Nie jestem zwolennikiem pewnego (pewnie jak każdy jakiegoś) typu literatury, która to (oczywiście, jak mi się wydaje) nawet w pewnym sensie jest, bądź może być rzeczą wtórną. Ale czy to ma znaczyć, że twórca (tego w końcu czego on chce, co mu się podoba i jest mu bliskie) musi sprzyjać wszystkim gustom i wartościom? Wiem jedno, że każdy rodzaj literatury ma swoich zwolenników, a niektóre rodzaje mają nawet więcej zwolenników, niż niektórzy (wyznawcy diametralnie odmiennych wartości) chcieliby, żeby ich było. Ale jednak (na szczęście jednych i nieszczęście drugich) nie da się zafałszować rzeczywistości, tylko trzeba ją uwzględni(a)ć, a nawet trzeba się z nią liczyć. Bo nawet jeżeli literatura jest jedna, jakoż podlega jednemu prawu (oceny), to przecież jest tak, że wszystkie teorie i prawa w literaturze są sprawą umowy i tylko umowy (jak pewnie wszystko w kwestiach etyczno-estetycznych), nawet jeżeli niektórzy nie wiedzą, że umowa jest zarazem ugodą. Jaką ugodą? A choćby taką, że człowiek, kiedy już się stawia nad człowieka, to nich się stawia własnymi osiągnięciami (choćby i przezwyciężaniem własnych słabości), a nie poniżaniem innych ludzi, właśnie ze względu na preferowane przez nich inne gusty i wartości twórcze. Bo też twórca jest twórcą, nawet wtedy (a co niektóry tylko i dopiero wtedy), kiedy jest odtwórcą. W końcu twórca, dopóty jest twórcą (nawet jeżeli zajmuje się tylko krytyką), dopóki tym, co robi nie uwłacza (przynajmniej w zamyśle) ludzkiej godności.
_________________ Pewnie niemota, może nieograniczony.