plaży Anakena nie zabierze sunami hypertekst częściowo bardzo prawdziwy
Ucho za ucho
Anakena Moai
Aalto Moai Aalto
Niosło się po wyspie.
Za ucho ucho
Ucho mu za ucho
Za moje ucho jego
Ucho za ucho
O niczym innym nie mówiło się dzisiaj na powierzchni 163.6 km² lądu o współrzędnych geograficznych 27°9′S 109°25.5′W, jaki wynurzył się kiedyś - i to podobno niedawno, jeśli brać pod uwagę naszą skalę historii wszechczasów - w południowej części Oceanu Spokojnego. Cały dzień dziewięciuset Moai zabawiało się w „głuchy telefon”, przekazując sobie pewną, dość ważną dla nich wiadomość.
Blisko trzy tysiące osiemset Rapanui, żyjących na wyspie, nie obroni bezcennych Moai.
Wyspie Wielkanocnej przydarzy się coś, czego jej zwykli mieszkańcy – ludzie - nie mogli przewidzieć, lecz o czym kamienne Moai wiedziały, i na co czekały od dawna. Przyszedł dzień spełnienia przepowiedni.
Posągi Moai, stały tu od wieków pod gołym niebem, wypatrując następnego, zawsze anonsowanego jako ostateczny, końca świata, albo któregoś jego początku. Przede wszystkim jednak pilnowały, same już nie pamiętając czego. Niszczały przy tym w piękny, naturalny sposób. To prawda, że wyglądały ciągle imponująco - majestatyczne kamienne figury z przeszłości, kruszały jednak, powoli nadgryzał je czas, wiatry, ulewy, nieubłagane tsunami. Teraz, do listy naturalnych tragedii miał dołączyć ten człowiek z północy. Moai wiedziały, że któregoś dnia się zjawi, ale udawały, że to ich absolutnie nie wzrusza. Następna legenda, następna przepowiednia, która musi się spełnić. Jeśli tak ma być, to niech, raz i już - był to fatalizm, z którym posągi żyły w zgodzie od dawna. Problem był tylko z uchem. Które oddać? Tego nie mogły się doczytać na żadnej ocalałej tabliczce rongorongo. Tę, która opowiadała o wszystkim po kolei, kilkaset lat temu, w dobrej wierze, przy okazji radykalnej wymiany wierzeń, zniszczyli misjonarze.
Ofiarne ucho. Wybór padł na jednego z Moai w okrągłej, rytualnej czapie pukao z krążka czerwonej wulkanicznej skorii. Nie sprzeciwiał się, stał między większymi, którzy potrafili lepiej i siebie i jego obronić, choćby samym wzrostem, poza tym wiedział, że ktoś musi się poświęcić: przepowiednia musi się spełnić.
- Czy na pewno Fin ma być tym człowiekiem? Przecież, to oho-tea, jeden z nas? We śnie mówię mu: mały kawałek, pamiętaj uszczknij tylko niewielki okruch, i koniecznie zrób to tak, żeby nikt nie widział.
- W końcu nie będziemy musieli się o nic martwić. Postawią barierki. Ludzie mają swoje życie, my, Moai swoje – powtarzały posągi.
Fin, człowiek z przepowiedni, przyleciał na wyspę z wycieczką studentów. Kochał archeologię, był antropologiem, artystą w sercu. W hotelu mieszkał sam, jak większość turystów, płacąc dużo za pokój z jednym łóżkiem. Pierwszy dzień spędził na objazdowej wycieczce po wyspie. Zatrzymali się niedaleko plaży Anakena. Razem z przewodnikiem doszli całą grupą do jednego z posągów. Był to pierwszy Moai, jakiego zobaczył z bliska. Ogromna bryła wulkanicznego tuffu, ociosana narzędziami z bazaltu. Powtarzane tysiące razy, niemal jak fabryczne kopie, najpierw odłupywane były bryła po bryle z ogromnych skał, później ustawiane po całej wyspie, majestatyczne figury samą swoją obecnością miały bronić swojego miejsca, opowiadać kamienne historie.
Fin, przed swoją podróżą, dużo czytał o wyspie, chciał po prostu wiedzieć, czego szukać, na co zwracać uwagę. Kiedy wysiadł z autobusu, by jak inni podejść do pierwszego kamiennego olbrzyma, nie mógł doczekać się, gdy będzie mógł go dotknąć. Wyobrażał sobie, że skała tufu musi być ciepła, szorstka w dotyku, lecz ciepła, pokryta nalotem soli unoszącej się w powietrzu. I tak też było: ciepła, przyjemna w dotyku skała. Pierwsze wrażenie, jak przy spotkaniu z czymś, co, mimo swojej wysokości, i pozornej surowości nie przerażało. Jeden z wielu, nagrzanych słońcem i wilgotnym powietrzem - wojownik, strażnik o wyraźnych, chociaż niewidomych oczach, wpisany w prawie nagi, zdewastowany krajobraz wyspy. Jednak to pierwsze odczucie szybko uleciało. Nagle, stojąc po północnej stronie posągu, młody mężczyzna poczuł się nieswojo. Wytłumaczył sobie, że to zwyczajny jetlag, syndrom zmiany strefy czasowej, i że zmęczenie daje znać o sobie. Odszedł nawet od grupy, chciał przez chwilę poczuć się sam, na Mata-ki-te-rangi "gdzie oczy rozmawiają z niebem" - jak mówili jedni, "pępek świata" jak twierdzili inni. W miejscu o zawikłanej historii.
Gdy przewodnik w końcu powiedział, że mają czas dla siebie, Fin od razu poszedł na krótki spacer plażą, która tu była piaszczysta i dość szeroka. Nikomu nie mówił o dziwnym wrażeniu, jakie odniósł, gdy spojrzał ogromnemu Moai w oczy zrobione z białego koralu, o czarnych źrenicach z obsydianu. Oczy mówiły, ten Moai naprawdę mówił do niego. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się nic podobnego. Był człowiekiem chodzącym po ziemi, z głową blisko ziemi, obłoki odwiedzał tylko z konieczności wtedy, gdy latał samolotem. Moai z plaży mówił, młody Fin słyszał głuche dźwięki, głos dochodzący z głębokiej jaskini. Nie rozumiał języka, ale gdy w niezrozumiałym potoku słów usłyszał swoje imię, zastanowiło go skąd Moai z Wyspy Wielkanocnej mógł znać jego imię.
Kiedy po kilkunastu minutach przewodnik dał znak, by wsiadać do autobusu, cała grupa była zadowolona, że mogą jechać dalej. Na zewnątrz robiło się duszno i zanosiło się na deszcz, ciemne chmury zbierały się nad wyspą. Fin razem z innymi wsiadł do autobusu i gdy poczuł chłodne powietrze klimatyzacji, od razu wrócił mu dobry humor. Wrażenia ze spotkania z posągiem Moai rozpływały się w myślach o hotelowym pokoju, o restauracji, o wieczorze, o zapowiedzianym pokazie polinezyjskich tańców. Wyobraźnia zmęczona długą podróżą, wrażeniami uspakajała się.
Wrócił do siebie do pokoju późnym wieczorem. Próbował jeszcze trochę poczytać, przeglądał foldery i reklamówki hotelowe, włączył nawet na chwilę telewizor, chociaż przed wyjazdem obiecywał sobie, że nie będzie tracił czasu na telewizję, że wykorzysta te trzy dni wycieczki, na bycie tu, na ucieczkę od cywilizacji, którą miał na co dzień. Z czytania niewiele wychodziło, oczy kleiły się, powieki opadały, jak zrobione z ciężkich głazyków, i co chwila przyłapywał się, że po kilka razy wraca do tego samego zdania, by zrozumieć jego sens. W końcu zrezygnował z lektury, wziął, trzeci już tego dnia, prysznic i wsunął się pod chłodne prześcieradło. Przez chwilę leżał w łóżku, słuchając dźwięków hotelowej nocy, wstał i uchylił okno, żeby przekonać się o różnicy temperatur między pokojem a światem na zewnątrz. Zamknął je szybko, bo gorąca noc wdarła się natychmiast swoim wilgotnym oddechem do wnętrza. Wsunął się na nowo pod prześcieradło i wyłączył telewizor.
Usnął.
- Kai. Kai. Kai! – Moai wołał go po imieniu.
Kai zauważył, że jest nagi, więc szybko naciągnął na siebie prześcieradło. Moai stał za otwartym oknem, w dali widać było ocean. Przy olbrzymim Moai stały mniejsze posągi, tylko że te nie miały na głowach czerwonych pukao.
- Kai, wyjdź do nas – mówił Moai w pukao. – Chcemy z tobą porozmawiać.
Kai jeszcze tylko pospiesznie zawiązał na ramieniu opadające prześcieradło. Teraz naprawdę wyglądał jak Rzymianin, którego imię dała mu matka. Wyszedł na zewnątrz. Moai, jak duże kostki domina, stali w jednym szeregu. Nie zdziwił się, że tak blisko podeszli pod okno. Było ciemno, nie widać było żadnych świateł, poza fosforem fal oceanu. Kai nie poznawał miejsca, zupełnie stracił orientację. Przez moment wydawało mu się, że wystarczy, żeby się odwrócił i otworzą się drzwi i wróci do domu. Odwrócił się nawet, ale zobaczył tylko ciemną ścianę z zamkniętym, jak szklane oko, oknem. Drzwi nie było.
Moai wziął go za rękę. Kai teraz dopiero zdał sobie sprawę z tego, jak duży był Moai. Spostrzegł też, że zamiast posągu z wulkanicznego tufu stał przy nim olbrzymi mężczyzna o rudo-blond włosach i jasnej skórze, wytatuowanej we wzory, przypominające fale. Moai na głowie miał strój z piór, ozdobiony z przodu dziobem ptaka.
- Kai – mówił do chłopca, i Kai uświadomił sobie wtedy, że jest kilkuletnim chłopcem zawiniętym w bardzo długie prześcieradło. – Kai, musisz nas uratować.
