalem. Mianowicie pisze ona tak: „Myślę, że powinno działać coś takiego, taki program terapii dla rodzin, które mają pośród swych członków osoby chore psychiczne, że byłoby to bardzo pomocne, taka wymiana doświadczeń z kimś, kto też przechodzi coś podobnego.”.
Od tamtej chwili, kiedy tomik Meandry Rzeczywistości trafił do moich rąk, wielokrotnie przeczytałem, zawarte w nim, piękne i poruszające opowiadanie I., że tak krótko nazwę jego autorkę. Opowiadanie wciąż przykuwa moją uwagę i pozostaje dla mnie skarbnicą nader ważkich treści. Zrobiło na mnie wrażenie od samego początku, jako że opisana w nim historia jest autentyczna, bez domieszki fikcji literackiej, i opowiedziana prosto i bez retuszów. Ale żeby w ten sposób opowiadać, trzeba poczuć w sobie iskrę bożą. Autorka-Isia najwyraźniej ją poczuła i szczęśliwie dla nas sięgnęła po pióro.
To są więc z grubsza prawdziwe czynniki, dla których jej tekst ma taką siłę rażenia. Jednak dopiero ostatnio uświadomiłem sobie z całą mocą, że jest jeszcze coś poza tym, co mnie tak przykuło do niego. Odkryłem mianowicie niewątpliwe podobieństwo jej losu z losem mojej matki, kiedy była młoda i miała jej lata. Przedwieczny Stwórca, który dopuszcza na świecie cierpienie i wszystko stwarza tak, by w pełni było niepowtarzalne, jednocześnie nie rezygnuje z podobieństw. Podobieństwami zdaje się szafować szczególnie łatwo i hojnie. Zarówno jak chodzi o rzeczy materialne, jak i też struktury, formy i konstrukcje z dziedziny abstrakcji i ducha. A w tym szerokim spektrum zawierają się przecież także losy ludzkie.
Pierwszym podobieństwem, jak idzie o losy obu kobiet, mojej matki oraz samej I., to są wspomniane już wczesne lata małżeństwa każdej z nich. Również moja matka miała dwadzieścia kilka lat, jak zachorował psychicznie jej mąż a mój ojciec. Ale oczywiście, gdyby podobieństwo kończyło się na tym, to nie byłoby w ogóle sensu dzielić włos na czworo. Uderzających podobieństw jest znacznie więcej. Drugim może być zdecydowanie męska linia potomstwa obu kobiet. I. ma dwóch chłopców na wychowaniu, podobnie moja matka rodziła samych synów. A że to był wczesny czas powojenny, wszystkie kobiety wydawały na świat potomstwo chętniej i częściej, stąd nas braci było pięciu. Dziś mógłby ktoś powiedzieć, że aż pięciu. Dlatego to drugie podobieństwo między obu kobietami jest być może trochę naciągane. Ale nie martwmy się, są jeszcze dalsze analogie. Nigdy nie widziałem I. i nie mogę nic powiedzieć na temat ewentualnych podobieństw fizycznych tych dwu pań. Zapoznawszy się natomiast z autobiograficznym tekstem naszej bohaterki, mam pewne wyobrażenia co do jej charakteru i przymiotów ducha. I tak w niektórych aspektach nasuwa mi się podobieństwo z moją matką, ale że są to wszystko cechy dość trudne do nazwania i niejednoznaczne, więc raczej nie będę wyraźnie na nie wskazywał. Zwrócę uwagę na coś innego, co wydaje się bardziej oczywiste. Moja matka, kiedy zachorował jej mąż a nasz ojciec, miała wyłącznie oparcie w swojej matce, naszej babci. Mówi się tu oczywiście o takim oparciu, na jakie można liczyć zawsze, każdego dnia i w każdej godzinie. Zresztą mieszkaliśmy wtedy na wsi, razem z naszą dobrą babcią we wspólnym gospodarstwie. Mając dwadzieścia trzy lata owdowiała i już nigdy potem nie wyszła za mąż i nie związała się z żadnym mężczyzną. Na równi z naszą matką, bez reszty poświęciła się wychowaniu nas, kiedy byliśmy dziećmi. Z relacji I. dowiadujemy się, że ona też ma prawdziwe oparcie w swojej matce. Na matkę może zawsze liczyć i o tym wyraźnie pisze. Natomiast ani słowem nie wspomina o swoim ojcu. Czyżby jej ojciec nie żył, a może tylko jej rodzice są rozwiedzeni? W każdym razie i tu i tam matka albo odgrywała, albo nadal odgrywa szlachetną rolę, której nie sposób przecenić.
