Właściwie nie wiem kiedy mi się to stało. Ani jak. W jaki sposób. Pamiętam jedynie, że od tej pory cierpię na światłowstręt. Z początku słońce jedynie kłuło mnie w oczy, ale po upływie około trzech dni stało się nie do zniesienia. Po prostu mnie osłabia, wysysa ze mnie siły życiowe, moje mięśnie nie domagają, w głowie mam mętlik, jestem otumaniony, słaby, niezdolny do normalnego funkcjonowania, o ile udaje mi się jeszcze iść to się zataczam. Jeśli pełznę na czworaka, to tylko dzięki sile woli. Bardzo trudno się podnieść kiedy już się upadnie. Bardzo.
Pierwszą rzeczą, która mi pomogła była czernina. Szczerze mówiąc miałem duże obiekcje zanim spróbowałem tej zupy. Nie odpowiada mi jej zapach. W smaku przypomina raczej rosół. Ale zawiera ten jeden składnik... krew. Szkoda, że kaczą i szkoda, że gotowaną przez co też niesmaczną, ale ważne że pomogło. Wtedy chyba po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że jestem wampirem. Nie, nie mam na szyi, ani nigdzie indziej, śladów po zębach. To bzdura. Wampiryzm to choroba raczej na podłożu psychicznym, nie przenosi się drogą kropelkową, ani przez ugryzienie, ani przez krew, stosunek płciowy czy w inny znany medycynie sposób. Tutaj decydującym czynnikiem jest chyba coś w rodzaju psychozy, fobii. Tym przekleństwem jest coś niezbadanego. Wiem o tym ja i wiedzą o tym mnie podobni.
Jak już mówiłem to choroba. Silnie uzależniająca. Bardzo silnie. Absorbuje cały umysł. Kiedy spróbowałem czerniny ogarnęła mnie fascynacja, niezdrowe podniecenie świadomością, że piję krew. Jedynie światło dnia nie dopuściło do euforii. Ale przyszła noc. I poczułem się świetnie. Byłem na wsi, u rodziny. Nie mogłem tak późno wyjść z domu, a tym bardziej na całą noc. Energia rozpierała i nie było jak jej spożytkować. Nie zmrużyłem oka. Męczyłem się strasznie z powodu tej bezsenności.
Przez światłowstręt do szkoły zachodziłem coraz rzadziej. Wolałem rozmawiać z rodzicami z powodu wagarów, niż z tego że się zataczam i praktycznie nie ściągam kaptura. Wzięliby mnie za pijaka. Zacząłem przesypiać dni. Unikać światła słonecznego jak to tylko możliwe. I w zasadzie wyłącznie jego. Światło żarowe, jarzeniowe i im pokrewne, słowem sztuczne, nie mają na mnie żadnego wpływu. Choć solarium raczej bym nie zaryzykował. Nieważne.
Nocne funkcjonowanie nie odbiło się zbyt dobrze na psychice. Ograniczyło kontakty z ludźmi do minimum. W zasadzie tylko do ekspedientki w sklepie nocnym. Kupowałem to samo jedzenie, po tej samej cenie. Zawsze.
Depresja. Z rodziną widywałem się rzadko. Na imprezy do znajomych też przestałem być zapraszany. To nie było normalne. Ale za to smutne... Bardzo smutne. Bardzo. Zupełnie tak jakby wszyscy zgubili mój numer telefonu, jakby zapomnieli gdzie mieszkam. Nikt nie zapytał co się dzieje, nikogo to nie interesowało. Wypięli się na mnie. Myślałem, że mam chociaż kilku przyjaciół. Pustka. Zostałem sam.
Mijały dni. Mijały noce. Pewnego razu mama przywiozła mi czerninę. W słoiczku. Od wuja, bo pamiętał, że mi smakowało. Aha, pamiętał... Oczywiście bardzo wuja lubię i to mówię bez ironii, tylko szczerze, ale tak naprawdę to wpychałem tę zupę na siłę. Odrzucał mnie zarówno jej zapach jak i smak. Ale była w niej krew. Ta niezdrowa fascynacja kazała mi ją jeść. „Zjadłem wtedy, zjem i teraz.” - Tak sobie pomyślałem. Tym razem jednak grubo już było po zachodzie słońca kiedy umoczyłem łyżkę w zupie. Znów wciskałem na siłę. Po godzinie poczułem to, co wtedy na wsi. Przypływ siły, ogromny zastrzyk energii i adrenaliny. Pierwszy raz od dwóch tygodni znów spróbowałem. Kopnęło. Jak narkotyk. Tym razem jednak byłem w mieście, w domu, sam. Chciałem biec. Szybko ubrałem ciepły dres, bo zima, a temperatura nawet do minus piętnastu. Starannie zamknąłem drzwi, zarzuciłem słuchawki na uszy – ciężkie brzmienie – i pobiegłem. Bieg. Prędkość. Zdawała mi się nadludzka. Może i nie zrobiłbym setki w dziesięć sekund ale cisnąłem sprintem przez pół miasta. Nieduży ten Sieradz, zrobiłem więc może z pięć kilometrów. Nie słabnąłem, nie zatrzymywałem się. Siatka. Skok. Płotek. Skok. Poruszałem się z niezwykłą lekkością. Moje nogi były jak ze stali. Przebierałem nimi jak pająk po ścianie. Skakałem tak wysoko, że pobiłbym chyba wszystkie rekordy na igrzyskach olimpijskich. Szkoda tylko, że żadne zawody nie odbywają się w nocy. Wkrótce okazało się jak trafne było porównanie do pająka. Chciałem sprawdzić jak daleko zajdę bokiem po ścianie budynku. Siedem kroków. Wcześniej nie potrafiłem postawić trzech, a teraz siedem. Tak znikąd, nagle. Po czerninie.