- Jestem za mały, żeby wam pomóc – odpowiedział Kai. – Wybierzcie kogoś innego. Ja tu nie mieszkam – dodał, przypominając sobie, że przecież miał iść na sanki z kolegami. Odwrócił się jeszcze raz i istotnie pod oknem stały drewniane sanki oparte o ścianę.
- Musisz nam pomóc – powtórzył Moai i potrząsnął pióropuszem. Inne mniejsze posągi przytakiwały.
Duży, rudowłosy Moai poprowadził go do fosforyzującego falami brzegu oceanu. Wskazał miejsce na plaży, gdzie wszyscy usiedli. Kai nie bał się, ale czuł się trochę nieswojo, kręciło mu się w głowie. Spojrzał na swoje lewe ramię i zobaczył, że ma taki sam tatuaż jak Moai w pióropuszu. Teraz na głowach mniejszych Moai pojawiły się czerwone pukao, jak okrągłe, tekturowe pudełka, w których można schować niespodzianki, skarby, procę, małą książkę.
Siedzieli w jednym rzędzie, zwracając twarze w stronę błyszczącego, jak płynna rtęć oceanu.
- Kai, jesteś tu, żeby nas uratować – powtórzył wielki Moai. – Pamiętasz Moai, którego zobaczyłeś na plaży?
- Tego, co dotknąłem? – spytał Kai.
- Tak. Musisz mu odciąć ucho.
- Nie zrobię tego. Nie będę nikomu robić krzywdy. I jestem za mały – bronił się Kai.
- Musisz to zrobić, jeżeli tego nie zrobisz wyspa zniknie. To już postanowione. Będzie duże tsunami i wszyscy znikniemy.
- Ucho ma was i nas uratować? Nie wierzę. Muszę już iść, idę na sanki. Dajcie mi spokój. Nie będę was więcej słuchał.
- Jeżeli nam nie obiecasz, że to zrobisz, tatuaż z falami nie zniknie z Twojego ramienia. Fale zamienią się w prawdziwy ocean i utoniesz. Musisz to zrobić.
- Wcale się was nie boję! – Kai wstał, podwinął splątane prześcieradło i chciał odejść. Poczuł, jak fale z tatuażu na jego ramieniu zaczęły zmieniać swój kolor i pęcznieć pod skórą. Zaczął je bezradnie przyciskać, trzepotać ramionami jak ptak złapany w sieć i płakać.
- Kai, sam widzisz. My nie oszukujemy. To, co mówimy jest prawdą. Musisz nas uratować.
Chłopiec usiadł w końcu na piasku, ciągle przyciskając fale na ramieniu.
- Żeby tylko nie wypłynęły - myślał. Wiedział, że musi przyciskać palce do tatuaża. Tak się przecież robi, gdy po pobraniu krwi w przychodni trzeba mocno przyciskać wacik, bo inaczej... Zrobiło mu się słabo. Nie wiedział, co ma zrobić. Ocean huczał niedaleko, od czasu do czasu nieco ciszej w odpływie, przysłuchując się z uwagą rozmowie na plaży. Moai siedzieli spokojnie, i powoli z bazaltowych wojowników zaczęli zamieniać się w ciemnoskórych chłopców z czerwonymi, uplecionymi z pomalowanych liści palmowych pudełkami na głowach. Milczeli, w ciemności tylko błyszczały ich niewidome biało-czarne oczy.
- Nie musisz mu odcinać całego ucha – powiedział Moai olbrzym. – Wystarczy nieduży okruch, który potem zaniesiesz do oceanu i wrzucisz jak najdalej w wodę. Najlepiej będzie, jak pójdziesz kawałek od brzegu i stamtąd wrzucisz odłupany okruch.
Kai nie chciał słuchać olbrzyma. Z całej siły zatykał uszy dłońmi. Opuścił głowę, żeby go nie widzieć, ani jego młodszych wojowników. Jak się na coś nie patrzy, to to coś znika...
Ocean szumiał. Nawet przez szczelnie zamknięte okna pokoju wdzierał się odgłos przypływu. Budzik radia włączył się i cicha muzyka, łagodnie przypomniała mu, że powinien wstać, że zostały mu dwa dni na wyspie. Śniadanie podawano jeszcze przez półtorej godziny. Szybki prysznic, golenie prawie dwudniowego zarostu, ubranie, które przygotował jeszcze wczoraj wieczorem i był gotowy. W takich chwilach cieszył się, że jest mężczyzną, że nie potrzebuje dużo czasu, by wyjść między ludzi.
Goląc się, spojrzał na swoje lewe ramię, na którym zauważył czerwień świeżej opalenizny.
- Musiałem niedokładnie posmarować. Będzie mi schodzić skóra.
I wtedy przypomniał mu się sen...
Odprowadzono go do hotelu. Przez całą drogę policjanci szli tuż przy nim. Mimo, że nie założyli mu kajdanków, to czuł się jak największy przestępca. Turyści i miejscowi przystawali po drodze, widział ich zdziwione spojrzenia. Jak spod ziemi pojawił się też człowiek z kamerą. Inni po prostu robili mu zdjęcia telefonami komórkowymi, aparatami fotograficznymi. Pod hotelem stała limuzyna z flagami Rapanui.
