Był sobie mały król w szarych butach z lukrem na wardze. Miał ciepłe, złote jak ciastko oczy. Przemierzał dróżki cisawym konikiem, który stąpał wolno tylko po kałużach i rozbitych lustrach. Król odwiedzał często opuszczone pole jarmarczne, gdzie za glinianymi garnuszkami mieszkał kogucik i dziewczyna sprzedająca błękitne pomarańcze.
Milczała jakoś tak wietrznie i Królowi wydawało się zawsze, że szata spada na ziemię.
Siadał na krajku jej brudnej sukni i maczał dla niej diamenty w kroplach spadających z zardzewiałej korony, która do połowy pochłonięta przez czarną ziemię-lśniła.
Kiedyś, gdy jeszcze rosły tu winogrona i pięły się po straganach obrzuconych matami, król chodził po rzepę i gruszki. Pytał zwiewne wróżki o dzikich oczach jak różą być i nie sczernieć…głaskał małe groniaste żydówki, zaczepiał staruszki, które w chustach trzymały małe kocięta, szukał w tłumie katarynki…
I kiedy król szukał, mgliły mu się oczy, bieliły włosy, ręce brodziły w worach pełnych ziarna.
I w końcu lud go nie poznał. Zaczęli szemrać: wróżki pobladły, żydówki uciekły, kocięta posnęły. Dziewuszka sprzedająca korony krzyknęła:
KRÓL USECHŁ! KRÓL NIE ŻYJE!
Staruszki upadły, gołębie w katedry wfrunęły, dzieci w drzewach się skryły, bardowie umilkli.
W ziemię fujarki zapadły. Lud uciekł od Króla.
Król pośród kurzu, brunatnej ziemi, fałd sukien i klamer – stanął. Tyk.Tyk.Brzask.Zmierzch.
W dłoniach zalęgły mu się ćmy, w płucach cichy wizg nocy, na ramionach osiadł kos. Tylko oczy były zawsze chwiejne i ciepłe.
I przyszedł dzień, kiedy garnuszek potoczył się pod jego stopy – wtedy był już drzewem. Wyszła do niego dziewczyna z ziołami na ręce.
-Krasne usta, twarz malutka, licha
jesteś moja NIkita..
Ona wzeszła, popatrzyła białym okiem, zdjęła z palca małą wstążkę, przyszpiliła ją do dłoni. Ćmy wzleciały, powróciły. Kos zaśpiewał rewolucję.
Od tej pory król powraca do jarmarcznych pobojowisk; słońce zbiera do beczułek, żyto sadzi ludziom w słomach mieszkającym, brodzi po deszczach i konstruuje nowe. I znów powraca, siada u garnuszka, rdzą pokrywa klejnot, gładzi rękę Niewidocznej. Milczy. Gaśnie. Ona wstała dziś spod chmury, uwolniła z włosów śmiechy, echa wszystkich rzeczy. Nałożyła na siwego króla szaroburą aureolę. Obróciła ją dwa razy, śmiech jej buchnął jak latawce. Zapachniało ranem, srebrem. Aureola zaskrzypiała i zagrała pozytywką. Ona z ukłonem białym, szczerym wyszeptała: