Próba samobójcza godności z szuflad wyciąganej, co wieczór. Po co te krzyki i delikatne płateczki mleka? Po co te szarże i korale sklecone na mączne szyje? Po co szmaciane laleczki, futrzane króliczki, babeczki, szklane kuleczki, baniaki i mieszki? Pochyły Dom stawiamy sobie. Nawzajem kruszymy ostatnie mleczne zęby, mydlimy szare dłonie…czytamy o ruskich kopułach. I nic nam nagle nie przychodzi ani w pomocy, ani w senności. Krawędź niskiego muru, a za nią dorodne grusze z gatunku wojennego…stoję i patrzę w chorej pozie za mur i ani drgnę. Kondorem potem siadam na atomie jednego z powietrz i wiszę, póki nie zestrzeli mnie klaun Nigdy. Pompony, drażetki, imbirowe fiolki, obleśne gładzenie i szkło. Chmury zbierają się w innym miejscu. Szemrany Bóg – zawdzięczam mu życie. Kładę usta na stole i czekam aż przylepi się chleba okruch. Przyjmij Okruchu tą rozpacz…