Wysłany: 2011-01-13, 00:39 Bajka o Niebieskiej Sierści Królowej
Bajka o Niebieskiej Sierści Królowej
motto: piękno maleńkie rodzi władców słodkich co chcą je zamienić w wielkie
I
Bo była zgraja rybaków, co patrzyli nocami na latarnię morską w nadziei statecznej, że na szczycie dziewczynka mała wyłapie wszystkie myszki i mankieciki uszyje szare, i plaśnie patelnią, i zagrzeje rączki, może też trochę poszarpie strunę i w perełkę wybuchnie. Bo było też grube słonko, co roiło chorutkie parowodne myśli, i uczyło też trochę siać na morzu oczka boskie, i popołudniowe kocie zachowanie. Rybakowie nie nosili na plecach koszy, ani na barkach łódeczek, gromili swoje połowy w rozpaczy, zajadali się ćmami w kagankach.
Nadeszła burza lodowa, i morze w koronę zamarzło, po środku stała latarnia, wysoka i jodowa, rybacy suszyli swe płuca i serca po sznurach ciągali jak śliwkowe obuwia za duże. Siorbali cicho po kątach, w owal butelki zastygły. I stała się pora topnienia, w chórze szła wiosna Złoteńka, szła krokiem brawurki, kukułki małej w chodakach gułki. Tuż tuż rybak upadł nieładnie. Upuścił do latarni klucz bursztynowy . Wiosenka w pośpiechu rudym skoczyła plum ku plamce pod rybaka czapką. I już już miał ją gonić, ale okazała się gerberem lodowym, zarozumiałą cichutką ucieczką . I tak nastała trójrajka, rybacy bracia zamknięci w latarni, poumierali z lodu w głos karkołomny. Zalało słonko białe pochodnie nad ostygłą główką...sens się skrył.
Cisza zimna, kryształu pani zrzuciła łzę z szyi i wyrósł z błękitu kształt chimery i zapachniał z daleka ogromnej królowej, która skuta swoim ciepłem nie wychodziła nigdy z łóżek.
Trzask powzięła
Ruszyła w walki dalekie, poza świtem kurzego puchu i gry w szachy. Maleńka i siwa, słodka i buńczuczna, rączka jej zamarzła i krą się ukazała ludom gdzieś na południu.
Krę znalazła dziewczynka z ołóweczkiem na szyi, podobna do marynarskiej czapeczki, może trochę omdlała może też urosła. Oczkiem purpurowym ujęła swoje słońce dobre, zawołała mamusię, i wsiadła na kry domek.
Mijało się butelki zielone z miłością w dnie, mijało kawowe puszeczki, obrączki gołębie, najwięcej też mijało się błysków co osiadają klawiszem wysokim pianina, pośród kary duszy, a jak nic pustoszą rozpoczętą smutę. Na szyi wieszają te łezki, co jak dar tej Pani Kryształu, polują na piersi piękne westchnienie i brodzą w nim jak w cierpieniu.
A tam gdzie widać latarnie, królują nasze pąki słabiutkie, co wyszły spod niedołężnych dachów i tulą się w sobie jak diabły, jak złości smutki cytrowe.
II
Zabawne to życie na morzu, gdzie głos nam się składa w uśpienie i jabłka jak śmierć pięknie grają i kocie zanika mruczenie.
Pogłos malarza poschnięty,
gra bogobojna
bo w płaszczu
mokre paluszki trą niebo
z przekory że świt jest tu obcy
boję się cicho świątynnie
krwi ciepłej lato ma sanie
utulę Cię proszę w tej bali
bo w morzu się kochać nie chciało
latarni tu róża kuśtyka
przyjmij ją chociaż w te mary
kolejki bezlądu
bóg krzyczy
że słabiutka w hałasie muzyka
I tak dopłynęła dziewuszka, krok spowolniła krajkowy, spojrzała i już się utyło, morze w kolor perłowy.
Bum nagle z dna wyrodziła się wątła królowa wilczyca. Zburzyła złe ściany i gerber za ucho wczepiła. Bajeczka mignęła dziewczynce i główkę w jej rękę wtuliła. Tak się ścieżka stworzyła i mijając śnieg źrenicy rybaka weszła w klaskanie omokłych tronów. Poświata.
Wskoczyła na marmur jodowy, do czapki chowała te myszki, jak słowo kremowe co taszczy dla nas foremkę.
Ognieniek w królowej się rozbuchł, ujęła w taniec te sieci, jak szarpiąc lutowe garnuszki, zbudziła rybaków do starego spojrzenia w milutki cud dziewuszki.
I rozdałam po planet koncercie, wodę co schła mi na ciele, i gwoździem przybiłam warkocze, zostać pragnęłam przesileniem.
Uchwalmy te dni robotnicze, te gwiazdy doków jabłkowych, te Truchle cukrowe wrzućmy w zieleń, i każmy się wersem zapłożyć.
Rozbij echo
III
Taneczna dziewczynka bujała rybakom łódeczki, chodziła zrywać łezki Ciszy Pani bo w jesieni najwięcej ich było, kruszyła dla nich chlebowe stateczki, i brody im plotła zimowe, nastał czas wielki bo głośny, tu w tej latarni ogromnej, co pośród koron się tliła głupiutka i w końcu wilcza mateczka zdjęła oddal z głębiny i dziecko pierwsze do snu w fali ułożyła. Mali są teraz tam wszyscy, maleńcy.
Noc nastała siwiutka kiedy dziewuszka silna i blada skłoniła z słonym okiem głowę przed panią nie z tego świata. Szepnęła tylko że zimno i chciała tylko dlatego, pozostać w różanym kubeczku latarni, że nic więcej nie było jej trzeba. I opadła na Panią potulnym błękitem, sowią muzyką, wilczym kożuchem objęcia, z daleka pokazując wieżyczki, srebrniuchne karzełki dmuchnięcia.
Odtąd Pani w sierści niebieskiej, patrzy w głąb cichych istnień, maleńkich, zagiętych, szturchniętych, daleko rozpiętych, pustych bucików, kulawych wierzchowców, czapek sfilcowanych rudych niepoczętych piszczeń,
odtąd u lutnika znajdź puchu fragmencik. Chuchnij w fałsz gorzki, prąd lekki smukły, ugięte bukowe szarfy...bądź dotąd. Bałtycki Gongu wilczycy.