POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » No-tak
No-tak
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2012-07-31, 17:00   No-tak

No-tak



Pociąg zaczynał się w dwie strony. Na prawo i na lewo. Dojeżdżał albo odjeżdżał. Człowiek na peronie z rozłożoną gazetą z dziesięcioma dziurami na palce i dwoma dla oczu nie mógł się zdecydować, w którą stronę zmierzyć. Dlatego nie wsiadał. Popatrywał tylko przez rozdarcia na pobliski świat.
Czy szyny błyszczą. Czy wszystko gotowe. Czy światła semafora czyste i wyraźne w czerni. Tunel pusty, szeroki. Bez pnączy jeszcze, więc niedawno wykopany. Używany.

Stał i czekał. Musi być gotowy. W każdej chwili. Gdy usłyszy gwizdek, decyzja sama przyjdzie. Wybrać jeden z końców. Przypadek może podpowie, na co czeka. Tak, odda decyzję przypadkowi. Niejeden taki łasi się u nóg. Wdrapuje na kolana. Zagląda przymilnie w oczy. Wybierz mnie! Weź mnie na ręce! Przywiąż się do mnie. Będzie ci łatwiej. Nie musisz decydować. Ja to zrobię. Będziesz mógł później opowiadać. To dzieło...

Gazeta robiła się coraz bardziej pusta. W miarę czytania historie znikały. Połykane przez oczy. Cukiernia przez szybę. Najpierw opustoszał dział ogłoszeń o podróżach. Te najodleglejsze odeszły pierwsze. Egzotyka palm, raf i delfinów rozpłynęła się najszybciej. Błyskawice wyobraźni o gęstych, dusznych, tropikalnych gajach. Moskitiery jak fale, szepczą łagodnie. Słono. Później przeszły wszystkie tygodniowe w Burundi i Cape Verde.
Na końcu zostały tylko te pod gruszą.
„Wozy drabiniaste mamy do stałej dyspozycji naszych miłych gości.
Jeśli tylko zechcecie Państwo, zamienimy je na sanie czteroosobowe z barkiem doskonale zaopatrzonym w koniaki i szampan w jednorazówkach, co zabezpiecza odpowiednią ilość bąbli na każdą osobę.”


Żal mu było ogłoszeń. Tych pierwszych szczególnie. Obrazków, zdjęć. Statystyki.
Teraz również starał się ostrożnie omijać dział Osobistych. Może uda się choć jedno zatrzymać na dłużej.


„Spokojna romantyczna lubi książki i poezję barokową muzykę magnolie a także zbiera pozytywki z lat 20-tych. Pozna kogoś do życia na życie bez obawy na przyszłość. Może być jaki jest. Proszę kie...”

Przeczytał któregoś dnia. Ale ostatnie zdania uciekły zbyt wcześnie. Po prostu oczy - czytając - prześliznęły się nieuważnie za daleko i nie zdążył się dowiedzieć, co kryło się za:
„Proszę kie...”

Gazeta pustoszała, jak plac ratuszowy po północy. Polityczne artykuły przebiegły galopem. Nie zostawiły śladu. Poza jednym, z podpisanym zdjęciem:
„Nasza armia. Niezwyciężona i niepotrzebna zajmuje się od dzisiaj sadzeniem stokrotek wzdłuż Alei Niepodległości. Jutro będzie przesadzać niezapominajki znad Starego Bagna na ulicę Główną. Mamy nadzieję, że transplantacja odbędzie się bez zakłóceń i wszyscy będziemy mieli prawo do ich doglądania w terminie późniejszym.”


Pociąg nadal stał na peronie. Składał się z początku i końca. Końca i początku. Albo z dwóch początków. Najbardziej z dwóch końców.
Mężczyzna z gazetą wciąż nie wiedział, co robić.

„Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!

Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.”


(cytat: Lokomotywa. Morze Brzechwa?)

Nie, nie spodziewał się tego. Spodziewał się, że ruszy, ale jeszcze nie TERAZ. Decyzje kotłowały się z przypadkami.
Gazeta wypełniła się hasłami pełnymi wykrzykników.

Tylko u nas! Nigdzie indziej! Cóż za pomysły!
Tylko teraz!
Teraz albo nigdy!
Od dzisiaj na zawsze!
Nikt nie ma lepiej!
Złóż ofertę!
Odbierz swoją nagrodę!
Czekamy na Ciebie!
Za darmo albo za niewielką dopłatą!


Koniec, czy początek? Palce wciśnięte w gazetę nie pozwalały na szybkie przewracanie stron. A przecież to, co najważniejsze musiało być na odwrotnej stronie. Sprawdzić? Nie było czasu.
Decyzja? Przypadek? Koniec? Początek?

Zamknął oczy.
Wskoczył.
W ostatniej chwili.


część 2



W wagonie było ciemno. Pociąg mknął przez tunel. Muzyka w głośnikach. Brzmiała jak ta, jaką zapamiętał z pewnego wesołego-wędrownego miasteczka.

Wirujące łabędzie i wielbłądy. Lamy i białe niedźwiedzie. Dziewice w woalkach i mdlejące damy. Łańcuchy do samego nieba. Młynkujące gwiazdy i anioły. Różowe chmury na patykach. Kapiszony i zapach prażynek.

To nieważne, czy otworzy czy zamknie oczy. Ciemność niczego nie odda, ani nie podpowie. Kierunek podróży nie jest istotny. Może, gdy dojedzie. Ale teraz?

Blask. Tak musiał zaczynać się świat, gdy się urodził. I świat i on. Ciemny tunel i światło. Polana w słońcu. Czy zamknął wtedy oczy? Czy natychmiast zapłakał? Najpierw pewnie krzyczał. Płaczu musiał się nauczyć. Albo na odwrót. Po doświadczeniach w nowym otoczeniu, jedną z najbardziej naturalnych czynności noworodka jest płacz. Płacze ze strachu. Płacze, bo nie wie, co go czeka. Płacze, bo nie wie, czego może chcieć. Płacz po jakimś czasie męczy. Wtedy na nowo odkrywa krzyk. Krzyk jest wygodny. Może wiele znaczyć.

Światło było wszędzie. Bolało. Oślepiało. Teraz nie był pewien, czy nie lepiej byłoby jechać przez tunel? Oczy były niepotrzebne. Ani w ciemności, ani w oślepiającym świetle. Zostały inne zmysły.

Pociąg jechał dalej. Powieki przyzwyczajały się do wszędobylskiego blasku. Można je było lekko odmrużyć. Gazeta leżała na podłodze. Znowu się zapełniła. Zabliźniły się rozdarcia. Fotografie błyszczały nowością. Druk pachniał. Świeżość zapisu była oczywista.


