Wysłany: 2011-02-19, 16:55 Mój pamiętnik z ostatniego X-lecia
Szlag mnie właśnie trafił przez niestaranność doręczycieli zaprenumerowanej „Wyborczej”. Nie zwolni żaden pod bramą i nie wyceluje na spory przecież podjazd. Coraz częściej gazety lądują na kwietniku, pustosząc go, niczym pozaziemskiego pochodzenia okruchy materii. Na domiar złego dziennikowi towarzyszy w soboty ilustrowany dodatek dla pań, zwiększając dość istotnie rozmiary poczynionych zniszczeń. Także dziś worek z prasą grzmotnął w usiłujące przezimować rabatki z takim impetem, że uległ rozpruciu i zbierałem jego rozsypaną zawartość, przeklinając jak poganiacz mułów. Gazety były zawilgocone, rozwiesiłem je więc na grzejniku w przedsionku. „Wysokie Obcasy” również, a jakże! Czyta je z wypiekami na twarzy moja ślubna, przekonując mnie raz po raz, że to nie to samo, co ociekające jadowitym feminizmem tabloidy (tych ostatnich nie kupuje zresztą, wiedząc, że w przeciwnym razie zamieszkalibyśmy osobno). Nie mam się, tak poza tym wszystkim czepiać, gdyż ekipa Michnika pomyślała i o mnie - mam swoje „Wysokie Obroty” (w pojęciu mojej małżonki jest to bibuła nasączona adrenaliną i viagrą, podczas gdy niedawno widziałem tam trzydrzwiowe punto). Pomny jej emocjonalnego stosunku do tego babskiego dodatku wysuszyłem go z grubsza i zajrzałem do środka. Gessler – wiadomo, klasyka pełna dobrego smaku i pojęcia na temat kulinarnych subtelności, do tego jeszcze odwaga łączenia składników, które na pierwszą myśl wcale do siebie nie pasują. Co ponadto? Szczepkowska i Dunin, klasa sama dla siebie, ale to już pewnie i wasz pogląd. Moda i uroda, czyli tematy z mojego punktu widzenia nieszkodliwe (przyznać przy tym muszę, że wspomniana moda odbiega od tej prezentowanej na tzw. wybiegach i wygląda na sztukę jak najbardziej użytkową). Portrety kobiet, czyli spotkania z kobietami wartymi tego, by o nich napisać (bądź już tylko wspomnienia o tych, co odeszły). Ciepło, niekiedy refleksyjnie, z uczuciem. Dalej? Wertuję podsuszone kartki z wprawą krupiera tasującego talię kart. Psychologia, styl życia, wychowanie, zdrowie. I, ostatnio, rozmowy o seksie. Nam mężczyznom niedługo nie zostanie już nic. Przy piwie będzie można pogadać tylko o korupcji w ligowej piłce. I o nowym matizie od Daewoo, jeśli go w dobie kryzysu wysmażą. W standardzie druga poduszka i zderzaki w kolorze nadwozia – marzenie supersamca! O kuchni świata – to lubię. Zawsze zaglądam, pełen zdumienia, że kobieta potrafi pisać o jedzeniu z takim smakiem i ładunkiem pozytywnych emocji. Jednak tym razem zafrapowała mnie zwłaszcza wzmianka traktująca o jubileuszu 10-lecia. Nie „Wyborczej” przecież, a „Obcasów”. Otóż i ogłosiły one konkurs na pamiętnik. Chyba spróbuję. I nie chodzi o nagrody, uchowaj Panie Boże. Do citroena C3 nie wcisnąłbym się nawet wysmarowany gęsim smalcem i żadna to ujma dla tej marki; metr dziewięćdziesiąt dwa wzrostu i sto czterdzieści centymetrów w klatce skutecznie hamują mój zachwyt nad urodą tego auta, choć widok wersji Picasso przejmuje zgoła erotycznym dreszczem. Oddałbym je pewnie żonie, niech się lansuje po mieście. Voucher z biura podróży także na nic. Nie znajdę czasu na wyjazd albo tak mi się właśnie wydaje. Może nie umiem już wypoczywać? Może to cena tych dziesięciu lat, o których mam napisać? Nie wiem. Przypominam sobie o notatniku pełnym zapisków z tego okresu. Może go odszukam? Może na jego podstawie uda się coś sensownego sklecić? Pamiętnik jako forma literacka jest mi wprawdzie czymś zupełnie obcym, pisanie czegoś podobnego wydawało mi się dotąd raczej niewieścią domeną, może jednak moje sekretne zapiski okażą się właściwym tworzywem dla takiej retrospekcji? Chyba się o nią pokuszę, a C3 oddam żonie w razie czego. Będzie musiała dokupić torebkę pod kolor. I buciki, koniecznie na wysokich obcasach.
Krótkie, letnie wakacje Anno Domini 1999. W Poznaniu został dom w budowie z wylanym właśnie stropem, podpartym kolumnadą nieokorowanych stempli. Po powrocie okaże się, że stempli „uże niet”. Przydadzą się sąsiadowi, to i pożyczy, nie pytając bynajmniej o zgodę. Połamałbym mu na grzbiecie co bardziej sękate z nich, ale to starszy człowiek, po pierwszym już zawale. Póki co jednak, sterczę z wędką w trzcinie. Sześcioletnia córka wyciąga ode mnie kolejną piątkę na przejażdżkę kucem. Wczasowicze, wyraźnie czymś podekscytowani, spoglądają w sierpniowe niebo. Z wolna zapada ciemność. Po chwili nie widzę spławika. Ptactwo milknie w szuwarach, wygładza się tafla jeziora. Zaćmienie słońca jest prawie całkowite. Wrażenie druzgocące, jakbym był świadkiem zapowiedzi nadciągających wydarzeń, których natury nikt jeszcze nie przeczuwa, mogących przenicować porządek otaczającego nas świata. Trwa to niespełna trzy minuty, odciska się jednak w pamięci na zawsze. Z jej zakamarków wydobywam przeczytaną gdzieś wzmiankę o millenijnej pluskwie Y2K bug. Koniec świata na koniec tysiąclecia? Przyroda ponownie ożywa. Spod zmurszałego pomostu wypływa stadko młodych perkozów. Przegapiłem branie… Niespełna pięć miesięcy później sylwestrowa noc mija spokojnie i bez sensacyjnych zdarzeń, jeśli nie liczyć większej niż zwykle liczby ofiar prawie śmiertelnych. Wszystkie one budzą się z poalkoholowej śpiączki w nowym wprawdzie Millenium, lecz w tym samym nadal, dobrze sobie znanym świecie. Wzajemna uprzejmość pozostaje normą obowiązującą nie tylko w rodzimej polityce. Upojony tym klimatem Wajda wymyka się na chwilę do Miasta Aniołów, by odebrać statuetkę Oscara za całokształt twórczości. Od maja na ulicach polskich miast ujrzeć można coraz częściej auta z białymi tablicami rejestracyjnymi i nie jest to kolejna niemiecka okupacja – blachy mają biało-czerwone wytłoczki. W sierpniu na oczach świata dokonuje się agonia marynarzy Kurska. W rankingu popularności o prymat pierwszeństwa ścierają się Prezydent reelekt Kwaśniewski i komunikator Gadu Gadu. Wybrany przez nas dekarz okazuje się prawdziwym mistrzem - od rynien po opierzenia kominów nie ma się do czego przyczepić. „Po diabła nam ten kogut gliniany na szczycie za całe pięć setek?” – dopytuje się Małgorzata. Obiecuję, że będzie ją budził już o świcie. Przed Wielkanocą biały montaż, zabudowa garderoby, żyrandole, kinkiety i klamki. I na kolanach całe dnie, jak ortodoksyjny muzułmanin, by wydrapać resztki farby, którą malarze szczodrze upaprali hiszpańską terakotę. Ktoś radzi by poprosić księdza. Wymachuje kropidłem, aż trzeszczy mu staw łokciowy. Pierwsza noc we własnym domu. I pierwszy seks, którego nie usłyszą sąsiedzi; mimo tego piano, pianissimo… W maju Pierwsza Komunia Święta Magdaleny. Latem trawa porasta cierpliwie obsiany przeze mnie areał; we wrześniu zakwitają pióropusze dymu na bliźniaczych wieżach WTC. Morderczy akt terroru odbiera wiarę w ludzi tym, którzy go śledzą w mediach, przywraca ją jednak i umacnia w uczestnikach