Aalto wszedł do holu O’tai zupełnie wyczerpany i zrezygnowany. Próbował coś powiedzieć po angielsku do człowieka, który otworzył mu drzwi do pokoju. Tamten jednak, albo nie rozumiał, albo po prostu nie chciał z nim rozmawiać. Usłyszał jeszcze niski głos, prawdopodobnie jakiegoś urzędnika z wyspy:
- Mayor Pedro Edmunds Paoa … Mer wyspy zdecyduje o tym, jak ukarać tego człowieka. Mówi się nawet o obcięciu ucha, co w świetle zaistniałej sytuacji jest zupełnie zrozumiałe. Człowiek ten przecież napadł na zabytek naszej kultury narodowej. Więcej, na zabytek kultury o znaczeniu światowym, bezcenny skarb cywilizacji, coś, co wszyscy powinniśmy szanować. Pamiętajmy, żyjemy dla potomności. Jest niewykluczone, że od jutra nie będzie można zbliżać się do posągów Moai. Prawdopodobnie założymy specjalne barierki i fotokomórki, ktoś musi bronić bezbronnych Moai.
Ostrzegałem, żeby się dobrze rozejrzał
Jak będzie sam
Skąd się wzięła ta kobieta?
Aalto Moai Aalto
Ucho za ucho
Niosło się po wyspie
Za ucho ucho
Ucho mu za ucho
Za moje ucho jego
Ucho za ucho
Jesteśmy uratowani
03.31-04.01.2008
Część druga "Prawda jest dziwniejsza od fikcji; fikcja musi mieć sens."
"Truth is stranger than fiction; fiction has to make sense." (ang.)
Autor: Leo Calvin Rosten
- To była pierwsza wiadomość na ekranie.
- I w niej?
- Że jakiś Fin odłamał ucho.
- Komu?
- Czemu.
- Tak, czemu, ale komu?
- Nie: czemu. Czemuś odłamał.
- Nie czemuś, tylko czemu, dlaczego odłamał.
- Nie, on odłamał nie komu, tylko czemu. A czemu? to on chyba sam nie wiedział.
- Ciekawe.
- Też tak od razu pomyślałam: ciekawe. Jak myślisz, Wyspa Wielkanocna jest pewnie bardzo popularna w okresie Wielkanocy?
- Przypuszczam, że tak. I co z tym uchem?
- Nie wiem dokładnie. Wiadomość była krótka. Może coś jutro więcej wygooglam. Na razie piszę swoją wersję wydarzeń.
Od chwili przeczytania niusa, cała historia nie dawała mi spokoju. Zastanawiałam się, czy nie pójść jej tropem. Niby mogłam bardzo pożytecznie spędzić dzień, poprawiając kilka wcześniej napisanych tekstów, ale tu przede mną pokazał się ląd, wyspa, tajemnicza historia. Nieoczekiwanie wynurzył się tylko dla mnie, mój - dla innych nieuchwytny - Loch Ness, jak wezwanie.
- Co teraz zrobisz? Czy mnie złapiesz? - mówił, drwił?
- I co ty na to? Jaka jest twoja wersja? - takie pytanie zadawał mi ekran mojego komputera. Zajście z niusa wydawało się dość absurdalne, a jednocześnie przy tym absurdzie piękne. Co jest piękniejsze? Rzeczywistość, czy to, co wymyślę? Rzeczywistość, która jest jak fikcja, jak fikcja, która się pisze sama. Która wersja jest lepsza? Fikcja, jako lepsza wersja rzeczywistości?
Najpierw zajrzałam do Wikipedii.
Pierwszy przystanek ...Easter Island... Easter Island... angielski tekst, przyzwyczajenie robi swoje, jednak... Później to samo hasło po polsku: Wyspa Wielkanocna. Byłam zaskoczona topografią, rozmiarem, nie wiedziałam, że taka mała, skrawek ziemi, niespełna 170 kilometrów kwadratowych i ogromna historia. Rąbek po rąbku odkrywałam jej tajemnice. Link po linku, na początku jak giętka meduza, potem bardziej jak hydra, opowieść wciągała coraz dalej, coraz głębiej, pod prąd, zachłannie, w rozmaite sobie znane dorzecza, meandry, zatoki. Zdjęcia, relacje, suche informacje, legendy, mapy, języki, minerały, skały, palmy, ceny hoteli, wycieczki, filmy.
Po godzinie wędrówek po świecie wuwuwu nie mogłam oprzeć się pokusie. Oczywiście, napiszę opowiadanie, krótkie, o Finie, który ułamał ucho jednemu z wielkich, mitycznych Moai. Prawda? Prawda, ułamał, tak się stało, jak na razie co prawda ponoć ułamał... no i co? a jeśli to plotka? Nawet, jeśli to tylko plotka, nie szkodzi, i tak będzie opowiadanie. W tej chwili już nie było istotne, czy to była prawda, ponieważ miałam przed sobą niecodzienne wydarzenie. Rzeczywista akcja, częściowo już rozegrana, gdzieś daleko ode mnie toczyła się swoim torem. Jednocześnie działa się zupełnie niezależnie i równolegle w mojej wyobraźni. Mapa, którą stworzy fabuła, miejsca, w które wejdę razem z przypadkowym przestępcą, Finem. Już reżyserowałam, kręciłam scenę po scenie.
Widziałam wszystko, jak na dłoni. Jestem Guliwerem, wyspa jest nieduża, czy to w ogóle możliwe, żeby się tam ukryć? Zabawa w chowanego, liliputy za Moai. Jak na dłoni, na skrawku lądu, na wyspie odkrytej którejś Wielkanocy. Historia Fina też się tam nie ukryje. Na pewno wszyscy Rapanui i ci wszyscy, którzy osiedlili się tam w ciągu ostatnich lat, dokładnie poznali przebieg wydarzeń. Jasnowłosy, lekko rudawy Fin i posągi Moai, człowiek z północy i Moai, kamienny wojownik, strażnik wyspy i student z Finlandii, lat dwadzieścia sześć, ich losy skrzyżowały się w Wielkanoc roku 2008. Miejsce było bajeczne, było przy mnie od samego rana i aż prosiło się o nową historię, bajkę.
- Opowiedz! Opowiedz! - wdrapywało się na kolana.
Finowi groziła kara, mówiła wiadomość. Areszt domowy na wyspie, grzywna, potępienie ze strony mieszkańców wyspy, Chile, świata w ogóle, rozprawa, więzienie. Co by było, gdybyśmy wszyscy kruszyli sobie po kawałku... a to Sfinksa, a to piramidy, Taj Mahal, Myśliciela Rodina? Chociaż z tym ostatnim byłoby trudno. Jakie narzędzie byłoby najlepsze do ukruszenia kawałka brązu?
Początek był najłatwiejszy do opisania, przyjazd tego człowieka, jego zmęczenie bardzo długą, niewygodną podróżą, pierwsze wrażenia z Wyspy. Przyleciał, czy przypłynął? Przyleciał, zdecydowałam. Później miałam zamiar pogooglać, czy więcej turystów przylatuje, czy przypływa.
Zresztą co tam podróż, sama podróż nie miała większego znaczenia. Jakoś tam się znalazł, wycieczka, krótka wyprawa z Chile? Lektury, marzenia. Z zimnej północy do ciepłych stron świata. Trudniej wytłumaczyć, dlaczego ułamał? I ucho, czemu ucho? Patrzę na fotografie posągów Moai, są bez ozdób, niemal jednolite bryły z... uszami. Niewidoczny zarys innych szczegółów, które zamazał czas. Niektóre Moai mają bardzo długie uszy. Po przeczytaniu któregoś z linków, wiedziałam dlaczego.
„A uszy miał ogromne muskularne, uszami mógłby, gdyby chciał...”
Takie uszy, to bardzo łatwy łup i dla czasu i żywiołów i dla poszukiwaczy kawałków. Kawałek Moai dla siebie... Tak, wybór pamiątki w postaci ucha, to prosty wybór: oczy-wiste ucho.
Niewiele posągów na Wyspie stoi, większość leży, wiele z nich częściowo zasypana, pogrzebana w piasku, lub w ziemi, niszczeją, a te, które teraz stoją, postawiono na nogi - chociaż Moai tak naprawdę nie mają nóg - dopiero niedawno, żeby ludzie mieli pojęcie, jak wysokie były i są posągi i jak trudno było je Rapanui postawić. Porównanie proporcji człowieka i Moai na niezliczonych fotografiach. Mówi się, że wiele posągów jest fałszerstwem. Podobno to scheda po filmie z lat 90-tych, który nakręcono na Wyspie. A jeżeli Fin urwał ucho sfałszowanemu Moai? Czy można karać kogoś za zniszczenie sfałszowanego zabytku? Jak ukarać?
Zjadłam obiad, wyszłam do ogródka sprawdzić, czy króliki zaczęły pastwić się nad tulipanami. Robią to z uporem, co roku o tej porze, z początkiem wiosny, pojawiają się pod balkonem, budzą się właściwie, bo pojawiły się już dawno dawno temu i zimę spędzają pod deskami, w cieple nagromadzonych i nawianych tam liści, obgryzają najmłodsze liście, niszczą moje jeszcze w cebulkach uśpione kwiaty. Ja tylko chciałam się upewnić, czy się pastwią, ja wiedziałam, co zastanę. Tulipanów tej wiosny nie będzie. Króliki kochają mój pod-balkon.
Wróciłam do mapy z Moai, do odłupanego ucha, do Fina w areszcie na Wyspie Wielkanocnej.
- Czy na Wyspie żyją króliki?
Opowiadanie pisało się samo. Oglądałam zdjęcia, czytałam o języku Rapanui, o fińskim również. Były między nimi podobieństwa, które nęciły, wierciły dziurę w brzuchu... W uchu...
Ale, ale, czemu to zrobił? - nurtowało mnie - Przecież, mając dwadzieścia sześć lat, chyba wiedział, musiał wiedzieć, że to jeden z cudów świata, że przecież pretendował do tego miana, coś, co przyciąga, jak to się mówi? "nie do końca zgłębioną tajemnicą", tysiące turystów na Wyspę. On sam jest dowodem siły tego przyciągania. Więc? Bez sensu, przyjechać w Wielkanoc na Wyspę Wielkanocną po to, by ułamać ucho olbrzymowi. A może taki był właśnie plan? Zamiar, premedytacja?
Ludzie w jego kraju? Jacy są? Ciemno, zimno, szaro. Długie zimy. Co robią? Telefony, Linux, śmieszny pingwin, blisko Rosji, Helsinki, sauna, Lapończycy, cała parada stereotypów. Lubią tańczyć. Podobno uwielbiają tańczyć walca, dużo tańczą szczególnie zimą, gdy słońca na lekarstwo, śnieg, mróz. A może to Norwegia? Może to w Norwegii tańczą zimowe walce? Muszę pogooglać. I samobójstwa... gdzieś o tym czytałam, słyszałam, że są częste. Ci na Wyspie muszą o tym wiedzieć, nie powinni go zbyt ostro traktować. Postąpił jak szaleniec, bardzo, bardzo nierozważnie, ale może miał powody?
Czemu to zrobił? Czemu? - powtarzałam - Musiał! Usłyszałam wyraźnie: musiał! To było od niego niezależne, pójdę tym śladem:
Fin, młody mężczyzna.... zmuszony przeznaczeniem, człowiek z północy.
Już wszystko wiedziałam. Obrazy postępowały w spokojnej kolejności, ukazywały się jeden po drugim, logiczna układanka, jeszcze godzinę, dwie wcześniej w kawałkach, bardziej rozsypanka niż układanka, teraz poukładanka, zgodnie z logiką tworzonego tekstu.
- Tatuaż. Moai mieli tatuaże. I te rongorongo z hieroglifami... do dzisiaj przetrwało kilka, i do dzisiaj nie są rozszyfrowane.
Widziałam dokładnie sen, w którym chłopiec ...
Miał na imię Kai, to imię dała mu matka, zawsze się jej podobało. To prawda, bardzo ładne imię. Chyba u Andersena był Kay, Kaj? Może Kay? Ale nie Kai, Kai ma zupełnie inne brzmienie: Ka-i. Ciekawe, jak Finowie wymawiają to słowo? Sprawdzając znaczenie
- Czy każde imię ma, czy musi mieć znaczenie? – zastanawiałam się. Ostatnio dzieci dostają zupełnie przypadkowe imiona, słowa wymyślone, zlepki słów, hybrydy, określenia, które ważne dla rodziców, dla innych mogą być całkiem obce, alienować dziecko w przyszłości.
Przeczytałam, że Kai, to forma od Caius, nazwiska Rzymianina.
...Matka chłopca lubiła imię Kai i gdy się urodził podarowała mu to imię na całe życie.
A Aalto? Też piękne słowo, muzyczne, z powtórzoną samogłoską, krótkim zastanowieniem, refrenem. Znalazłam je na stronie z fińskimi imionami i nazwiskami. Aalto znaczy fala.
Tak, koniecznie, Kai Aalto, młody mężczyzna, któregoś dnia porzuca imię Kai z dzieciństwa i zaczyna się przedstawiać po prostu jako Aalto.
Fala, Aalto... Formę falistej wazy i wazonów wymyślił niejaki Aalto: Alvar Aalto. Przeciekawa historia, następna?
...Mój Kai Aalto śni, i we śnie odwiedzają go Moai, mają tatuaże.
Ludzie od zawsze, a szczególnie mężczyźni, lubili się wyróżniać, zwracać na siebie uwagę, zdobili ciało, albo je szpecili, w rozmaity sposób. Polska szlachta, mężczyźni, jeździli na sejmiki i stroili się, upiększali, zakładali bogato zdobione sukmany, pasy, czapy, pióra, klejnoty... Kobiety w tym samym czasie, w dworkach, chodziły w prostych sukniach, w przyodziewku... Przyodziewku? Skromne słowo, jak i ubiór... jak szlachcianki.
Tatuaż na ciele Moai musiał przypominać fale. Wyspa była mała, zagubiony przez nieuwagę stworzyciela okruch w oceanie, albo sonda z głębi, wynurzony z podwodnych górskich przepaści peryskop, który miał sprawdzić jak jest nad powierzchnią wody. Czy to prawda, że są motyle? Ważki? Podobno flamingi? Tu na wyspie nie dało się zapomnieć o otaczającej, ogarniającej horyzont, płynnej wszechobecności. Najłatwiej było ptakom, które tu przylatywały. Tak jak przylatywały, tak mogły odlecieć. Ze wszystkich stron i w te same wszystkie strony. Fale były łatwe do wytatuowania, najprzeróżniejsze, mogły się kończyć na skórze bez wyraźnej granicy, rozpływać się, stopniowo i łagodnie przechodzić w odcień skóry, znikać, wnikać. Olbrzymi Moai, przychodzący we śnie jest pokryty narysowanym na ciele, falującym tatuażem. Kai ma wytatuowane na ramieniu podobne motywy, z początku o tym nie wie, jak to we śnie. Tu wszystko jest możliwe, prawda jest senna, ulotna, prawdziwa we śnie, dzieje się na potrzebę snu, ale jest prawdą.