- Czy to miejsce jest wolne?
- Tak, ponieważ nikt na nim nie siedzi.
- No tak. Dziękuję.
- Teraz już zajęte. Proszę zapytać.
- Czy to miejsce jest wolne? Pytam.
- Nie, jest zajęte - przecież pan tu siedzi.
- No tak. Przed chwilą było wolne. Jak wstanę, to co pan myśli?
- Jak pan wstanie, to będzie wolne, ale zajęte, bo przecież pan siądzie.
- No tak. Dokąd jedziemy?
- Chyba przed siebie. Tak sądzę. Chociaż to zależy jak się siedzi. Jak z biegiem, to inaczej niż w drugą stronę.
- No tak. To ja się przesiądę. Wolę z biegiem.
- Proszę. Naturalnie. Z biegiem lepiej. Chociaż...
- Chociaż, co? Czy lepiej w drugą stronę, czy coś panu wiadomo?
- Nie wiem. Prawdę powiedziawszy, nie wiem. Która strona lepsza. Ja zmieniam. Od czasu do czasu.
- No tak. Może ja też tak powinienem?
- To już zależy od pana.
- No tak. Za chwilę się przesiądę. Ale na razie z biegiem.
- Oczywiście. Czy to pana gazeta?
- Tak.
- Czy mogę spojrzeć?
- Tak. Już przeczytana.
- Jest pan pewien? Ja bardzo niszczę gazety. Czytam i niszczę. Czy panu nie będzie to przeszkadzać?
- No tak. Nie, nie szkodzi. Przeczytana i zniszczona, to już nie ma znaczenia.
- Jak się jedzie pociągiem, to się czasem nudzi. Dobrze, że miał pan tę gazetę. Taki przypadek.
- No tak. Dobrze, ale ona już przeczytana.
- Nic nie szkodzi. Ja mogę przeczytać przeczytaną. Dla mnie jest do przeczytania.
- No tak. To tylko ja przeczytałem. I właściwie już nic w niej nie było.
- Ależ, chyba się pan myli. Zawsze jest coś jeszcze.
- No tak. Dla mnie już nie było. Ale to zrozumiałe, ponieważ długo czekałem na peronie.
- A gdzie pan wsiadł?
- No wcześniej. Wskoczyłem w ostatniej chwili.
- To dobrze. Pomyśleć, co by było, gdyby się pan spóźnił.
- No tak. Stałbym na peronie. A tak jadę.
- Właśnie.
- Dokąd jedziemy? Bo ja wie pan, w ostatniej chwili...
- Ciekawe, bo ja też dokładnie nie wiem. Ale zawsze możemy kogoś zapytać.
- No tak. Ale, czy to nie będzie głupio, jak się zapyta teraz, jak się już jedzie?
- Myślę, że nie. Głupio byłoby, gdyby nie zapytać, jechać i nie zapytać? A jak jedziemy nie TAM? Dojedziemy i co wtedy? Dopiero wtedy pytać?
- No tak. Ale kogo zapytać?
- Niech pan mnie zapyta.
- Pytam. Dokąd jedziemy?
- Wie pan, ja dokładnie nie wiem. Zresztą pan już pytał. To może ja zapytam?
- No tak. Proszę pytać.
- Dokąd jedziemy? Pytam.
- Nie wiem, ja w ostatniej chwili...
- Wie pan, to do niczego nie prowadzi. Musimy kogoś zapytać.
- No tak. Ale kogo? Nikogo tu nie widziałem. Może się rozejrzeć?
- Dobry pomysł. Przecież ktoś tu musi jeszcze być. Muzyka gra i jedziemy.
- No tak. Ale, w którą stronę się rozejrzeć?
- Decyzja należy do pana.
- No tak. To był mój pomysł. Muszę się zastanowić...


Mężczyzna zamknął oczy. Myślał, czy rozejrzeć się na początku, czy na końcu. Nie mógł się zdecydować. Otworzył oczy. Było znowu ciemno. Muzyka grała jakby trochę ciszej. Usłyszał szelest gazety na kolanach. Przymknął oczy.
- Za chwilę się rozjaśni - myślał - jak wyjedziemy z tunelu.
Ciemność jednak była trwała.


Pociąg zatrzymał się. Mężczyzna po omacku odnalazł drzwi. Otworzył. Po chwili znalazł się na peronie. Z jego rąk wysunęła się gazeta. Podniósł ją. Ciągle pachniała świeżym drukiem.
- Zostawię dział podróży na koniec – pomyślał.

Osobiste. Osobiste??? Szukał Osobistych. Może... Przez przypadek?

„Spokojna romantyczna lubi książki i poezję barokową muzykę magnolie a także zbiera pozytywki z lat 20-tych. Pozna kogoś do życia na życie bez obawy na przyszłość. Może być jaki jest. Proszę kie...” - czytał.

Ostatnie zdania... Ostatnie zdania... Nie, nie uciekły. Oczy pochłaniały literę po literze.
„Spokojna romantyczna...
Proszę kie---rować się w ostatniej chwili w stronę pociągu na Mielno. Będę siedziała w ostatnim wagonie z biegiem pociągu...”



część 3


Dzisiaj obudziła się wcześniej niż zwykle. Miała wrażenie, że coś niewytłumaczalnego działo się w jej małym domku. Wynajmowała go od kilku lat. I to w dodatku od człowieka, którego nigdy osobiście nie poznała. W nocy, dokładnie o drugiej, obudziła ją muzyka. A może tylko się zdawało? Jednak obudziła się. Przebudzenie trwało tak krótko, że teraz w świetle dnia pomyślała, że to chyba był sen, nad którym nie warto dłużej się zastanawiać.

Od samego rana była zajęta. Poranna toaleta, a szczególnie robienie makijażu przy miniaturowym lustrze, to był zawsze trudny początek dnia. Nigdy nie widziała przy wykonywaniu tego rytuału całej swojej twarzy. Lustro mieściło co najwyżej jedno oko i kawałek czoła. Albo inny wycinek. Nawet, gdy oddalała je od twarzy, to niewiele pomagało. Była krótkowidzem. Odległość przeszkadzała. Wyglądała - tak właśnie mówiły jej koleżanki w pracy - oryginalnie z różnie pomaskarowanymi rzęsami. Był to ich stały komplement. Nic innego równie miłego nie mogły jej powiedzieć. Bowiem z tym niekonwencjonalnym makijażem nie mieściła się w żadnym ze znanych im katalogów.

Ubierała się zawsze tak samo. Miała siedem niebieskich sukienek. Ciemnoniebieskich i wyjątkowo twarzowych. Tak właśnie je reklamowano:
Wyjątkowo twarzowe, na każdą okazję, dodatki lub ich brak sprawią, że będziesz się czuła dobrze o każdej porze i w każdym nawet najbardziej wymagającym otoczeniu.

Dla innych wyglądały tak samo. Dla niej jednak były bardzo różne. Mogła natychmiast powiedzieć, która czekała na który dzień. Po jednej na każdy. Od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem sprawienia sobie niespodzianki. Szykowała się do kupna ósmej. Naturalnie na ósmy dzień tygodnia.

Była osobą, która nie lubiła zmian. Bała się ich. Jej kontrą dla zmian były choćby te jednakowe sukienki. Tą samą obawą przed zmianami mogła tłumaczyć brak dużego lustra. Takie, jakie tu zastała, musiało wystarczyć, chociaż mało się w nim widziało. Rzeczy, które wprowadziły się tu razem z nią kilka lat temu, zajmowały wciąż te same miejsca. Gdy sprzątała, odkurzała, przedmioty podniesione na krótko do góry, wracały po kilku sekundach na ten sam plan. Ten sam uprzednio zajmowany kawałek podłogi, parapetu, stolika, czy półki.

