POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Iluminacje
Iluminacje
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2012-07-31, 17:31   Iluminacje

Iluminacje
- część I



How do I love thee? Let me count the ways.
I love thee to the depth and breath and height
My soul can reach, when feeling out of sight
For the ends of Being and ideal Grace.
- - - - Elizabeth Barrett Browning "Sonnets from the Portuguese"




Fotos

W niedzielny styczniowy wieczór w niewielkiej sali zaledwie kilkanaście osób siedziało w drewnianych krzesłach z ruchomymi blatami. Przede wszystkim byli to studenci, ale poza nimi jeszcze kilka osób, które przeczytały ogłoszenie w lokalnej gazecie.

Seria filmów kina europejskiego. Lata 60-80 ubiegłego stulecia. Sala wydziału Sztuk Teatralnych i Filmowych. Zapraszamy. Styczeń-Luty-Marzec. Niedziele, godzina 17:00. Wstęp wolny.

Od lat wiadomo w mieście, że te pokazy nigdy nie przyciągną tłumów. Brak wygodnych foteli? zapachu popcornu, jakim przesiąknięte są zwykłe kina? Czy to zniechęca do seansów na kampusie? Salka uniwersytecka tymczasowo zamienia się w kino. Jej surowe wnętrze wygląda jak przeniesione z europejskich filmów, na które chodzi się, by sobie uprzytomnić, czasem po prostu przypomnieć, że w rzeczywistości świat jest: szary, smutny, zapłakany, egzystencjalne pytania widoczne jak na dłoni, bez odpowiedzi, klatka po klatce wyskakujące z niby przypadkowo niedbałych kadrów skopiowanych z życia. Tak daleko z nich do tęczy. Daleko do tęczy.

W mroku widać zapełnione rzędy pod ścianą. Siada się z tyłu, z przyzwyczajenia, żeby nikt nas nie wezwał do tablicy. Z tej perspektywy najlepiej widać: salkę, ekran na chropawej, szarobiałej ścianie, kosze na śmieci przy dwóch symetrycznie wyciętych, czarnych prostokątach drzwi, wejścia-wyjścia, rzędy krzeseł schodzących amfiteatralnie, lecz pod nieco ostrzejszym kątem, niż w komercyjnych kinach, smugę jaskrawego wirującego światła, jakie znaczy ścieżka filmu, przedzierającego się od projektora, ponad głowami widzów, aż do elektrycznej bieli ekranu. Przed seansem nie ma reklam. Szkoda na nie czasu.

Przed ekranem pojawia się młoda kobieta, chyba studentka, może asystentka, wysoka i szczupła, w szarym swetrze, ciemniejszych spodniach, o bardzo krótko obciętych włosach. Bladość jej twarzy podkreśla karmin szminki, przekreśla górna linia oprawek okularów, które zakłada na chwilę, by nie pomylić nazwisk aktorów.
- Leading part... W głównej roli, mężczyzny, Jean-Louis Duroc - Jean-Louis Trintignant – wyraźnie akcentuje każdą sylabę, przez co nazwisko aktora dzieli się na trzy, osobne. - Kobieta, Anne Gauthier - Anouk Aimée.

Czarno-biały film, który bezwiednie, widzi się w kolorze. Brakująca na ekranie zieleń, błękit, jaskrawa żółć, kontrastująca biel, czerń w podświadomości bez wysiłku zajmują właściwe miejsca, poddając się pamięci, spektrum wyobraźni.
Zwykła niezwykła historia. On, ona, ona, on, oni, miłość, poranki, deszcze, dzieci, śmierć, smutek, radość, spokój, witaj smutku, do widzenia, do jutra, na zawsze, na dzisiaj, pytania, odpowiedzi, pytania bez odpowiedzi, odpowiedzi wyprzedzające pytania, słoneczniki, ciemne okna, prześcieradła, dłonie, włosy, uda, uśmiech, uśmiech, uśmiech, tkliwość, żal, taniec, jesienna plaża, mokry piasek, suchy, szept.

szabadabada szabadabada
wciąż mi cię za mało
szabadabada za mało szabadabada
Jak to się stało? przypomnij mi...


The End... Fin... Koniec...

Zapalone światła wycinają następny kadr wieczoru z jeszcze dobiegającą z ekranu muzyką w tle. Widzowie wstają z krzeseł, o niewygodzie których przypominają sobie dopiero przy zapalonych światłach, gdy pryska czar ostaniej sceny.

Dziewczyna z karminowymi ustami poprawia sweter, proponuje dyskusję, zaczynając frazesem.
- It has been widely accepted... To powszechnie uznany fakt, że jest to ważna pozycja w kinematografii europejskiej, światowej. Klasyka, panie i panowie - zaczyna nieśmiało.

Dyskusja? Kilka twarzy, na których pojawiają się przepraszające uśmiechy, zwraca się w jej stronę. Nikt nie ma ochoty na dyskusję. Film jest stary, późne lata sześćdziesiąte, ubiegłe stulecie. O filmie powiedziano już chyba wszystko, pół wieku to dużo, na recenzje, celne, chybione, na rozebranie poetyki do najdrobniejszych szczegółów, rozmowy z krytykami, aktorami.
- The music ...- dziewczyna nadal próbuje zmienić decyzję widzów. - Muzyka z filmu zdążyła wejść w nurt popkultury.

Pół wieku to dużo, czasem całe życie, czasem wieczność.

Na sali pozostały tylko dwie osoby. Ona uważnie czyta napisy końcowe, jakby czegoś w nich szukała, uczyła się na pamięć, słuchając cichnącej muzyki. On, zamyślony nadal trzyma, jak uśpione, ramię na oparciu jej krzesła. Siedzą w milczeniu. Oboje są w średnim wieku. On z niewielką nadwagą, ona z siwizną coraz odważniej torującą sobie ścieżkę na czubku głowy. Obok kobiety, na sąsiednim krześle, leży czerwona torebka, z której wystaje, jak biały obłok, otwarte opakowanie chusteczek.
Napisy gasną, niby gąbka, wchłania je wygaszony ekran, ściana powraca do szarawej bieli. Kobieta i mężczyzna wstają. Ona zarzuca sobie na ramiona krótki płaszcz, on na moment bierze w dłonie jej ręce, całuje. Kobieta bierze torebkę z krzesła. Rozmawiają. Rozmowa toczy się w obcym, tu, języku.

- Wciąż tak samo wzruszający, piękny film – mówi Natalia. – I ta muzyka, urzeka, prawda? Po tylu latach? Dziękuję, że mnie namówiłeś. Dobrze, że przyszliśmy.
- Jak od zawsze, jesteś sentymentalna. A film, rzeczywiście dobry, no i ten Twój Trigntignan. Wciąż jestem o niego zazdrosny. Pamiętasz, kiedyś mi mówiłaś, że się w nim podkochiwałaś?
- Takie tam, zadurzenie nastolatki zakochanej w fotosach.
- A najciekawsze, że w ogóle do mnie niepodobny – mówi Mateusz. – W końcu jaki jest ten Twój typ? Bardziej ja, czy on?
- On? zwykłe zadurzenie. Ty? Chyba nie muszę powtarzać? – Natalia uśmiecha się.

Wychodzą z salki. Krótki spacer do samochodu późno-styczniowym kampusem. Bryły wysokich, ciemnych budynków przyprószone niedawnym śniegiem. Architektoniczne zabawy zimy, na wykuszach, gzymsach, parapetach, schodach. Na ulicy jest pusto. Słychać jak stukają jej obcasy po chodniku pokrytym cienką warstwą świeżego puchu. Latarnie wyznaczają bezpieczną drogę, prowadzą od krążka do krążka światła.
W domu czeka niecierpliwy czas.