tych zdarzeń. Przyprószeni szarym pyłem niosą bezinteresowną pomoc wszystkim potrzebującym, najmniej troszcząc się o siebie samych. Pozostaną już tacy. Cztery lata po zamachu spojrzę na puste już Ground Zero. Za okalającym je prowizorycznym ogrodzeniem tętnił będzie krwiobieg miasta. Zdam sobie sprawę, że wdychając powietrze, wciągam w płuca zawieszone w nim mikroskopijne drobinki. Prochy, które wymknęły się urnom… Rok 2002 obfity w wydarzenia. Bogata galeria ikon: Małysz, niczym dobra wróżka, pieści w dłoniach drugą już kryształową kulę; Gądecki metropolitą poznańskim; wyłuskany z gumiaków watażka wysypuje zboże na kolejowe tory. Jeśli to indywiduum trafi na polityczne salony, wybiorę emigrację i Polska straci solidnego podatnika! Od maja spada sprzedaż polędwicy wołowej w obu restauracjach. Na okładce „Wprost” zagościła w jednym z numerów ośliniona paskudnie krowia morda. BSE. Media toczą jednak więcej piany, niż to bydlę. Naród zrobił się medialnie interaktywny. Jeśli „Polityka” napisze, że bzykanie szkodzi, przestaniemy się rozmnażać? Póki co, goście zamawiają frutti di mare i spadek krzywej narodzin nam nie grozi - to przecież afrodyzjak. Z ufnością patrzę w jasną przyszłość tego kraju. Czterodniowa, ósma już pielgrzymka Ojca Świętego łagodzi społeczne nastroje. Drobnym zgrzytem na sam koniec roku okazuje się być ostatnia koprodukcja Lwa Rywina. Niezła klapa! Czwartego lutego, na apelu poległych, melduje się siedmioosobowa załoga Columbii. W marcu amerykańscy marines lądują w Iraku. Z zapartym tchem śledzę teorie spiskowe osnute na wydarzeniach z 11 września. Tajne sprzysiężenie, spisek, tony heksogenu i kosmiczna mistyfikacja, a w tle rwący strumień petrodolarów; gdybym dał wiarę tylko połowie tych bredni, z obrzydzenia nigdy już nie zatankowałbym pod korek. W połowie kwietnia 2003 ateński traktat otwiera nam drogę do Unii Europejskiej. Dla kogoś, kto na znak protestu nie czytał reżimowej prasy, takie nagłówki w gazetach to przeniesienie żywcem w inny wymiar. W pewien lipcowy poranek przez sen dociera do mnie cichy szept małżonki. Słucham z niedowierzaniem, przejęty powagą chwili. Nasza córka obudziła się Kobietą… Wracam z pracy z olbrzymim bukietem herbacianych róż. Mała jest zakłopotana, ale kiedyś to wspomni z drżeniem serca. Aż do wieczora powtarzam sobie: „Jesteś fajnym tatą!”. We wrześniu Szwedzi odrzucają w ogólnonarodowym referendum przyjęcie wspólnej, europejskiej waluty. Jakiś złowróżebny skrzat szepce mi do ucha, że monety o nominale 5 euro z Połoniną Wetlińską na rewersie to jeszcze nic pewnego. Trzy lata później mój polityczny instynkt zastąpi połoninę Doliną Rospudy, także bez gwarancji. W dzień Wszystkich Świętych odchodzi na wieczny spoczynek Henryk Machalica, jeden z moich ulubionych aktorów. Dwa tygodnie później ma miejsce uroczyste otwarcie naszej trzeciej restauracji. Położonej na obrzeżach miasta, mało kto dobrze wtedy wróżył. Jak miło dzisiaj skonstatować, że to ci nieliczni mieli rację! Dwa następne lata to czas pożegnań. Najpierw matka, gasnąca mi na rękach na oddziale opieki paliatywnej. Rak płuc. Pamiętam że nie paliłem potem aż dwa dni. Dopiero dwa lata później dowiem się, że odurzona analgetykami mama, za namową mojej siostry, zastępuje testament aktem darowizny, cedując cały swój majątek na nią właśnie. Bystra dziewczynka! W maju żegna się z nami teściowa. Jeśli zwolennicy reinkarnacji nie błądzą, w swoim poprzednim wcieleniu musiała być aniołem. Dołącza do nich Papa Polacco 2 kwietnia 2005. Wiatr wertuje księgę na jego trumnie i zamyka ją wreszcie, jakby wieńcząc kolejną epokę. Kibole wrogich sobie drużyn wymieniają się szalikami w geście pojednania. Rozejm jest krótki. W czerwcu lądujemy w Stanach. Ciotka w żałobie po Papieżu, my zachłyśnięci atmosferą nowojorskich ulic. Na Broadwayu mijamy blondynkę w przeciwsłonecznych okularach. Z papierowej torby sterczy jej nadgryziona, francuska bagietka. Diana Krall. Wciągam w nozdrza zapach obłędnych perfum. Powrót do kraju. Maciej, najmłodszy szwagier, dostaje pierwszą główną rolę w gnieźnieńskim teatrze. Pamiętam też wieśniaków z Włodowa, wymierzających własną sprawiedliwość oraz nomen omen Prawo i Sprawiedliwość, od września u steru tej rozchybotanej łodzi. Po nominacjach z 5 maja 2006 dzwoniłem do Konsulatu USA w Warszawie. Powiedzieli, że taki czy inny skład Rady Ministrów nie jest niestetywystarczającym powodem do przyznania mi statusu uchodźcy. W lipcu obiecuję solennie mojej córce, że nie przywdzieje giertychowego mundurka. Prędzej już ja pokażę się we włosiennicy! Czarnogóra i Serbia – nowe państwa na mapie Europy. Saddam zostaje stracony przez powieszenie 30 grudnia 2006. Islamskie Invocatio Dei, wyrecytowane przez niego na chwilę przed śmiercią, sugerować może, że umierał bez poczucia winy. Słowenia przyjmuje euro z pierwszym dniem 2007 roku. Polska i Ukraina też, idzie jednak tym razem o Euro 2012 z rozdania UEFA. Przystępujemy za to do Układu z Schengen; nieswojo mi gdy mijam puste budki pograniczników w drodze do Berlina. Świadectwo gimnazjalne mojej córki zdobi biało-czerwony pasek. Hitem roku 2008 okazują się portal nasza klasa (spora liczba postępowań rozwodowych w toku), cylinder pełen cudów Tuska i nadzieje Ojca Dyrektora, że mu tryśnie. Geotermalny wytrysk finansować mieliby podatnicy, zaczynam więc planować hodowlę strusi gdzieś w Australii.
Wzburzenie ustępuje z wolna, jest dziesiąta i parzę sobie trzecią kawę. Gęsty, aromatyczny napar z ciśnieniowego ekspresu kapie leniwie do podstawionej filiżanki. Na powierzchni tworzy się wypukły menisk kremowej pianki. Jeśli moja konkurentka, pani Gessler, wzięła kawę na cel, w którymś ze swoich znakomitych felietonów z pewnością pisała o takiej właśnie, z właściwym sobie zacięciem i pasją. Cukier po wsypaniu do tak przyrządzonego naparu nie od razu tonie; unosi się przez chwilę na spienionej powierzchni, jak Leonardo Di Caprio w finałowej scenie „Titanica”. Boski nektar przywraca nad ranem wiarę, w cokolwiek tam sobie wierzycie. Bo przecież warto wierzyć!