W połowie kwietnia w Janella pojawiają się rozmaite stworzenia, które na zimę i przedwiośnie znikają z ludzkiego pola widzenia. Wracają zaalarmowane budzikiem ciepła, słońca, dłuższych dni, niewidzialna wskazówka dotyka sprężynki i rozbrzmiewa hasło: już!
Od kilku dni nie używam przeszklonych, bocznych drzwi domu. Prowadzą na patio, które o tej porze roku zalewa południowe słońce. Przyszykowałam już tam metalowe, ogrodowe fotele, przyniosłam z szopy poduchy. Do donic nasypałam świeżej ziemi i miałam zająć się sadzeniem w nich kwiatów, gdy po nocnej burzy, zamiatając podchodzące do samych drzwi deski tarasu podniosłam wycieraczkę, żeby strzepać z niej kwiaty buków, dębów, poszarpane młode liście. Podnosząc wycieraczkę, kątem oka zauważyłam ciemny kształt.
Pierwsze reakcje na nietypowe dla miejsca kolory, czy kształty, to zwykle ciekawość, następnie lustracja, zwrócenie uwagi na szczegóły i kolejna natychmiastowa reakcja, której prędkość trudno byłoby zmierzyć.
Takowąż! Kolejny Stevie! Potomek, lub bliski krewniak węża, którego ubiegłej wiosny złapaliśmy z mężem przy domu. Tamtego nazwałam takowąż Stevie III na pamiątkę innego węża, jakiego tylko widziałam i obfotografowałam dwa lata temu.
Koligacje janellowych takowęży muszą łączyć się z ich legowiskiem, wylęgarnią gdzieś w pobliżu bocznego tarasu, bo jestem prawie przekonana, że dwa ostatnie pokolenia pochodzą właśnie stamtąd. Stevie II był mi znany jedynie ze zdjęć zrobionych przez męża. Zdjęcia te wryły się w moją fotograficzną pamięć wyjątkowo wyraźnie.
Takowąż, Stevie IV oczekuje przymusowego przesiedlenia, zajmując chwilowo duży plastikowy pojemnik z etykietą: Snakes Only!, jaki przezornie po ubiegłorocznych zmaganiach z pokoleniem numer trzy, zostawił mój mąż, pieczołowicie opatrując pojemnik nalepką z wykrzyknikiem. Stevie IV czeka na wycieczkę nad rzekę, a może nawet na drugi brzeg rzeki, ale ja go tam sama na pewno nie zabiorę. Zanieść mogłabym, to żaden problem, gorzej jednak z wypuszczeniem.
Przy takowężowych przypadkach zadaję sobie pytanie: w którą stronę uciekają? Te, które się wypłoszy, lub te, które się wypuszcza na wolność. Czy uciekają od, czy też do?
Podobno, jak twierdzi mój mąż, te wypuszczane uciekają jak pijane, czyli byle gdzie, ale nie tak znowu natychmiast. Muszę mu wierzyć na słowo, ponieważ nie zdobyłam się - jak do tej pory - na odwagę, by uczestniczyć w akcji wypuszczania na wolność węża.
Jeden takowąż, pokolenie III, ten znany mi tylko z fotografii i który dziwnie przyzwyczaił się do ciepłych cegieł domu, był tak uparty, że przypłacił to życiem. Niestety, nie dało się go schwycić do pojemnika i w chwili, gdy już już miał zniknąć pod dachem domu, zginął... Oszczędzę tu opisu walki z upartym wężem i jej zakończenia, zostawię to jedynie wyobraźni. W perswazji brały udział: pojemnik, szpadel, chwytak, grabie, patyk i rękawice do łokci.
Zagadka uciekania tych, które się wypłoszy też jest dla mnie ciągle tajemnicą, ponieważ Stevie I, od którego zaczęła się dynastia janellowych takowęży, wypłoszył się i uciekł, gdy spuściłam go na chwilę z oka, zająwszy się konwersacją naturalnie na temat węży z sąsiadem, który ma na imię Steve i dlatego węże Janellowe noszą miano Stefanków, po drugiemu naszemu: Stevie.