Czwartki

Jest czwartek. Na całym świecie u jednych już był, u innych będzie, ten sam czwartek. Dzień policzony, i nazwany. Czwartki są zwykłe, chyba, że zaznaczy się je na kalendarzu na czerwono, albo parafką, ołówkiem, lub notatką:
"pralnia chemiczna"
"oddać Noce i dnie"
"godz 10:47 --- przestawić zegarki! "
"Panera"

Nasz babski czwartek. Jak zwykle siedzimy w Panera. Bogna, jedna z naszej grupki często ma wolne czwartki i dlatego umawiamy się właśnie w czwartki, przed południem, kiedy w naszej ulubionej restauracji jest jeszcze mało ludzi i zamówienie specjalnej kawy, czy dania z menu wywieszonego na ścianie, zajmuje minutę. Później, około dwunastej, miejsce zaczyna przypominać duży ul. Za metalowymi drzwiami kuchnia brzęczy, dźwięczy po swojemu, drzwi od czasu do czasu uchylają się i pozwalają zobaczyć, co robią kuchenne pszczoły. Po mojej stronie, po stronie widowni, już od samych drzwi zaczyna się wić kolejka.

W Panerze – postanawiam, że wbrew swoim zasadom jednak będę odmieniać to słowo - siadamy, jeśli tylko się da, zawsze przy tym samym, podłużnym stoliku. Ta, która zjawi się pierwsza, również strategicznie zajmuje ciemną, drewnianą ławę, obitą czarnym skajem i przysuwa dodatkowe krzesełka, rozkładając na nich rzeczy, żeby nie trzeba było odpowiadać na: "czy zajęte?"
- Tak zajęte.
Widać, że zajęte, leży torba, leżą klucze, na oparciu, jak wywieszka, przewieszony jest sweterek. Zajęte. Nasz stolik, nasz czwartek w Panerze.

Lubię siadać w samym kącie, wcisnąć się między oparcie i parapet okna, i stamtąd popatrywać na przedpołudniowe życie. W Panerze, jak w innych „establiszmentach” tego typu, z tygodnia na tydzień zmieniają się dekoracje, punktualnie, odpowiednio do pory roku, w zgodzie z nadchodzącymi świętami, przypominając o kalendarzu a to zajączkami z cukru, Mikołajami z czekolady, zimowymi bałwankami , lub indykami z bibułki na Święto Dziękczynienia, pająkami i czarownicami na miotłach na Haloween. Te podpowiedzi zauważa się od razu po wejściu, czasem jeszcze przed drzwiami. Pomnożona obecność świątecznych pop-symboli, pop-mas-kultura. A między tymi regularnie odkurzanymi symbolami, przesuwają się żywe obrazy, ruchoma galeria portretów, którą można do woli obserwować.

Siedzę w swoim kąciku i patrzę na kalejdoskop tłumu, sylwetki, pozy, grupy, chwilowe asocjacje, pary, samotnych, młodszych, starszych, ciągle zmienne dekoracje w moje regularne czwartki.

Do Panery, restauracji, która w naszym mieście wygląda tak samo, jak w innym Chicago, Bostonie, czy małym Lexington, przychodzą urzędnicy z niedalekiego, bo zaledwie o kilka ulic stąd, biura firmy ubezpieczeniowej, jednej z największych na świecie. Łatwo ich rozpoznać po służbowych wizytówkach na łańcuszkach, lub tasiemkach, które często, zanim wejdą do środka odwracają tak, by nie ogłaszać postronnym swoich nazwisk, stanowisk, niepotrzebnie nie przedstawiać się obcym. Przychodzą też goście z pobliskiego, tuż za parkingiem, hotelu, gdzie odbywają się same ważne zjazdy, konferencje. Hotelowi goście są często nieodpowiednio ubrani, w upalne dni wystrojeni w garnitury, eleganckie kostiumy, natomiast, gdy zimno wbiegają do sali zziębnięci, bez płaszczy czy kurtek, zupełnie jak podróżnicy z innych galaktyk. Ci hotelowi goście nie mają wizytówek na tasiemkach, czasem jednak się zdarza, że mają na sobie samoprzylepne wizytówki. Myślę, że podpisani są najbardziej roztargnieni.

Do Panery przyjeżdżają matki, lub niańki z maluchami w nosidełkach, niemowlakami na rękach, albo z jakby na stałe przyczepionymi na niewidzialnych niciach, plączącymi się blisko, kilkuletnimi berbeciami. Przyjeżdżają także babcie, które natychmiast zajmują kilka dużych, okrągłych stołów, pod oknem, niedaleko głównego wejścia. Wyjmują świeże talie kart z dopiero co rozpakowanych pudełek. Przyglądam się ich dłoniom z dopracowanym manikiurem, obserwuję pierwsze rozdanie.

Grają zawsze z takim samym zapamiętaniem. Odkąd bywamy w Panerze, babcie są regularną atrakcją naszych pogaduszek. Jeszcze nie miałyśmy śmiałości zapytać w co grają. Może w wojnę? Myślę, że trzeba będzie kiedyś w końcu podejść i zapytać, albo zajrzeć im w karty, chociaż na razie brak odwagi.

Eleganckie babcie wyglądają jakby dopiero co wyszły od fryzjera, prosto spod buczącej suszarki, ubrane w doprasowane spódnice, albo praktyczne, niemnące się spodnie, na nosach mają prawie identyczne okulary. Jest to pastelowa gromadka, przyprószona siwizną, której nie ukrywa, ale kręci w loczki, albo lakieruje na sztywno, eksponuje. Gromadka, która porusza się w bardzo podobny sposób, nie wstydzi się swoich lasek, chodzików, czy głośnego powtarzania pytań, bieli zębów. Niektóre przyjeżdżają same, inne ktoś przywozi, doprowadza do drzwi, znikając dyskretnie na jakiś czas.

Dzisiaj dotarłam do Panery wyjątkowo wcześnie, zawinił nieopatrznie przestawiony zegarek. Usiadłam w moim kąciku i czekam, popijając czwartkową słabiutką kawę z kawopoju, bo tę prawdziwą, domową, poranną mam już za sobą. Zastanawiam się, która z moich koleżanek przyjdzie następna. Zwykle jako pierwsza pojawia się Kinga.

Patrzę przez okno na stopniowo zapełniający się parking. Jak na luty jest dość ciepło, słonecznie.

Bogna

Jest Bogna. Właśnie wysiada z samochodu. Sprawdza, czy zamknęła drzwi. Mimo swojego wieku porusza się wyjątkowo energicznie. Kiedyś, to wiemy ze starych zdjęć, tych czarno-białych i późniejszych, kolorowych również, była piękną kobietą. Nadal jest, a do tego teraz jest i atrakcyjną babcią.

Bogna jest najstarsza w naszej grupce. W wolne od pracy dni nie lubi ubierać się elegancko, na nasze czwartki o-wszystkim-i-o-niczym przyjeżdża w dżinsach, jakiejś bluzce z kolorowymi aplikacjami, włosy spięte wysoko w kok, są często mokre, bo właśnie wróciła z basenu, gdzie pojechała prosto od lekarza, a przed lekarzem jeszcze zrobiła zakupy i była w banku, bo jej mąż późno wstaje i we czwartki w ogóle lubi dłużej pospać i poza tym on rzeczywiście dużo, dużo śpi, bo co ma robić, jest na emeryturze i nie wszyscy się pasjonują polityką jego kraju więc śpi i odpoczywa, robi zakupy, albo spaceruje a Bogna pracuje, bo trochę chce, bo musi.

Czwartki są dla niej wyjściowe. W sklepie odzieżowym, gdzie pracuje, dają jej wolne czwartki. Do tych czwartków przyzwyczaili się i oni i ona. W jej sklepie pracuje się w weekendy, większość świąt, takie czasy, takie zwyczaje, takie wymagające życie.
Czwartek Bogna ma dla siebie, trochę wypoczywa, załatwia sprawy.

Bogna nosi okulary, które uparcie zsuwają się na czubek nosa. Ona pewnie tego nie lubi, ale inni, dzięki nieposłusznym okularom mogą lepiej widzieć jej oczy, które są ciągle młode i pełne ciekawości, zadziwienia życiem. Że ma zmarszczki? Niby ma, ale nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie, podkreślają ekspresję oczu, w których błądzi iskierka młodzieńczego zdziwienia, ta iskierka, gdy coś jest nie tak, na chwilę gdzieś odlatuje, ale wraca, na przykład kiedy Bogna wypowiada swoje charakterystyczne:
- No dobrze, dobrze...