Ranek odchorowałem. Niby w dzień śpię, ale czułem, że przesadziłem, że jestem chory. Organizm nie mógł tego wytrzymać. Jak mogłem w ogóle się spodziewać, że moje ciało zaakceptuje taki wysiłek? Wieczorem ledwo zwlokłem się z łóżka. Byłem głodny. Z lodówki wyjąłem słoik z resztką czerniny. Wypiłem zimne. I znów to poczułem. Tak samo jak ostatnio. Z taką samą siłą. Dres. Ciężkie brzmienie. Znów biegnę.
Odchorowałem kolejny poranek. Problem w tym, że czerniny już brakło. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem żeby dowiozła jeszcze. Dobra wiadomość była taka, że przywiezie. Zła, że dopiero w piątek, bo wtedy będzie tata kaczkę zabijał. Odłożyłem słuchawkę i pomyślałem, że umrę. Był dopiero wtorek. Miałem czekać trzy dni. Jak dla mnie siedemdziesiąt dwie godziny za długo. Zagnieździłem się wobec tego u siebie w pokoju, usiadłem w rogu łóżka, skuliłem i udając tik sierocy, zacząłem ciężko dyszeć.
Znów byłem słaby, marny i nie chciało mi się nic. Kolejny raz byłem sam. Wszyscy mnie opuścili. Nikomu nie byłem potrzebny. Nikt, też nie chciał mi pomóc. Nawet trądzik w lustrze wyglądał paskudniej niż zwykle. Samotność. To smutne co mnie spotkało. Co mi zostało? Głupie cipy w dyskotece, a może raczej powinienem iść do księdza? Człowieka od Boga, w którego nie wierzę. Ciekawe co by mi powiedział. A może gdybym wcześniej został świadkiem Jehowy to nie byłbym teraz uzależniony, bo oni nie spożywają krwi? To śmieszne.I smutne. Nawet nie to mnie przygnębia, że nikt nie potrafi mi pomóc, tylko to że nikt nie próbuje. TO jest smutne. Bardzo. Jestem sam. Siedzę skulony w kącie łóżka i zdycham. Nie mam przyjaciół. W książce telefonicznej mógłbym zostawić tylko wpis „mama” i wystarczyłoby by mieć wszystkie potrzebne numery. Zostałby tylko numer do tej jedynej osoby, która mnie kocha, a której w życiu wyrządziłem tyle krzywdy. Choćby przez brak szacunku. Bo robiłem wszystko na opak. Właściwie nie czyniłem niczego, za co mogłaby mnie kochać. Nie powinna. Nie byłem nawet godny być jej dzieckiem, a tylko tyle wystarczyło żebym na zawsze miał miejsce w jej sercu. Poza nią tak naprawdę nie miałem nikogo. Smutne. Czuję ból. Ból własnej samotności, a nie potrafię współczuć własnej matce, której sam ból zadaję. Bo oczywiste jest, że matka nie chciałaby żebym szwendał się po nocach, wyrzekł się Boga, olewał szkołę, pił alkohol czy sięgał po narkotyki, a krwi również nie sklasyfikuję inaczej. Pamiętam oczy matki kiedy wyrzucała mi to, że wiecznie po imprezach, nigdy w domu, że do kolegów. Patrzyła na mnie z takim wyrzutem. Pytała co mi zostanie po tych znajomych. Co mi dadzą? No właśnie. Co zostało? Nic. Był Łukasz, nie ma Łukasza. A kto to w ogóle jest? Teraz, może już lepiej nie pytać. Już za późno.
