Jest sobota. Jadę TLK, w przedziale trzy dziewczyny i dwóch facetów. Ten naprzeciwko śpi niespokojnie, spogląda na mnie, słysząc najmniejszy szelest. Budzimy się w tych samych momentach. Warszawa centralna – zachodnia -… – Łódź Widzew, oblana zimnym słońcem; jest dopiero po 7.00. Łódź fabryczna, kiosk na bilety i papierosy. Ta sama lumpka prosi o drobne. Idziemy na uczelnię. Przed nami spieszy się dziewczyna w prześwitujących, czarnych lajkrach i różowych majtkach. Może w domu ma inne światło – usprawiedliwiam.
Wykład – kawa – papieros. Po kilkukrotnie powtórzonej sekwencji jedziemy do mieszkania Ewy – tam zwykle nocujemy. Wypijamy herbatę i wychodzimy – dostaję smsa od Malwi – idźcie powoli, bo muszę jeszcze zanieść do domu papier toaletowy, dziwnie to będzie wyglądało w parku.
Od zewnątrz park jest obietnicą dziczy. Wdzieramy się do jej serca, przez drzewa prześwituje płot, a dalej szpital dziecięcy. Zmieniamy park. Wchodzimy na górkę. Na ławce siedzi już pan Karski. Patrzę razem z nim, jak czerwienieje linia horyzontu. Nie wybiegam w przyszłość. Bóg znowu rzucił pomarańczą – bezgłośnie i niepostrzeżenie, ziemia nie zadrżała, tylko ludzi jakby już mniej. Robi się ciemno, idziemy.
Kiedyś cieszyłam się, że mam urodziny 1 października.
Odkąd zaczęłam studiować, przestałam cieszyć się, że właśnie na ten dzień przypada moje święto.
Obecnie w ogóle nie cieszę się, że mam jakiekolwiek urodziny.
Człowiek do pewnego etapu cieszy się, że z każdym rokiem jest coraz starszy. Później następuje krach i podchodzimy do tego z coraz mniejszym entuzjazmem. Taka krzywa Gaussa.