Półek miała dużo. Ich ilość ograniczała tylko wielkość, czy niewielkość domku. Półki były koniecznością, ponieważ od siedmiu lat uzupełniała kolekcję, którą dostała w spadku po swojej cioci Ludwisi. Cioci Ludwisi nigdy nie poznała osobiście, ale podobno i tak była jej ulubienicą. Mimo wielu innych osób, które bardzo się starały o to, by to na ich półki trafiła kolekcja, to jednak ona ją dostała. Zapis w testamencie był dawny, wyraźny i nigdy nie zmieniany. Prawo-mocny - jak się wyraził w rozmowie telefonicznej prawnik cioci, którego prawicy również nigdy nie uścisnęła.

Półki zajmowały największy pokój domku. Jeśli ktoś by ją tu odwiedzał, to powiedziałby, że ten pokój był niewielki. Lecz i tak największy. Nikt jednak jej nie odwiedzał. Była zbyt nieśmiała i spokojna, by mieć przyjaciół. Nie miała też nieprzyjaciół. Ale przyjaciół chciałaby mieć. Podobnie jak kogoś, kogo mogłaby pokochać. Na tymczasem miała siedem sukienek i zamiar kupienia w niespodziance ósmej. No i była właścicielką kolekcji dzięki prawomocnemu spadkowi.

Kolekcja zajmowała - poza miejscem - równie dużo czasu. Prace nad jej uzupełnianiem - a nawet tylko dbanie o to, co zawierała - zajmowały kilka godzin dziennie. Wszystko trzeba było obejrzeć, czy nic się nie popsuło, odkurzyć, wyczyścić, wypolerować, czasem coś pomalować, albo przykleić. Najwięcej czasu zajmowało jej nakręcanie.

W chwili obecnej kolekcja zawierała 864 pozytywki. Był to imponujący zbiór. Wymagał cierpliwości, uczucia i zrozumienia. Ciocia Ludwisia zostawiła dokładne metryki i opisy każdej pozytywki. Szczegółowe dane o:
co,
jak,
kiedy,
gdzie,
za ile,
czemu.

Drobiazgowe informacje i o tym, jaka była pogoda w dniu ostatecznego zakupu, przede wszystkim wysokość ciśnienia barometrycznego a także zasolenie najbliższego oceanu. Nie pomijała też układu zodiaku i podania ilości osób, które jak one interesowały się danym eksponatem. Lecz które summa summarum, głównie dzięki wybiegom i nieustępliwości cioci odeszły z kwitkiem. Zostawiła również notatki o tym, jak czuła się w momencie zakupu lub, jeśli ktoś ją obdarował kolejnym egzemplarzem, nie omieszkiwała opowiedzieć jakiejś wyczerpującej anegdoty o darczyńcy. Nie skąpiła przy tym opisu swoich uczuć: radości, miłego i szczerego zaskoczenia, tudzież koloru nieba w tamtym, tak przecież istotnym momencie.

Każda pozytywka opatrzona była specjalnym kartonikiem z numerem porządkowym i nazwą wydrukowaną czytelnym, ręcznym pismem. Kaligrafia pisma była dawna i ornamentalna. Nowicjuszce, która stała się właścicielką kolekcji, na początku potrzebny był długi trening i wytrwałość, by nauczyć się niezwykłej kaligrafii, szablonu liter, ich połączeń, ozdobników, daszków, kresek, lasek, pogrubień, kąta nachylenia. Miała przecież podtrzymywać tradycję cioci Ludwisi, której była ulubienicą.

Papier do wywieszek znajdował się w specjalnym notesie z rubrykami. Notes miał - ni mniej ni więcej - jak tysiąc stron. Każda z nich dodatkowo zawierała kalkę i duplikat. Z tego względu notes zajmował dużo miejsca. Na kaligrafkę czekał w gotowości zestaw piór: zwykłych, z krzyżykiem i bez, a także stalówek o różnej grubości.

Patrząc na notes można było przypuszczać, że puste strony notesu czekały na dopełnienie. 136 nowych pozycji. Ciocia Ludwisia nie zostawiła żadnej wzmianki, czy dyspozycji, co do używania notesu. Jednak suflerka kobiecej intuicji podpowiadała i niejako samo przez się wiadomo było, że będzie trzeba go zapełnić, aż po tysięczną stronę.

Dla osoby spokojnej, nieśmiałej, romantycznej zapełnienie notesu przedstawiało nie lada zadanie. Tym bardziej, że ostatnio myśli o zakupie ósmej sukienki zajmowały coraz więcej czasu.

Jakby tego było mało, każdego dnia musiała również nakręcać wszystkie pozytywki. Czas na myślenie i podjęcie decyzji o sukience skracał się przez to po prostu niewyobrażalnie.

część 4


Znów na peronie. Semafor albo nieczynny, albo zamyślony nad swoim potrzebnym, ale tak mechanicznym życiem, niby kolorowym, lecz bez koloru. Pociąg stoi. Odpoczywa. Namyśla się, w którą stronę jechać. Wie, że będzie to zależało od głosu. Głos zapowie, ponieważ wie wszystko. A jeśli nawet nie WSZYSTKO, to na pewno zna kierunek.
I ogłosi. Zacznie tak:
- Ogłaszam! – albo – Uwaga! – albo rzeczowo – Pociąg...
I wtedy wiele się wyjaśni. Nabierze celu.

O to właśnie chodziło mężczyźnie z gazetą. O cel. O ileż łatwiejsze jest życie, które ma cel. O ileż bogatsze. Ukierunkowane, nie zbacza, a dąży do celu. Czasami przystaje i marzy o bocznicach, ale po krótkim postoju i próbie zmiany kierunku wraca na swoje tory. Najważniejszy jest cel. Dążenie uwieńczone dojazdem na miejsce. Ileż radości niesie osiągnięcie celu. I ile rozczarowania. To, to już? To tylko tyle? Niemożliwe.

Mężczyzna stał na peronie i czekał. Bezcelowo na razie. Ale wierzył, że już niedługo ten stan rzeczy zmieni się i będzie wiedział dużo więcej. Bezcelowe czekanie było uciążliwe. Wiedział jednak, że za chwilę z megafonu powinny popłynąć kojące dźwięki zapowiedzi. Zanim to nastąpi, miał czas na przejrzenie odnowionej gazety. Taki drobiazg, a tyle radości. Ucieszył się także, że w ogóle ma co czytać, ponieważ teksty wróciły na strony. Fotografie nabierały powoli ostrości. Ogłoszenia Osobiste, szpalta po szpalcie zajmowały swoje okienka. Czas już tak bardzo się nie dłużył.

Mężczyzna usiadł na ławce. Wcześniej rozpiął guziki swego dwurzędowego, wyjazdowego płaszcza i siadając zamaszyście odwinął jego poły. Jednak zanim usiadł, sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Lewej. Prawą ręką wyjął z niej małe pudełko. Zagrzechotało. Przez kilka sekund z rozrzewnieniem spoglądał na rysunek na wieczku. Rycina przedstawiała karuzelę, złoto-czerwono-czarną z lustrami na wewnętrznej kolumnie i z bardzo realistycznie wyrzeźbionymi białymi końmi na metalowych drągach. Karuzela zapraszała. Patrząc na jeszcze statyczne stado koni, mimowolnie widziało się zamrożony pęd i przeczuwało się niewątpliwie atrakcyjną przejażdżkę w koło.

Mężczyzna potrząsnął lekko pudełkiem. Znowu zagrzechotało. Uśmiechnął się do siebie. Sprawdzał, czy coś jeszcze jest w środku. Jednocześnie, delikatnie zaczął uchylać wieczko, na tyle, by wprawić w ruch narysowaną karuzelę. Rzeczywiście, zaczęła się powoli kręcić. Konie zaparskały, przebierając kopytami, jakby chciały urwać się z uwięzi, aż w końcu poddały się rytmowi muzyki i wirowały spokojnie, hipnotycznie do taktu. Cicha melodia dochodziła z pudełka. Mężczyzna otworzył szerzej wieczko i wyjął z wnętrza cukierek zawinięty w złotą folię w karminowe gwiazdki. Cukierek miętowo-eukaliptusowy odświeżał oddech, łagodził lekkie podrażnienie gardła. Wszystkiemu winne były przeklinane i przeklęte przeciągi dworcowe.

Mężczyzna ssał cukierek, wciągał nosem powietrze. Rozkoszował się chłodnym smakiem i zapachem. Papierek schował do kieszeni. Był taki ładny, że szkoda było go wyrzucić. Poza tym na odwrotnej stronie miał wydrukowany aforyzm, hasło, lub cytat ze znanego dzieła literackiego i serię szczęśliwych cyfr. Odczytywanie nadruku z odwrotnej strony folii zawsze było ogromną przyjemnością dla mężczyzny. Wywoływało wiele myśli, skojarzeń i projektów. Wyznaczało nowe korytarze dla marzeń, przygód, peregrynacji, wycieczek i rejsów. Przyjemność odczytania odwrotnej strony odłożył na lepszy moment.

Na peronie było pusto. Pociąg czekał na semafor, semafor czekał na głos. Głos czekał na hasło. Białe konie prychały, parskały, potrząsały grzywami, wystukiwały takt melodii.
- Czy tu, czy tam, po świecie błąkam się sam – podśpiewywał mężczyzna. Mruczał pod nosem słowa piosenki. – Tylko chusteczkę, twoją chusteczkę, jako pamiątkę dziś mam. Mała niebieska chusteczka, mokra już była od łez, kiedym...

NIEBIESKA CHUSTECZKA
Muzyka: Jerzy Petersburski, słowa: Artur Tur (1939)


Mała niebieska chusteczka,
Którą pamiętam sprzed lat,
Moja dzieweczka i ta chusteczka
Mgłą przesłoniły mi świat.


Refren:
Czy tu, czy tam,
Po świecie błąkam się sam,
Tylko chusteczkę,
Twoją chusteczkę
Jako pamiątkę dziś mam.

Mała niebieska chusteczka,
Mokra już była od łez,
Kiedym na wojnę z twego miasteczka
Odjeżdżał na świata kres.
Refren: Czy tu, czy tam ...
Nie trzeba wracać do wspomnień,
Ból serca ukoi czas,
Naszej gorącej miłości płomień
Dawno na zawsze już zgasł.
Refren: Czy tu, czy tam ...


Konie galopowały coraz szybciej. Gnały w kółko. W pędzie zapominały o uwięzi. A kiedy rozpędziły się do końca swoich wyrzeźbionych możliwości, i wydawało się, że za chwilę karuzela rozsypie się odśrodkowo a konie dostaną skrzydeł i odlecą, wtedy nad karuzelą zaczął sypać śnieg. Magiczne białe ptaki płatków, które wysypywały się z niewidocznego nieba sponad karuzeli można było łapać pojedynczo, ostrożnie rozkładać na czarnym papierze i odrysowywać ich kontury, żeby później podziwiać symetrię kruchego, zamrożonego świata, znikającego przy ciepłym oddechu.

Mężczyzna zbierał pojedyncze śnieżynki w dłonie. Nazbierał ich tyle, żeby ulepić małą kulkę. Zamknął pudełko. Prrr!!! Konie zatrzymały się. Stało się to w samą porę, bo głos w megafonie właśnie odchrząknął.
- Yhy, yhy, yhm. Uwaga!
- A jednak – pomyślał mężczyzna i uśmiechnął się do siebie. – A jednak, uwaga.
- Uwaga! Uwaga! – po odchrząknięciu głos był spokojny, klarowny. Bez pośpiechu, z wyraźną dykcją kontynuował – Podróżnych z peronu... – trzaski w głośnikach - ...-go uprasza się o przejście na peron 27. Z przyczyn od kolei i od nas zupełnie niezależnych, pociąg numer: 11 kreska 11 kreska 0 kreska 71 dzisiaj nie od-je-dzie. W żadnym wypadku nie należy się tego spodziewać. Pociąg numer: 11 kreska 12 kreska 0 kreska 71 od-je-dzie, ale jeszcze nie znamy dnia ani godziny. Nastąpi to, jak wiadomo, wcześniej, czy później. Za zmiany i niewygody serdecznie prze-pra-sza-my. Z góry również życzymy wszystkim przyjemnej, niezapomnianej podróży. Jednakowoż. –

Mężczyzna szczerze ucieszył się, że usłyszał komunikat. Głos był tak kojący, spokojny, ciepły i budził taką ufność, że nawet, jeśli ogłaszałby wyprzedaż królików w Australii, lub nieunikniony koniec świata, to słuchałoby się go z uśmiechem. Mężczyzna ucieszył się również dlatego, że w ogóle usłyszał komunikat. Mógł przecież nie usłyszeć, bo muzyka karuzeli tak go dzisiaj zaabsorbowała, że mogło mu nie wystarczyć uwagi. Jednak - i tu powinien podziękować kolejnemu przypadkowi – na czas zamknął pudełko. Teraz pozostało sprawdzić, czy numer pociągu, na który czekał, zgadzał się z ogłaszanym.

Lewą ręką sięgnął do prawej wewnętrznej kieszeni i wyciągnął bilet. Odnalazł numer: 11-11-0-71. Istotnie, to jego pociąg. Chociaż przed chwilą wszystko było jasne, lecz teraz przed oczyma miał dowód na to, że nigdy nie można mieć pewności. Wiedział, że tak szybko to on raczej nie pojedzie.
- Może to i lepiej? – pomyślał. – Jeżeli pociąg o numerze 11-11-0-71 dzisiaj nie odjedzie, to może świadczyć na przykład o jego słabo określonym celu. Być może dla wszystkich czekających będzie lepiej poczekać? Może ma to większe znaczenie, niż pośpiech i robienie czegoś na łapu i capu? –
Natychmiast jednakże pojawiło się pytanie i zawisło jak ciemna chmurka niepewnych znaków zapytania nad mężczyzną w dwurzędowym, wyjazdowym płaszczu.
- Czy pociąg 11-12-0-71 jest pociągiem w tym samym kierunku, co 11-11?
Uznał jednak, że pytanie o to nie miało sensu. To znaczy miało, ale trzeba je było sformułować i zadać komuś kompetentnemu. Osoby odpowiedzialne za kierunki, cele i wszelkie zmiany musiały przecież wiedzieć, co robią. Z całą pewnością. Naturalnie, nie były w stanie przewidzieć niespodziewanych przypadków i zaplanować wszystkiego, stąd w komunikacie ogłoszono bardzo pojemne: wcześniej, czy później.