To nie była rozpacz, to był żal nad samym sobą. Z jednej strony czułem, że nie zrobiłem nic złego w tym kontekście, by czuć się winnym wobec swych znajomych, jak się okazuje na pewno nie przyjaciół, i czuć się winnym tego, że mnie opuścili. Z drugiej zaś strony byłem, jestem potworem dla własnej matki, a to jest ostatnia osoba na tym świecie, dla której jeszcze coś znaczę i jeszcze jej na mnie zależy. Płakałem. Nie wstydzę się tego. Płakałem. Po policzkach płynęły mi łzy. Gdyby ktoś słuchał, usłyszałby tylko łkanie. W środku jednak wyłem z bólu. Ten ból, to był smutek. Był to najsilniejszy ból jakiego w życiu doznałem. Ogień, którego nie dało się niczym zgasić. Myśl której nie można było zapomnieć. Ból co dziwne, którego się chce. O którym uważa się, należy pamiętać. Pozamaterialny, niefizyczny. Ulokowany gdzieś obok. Niewidoczny, nietykalny. Będący jednak na tyle blisko by zmuszać do płaczu. Jestem miękki. Bo płaczę. Jestem twardy bo nie wstydzę się tego. Nie jestem taki jak Shinji z „Neon Genesis Evangelion”, ale do Yubei z „Ninja Scroll” też mi brakuje. Ten pierwszy walczył z aniołami i ratował cały świat, drugi z demonami aby ocalić kraj, a ja z czym walczę? Z bólem. Kogo ratuję/ Siebie? No właśnie... siebie. Tylko po co. Ale co ja plotę. O czym ja myślę. Traktując oba te dzieła tylko w kategorii walki, to tak jak ich nie rozumieć. Oceniać po łebkach. Dlaczego te tytuły pozostają większości tak obce? Dlaczego cieszą się moim uznaniem, a praktycznie nikt inny ich nie kojarzy? Może to ja jestem jakiś inny? Niedopasowany. I dlatego nie mam nikogo. Dlatego kiedy w czyimś uśmiechu szukam szczerości, odnajduję najlepszy możliwy blef rodem z rozgrywki w texas holden. Kłamstwo, obłudę, oszukiwanie. Ludzie czasem kłamią, żeby Cię nie zranić. Nienawidzę tego. Wynika z tego, że lepiej trzymać kogoś w niewiedzy i robić z niego idiotę niż powiedzieć mu prawdę. Ludziom brakuje tej odwagi. Boją się konsekwencji, a nie wiedzą że kiedy obłuda wychodzi na jaw, boli jeszcze bardziej. To smutne. Widzę wady wszystkich na około, a to ja tu siedzę, kulę się i płaczę. Nie potrafię znaleźć tej przyczyny dla której jestem inny niż wszyscy. Znam swoje wady, jest ich dużo, ale nie wydają mi się takie, by były nie do przyjęcia przez społeczeństwo. By stać się wyrzutkiem wystarczyło na kilkanaście dni odciąć się od ludzi. Nie odezwać się do nikogo. Samemu nie rozpoczynać rozmowy. Nie odezwał się nikt. To smutne.
Samotność. Samotność. Ten smutek, ten żal, w końcu musiał przerodzić się w rozpacz. Bo o ile da się przez jakiś czas wychodzić z założenia, że przecież można mieć wszystko w dupie, to po jakimś czasie brakuje tam miejsca, a są rzeczy takie, które w głowie też nie chcą się zmieścić i upchnąć ich nie ma gdzie. Wtedy te rzeczy absorbuje ten ten poza cielesny, doskwierający zmysłom smutek. Każda kolejna rzecz potrafi zaboleć i być przyczyną smutku. Resztę szali przechyliły sprawy osobiste, których kolej zaskoczyła nawet mnie co często oglądając film pierwszy raz w życiu, wiem co w nim będzie za chwilę. To spowodowało ból. To że ową kolej rzeczy mogłem przewidzieć, tylko nie dopuszczałem do siebie takiej myśli. Widocznie kiedyś byłem optymistą. Żal. Teraz rozpacz. Czułem jak krew się we mnie burzy. Jak paskudnie zostałem urządzony przez świat, wcale nie będąc najgorszym śmieciem jakiego gości. Bo przecież są ode mnie gorsi. Seryjni mordercy, gwałciciele, pedofile, osadzeni w więzieniach, skazani na izolatki. A czym stało się moje życie? Izolatką. Że raz w tygodniu widuję matkę? Przestępcy też mają widzenia. Czym jednak ja zasłużyłem na ten los? Wypłakałem chyba całą wodę z organizmu. Suszyło mnie tak, że popękały mi usta, a wewnątrz miałem kapeć. Piach jak po dobrym weselu.
Zbliżał się wieczór. Moja pora. Mój czas. Uzupełniłem płyny. Poczułem głód. Nagle w głowie świsnęła mi myśl, żeby przeszukać zamrażarkę od góry do dołu. Oczywiście gdybym zaczął odwrotnie, od razu znalazłbym to czego szukałem. A szukałem kaszanki. Bo jakby nie było, śladową ilość krwi zawiera. Byłem silnie załamany, toteż nie miałem siły uśmiechnąć się na jej widok. Szybko ją rozmroziłem, a następnie podgrzałem w mikrofalówce. Smak, który lubię. I dobrze mi się kojarzy. I nawet nieźle pachnie. Zwłaszcza głodnemu. Najważniejsza jednak była krew. Żeby znowu ją zażyć. Poczuć się lepiej. Nie płakać. Płakałem i tak. Ale postanowiłem ból psychiczny zabić fizycznym. Nie czułem się na siłach, ale zadecydowałem biegać . Biegałem, może już bez tej werwy, bez entuzjazmu, prędkość też nie ta i czas – góra pół godziny, lecz pomagało. Na ten okres póki byłem zmęczony. Na czas biegu i pół godziny po nim. Każdej nocy. Potem płakałem znowu.
W końcu nadszedł piątek. Mama przywiozła czerninę. Ucieszyłem się jak dziecko. Szybka ściema. O mamo! Jak dobrze cię widzieć. A teraz dawaj czerninę. Piłem ze słoika. Byłeś w szkole? Byłem. Cały tydzień chodzę – kłamię. Znów ją ranię. Jestem potworem. Ale teraz to nieważne, teraz mam krew i jestem zadowolony. Niby to powinienem sprostać odwadze cywilnej i powiedzieć prawdę, ale jak miałbym przyznać się do czegoś takiego? Mamo, cierpię na światłowstręt i odczuwam nieprzebrane łaknienie krwi, od której jestem narkotycznie uzależniony. Psychiatryk stałby się moim nowym domem. Wieczorem mama wracała na wieś, a ja zostałem w swoim świecie sam. Z zapasem czerniny na cały tydzień.
Od tej pory dużo biegałem. Bardzo dużo. Ale było na czym. Krew dawała gazu. Nie, nie czułem się jak bóg. Byłem zbyt przygnębiony po ostatnim detoksie. Ale po jakimś czasie myśl o własnej sile i o władzy jaką ona mi daje, zaczęła mnie fascynować coraz bardziej. Czasami rodziła się we mnie nienawiść do świata, czułem, że mógłbym zabijać. Ale chciałbym to robić w dzień. Wrócić do szkoły i pokazać, że żyję. „Zobaczcie i bójcie się mnie.” Chciałbym zobaczyć reakcje ludzi na to ile siły może się znaleźć w tak niepozornym ciele. Iść tam i na przerwie, rozszarpać kilka osób na strzępy. Usnute w nienawiści od tego świata marzenia.
Nienawiść nie przepełniała mnie jednak długo. Uświadomiłem sobie bezsens rozwiązań jakie mi podsuwała. Powrócił smutek. Znowu ta gorycz. Zrodzona z potrzeby akceptacji pogarda dla samego siebie.
Którejś nocy mój bieg został przerwany. Nagle. Niespodziewanie. Moją drogę zastąpiła dwójka postaci mojej postury. Niespodzianka! To ci heca! O trzeciej w nocy? Podeszli do mnie i wycedzili coś w stylu: „Co się wozisz frajerze?”. Nie wyglądali na silnych. Sam jestem raczej cwaniaczkiem, nie szukałem kłopotów, ale same mnie znalazły. Stwierdziłem, że nie ustąpię. Bójka. Wyminąłem kilka pierwszych ciosów i skontrowałem. Okazało się, że nie jestem aż tak silny jak mi się wydawało. Wręcz słaby. Oni bili mocno. I szybko. Piekielnie szybko. Na początku starałem się nadążać i kiedy wydawało mi się, że dobrze trafiłem jednego z nich, drugi obszedł mnie i spróbował unieruchomić. Nie dałem się chwycić. Szybko się odwróciłem i sprzedałem mu kopa pod żebra. Wiedziałem już, że żartów nie ma. Są silni. Postanowiłem dłużej nie czekać i jednak uciec. Przeskoczyłem przez niewysoki płotek, a oni za mną. I tak miałem biegać, więc biegłem. Między bloki. Czym prędzej. I wtedy zauważyłem coś co mnie zaintrygowało, kiedy się obejrzałem, jeden z nich biegł po ścianie. Aby również zademonstrować co potrafię, również wskoczyłem na ścianę. Pierwszy krok, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty... Przy lądowaniu, jedną nogą wpadłem do śmietnika. Przewróciłem się robiąc fikołka. Już mnie mieli. Dostałem kopniak między łopatki. Udało mi się wyśliznąć koziołkiem do tyłu i wstać. Kosz miałem ciągle na nodze. Kopnąłem go w stronę napastników. Pudło. Zostały mi gołe pięści. Ale teraz byłem już wściekły. Zapragnąłem napić się krwi.
Furia. Gniew. Wściekłość. Pozwalały mi walczyć. Długo. Bardzo długo. Adrenalina buzowała we mnie tak, że w ogóle nie czułem zmęczenia. Tamci jednak też wydawali się nie męczyć. Wokół panowała cisza. Walczyliśmy w milczeniu. Słychać było tylko odgłosy uderzeń. Właśnie oberwałem w skroń kiedy kątem oka zauważyłem postać przyklejoną do okna na pierwszym piętrze. Skoczyła ku nam i rozdzieliła dwoma kopniakami. Ja nie oberwałem. Tamci leżeli wbici twarzą w chodnik. Tajemniczy osobnik był ciut wyższy ode mnie, szczupły, ubrany jasno. Chwycił mnie za gardło i uniósł do góry. Przestałem w tedy myśleć, że mi pomaga. Ścisnął mocno, pomyślałem że to koniec. Ten jednak zwrócił się do tamtych leżących: „Skoro koleś (czyli ja) jeszcze żyje, to musi być jednym z nas.” Tak poznałem nowych ludzi. Mnie podobnych. Nie biegałem już sam.
Spotykaliśmy się co wieczór. Była nas w sumie dziewiątka. Sześciu chłopaków i trzy dziewczyny. Na więcej niż dwadzieścia lat wyglądał tylko Mentor, czyli ten który wcześniej mnie uratował. W zasadzie żadne z nas nie wyglądało na wampira. Nie było mowy o czymś takim jak wystające kły, czy oczy bez źrenic. Jedyną naszą wspólną cechą była pobladnięta skóra i delikatnie podkrążone oczy. To jednak zapewne z braku słońca. Co wieczór piliśmy krew, którą wykradał pracujący w szpitalu Mentor. Ciekawym jest, że doskonale udawało nam się rozróżniać grupę pitej krwi. Dziwne? A jednak. Zrodził się w nas nowy zmysł, pozwalający rozróżniać takie niuanse jak to czy krew pochodzi od kobiety czy mężczyzny, osoby starej czy młodej. Delektowaliśmy się krwią niczym najszlachetniejszymi trunkami. Alkoholu zresztą na naszych libacjach też nie brakowało. Od czasu do czasu pojawiały się marihuana i amfetamina. Sporadycznie ktoś załatwił kokę. Kwasu i cracka wszyscy się jednak wystrzegali. Panowała powszechna opinia, że to gówno. Jakby to cośmy brali gównem nie było. Ale było fajnie. Doskonale bawiliśmy się w swoim towarzystwie mimo, że nie znaliśmy swoich imion. Taka była zasada. Mentora wymyśliłem sam. Wydawał mi się przywódcą grupy.
Od czasu do czasu napadaliśmy małymi grupkami na osoby zapomniane. Tak nazywaliśmy ludzi, o których nikt się nie upomni. Bezdomnych, żebraków i samotników pozbawionych rodzin. Oczywiście dla krwi. Mentor jako pracownik służby zdrowia miał dostęp do krematorium gdzie pozbywaliśmy się ciał. Nie mógł przecież ciągle okradać szpitala, tym bardziej że ostatnimi czasy zaczynało brakować dawców. Nie czułem się jak morderca. Moje sumienie było niewrażliwe na śmierć napadanych przez nas ludzi. To było jak naturalne prawo każdego drapieżnika. Silniejszy gatunek wypiera ten słabszy. Właściwie nie myślałem nad tym. Nie było mi z tym w żaden sposób źle. Nie było mi przykro. Instynkt kazał zabijać. By przetrwać.
Mimo, że byłem szczęśliwy i przeszła mi depresja, zacząłem odczuwać jakąś monotonię. Jakiś dziwny brak dynamiki w moim życiu, a przecież byłem teraz potężniejszy niż kiedykolwiek. To zaskakujące jak szybko człowiek może odczuć nudę. I jak bardzo może się nią pogrążyć. Coś jednak trzymało mnie w tym towarzystwie. Przywykłem do takiego stylu życia. Przynajmniej tak mi się wydawało. Potem poczułem, że zaczynam sobie zdawać z czegoś innego. Nie. Nie dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Nie chodziło też o uzależnienie od krwi.
Pamiętam jak pewnego wieczora dziewczyny mocno się spóźniły. Zostały już tylko dwie szklanki krwi. Oczywiście jedna z nich została wtedy bez niczego. Usiadła obok mnie. Nie kryję, że podobała mi się. Ach, co ja plotę. Fascynowała mnie. Miała drobną, wręcz anorektyczną budowę ciała, ciemne jak noc włosy, piękne kocie spojrzenie, śliczne małe usta, delikatny nosek i naturalnie jasną cerę. Była cudowna. Wszyscy byliśmy bladzi, ale jej skóra była skąpana w bieli niczym śnieg. Szybko złapałem za nóż leżący na stole, którym chłopaki dzielili sztukę fety na kreski, a następnie głęboko rozciąłem sobie lewą dłoń. Zacisnąłem pięść i zlałem krew do kieliszka. Kazałem jej wypić moje zdrowie. Wypiła. To do niej czułem przywiązanie. Przypominała mi kogoś, kto niegdyś wpłynął na moją duszę, pogłębiając moją wampiryczną depresję. Była niemal jej lustrzany odbiciem. Chwyciła potem moją dłoń i umieściwszy na niej swe wargi zaczęła zlizywać krew na obrzeżach rany. Nie trwało to zbyt długo, po wypiciu bowiem dostatecznej ilości krwi nasze tkanki regenerowały się diablo szybko. Zbyt wielką miałem wtedy w duszy ranę, by pomyśleć, że znów kocham. Wolałem wyrzec się tego uczucia. Do tej pory przyniosło mi tylko ból i cierpienie. Teraz czułem ekscytację. Przyjemność płynęła z samego faktu, nie z domysłów. Ale czy można inaczej nazwać taką niezdrową fascynację niż miłością? To, że nie chciałem do siebie dopuścić o tym myśli, nie znaczy, że uczucia nie było. Istniało. Znów chciało mnie zniszczyć, dlatego chciałem pozostać obojętny. Nie mogłem jednak przewidzieć czy mi się uda.
Skąd ta fascynacja? Niewątpliwie miała ona związek z moją przeszłością. Na pewno miało na to wpływ to co miałem w głowie. To o czym nie umiałem zapomnieć. Teraz jestem pewien. Znów się zakochałem, bo kolejny raz po prostu byłem ślepy. Jak bowiem wampirzyca mogła tworzyć miraż ideału cnoty, pokory i skromności? Pozostawać nieskazitelnie czysta mimo, że widziałem jak zabija. Wydawała mi się taka niewinna... Byłem na tyle zamroczony, że mój mózg nie dopuszczał do siebie informacji o tym, że nie ma ideału. Może dlatego, jak bardzo cierpiałem kiedy swe ideały ostatni raz straciłem?
Któregoś razu dowiedzieliśmy się z radia, że sieradzka policja przechwyciła spory ładunek narkotyków. Jak się okazało, jeden z nas niegdyś pracował w tutejszej komendzie. Zacząłem nazywać go w myślach Duchem. Znał bowiem dokładny plan posterunku i dokładnie go nam rozrysował. Wiedział, że towar będzie przechowywany na komisariacie jeszcze przez przynajmniej tydzień, a co więcej znał kod dostępu do depozytu. Wydawało mi się to niemożliwe, jak taki młody chłopak mógł kiedyś pracować u psów, a jednak. Wszelkie moje wątpliwości rozwiał Mentor, kiedy zaczął układać plan skoku. Wtedy już wiedziałem. Chcemy przechwycić te narkotyki. Nad szczegółami planu nie będę się specjalnie rozwodził. Niewiele było w nim omijania alarmów czy przeciskania się przez szyby wentylacyjne. To nie miało przypominać mission impossible. Skok miał raczej wykorzystywać nasze nadludzkie zdolności po wypiciu krwi. To wszystko stało się bardzo szybko.
Ostatnie przygotowania. Każdy z plecakiem, zamaskowany, ubrany na czarno. Napiliśmy się już wcześniej krwi. Przed samym skokiem, jeden z kumpli posypał każdemu po kresce amfetaminy na wierzchnią część kciuka. Szybki snuff na wzmocnienie i jedziemy. Na sam teren posterunku dostaliśmy się skokiem przez siatkę. Zamiast przez główne drzwi wskoczyliśmy przez okna na piętrze. Reszta zgodnie z planem. Kilka skoków przez pomieszczenia. Przebiegnięcie po ścianie nad kamerą, kolejnych nawet mnie staraliśmy się wymijać. Na początku byliśmy bezszelestni ale doskonale wiedzieliśmy, że to się długo nie utrzyma. Posterunkowi nas zauważyli. Właściwie tak miało być. Nasza ósemka odciągnęła ich i ganiała się z nimi po całej komendzie. Duch w tym czasie zajął się otwieraniem depozytu. Zrobiliśmy gęste zamieszanie. Staraliśmy nie wdać się w żadną bójkę. Policjanci nie mogli wówczas używać broni palnej. To znaczy mogli, ale się wahali. Kto nie byłby w szoku podczas uganiania się za grupą postaci biegających po ścianach? Kiedy Duch wrócił