Kolejna sprawa: rodzice męża. I tu znowu są uderzające podobieństwa. Mniejsza o to czy słusznie lub też w jakim ewentualnie stopniu słusznie. W każdym razie nasza matka przez szereg lat była obwiniana przez rodzinę swojego męża za jego chorobę, że przez nią popadł w obłęd. Oczywiście skutkowało to nieprzyjaźnią obu rodzin, w konsekwencji brakiem pomocy ze strony rodziny naszego ojca. Podobnie zdaje się być w przypadku rodziny męża I. Zresztą niech przemówi sama: „Myślę, iż bardzo duże znaczenie ma pomoc rodziny, szczególnie w sensie wsparcia psychicznego. U nas to wygląda trochę inaczej, rodzice mojego męża obarczają mnie winą za jego chorobę i nie pomagają nam w tych najgorszych chwilach. Nie było tak zawsze, gdyż kiedyś na samym początku jego choroby byli bardzo pomocni, a to znaczyło dla mnie wiele i z mniejszym strachem wszystko przeżywałam. Ale tak jak napisałam wcześniej, teraz to się zmieniło, podejrzewam, że przerosła ich cała sytuacja i wolą być „z daleka”. Nie byli nawet na komunii naszych dzieci, co myślę, że też mogło mieć poważny wpływ na stan psychiczny mojego męża.”. Niewątpliwie przykre to. Ale zarazem jakże bardzo prawdziwe!
I na koniec, co się tyczy tropionych przez nas podobieństw. Jakaś wprawdzie tylko częściowa, ale jednak zbieżność nazw miejscowości, gdzie się leczyli, z jednej strony mąż mojej matki, mój ojciec, z drugiej zaś, mąż I. Czyż owa zbieżność jest przypadkowa? Te odległe od siebie miejscowości, w których znajdują się szpitale psychiatryczne, to Branice oraz Abramowice.
Reasumując, podobieństw jest sporo. Z jednej strony wczesne lata małżeństwa mojej matki, z drugiej zaś bieżące małżeńskie życie nieznanej mi bliżej I. Ale to właśnie ona, I., z niedocieczonych wyroków nieba sprawiła, że to, czego nie umiałem zrozumieć w swoich wcześniejszych, młodych latach, tamten brak miłości, serca i współczucia dla cierpiącej matki – wszystko to miało się teraz odmienić, oblec w swoje własne przeciwieństwo i niejako zastępczo zwrócić w pełni ku osobie wcale nie bliskiej, właściwie nieznajomej, ku młodej kobiecie, której nie widziałem na oczy. I gdy nie wiedzieć po raz który biorę do ręki jej wyznania i przebiegam wzrokiem po linijkach tekstu, gdzie jest napisane: „Nawet nie będę próbowała liczyć tych przepłakanych nocy, kiedy nie śpiąc zastanawiam się nad przyszłością moich dzieci i swoją własną, strach mnie ogarnia na samą myśl, jakie piętno odciśnie ta choroba w ich późniejszym życiu, a niemożliwością jest, żeby wszystko, co przeżywały w dzieciństwie, obeszło się bez konsekwencji”, to jakbym widział i słyszał moją matkę sprzed lat, która musiała przeżywać to samo i tak samo cierpieć, lecz jej ból i zmartwienia były wówczas dla mnie niedostępne.
Wkrótce potem, jak z rąk terapeutki Anety D. odebrałem w miejscowym szpitalu swoją nagrodę i od deski do deski przeczytałem tomik Meandrów Rzeczywistości, wysłałem do L. list z podziękowaniem „za zaszczyt, jaki mi przypadł w udziale, gdy niespodzianie dla mnie przyznano mi w konkursie I nagrodę w dziedzinie prozy.”. List wysłałem dokładnie 3 listopada. Napisałem też, jak wiele radości dostarczyła mi lektura tomiku, a w szczególności zawarta w nim poezja. Jednak to, co zrobiło na mnie największe wrażenie „to tzw. wyróżnienie specjalne (dla członków rodzin) za pracę pod pseudonimem Isia. Tekst ten, zatytułowany Bezkrólewie pustych nocy, bardzo mnie poruszył. Z wielu różnych względów jest materiałem nad wyraz wartościowym. Ma tak wiele zalet, iż trudno byłoby go przecenić.”. Nie omieszkałem gorąco pogratulować Koalicji „pomysłu, by w swoich tomikach pokazywać również tę niejako <drugą stronę medalu>”. I już na sam koniec wyraziłem prośbę: „Byłbym wdzięczny, gdybyście Państwo umożliwili mi kontakt listowny z Isią. Chciałbym napisać do niej parę słów.”.
Jednak nie otrzymałem żadnej odpowiedzi na swój list.
Pod koniec stycznia następnego roku, w czasie jakiejś luźnej rozmowy z Anetą D., wspomniałem o I. i jej opowiadaniu. Pani Aneta zainteresowała się bliżej sprawą i z własnej inicjatywy telefonicznie skontaktowała z L. i tamtejszym zespołem koalicjantów. Przez telefon rozmawiała z zastępcą przewodniczącego Zespołu. Uzyskała od niego nazwisko pani psycholog Barbary G.-D., do której powinienem się tymczasem zwrócić ze swoją prośbą odnośnie nawiązania z I. kontaktu listownego. Pani psycholog miałaby być ewentualnie pośredniczką. Oczywiście dalej wszystko zależałoby już tylko od I., czy zechciałaby odpowiedzieć na mój list. Jednocześnie pan doktor, z którym rozmawiała Aneta, wyraził żal i polecił mnie przeprosić za brak odpowiedzi na mój wcześniejszy list, co tłumaczył natłokiem wielu różnych spraw, które się tak niekorzystnie spiętrzyły w ostatnim czasie.
Naturalnie zastosowałem się do proponowanej mi procedury czy też drogi. Niebawem wysłałem do pani psycholog w jednej dużej kopercie dwa listy. List przewodni skierowany był do niej, natomiast drugi list w środku (w zaklejonej i nie zaadresowanej kopercie, miałaby to ewentualnie zrobić pani psycholog, nakleiłem jedynie znaczki kwalifikujące list jako polecony) przeznaczony był dla I. W liście dla pani psycholog krótko przedstawiłem motywy swojej chęci nawiązania kontaktu z I. Napisałem, że przede wszystkim chciałbym jej podziękować za historię tchnącą prawdą i autentyzmem, którą dzięki talentowi umiała opowiedzieć w sposób wzruszający, językiem prostym i jednocześnie pięknym. I dodałem: „Mam podziw dla jej zmysłu obserwacyjnego oraz nie tak znów częstej u ludzi umiejętności jasnego formułowania myśli. Od jakiegoś czasu próbuję swoich sił w twórczości literackiej i wydaje mi się, że mógłbym na tej płaszczyźnie znaleźć z nią wspólny język.”. I już na koniec ponowiłem swoją prośbę o umożliwienie mi kontaktu listownego z I. Natomiast w liście do I. opisałem krótko, jak natrafiłem na jej Bezkrólewie pustych nocy, jak ten tekst poruszył mnie do głębi, gdy go tylko wziąłem do ręki, jak zapragnąłem jej o tym powiedzieć i nade wszystko podziękować za prawdziwą historię opowiedzianą prosto i bez upiększeń. I dodałem: „Ale żeby tak właśnie opowiadać, potrzebna jest do tego spora doza talentu. Pani go posiada i sądzę, że nie przypadkiem sięgnęła Pani po pióro. Serdecznie gratuluję i życzę na tym polu wielu dalszych sukcesów.
Może jednak przede wszystkim życzę Pani oraz Pani mężowi, by jego choroba, która tak niespodzianie zaczęła od jakiegoś czasu burzyć spokój i podkopywać Wasze szczęście małżeńskie i rodzinne, wycofała się i ustąpiła na dobre. Jesteście bliskimi sobie młodymi ludźmi, potrzebujecie się nawzajem, macie wspólne dzieci. I tym bardziej życzę Wam tego z całych sił! ”.
W odpowiedzi na mój list skierowany do pani psycholog otrzymałem sms, w którym mi donosiła, że ma wiele adresów, ale I. akurat nie. Że będzie się musiała skontaktować z doktorem M. (patronem i kierownikiem konkursów literackich), który prawdopodobnie dysponuje adresem interesującej mnie osoby. By wyrazić wdzięczność i podziękować za esemesa, zatelefonowałem do pani psycholog. Rozmowa telefoniczna upewniła mnie o jej życzliwości oraz przychylnym nastawieniu do całej sprawy. Odniosłem wrażenie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by uczynić zadość mojej prośbie. „Ale musimy poczekać, kolega teraz akurat się przeprowadzał, mieszka trochę na walizkach, musi się pan uzbroić w cierpliwość.”.
Potem jeszcze parokrotnie kontaktowałem się przez telefon z panią psycholog. Naturalnie zawsze w jej wolnym czasie. A nie miała go nigdy pod dostatkiem. Rozmowy nasze były krótkie i często urywane. Próbowałem w nich poruszyć interesujące mnie tematy. Dotyczyły różnych kwestii.
Ale przede wszystkim w żywo interesującej mnie sprawie I. dowiadywałem się zawsze czegoś nowego. Żebym był dobrze zrozumiany! Naturalnie ani ja ze swej strony nie wypytywałem o nic, co z oczywistych powodów musiało pozostać dla mnie zakryte, ani też pani psycholog nie zamierzała wyjawiać czegoś, co przynależało do tajemnicy lekarskiej, co mogło sprzeciwić się dobremu obyczajowi, jak też sprzeniewierzyć ochronie danych osobowych.
Niemniej jednak, pamiętając o wszystkich tych ograniczeniach, któregoś dnia pani psycholog nie pytana, z własnej inicjatywy wyjawiła, że I. mieszka w Z. A więc jednak miasto! – pomyślałem wówczas. – Tak jak moja intuicja podszeptywała mi to od samego początku. Niemniej wiadomość ta była dla mnie ogromną radością. I byłem oczywiście bardzo wdzięczny za jej udostępnienie. Rzecz miała miejsce w jakieś dwa tygodnie po tym, jak pani psycholog poinformowała mnie, że ma już adres I. Ta pierwsza wiadomość o posiadaniu adresu była dla mnie oczywiście znacznie ważniejsza i radośniejsza, choć zarazem pełna niepokoju. Naturalnie dokładny adres miał cały czas pozostawać w rękach pani psycholog. Dalsza strategia przyjęta przez nią, jakkolwiek w porozumieniu ze mną, polegała na tym, żeby teraz dysponując adresem uzyskać numer telefonu I., oczywiście o ile go posiada. Tą właśnie drogą pani psycholog chciała się najpierw rozeznać w sytuacji domowej i rodzinnej I., co zresztą było ze wszech miar słuszne. Po wielu zabiegach w tym względzie okazało się jednak, że I. nie posiada żadnego telefonu. Pojawiły się więc dodatkowe trudności i kłopoty. W końcu stanęło na tym, że pani psycholog będzie musiała, cały czas mając na uwadze wstępne rozeznanie się w sytuacji, wysłać do I. swój list, w następstwie którego najpierw sama spróbuje wyrobić sobie zdanie i uzyska pogląd w interesującej nas sprawie. A dopiero w dalszej kolejności poszedłby ewentualnie mój list, który tymczasem cierpliwie czekał u niej w L. na swoją dalszą podróż do Z.
Tak to mniej więcej wyglądało, było więc nad czym głowić się i pracować.
Ze spraw łatwiejszych pozostawała kwestia prawdziwego imienia I. Od początku było wiadomo, że I… to pseudonim. Równocześnie przewidywałem, że I. może być zdrobnieniem od innego, dobrze znanego imienia. W postscriptum listu do niej, który przesłałem w kopercie z listem dla pani psycholog, napisałem: „Isia to oczywiście pseudonim. Ciekaw jestem jak faktycznie ma Pani na imię? Czyżby Isia było zdrobnieniem od któregoś już zdrobniałego imienia, np.: Agnisia, Monisia, Zdzisia, itd., itp.?”.
Czas pokazał, że byłem na dobrym tropie. Któregoś dnia, znowu bez jakichkolwiek moich starań w tym kierunku, a jedynie dzięki swojej wspaniałomyślności, pani psycholog była uprzejma zdradzić mi, że „ona ma na imię Monika”. Byłem podwójnie szczęśliwy. Że już w końcu wiem, jak się naprawdę nazywa i że właściwie niemal odgadłem jej imię w pełnym brzmieniu.
I na dzień dzisiejszy to szczęście musi mi wystarczyć. Już na sam koniec w swojej pięknej i poruszającej historii Mon-Isia napisała: „Moje teraźniejsze życie to jak siedzenie na bombie, która nie wiadomo, w której chwili może wybuchnąć. Mogę je też porównać do huśtawki, „czasami” łapię równowagę, ale jest to tylko jedna „piękna”, ale zawsze za krótka chwila.”.
Od tamtego dnia, kiedy w trakcie jednej z rozmów telefonicznych pani psycholog przekazała mi dobrą wiadomość, że już wysłała do I. swój list, upłynęły prawie dwa miesiące. Pod koniec kwietnia terapeutkę, Anetę D., pozbawił życia mąż szaleniec, były pacjent szpitala psychiatrycznego. Niełatwo się pogodzić z tą okrutną i absurdalną śmiercią, która podkopuje wiarę i pozbawia nadziei. Tymczasem kończy się miesiąc maj. Pora roku szczególnie piękna. Dni wymarzone, słoneczne, rześkie, w sam raz ciepłe. W pobliskim parku, do którego przychodzę, siadam na ławce i w liniowanym brulionie spisuję historię, której główną bohaterką jest I. Wokół roztacza się biel i młoda zieleń i czuję aromatyczną woń kwitnących akacji. Historia moja dobiega końca. Przez te niespełna dwa miesiące, kiedy pani psycholog wysłała do I. swój wstępny list, nie otrzymała od niej żadnej odpowiedzi, choć w swoim liście na swój sposób starała się okazać zrozumienie dla jej problemów, jak się zdaje z wielką troską wyszła naprzeciw wcześniejszym jej oczekiwaniom wyrażonym w Bezkrólewiu pustych nocy, i zaproponowała odpowiednie stowarzyszenia działające tak w L., jak i na miejscu w Z., gdzie I. mogłaby w jakimś stopniu odreagować dokuczliwe stresy wiążące się z jej sytuacją domową. W zaistniałych okolicznościach, których to deprymujący brak odpowiedzi popsuł nieco szyki, mój list nie dostał zielonego światła i z konieczności utkwił w L. W rezultacie nie wiadomo, co się dzieje z trochę tajemniczą I., jakie ewentualnie zmiany czy wydarzenia zachodzą w jej rodzinie i życiu. Jednak całość nie wygląda optymistycznie. Oby moje złe przeczucia nie okazały się prawdą.
I to już wszystko. Moi zaciekli wrogowie niechaj świętują Noc Walpurgii z okazji, że znowu wysmażyłem beznadziejnie długie, nudne i pozbawione akcji opowiadanie. Że sztuczna i wydumana historia została opowiedziana językiem ciężkim i niestrawnym, za pomocą zdań ponad miarę rozwlekłych i mało ekonomicznych. Udławcie się kością niezgody, pozbawieni wyobraźni, złośliwi i podli nikczemnicy!
jeśli chciałoby Ci się jeszcze raz przejrzeć tekst pod kątem interpunkcji, bardzo proszę zrób to i wskaż miejsca, gdzie są jakieś usterki. I ewentualnie, które zdania zaczynające się od spójników szczególnie Cię rażą. W obu przypadkach jestem skłonny nanieść poprawki.
Może? do którego przychodzę?
Przeczytałem całość. Z w miarę świeżym umysłem.
To co napisałeś, zapisałeś jest naprawdę ciekawe, poruszające. Nie wiem tylko czy jest to opowiadanie - może swoisty reportaż-opowiadanie. Brzmi jak relacja. Co oczywiście nic tekstowi nie ujmuje.
Nie rozumiem jedynie ostatniego akapitu dotyczącego Twoich przyszłych czytelników.
Trochę to dziwne tak z góry zakładać, że się nie będzie podobało.
Dziś każda nowa wiadomość budzi przedwczesny lęk. Kiedy jednak tamtego jesiennego przedpołudnia, które wyłaniało się powoli z pochmurnego i dżdżystego poranka, i w którym zaczęła się ta historia, wyjąłem ze skrzynki pocztowej list i obejrzałem go pobieżnie, to zanim otworzyłem kopertę byłem przekonany, że nie kryje niczego złego. - przecinek przed : i w którym
Dziedzinę, którą uprawia, i która póki co zapewnia jej środki do życia, Aneta nie wybrała z przypadku. - przecinek przed : i która
No, a potem tamten list, z którego dopisku na kopercie wiedziałem od razu, o jaki konkurs może chodzić - postawiłabym przed : a
A może wręcz najlepiej jak to tylko możliwe. - skończyłabym znakiem zapytania
Albowiem mimo że przybyłem na uroczyste rozdanie nagród, zdjął mnie paniczny strach i po chwili, zanim spektakl rozpoczął się na dobre, zwyczajnie nawiałem. albowiem zbędne
A gdy zaczyna się nawrót, to jest prawdziwy horror.- przecinek po: nawrót
Jak podejrzewam jakieś zagrożenie, biorę dzieci i niezależnie, czy jest to dzień, czy noc, uciekam do mamy - powtarzasz spójnik czy, a więc przed drugim czy - przecinek.
Jak trafia do szpitala, to ja zawsze potem odchorowuję, - przecinek przed: to ja
jestem okropnie rozbita, nie potrafię sobie znaleźć miejsca, pozbierać się ani dojść do siebie. - bez przecinka przed: ani
Nam pozostaje wierzyć, że los jeszcze uśmiechnie się do niej, Opatrzność o niej całkiem nie zapomni, odwróci nieszczęście albo przynajmniej doda sił, - bez przecinka przed: albo
Powyżej w kursywie wprowadziłam swoje widzenie interpunkcji - dla ścisłości.
Dalej też wpadek kilka, ale już mi oczy po dniu dzisiejszym wysiadają...
Co do zaczynania zdań spójnikami. Pewnie chodziło o nadanie tekstowi klimatu potoczności, strumienia mysli itd, ale za gęsto trochę - jak dla mnie.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Przede wszystkim bardzo dziękuję za miłe słowa i generalnie tak dobry odbiór.
Nie mam też nic przeciwko, jeśli się tekst odczyta jako swoisty reportaż-opowiadanie.
Jak chodzi o ostatni akapit, nie rozciągałbym go na ogół czytelników. Narrator opowiadania w swojej końcowej wypowiedzi zwraca się raczej do jakiejś części przyszłych czytelników. Być może nawet niektórych z nich zna bliżej.
Raz jeszcze serdecznie dziękuję i przesyłam pozdrowienie.
Przede wszystkim bardzo dziękuję, że bezinteresownie zadałaś sobie trud wyszukania interpunkcyjnych usterek w moim tekście.
Na tym polu nikt zdaje się nie jest wolny od wpadek i chyba jednak nie wszystkie Twoje uwagi i sugestie są trafne. Co do zaczynania zdań spójnikami, nie przedstawiasz jakichś argumentów przeciw, raczej sama zaznaczasz, że nie lubisz. Z lubieniem czy nie, jak wiadomo, się nie dyskutuje. Zatem ten problem uznaję za niebyły.
Dziś każda nowa wiadomość budzi przedwczesny lęk. Kiedy jednak tamtego jesiennego przedpołudnia, które wyłaniało się powoli z pochmurnego i dżdżystego poranka, i w którym zaczęła się ta historia, wyjąłem ze skrzynki pocztowej list i obejrzałem go pobieżnie, to zanim otworzyłem kopertę byłem przekonany, że nie kryje niczego złego. - przecinek przed : i w którym
[Mój komentarz: Chyba jednak nie masz racji. Zostawiam, jak było, bez przecinka.]
Dziedzinę, którą uprawia, i która póki co zapewnia jej środki do życia, Aneta nie wybrała z przypadku. - przecinek przed : i która
[Mój komentarz: Zostawiam, jak było, bez przecinka.]
No, a potem tamten list, z którego dopisku na kopercie wiedziałem od razu, o jaki konkurs może chodzić - postawiłabym przed : a
[Mój komentarz: Nie zaszkodzi dać przecinek, choć z tego, co wiem, nie ma tu żelaznej reguły. I w książkach różnie można zobaczyć.]
A może wręcz najlepiej jak to tylko możliwe. - skończyłabym znakiem zapytania
[Mój komentarz: Dobra sugestia. Wprowadzę znak zapytania.]
Albowiem mimo że przybyłem na uroczyste rozdanie nagród, zdjął mnie paniczny strach i po chwili, zanim spektakl rozpoczął się na dobre, zwyczajnie nawiałem. albowiem zbędne
[Mój komentarz: Właściwa sugestia. Pozbędę się albowiem.]
A gdy zaczyna się nawrót, to jest prawdziwy horror.- przecinek po: nawrót
[Mój komentarz: Rzeczywiście, zgubiłem przecinek.]
Jak podejrzewam jakieś zagrożenie, biorę dzieci i niezależnie, czy jest to dzień, czy noc, uciekam do mamy - powtarzasz spójnik czy, a więc przed drugim czy - przecinek.
[Mój komentarz: Jak wyżej, zgubiłem przecinek.]
Jak trafia do szpitala, to ja zawsze potem odchorowuję, - przecinek przed: to ja
[Mój komentarz: Oczywiście, ta sama sytuacja, moje przeoczenie przecinka.]
jestem okropnie rozbita, nie potrafię sobie znaleźć miejsca, pozbierać się ani dojść do siebie. - bez przecinka przed: ani
[Mój komentarz: Słuszna uwaga.]
Nam pozostaje wierzyć, że los jeszcze uśmiechnie się do niej, Opatrzność o niej całkiem nie zapomni, odwróci nieszczęście albo przynajmniej doda sił, - bez przecinka przed: albo
[Mój komentarz: Słusznie, przecinek przed albo zbędny.]
Raz jeszcze dziękuję za włożoną pracę. Jestem wdzięczny.
Poczytaj o zbitkach spójnikowych. Dobrze radzę i z serca... Ale jak uważasz...
Co do zaczynania od spójników... Rzecz nie w moich upodobaniach, bo argumentacja z mojej strony jednak jest - znajdź równowagę. Kolokwialność widoczna jako strumień myśli, ale bez przesady, bo nadmiar zawsze daje po oczach.
Taniec z interpunkcją? W swoich tekstach też się staram, żeby było korekt. I co? Czytam i wpadki zaliczam, i szlag mnie bierze, bo zasady znam, a tu i tam - wpadziocha.. Ślepa u siebie - widząca u innych. Jak to działa? Nie wiem...
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Ja wiem - pracowałem dziesięć lat w drukarni jako projektant. Mimo, że nie piszę tak znowu źle, zawsze prosiłem, by ktoś sprawdził. No i raz zostały "akukulatory", a drukarz zawołał po skończeniu druku: "a kuku" .
Co do interpunkcji - wg mojej, biednej wiedzy Ela wszędzie ma rację . Sporo również trzeba byłoby dołożyć.
Opowiadanie? Przeczytałem jako pierwszy, tuż po opublikowaniu, ale ponieważ nie bardzo mi się podobało, nie napisałem nic. Przyczyną był ostatni akapit.
chciałbym parę słów w spornej kwestii. Mam tu na myśli dwa przykłady, które zaczerpnęłaś wcześniej z mojego tekstu. Chodzi o:
Dziś każda nowa wiadomość budzi przedwczesny lęk. Kiedy jednak tamtego jesiennego przedpołudnia, które wyłaniało się powoli z pochmurnego i dżdżystego poranka, i w którym zaczęła się ta historia, wyjąłem ze skrzynki pocztowej list i obejrzałem go pobieżnie, to zanim otworzyłem kopertę byłem przekonany, że nie kryje niczego złego. - przecinek przed : i w którym
Dziedzinę, którą uprawia, i która póki co zapewnia jej środki do życia, Aneta nie wybrała z przypadku. - przecinek przed : i która
Otóż nie jest potrzebny przecinek w tych miejscach, gdzie go wstawiłaś.