Mężczyzna bez rezygnacji, złości, najmniejszego cienia negatywnego nastawienia schował bilet do kieszeni. Był sztandarowym poprawnym optymistą. Zwinął odnowioną gazetę w rulon. Z ufnością poklepał dłonią pudełko z cukierkami, chcąc się upewnić, czy było na swoim miejscu i by usłyszeć, czy w środku coś jeszcze zostało. Zawartość zabrzmiała jak grzechotka. Wszystko było w porządku. Podniósł się z ławki, zapiął płaszcz, wyprostował zagięte poły. Zaczął rozglądać się za schodami. Pomyślał, że do tej pory schody nie były ważne, ale po komunikacie stały się wręcz nieodzowne. Nigdzie ich jednak nie widział. Zaniepokoiło go to trochę, ale przypomniał sobie:
- Jakoś tu musiałem wejść, zejść. Jakoś się tu dostałem, więc...
W tym momencie rzeczywiście zobaczył schody. Kilkanaście metrów od miejsca, w którym się znajdował. Spokój wrócił. Nie na długo jednak, bo schody jak nieoczekiwanie się pojawiły, tak i zniknęły. Przez chwilę mężczyzna myślał nawet, że coś mu się przywidziało, ponieważ peron był wyjątkowo słabo oświetlony. Na nowo zaczął się rozglądać. Schodów nigdzie nie było. Spojrzał więc ponownie na miejsce, gdzie je przed chwilą widział. Były. Najwyraźniej były. Wpatrywał się w nie z napięciem. Myślał:
- Ani na chwilę nie mogę ich spuścić z oka. Tak to jest z ruchomymi schodami.
Patrzył i patrzył. Po jakimś czasie poczuł, że musi mrugnąć, bo oczy z powodu natężenia spojrzenia zaczęły widzieć podwójnie.
- No tak. Zniknęły. – stwierdził z rezygnacją, gdy otworzył oczy po mgnieniu.
Ale, ale... Już wiedział, w którym punkcie zjawiły się dwukrotnie, więc według wszelkiego prawdopodobieństwa pojawią się TAM znowu. Ustalenie dokładnego położenia schodów nie było trudne, bowiem po szybkich kalkulacjach koordynanty w jego mózgu zaznaczyły dokładny punkt. Jak każdy mężczyzna posiadał niemalże, albo na pewno, wrodzoną zdolność znajdywania punktów geograficznych bez mapy, kompasu a także wskazówek wykrzykiwanych przez okno samochodu z siedzenia po stronie kierowcy. Teraz należało cierpliwie czekać na pojawienie się schodów.
- Są! – prawie że krzyknął. Błyskawice potwierdzających myśli przemknęły mu przez dopiero co obliczone koordynanty. Był człowiekiem dokładnym, pedantycznym, zrównoważonym, więc i teraz powstrzymał się przed nierozumnym, spontanicznym biegiem w kierunku schodów. Czekał, co się stanie. Wiedział, że należało odczekać, sprawdzić, zrobić replay, jak przy niepewnie strzelonej bramce. Zaczął liczyć:
- Raz... siedem... trzynaście... dwadzieścia pięć. – i schody zniknęły.
Uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak dobrze nie poddawać się emocjom. Czekać. Rzeczywistość sama się obnaży. Pokaże swoją twarz. Na wszystko jest swój czas.

Jego plan był prosty: sytuacja z całym prawdopodobieństwem się powtórzy. Wtedy, policzy sekundy jeszcze raz, sprawdzi koordynanty i przygotuje się do wejścia. Tak się też stało. Próba wypadła pomyślnie. Podszedł w kierunku „znikniętych” schodów i czekał. Gdy tylko się pojawiły, wszedł na pierwszy stopień.

część 5


Dziewczyna w niebieskiej sukience siedziała przy biurku. Dużą część wypolerowanego blatu zajmował notes cioci Ludwisi, zestaw piór do kaligrafii i najnowsza pozytywka: numer porządkowy 865. Słońce prawie lądowało na horyzoncie. Duża, czerwono-pomarańczowa plażowa piłka, która po całym dniu zabawy nie ma siły, by się jeszcze raz odbić do góry. Cienie na biurku wydłużały się i traciły ostrość. W domku panowała cisza. Była to cisza o ogromnym znaczeniu, chociaż w tej chwili znaczenie drzemało.

Skatalogowane pozytywki i, jak zwykle o tej porze, na przypisanych im miejscach, nadstawiały uszu, czekając na melodię numer 865. Dziewczyna również na to czekała. Pozytywkę 865 przysłano pocztą. Gdy dziewczyna w niebieskiej, wtorkowej sukience wróciła z pracy, pod drzwiami znalazła starannie zapakowaną przesyłkę. Zanim ją otworzyła, sprawdziła adresy, znaczki, pieczęcie. Wszystko się zgadzało. Ucieszyła się, że Nr 865 niedługo wzbogaci kolekcję.

Z opisu w ogłoszeniu wynikało, że był to rzadki egzemplarz pozytywki z 1921 roku, przedstawiający klatkę z papugą. Klatka była biała, emaliowana. Papuga za to biało-niebieska i również pokryta emalią a na dodatek ozdobiona niewielkimi kamykami. Na prętach klatki wiły się drobne listki w ilości piętnastu, poprzetykane również piętnastoma miniaturowymi kwiatkami różowej fuksji. Klatkę wieńczyła złota kulka w szafirowe gwiazdy.

Nietypowość pozytywki polegała na tym, że nakręcało się ją nie kluczykiem, lecz właśnie tą kulką, która połączona z podstawką i grającym mechanizmem wprawiała w ruch klatkę i jej mieszkankę. Biało-niebieska papużka nazywała się Skye. Skaye z dwoma kropkami nad e, co było wyraźnie podkreślone w opisie.

„Pozytywka skonstruowana na specjalne życzenie a następnie podarowana, na piętnaste urodziny dziewczynki o rzadkim skandynawskim imieniu Ástrídr. Przedstawia papużkę falistą (Melopsittacus undulatus). Rodzina Ástrídr posiadała wyjątkowo cenne aviary, pomieszczenie dla wielu egzotycznych ptaków. Hodowano w nim kilkanaście australijskich papużek.
Ástrídr od małego zajmowała się ptaszkami hodowanymi przez jej rodziców. Lubiła sypiać w pobliżu aviary, gdzie od rana do wieczora coś ciekawego się działo. Ukochała szczególnie biało-niebieską papużkę Skye (z dwoma kropkami nad e). Któregoś - bardzo trudnego do zapomnienia – dnia, gdy papużka odleciała do papużkowego nieba, jak powiedzieli dziewczynce rodzice, Ástrídr była niepocieszona. Płakała, najpierw dlatego, że papużka poleciała i jej nie zabrała ze sobą, następnie dlatego, że nie wiedziała jak znaleźć to niebo, i dlatego, że rodzice uparcie nie chcieli zabrać jej do tego nieba. Jak miała w takim razie uwierzyć, że niebo jest dobre?