W Polsce była główną księgową dużego uniwersytetu. To, że mieszka w naszym mieście i że robi to, co robi, jest wynikiem splotu wydarzeń, rozmaitych przypadków, a także jej determinacji. Bogna kocha swojego syna, wnuki, i oczywiście męża. Kolekcjonuje nagrania muzyki poważnej, operowej. Regularnie chodzi na koncerty orkiestr symfonicznych, jeśli jakiejś jest po drodze do naszego prowincjonalnego miasta. Dyskutuje o wszystkim z pasją i kategorycznie nie pozwala sobie na zmianę swego raz ustalonego zdania.

- Dzień dobry Bogno. Jesteś pierwsza... po mnie! Tym razem mi się udało - mówię zadowolona z siebie.

Bo ja rzadko jestem pierwsza. Do bycia pierwszą brakuje mi około kwadransa, ten mój kwadrans ma niezwykłe zdolności. Ukrywa się przede mną. Wyobraźmy sobie, że jest dziesiąta piętnaście, wiem, że mam jeszcze kwadrans do wyjścia... Po chwili - i to wcale nie po kwadransie - jest dziesiąta trzydzieści, i muszę się spieszyć... i tak spóźniona. Trudno to wytłumaczyć, ale tak jest.

- Dzień dobry kochanie – odpowiada Bogna i wzdycha, siadając obok mnie na ławie, wcale nie reagując na wiadomość o mojej nietypowej punktualności, o moim zwycięstwie nad kwadransem! Są przecież ważniejsze sprawy do zauważania. Cmoka mnie w policzek, ja ją. Nie unikamy prawdziwych „cmoków”, mimo że wszędzie panuje moda na całowanie powietrza. Po tylu latach znajomości traktujemy się jak rodzina. Cmok, cmok - na powitanie radosne stempelki na policzku.

- Jak się czujesz? – pyta i na moment przygasa iskierka w oczach za nieposłusznymi okularami.
- Ja, dobrze. Dziękuję, a Ty? – odpowiadam i nie pytam, bo tak wypada, już dawno przestałyśmy obdzielać się grzecznościowymi formułkami. Lubię ją i pytam szczerze. Nie przepadam za rozmowami przez telefon, więc to pytanie po tygodniu niewidzenia jest zupełnie na miejscu.
- Oj dobrze, dobrze. Jak zwykle – i tu zaczyna się recytacja, przegląd jej tygodnia, który, jak twierdzi, upłynął tak samo, jak wcześniejsze. Jadłospis codzienności, kolejny, już bardzo ubiegły tydzień.

- Czy już coś zamówiłaś? – pyta, widząc przede mną kubek kawy. – Do jedzenia?
- Nie, może za chwilę.
- Pójdę coś zamówić. Rano, przed wyjściem, zjadłam tylko małą kanapkę – odchodzi do kontuaru, poprawiając mokry kok, leciutko, ale naprawdę leciutko zgarbiona.

CDN :)

© Elżbieta
ósmego dnia lutego 2010 roku

część II


Danka

Patrzę przez okno. Przyjechała Danka.

Danka jest druga wiekiem, w naszej czwartkowej grupce. Młodsza od Bogny. Długo nie mogłam doliczyć się ile może mieć lat, ale też nigdy o to wprost nie zapytałam. Chyba żadna z nas nigdy o to nie pytała. Taki drobiazg, czy ważny? Może tylko wtedy, gdy chce się kupić kartkę urodzinową z dokładną cyferką. Ułożywszy jednak równanie, gdzie wiadomymi był wiek jej męża i ich dorosłej córki, niedawno obchodzącej urodziny, wiem, że Danka jest nieco starsza ode mnie. Takie równanie na wiek w przybliżeniu.

Danka ciekawie się ubiera. Wiem, wiem, to niewiele mówi, ale tak można to najprościej określić. Lubi ładnie wyglądać. Kto nie lubi? Długie lata mieszkała w dużym, kosmopolitycznym mieście, o dwie godziny drogi na północ od naszej mieściny. Gdy ma problem ze stylem garderoby, wtedy najzwyczajniej pyta swoją przyjaciółkę, projektantkę mody, z pewnymi telewizyjnymi, serialowymi osiągnięciami, a ta daje jej wskazówki, no i: czary-mary, problem znika. Czasem wygodnie mieć taką przyjaciółkę, chociaż jedną.

We czwartki Danka specjalnie dla nas, ale i dla siebie, myślę że przede wszystkim dla siebie, zakłada coś nowego, mamy wtedy czwartkowy ciuszkowy motyw do obgadywania.
Danka jest bardzo szczupła i zgrabna, cokolwiek nie założy, wygląda młodzieńczo i dobrze. No i te jej dodatki. Zawsze w tym celuje.

Jej mąż jest lekarzem, Sybirakiem, ale to długa i zupełnie inna historia. Danka nie pracuje, nie miałaby czasu na pracę, bo dużo czasu poświęca na pracę społeczną w organizacji strzeleckiej. Strzela z krótkiej broni palnej. Patrząc na nią, nikt nie spodziewałby się, że ta wiotka i krucha istota potrafi doskonale strzelać, dużo, dużo lepiej niż niejeden mężczyzna a na pewno lepiej niż jej mąż, który jest wszystkiemu winien, to znaczy winien jej pasji strzeleckiej.

Kiedyś, kupując dla siebie pistolet, tak na wszelki, nie wiadomo jaki wypadek, nie pomyślał nawet, że i ona też by chciała taki mały, dla siebie. Zirytowana niedomyślnością męża, kilka tygodni później, po prostu samaa kupiła sobie pistolet i nauczyła się strzelać. Od tego czasu zdobyła kilka tytułów mistrzowskich w strzelaniu do celu, nieruchomego. Poza tym lubi syjamskie koty, zwykle dwie, lub trzy dumne rezydentki chodzą po jej domu. Ja, od dosyć dawna, uczulona na koty, mogę jedynie z daleka podziwiać te jej niebieskookie pięknotki.

Trzecia wiekiem jestem ja. Dzisiaj – jeszcze raz muszę się pochwalić – jestem w Panerze pierwsza, zazwyczaj się spóźniam. Nie chcę tego robić, to czas mnie nie słucha, spóźniam się z jego winy. O sobie trudno mi mówić, nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Ogólnie rzecz biorąc, jestem osobą przeciętną.

- Cześć! – mówi Danka, pochylając się i całując mnie w policzek. Rozgląda się wokoło, poprawia ciemne włosy. Ja w tym momencie przypominam sobie o siwej ścieżce na mojej głowie, która cierpliwie czeka na porcję farby Loreal nr 51B. Polecam, działa.

- Wiesz, moja mama, w kwietniu będzie miała osiemdziesiąt pięć lat, zawsze się dziwi, że są kobiety które nie potrafią o siebie zadbać, że się postarzają siwizną. To od niej się nauczyłam, że włosy należy farbować regularnie. Poza tym, wizyty w salonach fryzjerskich, to tak relaksuje, jak ktoś cię czesze, układa włosy – powiedziała mi niedawno Danka.

Pamiętam, że zastanowiłam się wtedy, czy rzeczywiście nieukrywanie siwizny jest równoznaczne z poddaniem się latom? Niedbaniem o siebie? A może trochę zaczepnym ogłoszeniem: no, tak, istotnie jestem siwa, ale jeszcze nie całkiem, i: tak, może mam trochę lat, lecz nie chce mi się „oszukiwać” ani siebie, ani mojej głowy, ani innych. Jednak, przyznaję, że i ja po jakimś czasie, poddaję się, oszukuję.