Stevie IV siedzi, czy też bardziej wije się w pojemniku, czekając na swój los. Jest duży, bez względu na to, czy wyprostowany, czy zwinięty. Zrobiłam mu kilka zdjęć, żeby sprawdzić, czy to dobry gatunek takowęża, czy nie. Podobno - i to pomaga mi nadal mieszkać w Janella - w naszej okolicy żyją jedynie dobre, pożyteczne węże, zjadające myszy, szczury i inne niewielkie stworzenia. Jeśli o mnie chodzi, to dieta takowęży specjalnie mnie nie interesuje. Mogą zjadać co chcą, za wyjątkiem tamiasów, do których czuję ogromną sympatię, pamiętając z dzieciństwa bajki animowane Dinsney'a o Pixie i Dixie. Po prostu nieswojo mi się robi, gdy pomyślę, że takowąż mógłby zjeść jakąś uroczą Pixie albo Dixie, które z nastaniem wiosny wychodzą ze swoich norek i wygrzewają swoje sympatyczne pyszczki na deskach przydomowych tarasów.
Z ostatniej chwili:
Stevie IV został wywieziony do pobliskiego, niedużego rezerwatu przyrody. Tym razem uczestniczyłam w wyprawie. Pojemnik ze Stevie IV umieściliśmy w bagażniku i ruszyliśmy w stronę rezerwatu. GPS w środku pól włącza się opornie, więc początkowo kierunek wyprawy był na chybił trafił. Jednak bardziej na trafił, bo w końcu nasza Garminka się znalazła, odezwała i poprowadziła na właściwe miejsce.
Stevie IV przespał noc w garażu. Wrzuciłam mu, wieczorem do pojemnika ćmę, zdechłą zresztą, bo nie chciałam, żeby był głodny. Nie wiedziałam, czy takowęże jedzą ćmy, ale nie zaszkodziło ją wrzucić, tym bardziej, że i tak była nie na locie. Rano zobaczyłam, że ćma jest tam, gdzie ją wrzuciałam a Stevie IV leży zwinięty w kłębek w kącie pojemnika. Potrząsnęłam lekko pojemnikiem, żeby się przekonać, czy Stevie śpi, czy tylko udaje. Poruszył się i wrócił do pozycji kłębka i tak doczekał do przejażdżki do rezerwatu.
Droga poprowadziła nas zielonymi wzgórzami w okolice niewielkiego jeziora, gdzie znajduje się rezerwat. Skręciliśmy na parking otwarty do zmroku i tam zaparkowałam. Wysiedliśmy z samochodu.
Postanowiłam trzymać się w bezpiecznej odległości od mającej nastąpić akcji. Ktoś przecież musiał dokumentować uwalnianie Stevie IV. Przy okazji muszę wspomnieć, że wywożąc go do rezerwatu mieliśmy nadzieję, że z takiej odległości nie wróci do Janella.
Mój mąż, zaopatrzony w grube rękawice, wyjął pojemnik ze Stevie IV, wszedł w trawę i otworzył pokrywę. Stevie IV nie zwrócił uwagi ani na otwarcie pojemnika, ani na otoczenie. Wyglądało, że śpi jak suseł, albo wąż, który od kilkunastu godzin nic nie jadł, więc się zahibernował, tymczasowo.
Został więc energicznie wytrząśnięty z pojemnika, ponieważ my, z wiadomych przyczyn, nie mieliśmy zamiaru zabierać go z powrotem do Janella. Leżąc już w wysokiej trawie, przebudził się i rozwinął nieco z kłębka. Pstryknęłam tylko jedno, czy dwa zdjęcia i szybciutko wsiadłam do samochodu. Muszę przyznać, ładnie to wyglądało, ale nie przyglądaliśmy się tej rajskiej scence zbyt długo, bo obawialiśmy się, że jak naprawdę się ocknie, to...
No właśnie, w którą stronę uciekają obudzone z przymusowej, tymczasowej hibernacji takowęże? Od czy do? Podobno te nasze są 'dobre', niegroźne, niejadowite, ale ja im nie wierzę. Mogą użądlić, jak wyczytałam w wędrówkach po internecie. Ich jad jest trujący, ale dla ludzi nie jest śmiertelny, co jest pocieszające... trochę.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E