By zatamować łzy Ástrídr, kupiono następną papużkę o podobnym ubarwieniu, ale dziewczynka patrzyła na nowego ptaszka bez specjalnego przekonania, początkowo nie chcąc a później, po prostu nie wierząc, że się do niej przyzwyczai.

Po jakimś czasie, ku niekłamanej uciesze rodziców i swojej, szczerze polubiła nową Skye (z dwoma kropkami nad e). Rodzice, widząc jej przywiązanie do zastępczej papużki, poprosili znanego artystę i rzeźbiarza, by wyrzeźbił dla Ástrídr replikę Skye. Zrobili to na wypadek, gdyby nowa Skye również odleciała w niepamięć.

Któregoś dnia, zainspirowani wystawą:
Magiczne mechanizmy, urządzenia i niezwykłe przedmioty dla uciechy i rozrywki młodych dam,
na której zobaczyli kolekcję pozytywek z różnymi zwierzętami i ptakami, postanowili podarować córce pozytywkę. Kolejna, wyrzeźbiona replika Skye została wykonana w srebrze i grubo emaliowana a następnie umieszczona w pozytywce.
Uwagi: Pozytywka nakręcana była regularnie przez kilkadziesiąt lat, aż do śmierci właścicielki.
Naprawiana dwukrotnie. Po raz pierwszy po drugiej wojnie światowej. Wymieniono sprężynę mechanizmu nakręcającego i wykonano regulację prędkości obrotów a także dostrojono mechanizm grający.
Emalia oryginalna. Podmalowane jedynie trzy fuksje, których kolor różni się nieznacznie od pozostałych dwunastu.”

Opis pozytywki był dużo dłuższy niż zwykle i dziewczyna w niebieskiej, wtorkowej sukience zagłębiła się w lekturze, przenosząc się w krainę Ástrídr i Skye, tej fruwającej i tej nakręcanej.
Spieszyła się jednak, by skończyć wpis przed zachodem słońca. Została jeszcze tylko ostatnia rubryka:
Melodia, jej natura, źródło a także wrażenia, jakie wywołuje.
Dziewczyna nakręciła mechanizm złotą kulką w gwiazdy. Z pozytywki wypłynęła wstążka cichej melodii, przypominająca uderzanie o siebie szklanych drobnych paciorków i przetykana krótkimi odgłosami papużki. Pozostałe 864 pozytywki nadsłuchiwały. Na razie nie oceniały, nie krytykowały. Nie zachwycały się, ani nie ganiły. Słuchały. Porównywały. Dziewczyna także słuchała. Bardzo ważne, a wręcz najważniejsze, było pierwsze wrażenie. Tak twierdziła ciocia Ludwisia w swoich wskazówkach. Melodia była tropikalna, leniwa, ciepła, kolorowa. Dziewczyna nie spodziewała się tego. Przypuszczała, że papużka będzie obracać się przy żywszym akompaniamencie. Rzeczywistość jednak wcale jej nie zmartwiła.
Szklane paciorki. – notowała. – Uderzanie lub pocieranie, ocieranie się o siebie, lub przesypywanie szklanych, niedużych paciorków. Jakby ktoś bawił się przechodzeniem w tę i we w-tę przez kotarę szklanych paciorków. Odgłosy papużki trudno nazwać śpiewem – pisała dalej – ale są przyjemne dla ucha. Całość układa się w tropikalną harmonię. Melodia usłyszana tuż przed zachodem słońca."

część 6 i ostatnia


Schody sprawiały wrażenie żywych, co zastanowiło mężczyznę. Miał ochotę, przez krótką chwilę, zawrócić. Było za późno. Tak się dzieje z decyzjami, które raz podjęte same prowadzą tam, gdzie powinny. Mimo że czasem ma się ochotę zmienić zdanie i zacząć w innym punkcie wyjścia.

Mężczyzna pokonywał stopień po stopniu, starając się nie tracić równowagi, gdy schodami wstrząsała niezrozumiała siła. Łapał za poręcze, które także ruszały się, ale inaczej, leniwie jak liany, kołysane powiewem zagubionego wiatru.

Ciągle trzymał gazetę zwiniętą w rulon z nadzieją, że gdy przedostanie się na właściwy peron i znajdzie swój pociąg, i przedział, i miejsce, będzie mógł jeszcze raz dokładnie przeczytać Osobiste.

Ogłoszenie, o dziewczynie kochającej magnolie zaintrygowało go. Czuł, że przyciąga go w niewytłumaczalny sposób. Osoba, dająca ogłoszenie o tak niekonwencjonalnej treści, musiała mieć duszę o wyjątkowej urodzie. Myśl o ogłoszeniu, o jego autorce, pomagała pokonywać schody. Stopień po stopniu piąć się w górę z przekonaniem, że wysiłek nie idzie na marne i musi mieć jakieś ukryte znaczenie.

Szedł.


Dziewczyna, wysłuchawszy melodii pozytywki z papużką, rozmarzyła się i pomyślała, że tak pięknie byłoby podróżować. Zobaczyć prawdziwe biało-niebieskie papużki, posłuchać ich szczebiotu, zobaczyć jak przelatują z gałęzi na gałąź, między kwiatami różowych fuksji. Przysłuchiwać się melodii szklanych paciorków zasłon, zapowiedzi przyjścia kogoś, kogo można pokochać. Na całe życie.

Zaczęła zastanawiać się, czy ósma niebieska sukienka, o której ostatnio tyle myślała, to istotnie jej największe marzenie. Czy tak naprawdę nie była to tylko namiastka marzenia, oszukiwanie siebie.

Zawsze uciekała od zmian, bała się zmian, jak ciemnych korytarzy. Jedyną bezpieczną ucieczką od zwykłości życia była kolekcja pozytywek. Jednak kolekcja ciągle nie była jej. Jej początek, a teraz i ciągłość, zasady kolekcjonowania, wszystkie rytuały i czynności, jakich wymagała, były obce. To ciocia Ludwisia zadecydowała o wpisach w notesie, o sposobach zdobywania nowych eksponatów.

Pozytywki były piękne, to prawda, ale były jedynie urokliwymi mechanizmami, bez duszy. Dusza wstępowała w nie dopiero po nakręceniu. Zaczynały wtedy ożywać, grać, mówić, śpiewać. Było ich coraz więcej. Wymagały czasu, troski, opieki. Okradało to dziewczynę z życia, w którym byłby czas na wycieczki w miejsca, gdzie kwitły magnolie.

Praca, dom. Dom, praca. Wypełnianie rubryk. Wyszukiwanie kolejnych egzemplarzy nakręcanych cudeniek. Zdobywanie ich, zamawianie, wchłaniało coraz więcej czasu.


Ostatni promień zachodzącej piłki plażowej słońca kładł się na biurku. Nie do końca jeszcze zapisany notes zalśnił pomarańczą... Pod wpływem impulsu ciepłego blasku dziewczyna wyrwała z notesu ostatnią, tysięczną stronę i zaczęła pisać. Gdy w końcu odłożyła pióro i przeczytała, co napisała, niezadowolona z siebie zmięła kartkę i rzuciła ją na podłogę. Wyrwała kolejną stronicę z notesu i używając innego pióra wróciła do pisania. Lecz i ta kartka wylądowała na podłodze przy tysięcznej.

Notes topniał. Dziewczyna nie zauważyła, że przyszła północ. Że za oknem pokazała się nocna piłka. Podłoga przy biurku zasłana była zmiętymi papierowymi kulami. W notesie zostały zaledwie dwie czyste kartki.



- Schody zaraz się skończą – wmawiał sobie mężczyzna. – To musi być ostatni stopień. Jeszcze tylko mały wysiłek. Dasz radę – mówił, zatrzymując się dla nabrania oddechu i sił.
– Wyobraź sobie cel i będzie łatwiej – tłumaczył cierpliwie, jakby radził obcej osobie.

Rzeczywiście, schody zatrzymały się. Finał. Oczekiwana jasność wwierciła się w oczy. Nagła błyskawica. Peron był pusty. Drzwi wagonu pociągu, prosto na które wyszedł mężczyzna ze studni schodów, otwierały się i zamykały z nieprzyjemnym zgrzytem. Zmęczony wspinaczką, długą jak wieczność, w pierwszej chwili tego nie zauważył. Moment później pomyślał, że najwyraźniej były zepsute. A może się bawiły?

Mężczyzna stanął niezdecydowany. Sprawdził jeszcze raz numer pociągu na bilecie. Zaczął rozglądać się za zegarem, którego biała, nieprzenikniona twarz powinna być gdzieś w pobliżu. Okrągła twarz czasu na wszystkich dworcach świata. Gdy po dłuższej chwili zauważył białą tarczę, z konsternacją stwierdził, że zegar wisiał w powietrzu. Czarne cyfry krążyły po kręgu tarczy. Wskazówek nie było.

Mężczyzna, wychodząc na peron, już zaczął się cieszyć w myślach, że świat wrócił do ładu, że pierwszy zmęczył się grą w nieprzewidywalne. Lecz potwierdziło się, że na nic nie można liczyć, na żaden porządek, ład i dawno przyjęte role. Nawet na czas. Szarady wylatywały, jak białe gołębie z kapelusza.

Wsiąść, byle wsiąść, znienacka, zaskoczyć drzwi i wsiąść. Usiąść, zdjąć płaszcz, wyjąć pudełko z cukierkami, delektować się smakiem, ciszą, rozłożyć gazetę, czytać. Albo nie rozkładać, nie czytać, jechać przed siebie. Prosto. Bez zastanawiania się dokąd i czy zdąży na czas. Przecież i tak nigdzie się nie spieszy.

Wsiąść i jechać. Ona też będzie w tym pociągu. Jest. Na pewno zdążyła. Wspinaczka schodami była tak długa, że stracił poczucie czasu. Ale ona, romantyczna, z kwiatem magnolii przypiętym do sukienki – tak ją sobie wyobrażał – na pewno tu gdzieś jest. Siedzi w którymś przedziale, z biegiem pociągu, kieruje przyszłością. Przekonana, że go spotka.



Napisała ogłoszenie na przedostatniej kartce z notesu cioci Ludwisi. Czerń za oknem łagodniała. Zaklejając kopertę dziewczyna, podświadomie czekała na koniec świata. Na burzę, i zupełnie nieprzypadkową błyskawicę, jaka trafi w jej domek. Na tornado, huragan, tajfun. Ciocia Ludwisia na pewno ukarze jej zdradę. Przecież nie dlatego zostawiła kolekcję, nie dlatego prawomocnie oddała ją w ręce właścicielki siedmiu niebieskich sukienek, by ją teraz stracić. Nie tego oczekiwała po osobie skromnej, cichej, romantycznej, mającej piękno we krwi. Na pewno nie zdrady i nieoczekiwanego porzucenia.

Dziewczyna była zdecydowana. Ósma sukienka musi poczekać. Może nie będzie niebieska, może będzie czerwona, albo zielona, lub choćby w grochy.

- O tak, ciemno-niebieska w białe grochy, duże, duże grochy – rozmarzyła się dziewczyna. Nie mogła jeszcze, nawet w wyobraźni, zobaczyć sukienki w innym kolorze. Grochy zmieniały wiele i to na razie wystarczyło.

- Teraz muszę wysłać list – powiedziała na głos, ocknąwszy się przed lusterkiem. – O, i kupię prawdziwe, duże lustro. Tak, tak właśnie zrobię, kupię duże lustro.

Przed samym wyjściem do podręcznej torby na niezbędne drobiazgi, włożyła niewielkie zawiniątko w bibułce. Zamknęła za sobą drzwi. Klucz wsunęła pod donicę z uschniętymi kwiatami. Oddalając się od domu, obejrzała się na moment. Wydawało się jej, że bluszcz zadomowiony pod ścianami, i przycięty kilka tygodni temu, natychmiast po jej wyjściu zaczął swoją wędrówkę w górę. Pomyślała jednak, że to niemożliwe, że to nie ta pora, że coś jej się przywidziało, bo przecież spędziła tak nietypową noc.

Powietrze było chłodne i cierpkie jak grejfrut. Na chodnikach wysychały plamy nocnej rosy. Dzwoniły tramwaje. Trąbiły autobusy. Urzędniczki, stukające obcasami po wymiecionych chodnikach, przystawały przed wystawami, poprawiały ondulacje, makijaże, pończochy. Przekładały torebki z prawej ręki do lewej lub odwrotnie. Mężczyźni w niedoprasowanych garniturach szli w zamyśleniu, bezwiednie zatrzymując przed wystawami, poprawiali krawaty, kapelusze, kołnierzyki, spinki, polerowali szpice świeżo wypastowanych butów. Grupki ludzi stały przy kolumnach słupów ogłoszeniowych, czytając o zagubionych psach, kotach, dzieciach, zegarkach, rowerach, duszach. Sprawdzając repertuary teatrów, komedii dellarte, kawiarni alfresco, cappucino i mochchi. Dzień dążył przed siebie.


Skład pociągu był wyjątkowo długi. Trudno było się doliczyć, ile miał wagonów, może ze czterdzieści? Może więcej? Podróżnym często trudno zrozumieć logikę zestawiania pociągów, a tym bardziej ilość wagonów.

- Tak się dzieje, jak z rozkładu wypadają pociągi – powiedział do siebie mężczyzna.
- Ma pan rację – odezwała się kobieta, która jak się okazało także zastanawiała się, dlaczego pociąg jest tak długi i stanęła na peronie tuż obok mężczyzny.

Była niziutka, korpulentna, w szarym kostiumie i ciemnych butach na wysokim obcasie. Gdyby nie obcasy, które dodawały jej wzrostu i powagi, wyglądałaby jak myszka.

- Wsiada pan? – zapytała.
- Zastanawiam się właśnie – odpowiedział.