- Czy już ktoś jest? – pyta Danka i patrzy na ławę, krzesła. Kładąc na jednym z nich swoją, jak zwykle ciekawą, choć bardzo niepraktyczną torbę.
- Tak – odpowiadam. – Bogna była d r u g a.
- Druga? – Danka uśmiecha się. – Ty? Ty byłaś pierwsza? Niesamowite! – o właśnie, to „niesamowite” z lekko zakręconym wykrzykniko-pytajnikiem to jej charakterystyczny okrzyk.
– Co się stało? – pyta bez złośliwości.
- Nic, nic, po prostu postanowiłam być na czas. "Przestawiły się" zegarki, chyba o trzy minuty do przodu. Dziś zadziałało, może pomoże na dłużej?

Danka odchodzi od stolika. Naturalnie jest w szpilkach. Jakże mogłoby być inaczej? Swoją drogą, jak ona może w nich chodzić, na co dzień, przecież to bardzo niewygodne buty...
- Ale jakie eleganckie i sexy – jakbym słyszała echo komentarza naszych koleżanek.

Szpilki to jej marka, jedna z jej marek. Widzę, jak wita się z Bogną, która właśnie odbiera swój zestaw lunchowy. Niech zgadnę? Numer piętnaście: zupa, kanapka, woda.

Danka, już przy kontuarze, zakłada wąskie okulary w fioletowych oprawkach i z uwagą studiuje menu. Jest wegetarianką, od wielu lat ostro przestrzega diety. Mięso, czy ryby, gdy u siebie urządza proszone kolacje, szykuje w gumowych rękawiczkach, żeby ich nie dotykać. Jej mąż, a także większość z nas, lubimy i jemy mięso i ona się wówczas dla nas poświęca. A że gotuje bardzo dobrze, ponieważ zna się na tym, bo skończyła studia ze specjalizacją dietetyczki - bo zawsze marzyła o studiach, ale jak wyszła za mąż, to nie miała czasu, ale w końcu, gdy była już bardzo dorosła postanowiła, że zostanie dietetyczką choćby tylko na papierze - więc lubimy te jej poświęcenia.

Do stolika wraca Bogna, stawia swój zestaw numer? Zerkam... tak, piętnaście, i siada obok mnie na ławie.

Basia

Przez okno widzę, że przyjechała Basia. Dzisiaj rodzinnym wanem, jej córka pewnie zabrała mniejsze auto.

Basia jest czwarta wiekiem w naszej grupce. Jest to osoba stanowcza, bardzo opanowana, chyba że w grę wchodzi jej mąż, czy dzieci, szczególnie, gdy były młodsze no i jej mama i siostra, które mieszkają w Polsce, wtedy Basia o wszystko się martwi i przewiduje, i podejrzewa najgorsze.

Basia we czwartki musi wyglądać elegancko, profesjonalnie. Basia codziennie musi tak wyglądać. Na spotkania do Panery przyjeżdża w przerwie na lunch na stanowym uniwersytecie, gdzie jest dyrektorem programu językowego. Polka, która decyduje o tym, jak uczyć angielskiego ludzi z całego świata. Sama również uczy od czasu do czasu.
Wszystkie jesteśmy bardzo dumne z naszej Basi.

Ubiera się ze spokojną elegancją, nosząc ubrania z popularnej tu kolekcji LC, twierdząc, że to bardzo praktyczne, jak się lubi jedną kolekcję, nie trzeba się martwić i czekać na przypadki.
- Wszystko pasuje - mówi Basia - i to dobrze, bo nie miałabym czasu na wybieranie fiu-bździu.

Basia ma rozbrajający uśmiech, jasne włosy na pazia, które od wielu lat w ten sam sposób obcina jej ta sama fryzjerka, Pamela. Włosy Basi były kiedyś blond, teraz trudno powiedzieć, czy są blond czy siwe, ale jeśli siwe, to o odcieniu blond.

Basia potrafi opowiadać, jak mało kto i nawet, jeżeli powtarza znane już nam historie, to powtórki nie nudzą, zawsze znaleźć można w nich jakiś nowy szczegół. Często na nasze czwartki przyjeżdża później niż reszta i odjeżdża wcześniej, ponieważ jako ważna pani dyrektor ma naprawdę dużo obowiązków. Jej studenci zresztą celują w wymyślaniu nadprogramowych zajęć, bardzo się starają, żeby Basi się nie nudziło, ulegając wypadkom lub pożarom, gubiąc się w nieodpowiednich miejscach.

Basia wchodzi do Panera, i od samych drzwi rozbrajająco się uśmiecha. Podchodzi do naszego stolika.
Cmok! cmok!
- No przepraszam, znowu się spóźniłam! I muszę szybko wracać, bo ta arabska studentka ma problemy z mężem. Potrzebuje wsparcia. Szkoda gadać! – Basia kładzie swoją ciężką, praktyczną, czarną, skórzaną torbę i siada na chwilę na krześle, zanim pójdzie zamówić coś do jedzenia.
O tej arabskiej studentce wiemy wszystko i bardzo jej współczujemy.

- Co jesz? – pyta Bognę, która właśnie rozłożyła sztućce na serwetce i zajęła się krojeniem pieczywa.
- Piętnaście – mówi Bogna i miesza gorącą zupę.
- Ładnie wygląda. Może ja też... to samo.
Śmieszne, udało jej się.

Basia odchodzi od stolika i po drodze, na powitanie, zamiast cmoków, delikatnie klepie po plecach Dankę, która idzie w naszą stronę na tych swoich niewygodnych, sexy szpilkach, balansując tacę, na której ustawiła kubek z herbatą, miseczkę z zupą.

Danka siada przy stoliku. Bogna zaczyna jeść zupę. Ja spoglądam przez okno. Parking jest już prawie pełny. W Panerze robi się coraz głośniej i tłoczniej.

dziewiątego dnia lutego 2010 roku


część III


Mariola

Piąta jest Mariola. To znaczy piąta w naszej grupce. Nie, jeszcze jej nie ma. Ale za chwilę powinna się zjawić. Prawdziwa blondynka, o cieplejszym odcieniu blond niż ten Basi. Niska, najniższa w naszej gromadce, korpulentna, bardzo energiczna i wesoła. Ma wnuki, mimo że jest niewiele starsza od najmłodszej spośród nas, Kingi. Tylko Mariola i Bogna mają wnuki. O, i jeszcze Dżianina, ta ma czwórkę wnuczków, ale ona dzisiaj nie przyjedzie.

Mariola wyszła za mąż bardzo wcześnie, przypadkowo i szczęśliwie, tak przynajmniej się wydaje, gdy patrzy się na nią i jej małżonka. Oboje są z Warszawy, wychowali się i mieszkali na Pradze, kiedyś, dawno. Nigdy nie widziałyśmy, żeby Mariola sprzeczała się z mężem, nawet w żartach. Zupełnie niesłychane. Chyba wszystkie, z wyjątkiem Danki, zazdrościmy jej wnuków, ale nie wszystkie się do tego głośno przyznajemy.

- No bo te nasze dzieci!? Szkoda gadać – jak często mówi Basia, gdy poruszamy temat dzieci, wnuków - inaczej patrzą na życie. Miłość nie kojarzy im się z małżeństwem, rodziną, prozaiczną prokreacją. Miłość, czy one wiedzą co to miłość? W dzisiejszych czasach? Egoistyczna, zachłanna, wyrachowana, bez miejsca na nieprzewidziane, na wzloty i upadki. Dzieci? Mogą przyjść na świat dopiero wtedy, gdy jest gotowy dziecinny, zarezerwowane miejsce w najlepszym żłobku, przedszkolu. Romans? Komu to potrzebne? Szkoda czasu.


Mariola pracuje w fabryce. Już w drugiej. Tym razem nie wiemy dokładnie, co tam robi. Kiedyś, gdy pracowała w swojej pierwszej fabryce, fabryce samochodów, wiedziałyśmy o jej pracy wszystko. Malowała karoserie. Dokładnie poznałyśmy cały proces malowania, i bardzo nam się to podobało.
Wiedziałyśmy: Mariola maluje samochody, które później jadą gdzieś w świat, na przykład do Polski. Wiedziałyśmy, na przykład, że jak się maluje samochody, to nie wolno chorować, żadnych zarazków nie wolno przynosić do „malarni”, a w "malarni" zakłada się kombinezony, rękawice, gogle, jak w laboratorium.

Niestety, od czasu, gdy fabryka ma problemy ze zbytem i zwolniono wielu pracowników, to i nasza Mariola straciła pracę. Na koniec jej "malowniczej" kariery wypłacono jej pokaźną odprawę i dodatkowo przez kilka miesięcy miała prawo korzystać z ubezpieczenia zdrowotnego. A teraz - w tym nowym miejscu - chyba coś montuje, ale nie wiemy dokładnie co. Jakoś brakuje czasu, by zapytać i na pewno to nie jest takie ciekawe jak miejsce jak "malarnia".

Mariola ma smykałkę do interesów, ale nie wszystko jej się udaje.

- Nie przejmuj się, to normalne w biznesie - mówimy, pocieszając ją od czasu do czasu, gdy potrzebuje naszego wsparcia.

Kiedyś, na przykład, wysłała dwa samochody polskim statkiem do Polski, nie, nie ze swojej fabryki, jakieś innej marki, nowiutkie, po wszystkich potrzebnych inspekcjach, wypucowane przez nią i jej dwóch synów, nie licząc męża z Pragi.
Samochody, mimo że dopłynęły do celu, to w porcie, po otwarciu kontenera, okazało się, że brakowało im wielu rzeczy, takich jak: klamki, lusterka, czy dekle na kołach. Drobiazgi, prawda? Się były zawieruszyły po drodze, bo ten Atlantyk niespokojny i zrobi swoje, swoje zabierze.
Niestety, klienci wybrzydzali, towaru nie przyjęli, stwierdzili, że niepełny. Samochody zapakowano więc z powrotem do kontenera i wróciły do Marioli. Mąż sprzedał je jakiemuś warsztatowi na części.

Dzisiaj Mariola przyjedzie ostatnia, bo musi odwieźć wnuka do przedszkola. I tak jej zazdrościmy. Ja na pewno. Nie, nie fabryki, czy interesów, ale wnuków.

Kinga

Widzę jak podjeżdża samochód najmłodszej Kingi. Łatwo go poznać po rejestracji: Marcowa 06. Urodziła się w marcu i z jakichś powodów lubi to podkreślać. Pewnie będzie musiała zaparkować bliżej hotelu, bo miejsca przy restauracji już o tej porze nie znajdzie.

Kinga jest szósta wiekiem, najmłodsza. Na nasze spotkania zazwyczaj przyjeżdża najwcześniej. Dzisiaj później, bo miała dyżur w schronisku dla zwierząt. Zresztą, jako osoba pedantyczna i zorganizowana, rano zadzwoniła do Bogny i uprzedziła o spóźnieniu.

Jest niewysoką blondynką, ale nieprawdziwą. Kilka lat temu po obejrzeniu swoich zdjęć w bikini, w kwiatki, gdzieś na plażach Meksyku, stwierdziła, że nigdy więcej w takiej postaci światu się nie pokaże. Niedługo po tych wakacjach, cały miesiąc, albo i dłużej, spędziła na intensywnej diecie, która polegała na stopniowym wprowadzaniu głodówki, aż do momentu, gdy dieta ograniczyła się do samej wody i doprowadziła niemal do halucynacji.

Kinga opowiadała później, że któregoś dnia w czasie tej głodówki była blisko dietetycznej fatamorgany. Było to po iluś tam dniach picia samej wody, kiedy to według relacji bohaterki, zaczęły jej się majaczyć ogromne desery i sztuki mięsa w sosie własnym.
Jej mąż, podobnie jak mąż Danki, jest lekarzem, więc gdyby coś było nie tak, na pewno Kingę by uratował i zabronił niebezpiecznych przygód bezkalorycznych. Tak uważałyśmy wszystkie, gdy dowiedziałyśmy się o wszystkim już po wszystkim, po jej dobrowolnych, dietetycznych przejściach.
Od czasu tej diety, po zwycięskiej walce Kingi z jej ciałem, jest szczupła, nosi obcisłe sukienki, albo dżinsy nr-zero! i stara się nie przytyć za wszelką cenę.

Podobnie jak Danka kocha koty, psy też, ale te w bardziej ograniczonej ilości. Za to koty ma przeważnie trzy, ale często cztery. Poza tym szyje kołderki dla psów i kotów do tego miejskiego schroniska dla zwierząt, w którym pracuje jako ochotniczka.

Jej dorosłe dzieci mieszkają o kilka godzin na południe od naszego miasta. Kinga jednak nie żałuje swojego czasu na dojazdy tam i z powrotem i często je odwiedza. W ogóle dużo podróżuje z mężem, który "zbiera" wakacje i jak nazbiera, to Kinga nie zjawia się na czwartkowe pogaduszki.

Jest blondynką, ale jak wspomniałam: nieprawdziwą. Prawdziwe blondynki to Basia i Mariola, która przyjedzie najpóźniej. Kinga nigdy nie pokazała nam rzeczywistego koloru swoich włosów, starannie ukrywa go przed nami pod ciągle nową warstwą farby blond. Nie pamiętam jakiej firmy.

Kinga, co ciekawe, chociaż lubi dużo mówić, jest osobą dość skrytą, opowiada ale przede wszystkim o innych, o sobie niewiele. Uwielbia... i tak o tym mówi:

- Uwielbiam tapetować. Zatapetować wam coś dziewczyny? Potrzebujecie?
W swoim domu tapetuje bardzo regularnie, mniej więcej co kwartał, to tę to ową ścianę, chwaląc się później wynikami swej pracy. Ja natomiast lubię malować, ściany też, nie znam się na tapetowaniu.

Kinga ma kocie oczy i lubi ubierać się w rzeczy błyszczące.

Dziesiątego dnia lutego 2010 roku


część IV


Dżianina

Jest jeszcze Dżianina, która dzisiaj się nie zjawi, bo mieszka najdalej od Panery, w innym mieście i najczęściej, gdy ją zawiadamiamy o czwartku, o godzinie, oddzwania tylko, mówiąc:
- W tym tygodniu się nie da. Nie wyrobię się. Mam dużo zaległości w domu. Wiesz jak to jest.

Chyba wiem, ale raz w tygodniu? Po prostu nie chce się jej i tyle.

Dżianina ma dwie dorosłe córki, mężatki. Czworo wnucząt, jedna wnuczka adoptowana. Córki mówią po polsku z trudem, z silnym akcentem. Kiedyś podobno mówiły dużo lepiej, ale dawno temu, po przygodzie z celnikami na polsko-niemieckiej granicy nabawiły się uczulenia na "polska mowa" i nie da się ich przekonać, że teraz jest inaczej.

Dżianina ma chroniczny, alergiczny katar, podobno na wszystko jest uczulona.
- Największe uczulenie mam na mojego starego - powtarza, taki niby żart. - Jak wraca z pracy i pyta co mam na obiad a ja nie mam nic. Wtedy kicham.

Pracuje w laboratorium, sprawdza i analizuje próbki wodne z okolicznych rzek, jezior, ujęć, ścieków. Mówi bardzo szybko i zawsze się spieszy. Jej mąż kiedyś pracował w tej samej fabryce, co Mariola. Nie, przypomniało mi się, on nadal pracuje w tej fabryce, to Mariola tam nie pracuje, on pracuje, jest inżynierem, przystojny, z krótką trochę siwą brodą.

Dżianina najbardziej przyjaźni się z Kingą, bo ich mężowie to zapaleni żeglarze. Z całej naszej grupki najmniej znam Dżianinę, właśnie sobie to uprzytomniłam. Ciekawe dlaczego? Też tleniona.


O-wszystkim-i-o-niczym

Kinga przyniosła do stolika swój wegetariański zestaw. Jak Danka, tylko dużo krócej, od przygody z dietą cud, głodówki z fatamorganą, jest wegetarianką, jednakże czasem się skusi na ryby, albo morskie różności.

- No to co dziewczynki? – zaczyna rozmowę swoim charakterystycznym pytaniem – Jak minął tydzień? Ja w weekend znowu byłam u dzieci. Nie planowałam, ale Norbert miał dyżur – to jej mąż – i nie chciało mi się samej siedzieć w domu. Obiecuję sobie za każdym razem, że więcej tam tylko na weekend nie pojadę, no i jadę. Cztery bite godziny, przy dobrej pogodzie, w jedną stronę! cztery godziny!
- No bo je kochasz – mówi Basia – Kochasz dzieci i jedziesz. Dziwiłabym się, gdybyś nie jeździła, dopóki są w miarę blisko ciesz się nimi.
- Chciałabym, żeby bliżej – odpowiada Kinga i widać, że jest zadowolona z uwagi Basi, która podkreśliła jej matczyną miłość, poświęcenie.
- Ja miałam w niedzielę Rafała i wnuki na obiedzie – mówi Bogna – Pat nie przyjechała – to synowa Bogny– bo miała ból głowy.
Tu wtrącamy chórkiem: How convenient!!! (Ależ wygodne wytłumaczenie!!!) Bogna nie przepada za synową i raczej się z tym nie kryje. Kiedyś, w tajemnicy, powiedziała mi, że Zbyszek, jej mąż, krótko po tym jak mnie poznali, podobno miał się wyrazić:
- To by była wspaniała synowa dla Rafała!
Do tej pory nie wiem, co o tym myśleć, ale lubię ich wszystkich, więc nie ma co rozstrząsać... Ja i Rafał? A mój ukochany, co wtedy byłoby z nim?

- A tak się napracowałam – kontynuuje Bogna. - Wnuki uwielbiają pierogi i zrobiłam flaczki.

W tym momencie wszystkie musiałyśmy się uśmiechnąć: flaczki, pierogi. Bogna dość często gotuje i jedno i drugie, podczas gdy reszta z nas robi - szczególnie flaczki - od wielkich dzwonów, tak co kilka lat, albo rzadziej, ewentualnie z puszki. Chociaż ostatnio można w supermarketach - w meksykańskich działach - kupić dobrze przygotowane flaczki, surowe, ale zawsze.

- Flaczki? – pyta Danka. – Przecież to tak śmierdzi. Twoje wnuki to lubią?
- Tak, Daneczko, lubią, bardzo lubią. Ja je przecież prawie wychowałam. Jak się pobrali, a potem się urodziły dzieciaczki, to Rafał tyle pracował, i Pat też, to było jeszcze w Louisville. No i kto, to kto był z maluchami? My, babcia, dziadek. Od małego znały polską kuchnię. Nasz aniołek - to wnuczka - przecież tak ślicznie mówi po polsku. Stasiu gorzej, ale rozumie. Flaczki, żurek, buraczki, pierogi, naleśniki, kluski z makiem.
- Spokój! Spokój! Jedz swoją piętnastkę! – staramy się ukrócić recytację menu. – Nie rób smaku.
- Zauważyłyście? Już dzisiaj tyle czerwonych sweterków? – przerwałam kulinarne marzenia o flaczkach, próbując sprowadzić rozmowę na inne, walentynkowe tory.

Przyjechała Mariola.
- O, Mariola! Jest Mariola.
Wszystkie spojrzałyśmy w okno. Mariola szła w stronę Panery. Trochę utykała, niedawno miała kolejną operację na guzki kostne na stopach, te co rosną, bunions, no takie cebulki z kości?

- Mamy komplet – orzekła Kinga i zabrała się do jedzenia zupy, urywając kawałek chleba z miniaturowego bochenka.

Tak, byłyśmy już wszystkie, czwartkowe. Pozostałe stoliki też były zajęte, wszystkie ławy, wszystkie krzesła. Słychać było brzęk naczyń, hałas maszyn do lodu, brzęczenie "kawopojów", gotującej się wody, szum pieca, głos spikera, ogłaszającego numer gotowego do odebrania zamówienia.

W Panerze siedziały osoby doskonale znające się na ubezpieczeniach i te hotelowe, konferencyjne. Pod sufitem, w ciepłym powietrzu wnętrza, kołysały się walentynkowe serca, amorki, białe, różowe, czerwone, z papierowej koronki, z cienkiej folii. Na oknach poprzyklejane czerwone serca z żelu, który łatwo przylepić i odlepić, nie zostawiają śladu. No czego to ludzie nie wymyślą? Serca z żelu, małe, duże, znikające bez śladu.
Oj Walenty, Walenty, coś ty zrobił, że tak cię kochają? Na ścianach laurki z ogromnymi czekoladowymi sercami i lukrowe wyznania:
Be mine,
I - i tu znak serca „heart” – you
Kiss me
I am sweet
Forever for you
You and me

Dopiero teraz zwróciłam większą uwagę na te dekoracje. Jeszcze tydzień do Walentego, takie milutkie święto, dużo ekscytującej czerwieni, różu, wywołują taki efekt jak duże ilości cukru u małych dzieci, które po pochłonięciu torebki jelly beans zamieniają się w kukiełki na sprężynkach.

- Rzeczywiście, za chwilkę walentynki – odezwała się Mariola. – W przedszkolu dzieci już robią laurki.
- A ta ciągle o wnukach – przerwała jej Basia. - Czerwono mi, serduszkowo, oj słodko miiii!!! – zanuciła.
- Przecież powiedziałam: dzieci – broni się Mariola.

Kinga zmrużyła kocie oczy i uśmiechnęła się.
- Ja już sobie coś kupiłam – odezwała się – COŚ! – powtórzyła i czekała na nasze pytanie. Jednak czasem mówi o sobie, myślę.

- Co? – nie wytrzymała Bogna.- Co kupiłaś? Dla siebie, czy dla Norberta?
- Dla siebie, poniekąd też – powiedziała Kinga.
- Ooo, ciekawe, co? – pyta Danka. – Przyznaj się.
- Nie, nic takiego, koronkową bieliznę, bardzo ładna.
- Myślałam, że coś innego. Ciekawe, co powie Norbert? Opowiesz? – mówi Danka i zadaje ogólne pytanie:

- Powiedzcie mi moje koleżanki, robicie coś specjalnego na walentynki?
- My idziemy na kolację – odpowiedziała Basia. – Myślałam, że zostaniemy w domu, ale Krzysiu zaprosił mnie na kolację.
- Zaprosił? Oficjalna romantyczna kolacja z mężem – mówi Bogna. – To czasem takie potrzebne, też bym...
- Czerwono mi, serduszkowo, oj słodko miiii!!! – nuciła, wymyśloną na poczekaniu piosenkę, Basia.
- Ja na pewno nie założę nic czerwonego – broniła się Danka. – W szafie nie mam żadnej czerwieni, może jakieś dodatki.
- A wiecie, zauważyłam niedawno, przy porządkach w szafie, że mam trzy czerwone torebki. Trzy! – mówię. Prawda: trzy, ale na różne okazje.

- Bo Ty lubisz czerwony – odparła Danka. – Fotel masz czerwony. Chyba jakieś buty, o ile dobrze pamiętam, na lato...- zaczęła wyliczankę.
- Może powinnam się pozbyć tej czerwieni? – zastanawiałam się na głos. – W moim wieku – tu porozumiewawcze spojrzenia – w starym kraju chyba by to nie uszło.
- W jakim starym? To już nie ten stary kraj – stanowczym tonem orzekła Kinga. – Nowy stary. Tam w sklepach cała Europa. Nie zgadłybyście, ale moja torba jest z Polski, nie polska, ale z Polski i Amerykanki mnie zaczepiają, i pytają skąd, gdzie kupiłam.
- A ja tam nie mam po co jeździć – westchnęła Bogna. – Zbyszek jeździ co roku, Rafał funduje mu bilet. Ale ja już nie mam do kogo.

Bogna często to powtarza i zastanawiam się, czy tylko po to, żebyśmy zaczęły zaprzeczać, trochę może i ganić ją za pesymizm.
- Oj, opowiadasz, opowiadasz. Nie masz po co? A Twoje dawne koleżanki, przyjaciółki, dalsza rodzina, kuzynki? A choćby groby? Albo, żeby się przespacerować nową Łodzią? – wyrzucamy z siebie jednym tchem te formułki, gdy Bogna wzdycha o swoich niepowrotach.

- Nie ma sensu. Tu mam męża, syna, wnuki, tam? nie ma po co. Wystarczy, że Zbyszek jeździ, żeby tam się pokłócić ze wszystkimi. Zawsze się pokłóci. To taki konfliktowy człowiek, wydaje mu się, że wszystko wie najlepiej, nawet z daleka. Jak wraca, to przez kilka miesięcy jest taki szczęśliwy, że tam już nie mieszka. A później tęskni i znowu leci i wraca do tej swojej Łodzi. Ciągle ma żal, że tak źle go potraktowali...

Taka jest prawda, Zbyszek tu krytykuje tu, a tam krytykuje tam. A że go potraktowali bardzo źle - w tamtym już nie istniejącym kraju - to też prawda, wszystko przez Rafała, że nie wrócił, że wybrał wolność.

Dawne dzieje, szkoda gadać, jak mówi Basia.

jedenastego dnia lutego 2010 roku


część V


Krakersy

Rozglądam się. W Panerze ciągle tłoczno. Moja słabiutka kawa stygnie. Muszę pójść po dolewkę. Ale doleję dekaf, mają dzisiaj orzechową.

Przychodzą ciągle nowi goście. Szum robi się coraz większy. Obok, przy stoliku młoda matka, sadza w wysokim foteliku bobasa. Bobas jest płci nieokreślonej, ale chyba dziewczynka, w jasnokremowym ubranku. Dziewczynka, tak, bo słyszę jak mama, chyba, mówi do niej Ami.

- Popatrzcie na ten krem – zwracam się do moich koleżanek. – Jak długo potrwa, żeby się zmienił na kolor bliżej nieokreślony?
- Kremszy odcień kremości – mówi Basia.
- Ależ marudzicie, to dziecko, niech się brudzi, po to jest – wtrąca Mariola, babcia przecież – teraz zresztą łatwo doprać, a jak nie, to kupić nowe.
- Masz świeżą praktykę z bobasami – mówi Basia. - Pamiętacie, jak było w Polsce, za naszych bobasowych czasów?
- Ja nie – mówi Danka i uśmiecha się z lekką wyższością. – Mnie ominęło.
- No, Ty nie, Tobie się udało – potwierdza Basia. – Ja doskonale pamiętam, jak trudno było o ubranka, o cokolwiek. I komu to wtedy przeszkadzało? Mogło być przecież wszystko, jak teraz.
- Krem już jest krakersowy – mówię, patrząc jak bobasówna rozgniata z zapamiętaniem na buzi, na ubranku, ogólnie, gdzie popadnie krakersa z serem, a żółć sproszkowanego sera ładnie kontrastuje z kremem ubranka, krakers wędruje częściowo do buzi, częściowo na podłogę, częściowo na ubranku. Matka nie zwraca uwagi na wyczyny bobasównej, rozmawiając z drugą kobietą przy stoliku.

- Wiecie, zawsze jak tu rozmawiamy po polsku, zastanawiam się, co by się stało, jeśli ktoś by nas rozumiał – zastanawiam się na głos.
- Przecież nie klniemy – stwierdza krótko Danka.
- Jeszcze by tego brakowało – mówi Bogna.
- Nikogo specjalnie nie obgadujemy – mówi Basia.
- Nooo nie, poza tym, że krytykujemy co drugą osobę, to właściwie nie – dorzucam.
- Co to za obgadywanie – mówi Mariola. – U mnie to dopiero obgadywanie odchodzi.

Wszystkie oczy jak na komendę zwracają się ku Marioli.
- U Ciebie? Gdzie? – pyta Basia.
- No w fabryce. Jakbyście usłyszały, jak baby się obgadują, jak innych obgadują. To nie nasze niewinne plotki.
- Właśnie mi się przypomniało a propos tamtej Twojej fabryki... Jak się skończyła sprawa z tym sexual harassment? Po polsku? Jak to po polsku? "Niechciane zalecanie"? – pytam, przypomniawszy sobie aferę zalotniczą pomiędzy panem menadżerem w głównej roli męskiej i pracownikami płci żeńskiej, a która miała miejsce w poprzedniej fabryce Joli.
- W sądzie się skończyła – mówi Mariola. – Ja się nie wypowiadałam, bo mnie to nie dotyczyło... – chce jeszcze coś dodać, ale nie może, bo mówimy jedna przez drugą.
- Ooo, jasne, Ciebie nie dotyczyło, skromnisia. Nie gwizdali za Tobą? no, mąż by ci dał! Prowokować menadżera i to przy lakierowaniu maski? Menadżer ani nie umiałby powtórzyć Twojego imienia. Swoją drogą, przyznaj się, powiedz, gdzie chodziliście na lunch?

Mariola, mimo że rzeczywiście nie miała nic wspólnego z całą sprawą, rumieni się i próbuje się bronić przed naszymi głupawymi, dziecinnymi docinkami.
- No wiecie! – uśmiecha się, gdy w końcu może się odezwać – Przestańcie! Coś podobnego? Ja? Ale wiecie, podobno tam odchodziło!
- Co? Co odchodziło? – pyta Danka. – Opowiesz?
- Opowiadała mi jedna koleżanka, bo ona też zeznawała. Powiem wam tylko, że robili to w pracy, i on niektórych to nawet nie zmuszał, tak tylko mówił, że jak będzie mógł to lepszą pracę dostaną, albo na inną zmianę je przeniesie.
- Świnia – mówi Kinga – ale świnia.
- Łobuz – dorzuca Bogna. – Jak można. A poza tym, teraz przecież są takie ostre przepisy. I tyle o tym się trąbi. Pewnie myślał, że mu się uda.
- Ale też czasem chyba przesadzają – powiedziałam.
- Kto? – zapytała Basia. – Kto przesadza?
- No wiesz, nie możesz się uśmiechnąć, ani powiedzieć nic miłego bez obawy, że to może być uznane za napad z... bronią seksu. Wiesz, ludzie czasem widzą to, co chcą, interpretują po swojemu.

- Ale ta sprawa menadżera była oczywista – odezwała się Bogna. – Prawda? Udowodnili mu wszystko, tak czy nie?
- No udowodnili – powiedziała Mariola. – Już go zamknęli. A kobiety dostały odszkodowanie.
- Wiesz, do mnie nawet z polskiego radia z Jackowa – znaczy z Chicago - dzwonili, żeby dowiedzieć się czegoś bliższego o całej tej sprawie – przypomniałam sobie.
- Tak, pamiętam, do mnie też – potwierdziła Mariola.
- Bo dałam im Twój numer telefonu – dodałam.
- Szukali sensacji i tyle – mówi Basia. – Zajęliby się wcześniej kobietami i ich problemem, nie dopiero, jak jest po wszystkim. Podobno dyrekcja wiedziała dobrze co się dzieje, ale zignorowali, bo to Japończycy, szowiniści, męscy szowiniści. Czytałam dużo o tej całej historii w prasie.
- No właśnie, Basiu. O, a co się dzieje z Twoją arabską studentką? – zapytałam.
- A szkoda gadać. Mąż jej nie pozwala używać komputera. W domu nie wolno jej nic przygotowywać na internecie, żadnych googli. Musi mu dokładnie opowiadać, gdzie była i co robiła na zajęciach. Paranoja.
- Czy ona przychodzi do klasy całkiem zakwefiona? – pyta Danka. – No wiesz, w burce, po ichniemu?
- Tak, zawsze na czarno. Chyba bardzo ładna dziewczyna, tak sądzę, przynajmniej ma ładne oczy, to widać i mądra. Ale mąż nieprawdopodobny fanatyk. Nie wiem, po co w ogóle pozwolił, niby pozwolił, jej studiować, jak teraz nie daje jej robić tego, co powinna, jako studentka. Po co tu przyjechali? To naprawdę przedziwna kultura, religia.

