Wysłany: 2008-04-15, 02:03 po drugiej stronie oceanu, po drugiej stronie życia
po drugiej stronie oceanu, po drugiej stronie życia
Jestem od jakiegoś czasu sama. Tłumaczę sobie, że potrzebuję czasu dla siebie. Czasu, którego teraz mam tak wiele.
Nie tak miało wyglądać moje życie, składać się nie z lakonicznych historyjek, lecz z ogromnych radości, o których opowiada się długimi, pełnymi zdaniami, kipiącymi od określeń i przymiotników.
Uczę się na nowo mówić, rozumieć, choć jedno i drugie przychodzi mi z trudem. Przeważnie milczę.
Poranki jednak zaczynam od bezgłośnej rozmowy z nim. Wiem, że to bezsensowne. Jak długo można wspominać? Jak długo można rozmawiać z umarłym? Umarłym, który został po drugiej stronie oceanu.
¤¤¤¤¤¤¤
Dzień był gorący. Rano na termometrze pokazało się 87 stopni F. To były tamte stopnie, których nigdy nie przeliczałam na Celsjusze, bo cyferki wystarczyły, by mi powiedzieć: jest ciepło, jest za ciepło, jest gorąco, jest pora na podlewanie ogrodu, jest upał. Było gorąco od samego rana. Mogliśmy tylko czekać na to, że słupek dojdzie do 100.
Wyjechał, jak zwykle, przed siódmą do pracy. Ja, tuż po siódmej. Nie za wcześnie, ale akurat tak, żeby nie stać za długo w korku na głównej przejazdowej alei. Dzień w pracy był nużący. W biurze było za chłodno, nie dało się wyregulować temperatury, bo termostat był od tygodnia zepsuty. Dobrze, że miałam w szafie żakiet. Lunch zjadłam w kafeterii razem z Alą. Rozmawiałyśmy o 4 lipca, gdzie wyjechać, żeby uniknąć piekła chicagowskiego lata w to tłumne święto.
- Wiesz, możemy pojechać do Sweet Cherry. Tam zawsze jest dużo Polaków. Niedaleko do jeziora. Dobre jedzenie na miejscu, tylko trzeba wcześniej zrobić rezerwację. Jak nie będzie już większych domków, to są te małe bez łazienek, no i namioty.
- Namiot, to już nie dla mnie. – powiedziałam. Co było prawdą, bo od co najmniej 12 lat, odkąd nasza córka była na tyle duża, że i jej nie cieszyło biwakowanie, w wakacje staraliśmy się mieszkać w hotelach. – Namiot, to w ostateczności, ale na pewno nie na 4-go. Wyobrażasz sobie, jaki może być upał w nocy?
- Masz rację. Ale, jeśli już nie będzie miejsca?
- To po prostu pojedziemy wcześniej nad samo jezioro. W stronę Dunes.
- OK. – odparła i na tym skończyłyśmy rozmowę.
Zajęłam się sałatą i zaczęłam przeglądać ogłoszenia w Dzienniku. Od jakiegoś miesiąca szukałam czegoś innego dla siebie, jakiegoś zajęcia, które byłoby ciekawsze, niż wypełnianie ciągle tych samych formularzy. Odkąd jesteśmy z Jurkiem sami, mam dużo więcej czasu i swobody. Córka jest na uniwersytecie U of I w Bloomington. Mamy więcej czasu dla siebie wieczorami. Nagle okazało się, że mamy wielu przyjaciół, z którymi można wieczorem wyjść do baru, wybrać się na obiad, pojechać na krótki wypad w weekend. Gdy Magda była w domu, trzeba się było nią zajmować, wozić do szkoły, na balet, na mecze, na sleep-over u koleżanek. Nie to, że narzekam, ale wiele spraw czekało na kołku, odwieszone na później. Gdy wyjechała na studia, najpierw zrobiło się pusto i cicho, i trochę smutno. Z czasem jednak nauczyliśmy się na nowo zapełniać popołudnia i wieczory. Byłam szczęśliwa. Naprawdę, byłam szczęśliwa.
To nic, że nasze życie było spokojne, ustabilizowane, bez ekstrawagancji, bez letniego domu nad Michigan, bez dużego domu w Evanston. Jak dla mnie, było to piękne życie, które po pierwszych kilku latach bardzo skromnej egzystencji i ciągłych przeprowadzek, zaczęło wchodzić na proste tory. Przystanki, to były króciutkie wakacje, jakieś dłuższe weekendy, podróże do Polski, gdy w końcu zaczęliśmy zarabiać i odkładać tyle, że nie trzeba było się zastanawiać, skąd później wziąć na czesne w szkole Magdy, zakupy na Michigan Avenue, gdzie wcześniej mogłyśmy z Magdą tylko wchodzić do sklepów i oglądać i marzyć i nic więcej.
¤¤¤¤¤¤¤
Wróciłam do domu. Korki nie były tak długie, jak czasem, gdy po drodze jest jakiś wypadek. Ludzie są tak bezmyślni, nieostrożni, nie myślą. I ten labirynt tutejszych, jednokierunkowych ulic też nikomu nie pomaga.
Zaparkowałam pod wiatą, okna w samochodzie zostawiłam lekko uchylone. Natychmiast zaszły parą. Wilgoć wypierała zimne powietrze z samochodu. Ścierały się dwa prądy, ten z zewnątrz z tym wewnętrznym. Drzwi do domu były otwarte. Zastanowiło mnie to trochę, bo pamiętałam, że wychodziłam później od Jurka.
Stanęłam w drzwiach naszej sypialni.
Nie spał. Leżał w łóżku, w ubraniu i patrzył nieobecnymi oczyma.
- Jurek, co ty tu robisz? O tej porze? Jurek?
Nie odezwał się. Nie wiedziałam, co mam zrobić. W głowie miałam pustkę. Więcej niż pustkę, ogromną pustynię, bez słońca, ogromną ciszę, która wylewała się poza mnie i cały ten pokój w upalnym Chicago.
- To wylew. – powiedział lekarz, gdy w końcu wyszedł z pokoju ER.
Nie pamiętam, jak znaleźliśmy się w szpitalu. Musiałam zadzwonić, wytłumaczyć co się stało, że właściwie to nie wiem, co się stało, bo mąż, bo potrzebuję pomocy, bo natychmiast.
- Słuchaj. – mówiłam do niego połykając łzy. – Wyjdziesz z tego! Rozumiesz? Wyjdziesz, nie ma mowy, żebyś nie wyszedł! Powiedz, że słyszysz, że mnie rozumiesz? Jutro przyjedzie ze mną Magusia. Cieszysz się?
Szpital był taki sterylny, bezosobowy, mimo że pełen ludzi, i taki jednocześnie spokojny, chłodnym spokojem rezygnacji, ale też nadziei na poprawę, na to, że któregoś dnia widok za oknem przestanie być dekoracją, że na nowo będzie można wejść boso w rozgrzaną trawę i przez nieuwagę włączyć automatyczny deszczyk i żeby ludzie się uśmiechnęli, że następna ofiara nie wie, że nie powinno się o tej porze wchodzić na trawniki.
Od tego dnia wszystkie dni były takie same, jak sznurek jednakowych paciorków, mechanicznie wytoczonych z przezroczystego kwarcu. Wszystkie jednakowo długie i pełne niepokoju, płaczu, ale to już w domu, po godzinach siedzenia przy łóżku, masowania dłoni, masowania stóp. Mówienia o wszystkim i o niczym, żeby tylko obudzić w nim iskierkę, wolę do życia, wolę do powrotu, do mnie, do Magdy, do siebie. Właśnie, żeby wrócił do siebie, do dawnego siebie. Co słyszy? Czy rozumie mnie, czy wróci?
- Jest poprawa. Ogromna poprawa. – powiedział kardiolog. – Jeszcze tylko konsultacja z neurologiem, kilka testów i pani mąż może wracać do domu.
Tak się cieszyłam, ze wszystkiego co powiedział, delektowałam się każdym słowem, nawet z tego, że lekarz był Polakiem, że usłyszałam te słowa po polsku. Jest poprawa! Jest poprawa!
Cieszyłam się, jak dziecko, które w środku lata dostaje zawieruszony gdzieś w przepastnej szafie, zapomniany, chociaż obiecany prezent gwiazdkowy. Wracamy do domu! Razem i wszystko będzie coraz lepiej. Musi.
- Krzesło. – powtórzyłam to słowo już chyba dziesiąty raz. – To jest krzesło.
Jurek spojrzał na mnie i widziałam, że chce się uśmiechnąć, grymas, jaki widziałam na jego twarzy był dla mnie uśmiechem, nikt nie mógł zaprzeczyć, że tak było, ja nie uwierzyłabym, że było inaczej. Napisałam na małym, samoprzylepnym kartoniku: KRZESŁO i przyczepiłam go do krzesła, i na następnym i na trzecim.
KRZESŁO KRZESŁO KRZESŁO
Nasz dom był pełen kartoników. Jak w domku dla lalek, gdzie każdy rekwizyt, każdy nowy mebelek ma swoją naklejkę, tak nasz dom był podpisywany.
- Stół. Stół. Stół. – powtarzam słowo. Jurek powtarza za mną. – Stół.
Podpisywałam wszystko, co było w zasięgu ręki, oczu, wszystko do czego dało się przykleić karteczkę.
Rzeczy można nazwać. Są proste do nazwania, są fizyczne, wymiarowe w trzy strony, można wytłumaczyć każdy ich wymiar, dotknąć, przesunąć dłonią po blacie stołu, po poręczy krzesła, po drzwiczkach szafki, po drodze zawadzić o niklowany uchwyt ze śrubkami wkręconymi w drewno.
- Lustro. Lustro. Lustro. – mówię, powtarzam, powtarzamy.
Patrzymy w lustro. Oboje.
Jak nazwać to, co w lustrze? Czy odbicie jest fizyczne? Gdzie jest jego wymiar? Jak sprawdzić głębię odbicia? Jak nazwać patrzenie w lustro? Co jest po drugiej stronie?
Gdzie przykleić karteczkę z: PATRZENIE? Czy on rozumie, co to znaczy? Jak wytłumaczyć, że ja patrzę, ty patrzysz, on ona ono i my i wy i oni, że patrzymy, że jest coś, czego się nie da dotknąć a jest, jest w naszym mózgu, zakodowane, wpisane, wtłoczone, wyryte, w kilku językach, zapamiętane.
- Nie wiem. Nie pamiętam. – mówi Jurek i znowu widzę ten jego grymas, który dla mnie jest najpiękniejszym uśmiechem.
- Nie martw się – mówię. Już wiesz coraz więcej. Jest coraz lepiej. Ja Ci pomogę. Będziesz jak nowy słownik. – żartuję, nie wiedząc, czy on rozumie mój żart.
Walczy ze sobą, z tym nowym sobą, żeby nauczyć się na nowo mówić, rozumieć, pisać, czytać, być jak inni, którzy mają mózgi pełne kodów do wykorzystania w każdej chwili. Widzę, jak szuka siebie dawnego, męża, kochanka, ojca, przyjaciela, syna. Szuka w rzeczach z przyczepionymi kartonikami. Przepisuje słowa po setki razy. Próbuje układać je w zdania. Przepisuje, powtarza, całymi dniami, gdy zostawiam go samego na kilka krótkich godzin i gdy wracam, żeby być z nim jak najdłużej.
Życie, które zapowiadało się kiedyś trywialnie: zwykłe dni, miesiące, lata trojga ludzi, którzy przylecieli którejś wiosny do tego kraju za oceanem, gdzie mogli liczyć na przyjaciół, że pomogą na początku, z pracą, z mieszkaniem, ze wszystkim.
- Dopóki nie staniecie o własnych siłach, pomożemy. Nie martwcie się, każdy jakoś zaczynał. Trochę cierpliwości.
Mam dużo cierpliwości. Wierzę, że moja cierpliwość i jego, to całe morze cierpliwości, nawet dwa morza, ocean, że któregoś dnia sam będzie mógł pozrywać te wszystkie zapisane przylepce i powie:
- Wróciłem. Już wszystko wiem, nie muszę powtarzać, nie musisz się o mnie martwić. To ja.
Wróciłam do domu. Zaparkowałam samochód pod wiatą. Upalny dzień daje się we znaki. Niedługo znowu 4-ty lipca. Najlepiej jest w domu, przy włączonej klimatyzacji, albo późnym wieczorem, kiedy przeciera się zaparowane szkło nieba i zza gorącej mgły zaczynają wychodzić gwiazdy. Wróciłam wcześniej, bo przy takim upale klientów w gabinecie nie było za wielu i chciałam pojechać nad Michigan z Jurkiem.
Na kartoniku napisał:
PRZEPRASZAM
Wyjechałam. Nie mogłam tam dłużej mieszkać. To było ponad moje siły. Magda skończyła studia. Została. Ona nie zna innego kraju. Tam jest jej ojczyzna, fatherland, chociaż nie, oni mówią: motherland. Tam jednak jest jej fatherland, małe miejsce na cmentarzu, gdzie pochowałyśmy Jurka.
Nie rozumiała, dlaczego to zrobił. W jej słowniku nie było tłumaczenia słowa: samobójstwo. Nie mogła mu tego wybaczyć. Nigdy mu pewnie nie wybaczy. Ja? Nie wiem. Ja nie muszę wybaczać. Chociaż tak mi żal, szkoda tego, co mogło być, a czego on nie mógł nazwać. I bał się, że straci wszystkie słowa, więc je wyprzedził. Pospieszył się. Widziałam, jak próbował, jak walczył ze sobą, jak szukał jakichś drzwiczek, jakiejś szpary w murze, szczeliny, przez którą mógłby przejść na drugą stronę lustra.
Wróciłam do starego kraju. Wróciłam do naszego, już mojego miasta, żeby z niego po dwóch miesiącach wyjechać. Rozmawiam z Magdą często, dzwonimy do siebie. Wiem, że lubi swoją pracę. To dla Jurka została psychologiem. Szuka wytłumaczenia, odpowiedzi. Łudzi się, że znajdzie. Ja się nie łudzę, nie szukam. Uczę się na nowo mówić, rozumieć.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Marku, dziękuję za lekturę opowiadania i za uwagi. Rzeczywiście masz rację z tym myśleniem takie idem per idem wyszło. Zaraz poprawię.
Jednak ze zdania:
Cytat:
Ja się nie łudzę, nie szukam. Uczę się na nowo mówić, rozumieć.
przepraszam, ale nie zrezygnuję
Marek napisał/a:
za wścibskość przepraszam! m.
ależ jakże się gniewać za taką "wścibskość" Marku? Bardzo mi ona pomaga, naprawdę. słonecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Ja nic nie powiem... Może tylko, że tekst mnie pochłonął i darowałam mojemu miłemu, i dzisiejsze, i wczorajsze niby winy...
Dziękuję Elu...
To ja bardzo dziękuję, El i miło mi, że mogę sobie zapisać dobry uczynek.
słonecznie E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E