Nagle nabrał podejrzenia, że to jednak nie ten pociąg, nie ta chwila, nie ten dzień. Nieodparcie krążyła mu w głowie myśl, że powinien zaczekać, że to na co oczekiwał, jeszcze nie jest gotowe. Konstelacje dopiero zajmowały swoje miejsca. Paprocie rozwijały się ze ślimaczkowych liści. Biedronki domalowywały kropki. Aligatory szukały ocienionych zatok. I do tego ta kobieta, szara jak myszka, i jej niecierpliwe pytanie. Czemu ma ulec jej ponaglającemu pytaniu? Jeśli wsiądzie właśnie teraz, to znowu nie będzie jego decyzja.

- Zaczekam na następny – odpowiedział i odsunął się od wciąż bawiących się drzwi wagonu.
- Jak pan uważa – odparła myszka z ironicznym uśmiechem postawiwszy prawą stopę w wysokim obcasie i z gracją, mimo swej tuszy, wspięła się po schodkach.

Po chwili zniknęła w czeluści korytarza i tylko na moment jej twarz zabłysła w pierwszej szybie wagonu, gdy rzuciła mu spojrzenie pełne – tak mu się wydawało – współczucia z domieszką ironii.

- Zaczekam, zaczekam, „już czekam cię tyle lat, na przemian...” – mruczał do siebie, dotykając pudełka-talizmanu w kieszeni.

- Uwaga! – zabrzmiał głos, znajomy z wcześniejszych anonsów – Pociąg numer... odjeżdża. Prosimy odsunąć się od torów. Jeszcze dalej się odsunąć. Zamykamy i zmykamy! Hihihi!

Istotnie, drzwi wagonów zamknęły się z hałasem. Pociąg drgnął i już go nie było. Nie pozostała po nim nawet przysłowiowa smuga.


Mężczyzna stał na peronie, próbując przeanalizować sytuację. Nie było to łatwe, bo wciąż czuł zmęczenie po wspinaczce schodami. Męczyła go również niepewność i enigmatyczność otoczenia, które nie pozwoliło na zwykłe pogrążenie się w transie czekania, lub choćby lektury odnowionej gazety.

- Więc, więc będę tu stał i czekał bez-myśl-nie. To jest wyjście. Najważniejszą decyzję mam za sobą. Nie wsiadłem. Miałem, mogłem, ale nie wsiadłem.



Pociąg nadjechał nie wiadomo z której strony. Wsunął się na peron bezszelestnie. Składał się z lokomotywy i jednego wagonu. Zatrzymał się tak, że znowu drzwi do wagonu znalazły się tuż przed mężczyzną. Otworzyły się. Mężczyzna wszedł na pierwszy stopień, drugi, czwarty...
Talizman w kieszeni płaszcza zagrzechotał.


W korytarzu panował półmrok, półblask. Było pusto i cicho, jeśli nie zwracało się uwagi na prawie nieuchwytne dźwięki przypominające cykady, świerszcze, szum fal, ocierające się o siebie szklane paciorki.

Mężczyzna szedł w stronę dźwięków.

- Czy to miejsce jest wolne? – zapytał, gdy zdecydował się otworzyć drzwi do trzeciego przedziału.
- Tak – odpowiedziała kobieta, siedząca przy oknie.
- Czy nie będzie pani przeszkadzać, jeśli tu usiądę?
- O, nie, nie, w żadnym wypadku. Proszę, proszę siadać.
- Są miejsca w innych przedziałach, więc jeśli tylko, to ja się przesiądę – wysypywały się zakłopotane słowa.
- Ależ, co pan. Proszę.

Mężczyzna dopiero teraz zwrócił uwagę na niezwykły przedmiot stojący na rozkładanym stoliku pod oknem przedziału.

- Piękna – powiedział. Natychmiast jednak zamilkł, bo przecież nie powinien okazywać emocji zupełnie obcej, przypadkowo spotkanej osobie, do tego młodej kobiecie o – jak zdążył zauważyć – wyjątkowo zielonych oczach.

Zdjął płaszcz. Usiadł. Gazetę położył na siedzeniu obok...

- Prawda? Bardzo ładna. Nietypowa, wie pan. O, proszę spojrzeć – kobieta przysunęła się bliżej do stolika i w małą dłoń ujęła kulkę w gwiazdy. – Tu się ją nakręca, tą kulką. Zwykle to są takie kluczyki, wie pan, metalowe, mniejsze, większe, z boku albo pod spodem. A tu inaczej – mówiąc to, spojrzała na mężczyznę i zarumieniła się, zawstydzona, że tak się rozgadała i to z obcą osobą, że tak nieoczekiwanie przezwyciężyła swoją nieśmiałość.

- Oj, przepraszam, pana to pewnie nie interesuje.
- Nie, nie, niech pani opowiada, to fascynujące...



Talizman zagrzechotał, przypominając o swej obecności. Mężczyzna otworzył wieczko. Konie po krótkim namyśle ruszyły. Wyczuwały obecność drugiej osoby i stąd ich początkowe niezdecydowanie. Po jakimś czasie jednak, rozpędziły się, pogalopowały, dostały skrzydeł, jak zwykle, gdy zapominały, że to tylko przejażdżka po kole, bezsensowny pęd na uwięzi.

- Daj rękę. Wskoczymy razem – powiedział mężczyzna.
Dziewczyna w niebieskiej sukience podała mu rękę. Pozwoliła się prowadzić. Poddała się jego namowie bez żadnej obawy.

Wskoczyli. Nad karuzelą sypał śnieg, otulały ją tysiące białych ptaków płatków, konie parskały i widać było ich ciepłe oddechy, parujące z pysków i nozdrzy. Kręcili się przez dłuższą chwilę w koło, w koło, w koło... Pęd nabierał prędkości. Koń, na którym siedzieli oderwał się od karuzeli.

Pogalopowali przed siebie.


Nastąpiło jedno z możliwych zakończeń...

- To teraz wiem, czemu daliście mi takie imię – odezwała się dziewczynka.
Siedziała na ogromnym, dorosłym fotelu, z podkurczonymi kolanami, zasłuchana w opowieść.

Za oknem było ciemno. W środku także, bo dzisiejsza burza była wyjątkowo sroga. Elektrownia musiała mieć poważne problemy z transformatorem, bo światło zgasło już jakiś czas temu i nie wracało.

- Co się stało z pozytywkami? – zapytała.
- Zostały w domku – odpowiedział jej kobiecy głos.
- A kto je nakręca? –
- Same się nakręcają. Ludzie z sąsiedztwa mówią, że czasami w nocy z domu zarośniętego bluszczem słychać muzykę – dodał kobiecy głos.
- A karuzela? Koniki?
- Cukierki się skończyły – odpowiedział męski głos. – Zostało puste pudełko.
- A dasz mi to pudełko, tatusiu?
- Oczywiście – głos się uśmiechnął.
- A papużkę? Dostanę prawdziwą papużkę? Tak bym chciała – rozmarzyła się Ástrídr.
- I pudełko i papużkę. Jedno i drugie – odpowiedział kobiecy głos.
- No, tak.



© Elżbieta
2007-2010
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » No-tak


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo