To zdjęcie wywołało we mnie nutę wspomnień z dzieciństwa, w którym zamiast lalek barbi były... no właśnie – dworzec, tory, pociągi...Zwykle, historie z mojego dzieciństwa spotykają się z niedowierzaniem. Dziecko nie analizuje, tak i dla mnie nie było w nich nic nadzwyczajnego – ale z perspektywy czasu – przyznaję, bieganie po piętrowych wagonach, przeznaczonych do kasacji, jak po placu zabaw jest dość niespotykane. Dwieście metrów od domu z czerwonej cegły, w którym mieszkałam była malutka stacyjka.
Dworzec, a w nim okienko z grubą kasjerką, wydająca bilety z brązowej tektury, kolejowy zegar i trzeszczący megafon. Dworcowe drzwi, pomalowane zielona olejną, z ogromną mosiężną klamką, tak wielkie i ciężkie, że aby wejść do środka musiałam czekać na kogoś dorosłego. Do tego ojciec mojej przyjaciółki z przedszkola, był zawiadowcą, więc mieszkała dosłownie na stacji. Ich mieszkanie mieściło się w budynku dworca, a że położone na parterze, to jedną z naszych zabaw było wyskakiwanie przez okno na peron. Główną przeszkodą w tym cudownym zajęciu były skrzynie z bajecznie czerwonymi pelargoniami. Jednak wszystko co najlepsze działo się w wagonach z szybami potłuczonymi w drobny mak i powyrywanymi siedzeniami, stojącymi na bocznicy. Zamiast klocków lego wielkie śruby do podkładów, które w ręku pięciolatka służyły za młotek. Któryś z malców w złości wybił mi tym cudem ząb. Tak miałam wtedy pięć lat, jednak zapach kolejowego smaru połączony z bejcą, którą konserwowano podkłady kocham do dziś... Drobno tłuczony kamień, pomiędzy podkładami z kroplami smaru, spod którego miejscami przebijał się chaber, dziurawiec, czy inny malowniczy chwast. Z czasem dworzec nieoczekiwanie zamieniłam na budujące się osiedle komunistycznych bloków. To znaczy dworzec został na miejscu – moi rodzice zmienili miejsce zamieszkania, a ja siłą rzeczy z nimi – ale niczym nieograniczona wolność pozostała. Nikt z moich przyjaciół z dzieciństwa nie czuł, że żyjemy w jakimś systemie – biegaliśmy popołudniami beztrosko, po placach budowy, budujących się bloków.
Zabawy w niewykończonych jeszcze mieszkaniach, pachnących farbą i świeżym cementem były wielka przygodą. To prawda, że wolność jest w nas, niezależnie od okoliczności ale rozumieją to chyba tylko dzieci. Jednak te zabawy nie zawsze kończyły się szczęśliwie. Pewnego razu bawiliśmy się w ogromnym dole, przy którym leżał stos betonowych rur, w których lubiliśmy się gonić albo bawić w chowanego. Niestety, te kilkutonowe rury pewnego razu, sturlały się – jedna dziewczynka nie zdążyła w porę uciec...i poznaliśmy, jak kruche jest życie. Z małej wioski przeprowadziliśmy się do miasta, więc sielska, wiejska atmosfera małej stacyjki, na której wszyscy się znają, stała się już tylko wspomnieniem. Naszym najwieszym utrapieniem był, jak myślę z perspektywy czasu pedofil. Dla nas, to był po prostu zboczeniec, który obnażał się przed nami, zabawiając się lubieżnie. Na szczęście miał w sobie jakiś instynkt i trzymał się od nas z daleka, a my potrafiliśmy zgotować mu w odwecie piekiełko. Polegało ona między innymi na wyśledzeniu jego domu, malowaniu po jego drzwiach i wykrzykiwaniu pod oknami - "zboczeniec" !!! Nikt nie wiedział, że o takich sprawach mówi się mamie albo milicji. To był nasz dziecięcy świat i rządziliśmy się swoim, dziecięcym prawem, żyjąc przekonaniem, że mur dorosłych jest dla nas nie do przebycia. Słowo zboczeniec to było słowo - hasło. Znak do natychmiastowej ucieczki. Unosiło się nad nami jak, zły duch, który występuje przecież w każdej bajce. Na dworzec, wracałam jeszcze czasem, choćby ten Wiedeński. Do Wiednia dotarłam już jako nastolatka, wkrótce po upadku komuny. Prosto z koncertu AC/DC dojechaliśmy "na stopa" z przyjaciółmi do tego miasta, które, dla nas znających jedynie blokowiska siermiężnej komuny, zaparło nam dech w piersiach. Mimo kilku godzin, spędzonych na łapaniu, powrotnego transportu do Bratysławy, gdzie mieliśmy nocleg w akademikach,żaden kierowca nie zatrzymał się, więc pozostał nocleg na dworcu. Niczym nie przypominał on mojej przytulnej stacyjki – twarde ławki na których nie można było spać, gdyż strażnicy pozwalali spędzać tam noc tylko na siedząco, by uniknąć bezdomnych. Do dziś pamiętam widok kloszarda - człowieka z czymś niesamowicie dziwnym na głowie. To było coś takiego, jakby metrowy sterczący dred. Prawdopodobnie przez kilka lat nie mył włosów i dlatego skręciły się one w jeden, monstrualnych rozmiarów kołtun. Obłożony jakimiś dziwnymi papierami, bosy, na jedną nos podzieliliśmy jego los.... Lubię spacerować po torach...Tęsknię za tamtą wolnością.
Można by było krótko powiedzieć: urzeka. To chyba jednak za mało jak na misternie zaplecione zapisy wspomnień z późniejszą rzeczywistością. Przedstawiłaś kontrasty często niezrozumiałe dla dzieci, ale w których my dorośli znajdujemy znacznie więcej treści. Bywaj i pozwalaj rozkoszować się dobrze skrojonymi słowami.