Do depozytu udała się kolejna osoba, po tym jak wróciła – następna. W zamieszaniu policjanci nie zdążyli nawet zauważyć, że ich okradamy. Przygłupów było tylko trzech. Dwóch biegało za nami w kółko, a trzeci schował się pod biurko. W końcu któryś oddał strzał ostrzegawczy, w tym czasie ten spod biurka musiał wezwać posiłki, bo kiedy już uciekaliśmy słychać było syreny. Szybko, długim korytarzem dopadliśmy do okna, wyważyliśmy je i wyskoczyliśmy na niższą kondygnację dachu. Postanowiliśmy się rozdzielić, by zgubić pościg. Ale było już późno na takie kombinacje, gliny siedziały nam na karku. Wraz z Mentorem pobiegłem w lewo. Skok nad siatką na murek. Po murku zeskoczyliśmy na podwórze. Nie wiadomo skąd, nagle wyskoczyły psy. Ujadały i śliniły się wściekle. Adrenalina uderzała do głowy. Biegliśmy coraz szybciej pokonując kolejne płoty. Ale biegliśmy donikąd. To był nasz błąd. Znaleźliśmy się na sporym placu, należącym jeszcze do terytorium komisariatu. Zostaliśmy otoczeni przez trzy radiowozy i sukę. Wypadli z niej antyterroryści. Wyskoczył i komendant. Łysy, wysoki, potężnie zbudowany, choć nieco otyły facet. Ekipa anty wołała: „Stój, kurwa, bo strzelam!” Słyszałem doskonale, słyszał i Mentor ale kto by się zatrzymał? Biegliśmy dalej. Do szopy na środku podwórza. Komendant wystrzelił ze śrutówki. Dostałem w udo. Co za okropny ból! Rwało jak cholera, do szopy jeszcze kawałek, a krew tryskała ze mnie jak sok z pomidora. Szybko traciłem ogromne ilości sił. Wraz z upływającą krwią ulatywała ze mnie energia. Chyba tylko cudem śrut ominął tętnicę. Nie byłem już nawet w stanie myśleć racjonalnie. Wydawało mi się, że to tak jak w amerykańskim filmie, ktoś odkrył naszą tajemnicę, nasz wampiryzm i strzelał teraz ze srebrnych pocisków. Przecież zwykłe kule nie powinny ranić wampira! Nie aż tak! To za bardzo bolało!
Razem z Mentorem wpadliśmy do szopy. Zabarykadowaliśmy się w drewnianym składziku otoczeni przez policję. Zdjęliśmy maski. Co teraz? To nie może być koniec! Usłyszeliśmy głos komendanta zza drzwi. Mówił przez megafon. Oczywiście standardowe regułki o poddaniu się z rękami do góry itd. Długo z Mentorem patrzyliśmy na siebie w milczeniu., nie reagując na komendy stróżów prawa. Komendant tracił już cierpliwość. Zaczął kląć przez megafon, dodał że wie cośmy za jedni i pozamyka nas w izolatkach, tak abyśmy już nigdy nie poczuli świeżego powietrza. Miałem majaki. Wydawało mi się, że policja specjalnie nie strzela bo wie , że jako wampiry i tak poskładamy się do kupy. Dlatego chcą nas zamknąć w odosobnieniu. Chcą odebrać nam wolność. Odizolować nas od świata abyśmy cierpieli w samotności. Nie! Pomyślałem. Nie! To gorsze niż śmierć! Już to przerabiałem! Nie chcę czuć tego znowu! A już na pewno nie przez wieki! A jeśli dadzą nam dożywocie?
Chciałem uciekać. Nie baczyć na kule. Rany w końcu się zagoją! Miałem zamiar wybiec naprzeciw barykadzie i biec nie zważając na strzały. Mówiłem o tym Mentorowi, bredząc w malignie. Powiedziałem, że nie dam się zamknąć w izolatce, że musi dać się uciec. „Rana na udzie już zaczęła się regenerować. Jesteśmy niezniszczalni! Damy radę!” Mentor jednak wielokrotnie lepiej myślał w tej sytuacji. Zachował zimną krew i trzeźwość umysłu. Wiedział dlaczego policjanci nie strzelali. Wystarczyło się rozejrzeć. Cały magazyn, aż po brzegi, wypchany był ładunkami wybuchowymi. Mentor złapał mnie za ramię i pociągnął do siebie. Objął i ścisnął tak mocno, że niemal unieruchomił. Zrozumiałem w mig. To ból może nas zatrzymać. I właśnie wtedy nas pochwycą. Mój plan był do kitu.
- Co? Nie umierałeś jeszcze? – zapytał Mentor, z dziwnym półuśmiechem patrząc mi prosto w oczy. W jego wzroku widziałem jakieś szaleństwo, opętanie. Zacząłem się wyrywać. Wiedziałem już co chce zrobić. Ogarnął mnie strach przed śmiercią. Mentor trzymał mnie mocno. Tylko jedną ręką. Drugą wyciągnął zapalniczkę, zapalił i rzucił w kierunku prochu.
***
Obudziłem się leżąc nagi w trawie. Był chłodny, ale słoneczny dzień. Przed promieniami słońca chroniły mnie drzewa. Pierwszy raz od bardzo dawna usłyszałem śpiew ptaków. Czułem się potwornie zmęczony, ale byłem żywy. Czyżby po wybuchu nasze prochy rozwiał wiatr, a dziś nadszedł dzień kiedy skończył się proces regeneracji? Dla mnie to jedyne wyjaśnienie tego , że żyję. Powoli oparłem się na łokciach i spojrzałem po sobie. Cholera, czy musiałem odrodzić się zupełnie taki sam jak umarłem? Mógłby chociaż zginąć trądzik. Uniosłem głowę wyżej i zauważyłem nieopodal siedzącą dziewczynę, która czytała książkę. Śliczna blondynka. Była na tyle blisko, że musiała zdawać sobie sprawę z mojej obecności. Bez skrępowania, nie zważając na to, że jestem nagi zapytałem:
- Gdzie jestem? Co się stało?
Odpowiedziała w zupełnie nieznanym mi języku. Podniosłem się i rozejrzałem. Stałem na pagórku, wysoko nad jakąś asfaltową drogą, którą co rusz przejeżdżał jakiś samochód. Zupełnie nie poznawałem tego miejsca. Usunąłem się między drzewa, do cienia. Spanikowałem. Zacząłem biec. W końcu trafiłem na jakąś polanę, a tam spoglądał na mnie ogromny jak ciężarówka duch. Szatański, niematerialny stwór o ludzkiej twarzy przyobleczony w luźne szaty. Walczyłem z nim. Ze wszystkich sił mierzyłem ciosy, które mimo celności, po prostu się go nie imały. Był nietykalny. Za to tłukł dotkliwie. Szarpał, bił, dręczył. Ale nie zabił. Zostawił i zniknął. Ale ja doskonale czuję jego obecność. To był duch mojej własnej samotności.
Mocna egzaltacja każdego odczucia, wzmacnianie frazy, stopniowanie doświadczenia. I to wcale nie jest zarzut, ale zgodzisz się chyba, że nie sztuka poddać się wenie pisania, nie sztuka rozbudowywać tekst ponad miarę. Sztuką natomiast jest intensywność, jakaś forma oszczędności i wyczucia wartości słowa - co nie przychodzi od razu oczywiście. Czasami jedna mocna fraza daleko wybiega treścią ponad dziesiątki rozmiękczonych, powielających się zdań. Nie chodzi o to, żeby pisać mniej. Chodzi o to, by szanować każde słowo, powracać do niego, skreślać je i zaczynać od nowa.
Dużym ułatwieniem dla czytelnika byłoby też zadbanie o interpunkcję i ortografię. Tutaj, jeśli nadal chodzisz do szkoły i masz polonistę pod ręką, to warto się do takiego zgłosić - może znajdzie trochę czasu na korekty, a możliwe, że ucieszy się, że ktoś z jego grona pisze, i rzuci parę luźnych wskazówek.
Za to mnie tłukł dotkiliwie. Szarpał, bił, dręczył. Ale mnie nie zabił. Zostawił mnie i zniknął. Ale ja doskonale czuję jego obecność. To był duch mojej własnej samotności. Koniec cz.1
W całym tekście zaimek mnie masz użyty 52 razy, a mi 45. Sama mam problem z powtórzeniami, a ,,zaimkowo" też dopada.
Pozdrawiam.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Poprawiłem co nieco. Aczkolwiek nie będę z tym tekstem robić rewolucji. Z pewnych względów, w dużym stopniu, musi zostać jaki jest.
Serdecznie dziękuję za okazaną pomoc i wskazówki.
Każdy ma jakieś względy. Nie namawiam cię do zmian w tekstach, raczej do pracy nad kolejnymi. Ja przynajmniej nigdy nie pracowałem nad tekstami, które ,,wyszły z fazy" pisania. Wydaje mi się, że źle na tym nie wychodziłem, dlatego innym też odradzam wikłanie się w modelowanie tekstów, wobec których ostygliśmy już i straciliśmy do nich pewne prawa.
a ja szanownej Pani prosić nie zamierzam tylko przytoczę Regulamin:
§ 2
1. Na forum panuje wzajemny szacunek i kultura słowa. Zabrania się używania słów uznanych za wulgarne, prowokowania kłótni i działania na szkodę forum. Punkt ten nie dotyczy używania wulgaryzmów jako środków stylistycznych w utworach.
Jeśli podobne wypowiedzi się będą powtarzały, to również przytoczony Regulamin wskaże jak to ukrócić.