... Na lewym ramieniu. Kai ma wytatuowane fale na lewym ramieniu. Niebiesko-zielono-granatowy z czerwono-czarnymi cieniami tatuaż na ramieniu Kai Aalto, który musi oderwać ucho Moai...
Opowiadanie skończyłam wieczorem. Po godzinach lektury, wędrówek po wertepach Internetu. Wyspa Wielkanocna sama wpisała się na listę miejsc, które bardzo chcę zobaczyć. Następne marzenie. Marzenia dzielą się się na te do spełnienia i te, które zostaną tylko marzeniami.
Zaparzyć herbatę z sassafrasu.
Zasadzić jacarandę, koniecznie niebieską, w doniczce.
Pojechać do prefektury Gifu w kwietniu. Tam rośnie moja wiśnia Usuzumi-zakura mająca około 1500 lat, 17,2 metra wysokości i obwód 9,2 metra. Rośnie w Itasho Neo, w prefekturze Gifu w środkowym Honshu.
Co jeszcze? Za dużo tych jeszcze...
- Jak minął dzień?
- Ciekawie. Chcesz, to ci opowiem WSZYSTKO o Wyspie Wielkanocnej.
- Kamienne posągi?
- One też, ale dużo więcej. Napisałam opowiadanie.
- O wyspie?
- Tak, ale jest bardziej o Finie.
- O Finie?
- Wspomniałam Ci wcześniej? Ta wielkanocna historia z uchem z Internetu.
- To, o czym mówiłaś rano? Rzeczywiście.
- Chcesz przeczytać?
- Może jutro? Teraz chce mi się spać.
- Ok - moje rozczarowane ok, ale trudno, już zrobiło się późno.
Usypiałam, widząc czarne posągi z białymi oczami z koralu, w które jakiś nagi oh-tea wkładał czarne okruchy obsydianu.
....Będziesz lepiej widział, dużo, dużo dalej, niż my ludzie, wyraźniej, pierwszy będziesz zauważać fale tsunami. Czarne węgliki obsydianu będą się wtedy zamieniać w rozżarzone promienie, znak, że trzeba uciekać...
Kai Aalto siedział na plaży zawinięty w prześcieradło, palcami prawej dłoni błądził po swoim lewym ramieniu, po rysunku tatuażu fal. Ocean szumiał, śpiewał o ptakach, które przylecą rano... Od strony słońca.
Rano wróciłam do pisania. Wiedziałam, że korekta będzie konieczna. Pisałam przecież zaledwie jeden dzień i to z długimi przerwami na lekturę, googlowanie, karty, listy. Wczesnym popołudniem opowiadanie było gotowe. Miałam już tytuł, z neologizmem...
Zaczęłam googlować, byłam ciekawa, co też nowego mówią o Finie... Moja fikcja, jego życie. Moja Wyspa Wielkanocna i jego niefortunna historia.
Znowu mówią o obcięciu ucha! To było do przewidzenia, takie samo przez się rozwiązanie. Ciach! i po kłopocie. Gawiedź chce krwi, ofiary. Wandal, chuligan, i inne bardziej dosadne epitety. Na którymś z portali znalazłam ankietę z pytaniami o karę:
A. Więzienie?
B. Grzywna?
C. Obcięcie ucha?
Wklikałam mój wybór...
Wynik? Obcięcie ucha było statystycznie na końcu.
Strony po angielsku, polsku, hiszpańsku, fińsku – tu nic nie rozumiałam, lecz tak jak wczoraj magia alfabetu przeniosła mnie znów w świat Kai Aalto.
Na jednej ze stron przeczytałam nową wiadomość:
„Kobieta rozpoznała go po tatuażu...”
Tatuaż!? Żart? To musi być żart! Jaki tatuaż? To mój wyimaginowany Kai Aalto miał tatuaż, to się działo we śnie, w jego śnie, wymyślonym przeze mnie. On nawet w wymyślonym życiu nie miał tak naprawdę żadnego tatuażu. Tatuaż był nieodzowny w opowiadaniu. W rzeczywistości opowiadania ten tatuaż jest nieprawdziwy! Proszę, opamiętajcie się, jaki tatuaż? Tatuaże mieli Moai, później Kai zauważył podobny na ramieniu, ale to był sen. Najzwyklejszy, stworzony sen.
Fin, turysta na Wyspie Wielkanocnej, z tatuażem?
Nie wierzyłam moim oczom. Kilkakrotnie przeczytałam notkę. Piszą o tatuażu. Jedna strona, druga, powtarzają. Poczułam gęsią skórkę. Pobiegłam do mojego męża. Oglądał jakiś historyczny film.
- Słuchaj, pamiętasz? Wczoraj mówiłam Ci o moim opowiadaniu? o tym Finie i Wyspie Wielkanocnej?
- Tak, ale teraz nie będę czytał, może później?
- Nic nie musisz czytać. Nie o to chodzi.
- Nie rozumiem?
- Przeczytałam właśnie, że on miał tatuaż.
- Kto? Fin? Co w tym dziwnego? Tyle ludzi się teraz tatuuje.
- Nie rozumiesz, ja wczoraj napisałam, że on, ten Kai, w opowiadaniu, imię zmyśliłam, miał tatuaż i...
- Nic nie rozumiem? Jaki Kai? Kto miał tatuaż?
- Wymyśliłam, że Kai, Fin ten co odłupał ucho, to znaczy nie Kai, ale Marko Kulju miał tatuaż na ramieniu.
- No to rzeczywiście... Ale może wcześniej? Coś czytałaś?
- Nie, to dzisiejsza relacja. Wczoraj była tylko lakoniczna notka. Dzisiaj podają szczegóły.
Wróciłam do komputera. Jeszcze raz przeczytałam wiadomość:
..."Kobieta ... rozpoznała go po tatuażu".
Wszystko przeze mnie - pomyślałam - gdybym nie wymyśliła tatuażu, na pewno by go nie złapali.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Dziwnie się czytało, co nie znaczy, że bez zainteresowania - wręcz odwrotnie. Trzeba być bardzo skupionym i nadążać za każdym słowem tego strumienia świadomości. Historia ciekawa, oryginalnie podana, a jeśli oparta na realu, to w istocie nabiera dodatkowej wymowy.
Pozdrawiam - czytelniczka
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
El, dziękuję za komentarz.
Pytanie tylko mam, co to znaczy dziwnie?
Czy wędrowałaś po linkach? Czy czytałaś linearnie?
To mnie bardzo ciekawi.
Co to genezy opowiadania, to wszystko jest prawdą. Niesamowity zbieg okoliczności... albo? nie wiem co...
serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Dziwnie, bo przerywałam czytanie, aby parę rzeczy sprawdzić - czułam się jakoś
nieprzygotowana do pełnego odczytania. Dlaczego jeszcze dziwnie? Nie wiem, czy w pełni wytłumaczę, ale nie przebiegałam po linijkach, jak to zwykle bywa, lecz wiele razy wracałam do tekstu wyżej, aby upewnić się, że nadążam za Tobą. Podejmowałam lekturę, gdy uznawałam, iż jednak rozumiem i docieram do jądra tekstu. Tym samym - zmusiłaś leniwca do pełnej koncentracji uwagi Dobrze mi to zrobiło. Masz we mnie czytelniczkę Imienniczko.
Pozdrawiam wieczornie
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Podejmowałam lekturę, gdy uznawałam, iż jednak rozumiem i docieram do jądra tekstu. Tym samym - zmusiłaś leniwca do pełnej koncentracji uwagi Dobrze mi to zrobiło. Masz we mnie czytelniczkę Imienniczko.
Dziękuję El, co prawda nie chciałam Cię męczyć, wracaniem, zgłębianiem.
Najbardziej się cieszę, że się spodobało, Imienniczko.
serdeczności E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
El, ucieszyłam się, gdy przeczytałam Twoje wyjaśnienie.
Jeszcze raz dziękuję za poświęcenie czasu sobotniego na prozę serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Się w końcu przeczytało! Z Zainteresowaniem
noo ... i musiałbym powtórzyć to wszystko co napisała El ...
+
że kiedyś bardzo interesowałem się Wyspą, historią tego skrawka Ziemi, mieszkańców - w końcu zniszczonego przez ludzi - przybyszy -może teraz już nasadzono drzew, lasów - ale był taki okres, że Wyspa była zupełnie naga - wycięto wszystko - oczywiście - biali ...
Marku, nie wszystkiemu byli winni biali. Wszyscy mieszkańcy Wyspy byli winni jednakowo. Drzewa wycięto, czy wycinano, żeby stawiać Moai, a przede wszystkim transportować je na miejsce przeznaczenia, tak się uważa, bo inaczej byłoby to niemożliwe, były zbyt duże i ciężkie. A że tak wiele Moai wykuto ze skał, to można sobie wyobrazić, jak szybko wyspa stała się naga i smutna...
serdecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
tak, to prawda ...
nawet widziałem gdzieś fotki albo rysunki w jaki sposób "zjeżdżały" z gór na miejsca przeznaczenia - właśnie na okrągłych klocach drewna ...
Tak, Marku, to m.in. spowodowało wyniszczenie drzew na wyspie.
Drzewa, w tym i palmy, wycinano na budulec, ale początkowo podobno głównie na transport Moai. Nie sadzono - tak przynajmniej twierdzą naukowcy - nowych drzew, więc gleba erodowała, a nie było jej za dużo na dość młodej wyspie wulkanicznej. Im mniej gleby, tym mniejsza szansa dla zadomowienia się roślin, rezultat tych działań znamy.
słonecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E