W Słowniku ortograficznym języka polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji czytamy:
Nie stawiamy przecinka przed spójnikami i zaimkami, jeśli występują one we współrzędnych zdaniach pobocznych po spójniku łącznym lub rozłącznym, np.:
Mówił, że zostaje w Warszawie i że zdaje egzamin.
Mówił, że zostaje w Warszawie, że musi pracować i że zdaje egzamin.
Wiem, jak wygląda i jak funkcjonuje.
Niejednokrotnie podziwialiśmy wiatraki, które w przeszłości oddawały nieocenione usługi i które dziś jeszcze są ozdoba naszego kraju.
Wszystko to można znaleźć we wspomnianym słowniku w punkcie 7. rozdziału Przecinek między zdaniami współrzędnymi. Słownik… Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 1994.
El, rzeczywiście, w tym „tańcu z interpunkcją” każdy może niechcący nastąpić na nogę. Inaczej mówiąc popełnić błąd lub ulec zwykłemu przeoczeniu.
muszę Cię zmartwić, że Ela nie wszędzie ma rację, jak byś tego pragnął. Próbujesz mi dołożyć, ponieważ jak sam piszesz: Sporo również trzeba byłoby dołożyć. Ale nie uda Ci się. Jednak niezależnie od tego, że Eli wyjaśniłem wyżej, w których miejscach się myli, zawsze możesz zebrać grupę kolegów, którzy chętnie Cię poprą i na zasadzie większości głosów ustalicie prawdę. W demokracji to nie taka rzadka rzecz, że o prawdzie orzeka się na podstawie głosowania. Mniejsza o rzeczywistą rację.
Możecie też w drodze głosownia ustalić, że całe moje opowiadanie jest do niczego.
W swoim komentarzu stwierdzasz, że „opowiadanie nie bardzo Ci się podobało, ale nie napisałeś nic”. Myślę, że lepiej byś zrobił, gdybyś dalej milczał. Mnie też Twój wierszyk niezbyt się podobał i siedziałem cicho. Prawdę powiedziawszy, prędzej byś mnie zaskoczył, gdyby Ci się spodobał mój tekst. Uzasadniasz swoją niechęć w ten sposób: „przyczyną był ostatni akapit”. A przecież w swoim poście do Marka wyjaśniłem, że według wszelkiego prawdopodobieństwa ostatnią wypowiedź narrator opowiadania kieruje do stosunkowo wąskiej grupki czytelników. Ty jednak z uporem maniaka pozostajesz przy swoim. Czyżby Cię coś zabolało i masz w tym jakiś interes, żeby tak się oburzać na wypowiedź narratora i bronić nikczemników?!
co do prozatorskich zasad, nie mam kompetencji w tym kierunku żeby sugerować poprawki
mogę jedynie szczątkowo o fabule, która mi nieobca, a wręcz bliska,
ale czy może być inna dla kogoś, kto swego czasu odbywał praktykę med.
w tychże Abramowicach wspomnianych przez Isię,
niejednokrotnie siedząc z pacjentami pod łóżkiem, bo właśnie trwał nalot...
wciąż patrzysz mi na ręce
nie mam broni
ale każda chwila
amunicją
tym nieoczekiwanym zjawieniem się sprawiłaś mi ogromnie miłą niespodziankę. W dodatku znasz z autopsji nie tylko problemy, które poruszam w tekście, ale nawet jedno z zasadniczych miejsce opisanego dramatu. To coś niesamowitego. Czuję się trochę tak, jakbym rzeczywiście spotkał jakąś boginię, piękną nimfę, która mi opowiada takie niewiarygodne rzeczy. A jednak wszystko prawda. Dzięki Ci za to…
Dużą siłę wyrazu mają również słowa Twojego wiersza, które zechciałaś przytoczyć…
Wiem, że kobiety lubią często zmieniać swój image. Jednak ten wizerunek, który jako jedna z najpiękniejszych nimf przybrałaś ostatnio, jest wyjątkowej urody i ku uciesze nie tylko panów powinnaś pozostać przy nim jak najdłużej.