Wysłany: 2010-09-20, 22:37 1. Jak mogłeś nie zauważyć niedźwiedzia polarnego?
1. Jak mogłeś nie zauważyć niedźwiedzia polarnego w swojej kuchni?
Moje oko bywa czerwone, jest więc galaktyką moczoną
w alembikach z bourbonem.
Widziałem - szedł pomostem rzuconym daleko w morze,
pod pachą trzymał: gazetę, butelkę i dramat w twardej
osłonie. I niebo opierało się na jego ramionach, on parł
po tafli. Morze dźwigało jego stopy, on unosił niebo.
Moje oko bywa niebieskie, jest więc pasmem górskim
spiętrzonym na twardym bielmie.
.........................................Lunatyk, Maj 2010
POKÓJ NR 1(czerń)
Do momentu, w którym Doktor Malina nie zwrócił mojej uwagi na dziwne skrzypnięcia za i przede mną, nie miałem świadomości, że owe skrzypnięcia następują. Prawdę mówiąc, całe życie koncentrowałem się raczej na rzeczach i zjawiskach występujących w ciasnym obrębie własnego ciała. Ludzie tacy i owacy często brali za złe fakt, że zatrważająco mało uwagi poświęcam nie tyle ich ciałom, co przestrzeni między nimi. Twierdzili, że właśnie dbanie o sferę ,,między”, jest kluczem do zgranej i użytecznej światu interakcji. Nie mogłem tego pojąć – w całym swym zarozumialstwie i cieple wewnętrznym, które ratowało mnie od zupełnej rozpaczy, byłem przekonany, że …
- Słyszy pan? – rzucił tonem wystarczająco niedbałym i obojętnym, by mnie zainteresować.
- Co mam słyszeć?
- Niech pan się wsłucha. Tuż za panem. Tuż przed panem. No? – łypnął cytrynowym okiem i powrócił do zaszywania pacjenta, przekonany widocznie, że nic już z tego nie będzie. I wtedy usłyszałem; dźwięk wydobywający się z centymetrowej niszy powietrza nad podłogą opływał białe buty doktora, opływał też moje buty i podgryzał nogawki.
- Słyszę – krzyknąłem niemal, podniecony tym, że pierwszy raz od tygodni, a może i miesięcy, coś zdołało mnie zaskoczyć, zmartwiony jednak, że zaskoczenie po paru sekundach wywietrzeje i zostanie zastąpione tylko uroczym zabrnięciem w ślepe uliczki własnej, a jakby cudzej wyobraźni, położyłem dłoń na zimnym i bladym brzuchu pacjenta. Pod palcami bulgotały płyny niepewne przyszłości i burczały uśpione komory serca. Spojrzałem na doktora. Doktor Malina palcami długimi jak odnóża pająka manewrował między kością, tłuszczem i pajęczyną naczynek.
- Niech pan już idzie – spojrzał na mnie przelotnie i spuścił znowu wzrok. Widocznie stwierdził, że nie jestem zdatny do jakiejkolwiek operacji. Najpewniej ma mnie za martwego – pomyślałem. Prędzej wywróciłby mnie na drugą stronę jak kieszeń poklejoną gumą do żucia, niż próbował ,,coś jakoś we mnie” pogmerać. Rozmyślając po raz wtóry nad byciem nieuleczalnie niczym, poderwałem z fotela moją marynarkę i wyszedłem z mieszkania. Wychodzę z mieszkania jak najciszej. Naciskam delikatnie klamkę (czasem klamka schodzi w dół przez kilka minut, a wraz z nią schodzę i ja – niżej i niżej, z bolącym coraz intensywniej kręgosłupem), jak gdybym otwierał lodówkę olbrzyma śpiącego niepewnym snem za ścianą z papieru. I cały jestem zakłębiony we wstręcie do siebie samego - kiedy uderzę mocniej drzwiami, kiedy obetrę kluczem ścianki zamka mocniej, niż tego pragnąłem, albo kiedy po - zdawałoby się - genialnie i monstrualnie cichym zamknięciu drzwi, potykam się na schodach o źle złożoną szmatę. Nie wiem w takim momencie, czy usiąść i płakać, czy raczej wrócić do domu i spróbować wyjść ponownie. Nie wiem ile herbat mogłoby mnie z takiego stanu naprostować, licząc nawet, że każda herbata noszona byłaby przez miłość każdego mojego życia.
POKÓJ NR 2 (biel)
- Po prostu wbijasz numer stolika, liczbę gości, zamówienie, no i to leci do kucharza. Jak krzyknie, odbierasz jedzenie i podajesz do stolika, ok?
I zupełnie nic nie rozumiem. Mam na myśli: kiedy ona mówi to wszystko, mam wrażenie, że prę wydarty i wyrzucony gdzieś daleko poza życie, w gęstą od pytań i hałasu przestrzeń. To trzecia godzina próbnego dnia pracy. Po raz piąty poprawiam czarny ręczniczek barmana zawiązany na biodrach. Czekam więc oparty o szklaną tęczę alkoholu, aż goście wychłepcą łańcuszek gorzkiej kawy. Najchętniej stanąłbym za plecami każdego gościa i ciasnym warkoczem trzech stalowych noży rozpruł poszewkę ich gardła. Pijcie, pijcie, ich wargi nabrzmiały i zbrązowiały od ciągłej gadaniny. Kelner! Jestem też kelnerem, więc podchodzę do stolika. Biorę puste filiżanki i wrzucam wszystko do zmywarki, która jednak nie zmywa, bo tylko paruje, co powoduje, że muszę po niej usuwać wszelkie ciemne ślady – jestem także pomywaczem.
Blondyn wpada do lokalu. Gdzie byłeś? Już dawno po skoku, pomarańczowy dostał w brzuch.
Pierdolę to, rzucam fartuszek, rozcinam wskazującym palcem fałdy alkoholowej tęczy (rozcięcie na tym palcu dokuczać mi będzie przez kilka następnych dni) i wybiegam na ulicę, a tam, ludzie, czekają na mnie, z bronią przy własnych skroniach. Czekali odkąd wszedłem tutaj do pracy – na próbę. Zaraz zaczną strzelać. Pojedynczo. Brudząc kołnierzyk partnera po lewej. Aż zabraknie kołnierzyków. Aż zabraknie wszystkiego, co może być w życiu po lewej stronie.
POKÓJ NR 3(czerwień)
Dłoń zazwyczaj czerwienieje. Zasłonisz żaluzje? Ona siedzi przy pianinie (czyżbym znowu podszywał rzeczywistością rzeczywistością? A jednak widzę przecież, jak siedzi, jak spływa jej cień ze ściany, jak spływa jej ciało z cienia). Węzły na plecach znikają pod warstwą tłuszczu, by po chwili wypłynąć w innym miejscu, a tymczasem nitka kręgosłupa skręca się regularnie w lewą stronę. Nie drażni mnie zupełnie jej pogodne oblicze, sam też wiercę się po białym prześcieradle. Czy byliśmy kiedyś spokojniejsi?
Arturze? Obudź się, jestem kontynentem, po którym skazany będziesz wędrować. I uchem, w które zmuszony będziesz wyszeptywać duszę. Załóż ciepłą czapkę i wyjdź wreszcie.
Arktyko.
Dłoń zazwyczaj bezwiednie opada. Jej ziarniste policzki trwają skurczone w uśmiechu. Potem tak trudno rozprostować mięśnie. Czy wiesz, że Rodrigo, zanim przystępował do portretowania, zawiązywał oczy zarówno sobie, jak i modelkom, by następnie wędrować dłonią i pozwalać, by dłoń przeciwna wędrowała również, szukała rozkurczeń, wpadała w zagłębienia? A nie chodziło mu wcale o to, by poznać wcześniej swoje rekwizyty. Nie! Miało to raczej służyć wzajemnemu otwarciu - kobiety znające jego skórę, grubość żył jego przedramienia, rozłożenie jego mięśni, potem ze spokojem i uległością parowały, oddając płótnom znajomość własnego ciała.
Rodrigo? Taki malarz nigdy nie istniał.
Gdy się obudziłem, wielki biały zegarmistrz wpompowywał szybko krzepnący kontrast w siatkę podłogowych fug. Okna rozwarły się, a do naszego mieszkalnego brzucha - wypełnionego teraz rozpaczą – zaczęły wpadać wirujące płatki śniegu.
Na środku kuchennej podłogi spoczywa martwy niedźwiedź polarny, a między jego łapami - ona. Nagie łydki i nabrzmiałe uda przeplatają się nieregularnym ściegiem z zakrwawioną już mocno sierścią.
Arktyka płacze jeszcze długo potem, nie mogąc ułożyć w głowie myśli, że przez tyle miesięcy nie zdołaliśmy zauważyć niedźwiedzia polarnego w naszej kuchni. Łypie na mnie cytrynowym okiem: jak mogłeś nie zauważyć niedźwiedzia polarnego w swojej kuchni?
Ostatnio (pisali o tym, mówili) jakaś starsza pani "naszła" w swojej ubikacji/łazience (?) węża - anakondę... ale bym zwiewał!
korien napisał/a:
Rodrigo? Taki malarz nigdy nie istniał
Jak wielu z nas. A co najmniej ja!
Czy jeśli nie potrafi się podejmować decyzji, jeśli nie porafi się być asertywnym - to się istnieje?
Chyba tylko "jakoś"...!