W tym momencie zerkam na Bognę, z którą niedawno miałam dyskusję o religii i o tym, czy religie niosą samo dobro. Żadnej reakcji.


Niech mnie nosi na rękach

Pijemy nasze kawy, mieszanki smaków, dodatków, cukru, śmietanki, cynamonu, jemy zestawy na ciepło, na zimno, wokoło czerwienią się sweterki, breloczki z serduszkami, za każdym otwarciem głównego wejścia, przy powiewie wirują walentynkowe papierowe, bibułkowe dekoracje, bobasówna – już mniej kremowa - patrzy na te fruwające serduszka i amorki okrąglutkimi, coraz szerzej otwartymi oczętami, wciera krakersy w ubranko, w buzię, ślini się, ależ się ślini, i nie zdaje sobie sprawy z tego, że niedługo znajdzie się na dobre w świecie, gdzie czasem flirt w miejscu pracy może skończyć się rozprawą sądową i więzieniem, albo, że jeśli będzie miała męża muzułmanina, będzie musiała chodzić w czerni od stóp do głów.
Ale póki co, czeka ją przedszkole i szykowanie walentynek dla wszystkich z klasy bez wyjątku. Kolorowe cukierki, ciasteczka, kartki, zabawki, maskotki, wierszyki, piosenki, ubranka.
Słodkie, najsłodsze w życiu niewinne, walentynkowe:
Kocham Cię! I love you!
Kocham Cię Mamo! - na namalowanej jeszcze nieudolnie kartce, pieczątki serduszek, odrysowywane kontury amorków z łukiem, ptaszki z serduszkami w dziobkach. Oj słodkie, słodkie, przesłodkie. Własnoręczny, lekko-koślawy napis wykonany trochę później w kindergarten, czy w zerówce. Swoją drogą, to ciekawe, że za moich polskich czasów walentynki były zupełnie nieznane. Pojawiły się w spisie popularnych świąt dopiero po tak zwanych zmianach. Świętem miłości był wcześniej, jakże poważny dzień Matki, Ojca, Kobiet, później dołączyły do tego święta Chłopaka, Babci, Dziadka, ale nie było uniwersalnego serduszkowego dnia, z unisono:
Kocham! Miłość jest w powietrzu! Kocham!

Chociaż ten jeden dzień jest na to, żeby powiedzieć ot tak sobie: kocham, bezwstydnie, albo niewinnie kocham. Cokolwiek nie znaczy miłość, jakkolwiek mnie traktuje, mogę powiedzieć: jest Walenty, pora na kochanie. Nie bardzo rozumiem tych, którzy nie lubią albo walczą z Walentym. Że słodko, że miłośnie, że flirty, że całusy, że randki, że te cukierki, ciasteczka, czekoladki? I co? Co w tym złego? Że masowo? Że traci się indywidualność? Że nagle lecimy gromadą jak motyle, wszystkie pazie i paziowe królowej do tego samego miejsca spotkania w Meksyku? Migracja miłosna motyli do lasu motyli.

- Wiecie koleżanki – to Basia przypomina sobie, że na nią czas i zrywa się do wyjścia – Miło było, ale muszę wracać. Robota czeka, burka w gabinecie.

Następuje rytuał cmokania i już jej nie ma, tylko przed wyjściem odnosi tacę ze sztućcami i naczyniami. Odjeżdża.

- Chyba zeszczuplała nam Basia – mówię do moich koleżanek, dziewczyn w wieku absolutnie już nie-dziewczyńskim. Nasz przedział wiekowy między czterdzieści i sześćdziesiąt parę jest piękny, jakby na to nie spojrzeć. Chociaż z boku może wyglądać na „przeszły”, to dla nas jest przedziałem dla wielu nowych, przyszłych przygód z życiem, pięknym życiem.

- Zeszczuplała. Zaczęła chodzić na siatkówkę – mówi Danka.
- A Ty? – pyta Dankę Kinga – Co robisz, że jesteś taka szczupła? – i w pytaniu słychać lekką nutkę zazdrości i podziwu, a nie powinno, bo sama przecież nosi numer zero!
- Dieta, wegetarianizm, strzelanie, no i joga. Joga bardzo uspokaja, ale i spala.
- Pokaż muskuły – mówi Bogna. – Czy masz takie, jak ja po pływaniu.

Bogna pływa, dużo pływa, jeśli ma czas, to nawet codziennie.
- Muskuły? Się poprawiają i przy jodze – mówi Danka.
- Ja myślę, że od jogi – wtrącam moje grosze – to się ma muskuły, ale głównie na duszy i na mózgu. – dziewczyny śmieją się. – Kontemplacyjne.
- Muskuły duszy – powtarza Bogna.
- Ja mam muskuły bez jogi i pływania – chwali się Mariola. – Wiecie, fabryka robi swoje, no i wnuki. Najmłodszą Amandę jeszcze dużo się nosi. Taka pieszczocha i ciężka. Synowa nie lubi, żeby nosić dziewczynki, ale...
- My wiemy, że trzeba nosić, bo później się żałuje i jest za późno – dopowiadamy.
- No i takie to kochane, jak nie nosić? Jak płacze? Albo tak sobie, bez powodu, żeby ponosić? Moich chłopaków nie miałam czasu nosić, byłam zapracowana, za młoda byłam. Teraz mogę ponosić, no nie? – kończy Mariola.
- Tak, tak, podpisuję się. Oczywiście, że lepiej nosić – odzywa się Kinga i widać jak jej oczy robią się maślane.

Często opiekuje się czteroma córkami jednej naszej, wspólnej znajomej, którą nazywamy: Matka Polka, chociaż tu się urodziła. Dziewczynki mają: osiem, sześć, cztery, a ostatnia zaledwie rok. Kinga chciałaby już mieć swoje wnuki, ale jej syn jakoś nie spieszy się z dziećmi, córka też nie, dopóki nie skoczy studiów. Zresztą syn najpierw musiałby się ożenić a z tego, co mówi Kinga, do ożenku również długa droga.

- A mnie już bardzo dawno nikt nie nosił na rękach – mówi Bogna. – Jak poznaliśmy się ze Zbyszkiem, to mnie nosił – rozmarza się i poprawia opadający lekko, już suchy kok.
– Na spacerach, ni z tego ni z owego, brał mnie na ręce i nosił. Jakby się chciał pochwalić swoją siłą. Na początku, pierwszy raz, nie wiedziałam jak zareagować, wstyd mi było, bo czasem to robił przy ludziach, żeby wszyscy widzieli, ale on był taki szczęśliwy – wzdycha. – Teraz nawet z noszeniem zakupów ma problem.
- Bo mogliście kupić mieszkanie na parterze – mówi Danka – Wtedy nie musiałby nosić za-ku-pów po schodach. Nie mówiąc o noszeniu Ciebie.
- No mogliśmy, ale wydawało nam się, że lepiej na piętrze, spokojniej.
- U was tam zawsze spokój – dodaję.

Bogna wzdycha i mówi:
- Masz rację, spokój, nawet za spokojnie, jak teraz rzadziej wnuki wpadają, bo starsze, to spokój, tylko telewizor na cały regulator, przez ten słuch Zbyszka. Starość, starość. Kochanie, takie życie.
- A ta swoje – mówi Danka. – Gdzie ta twoja starość? Popatrz jak wyglądasz? Niejedna nastolatka może pozazdrościć. Ta w dżinsach? – Danka pokazuje oczyma na dziewczynę stojącą przy termosach z kawą – Jak myślisz, ile może mieć lat? Osiemnaście? może dziewiętnaście, góra! i spójrz, jak wygląda. Rozmiar? Dwudziestka? Może większy, a Ty? Dziesiątka?
- Ostatnio dwunastka – wzdycha Bogna. – Trochę przytyłam.
- Też mi rozmiar – wtrącam. – To żaden rozmiar, rozmiar dla dzieci. Popatrz na swoje nogi, jak u młodziutkej dziewczyny – dodaję, bo wszystkie pamiętamy, jakie zgrabne nogi ma Bogna, kiedy latem zakłada szorty.

Pamiętamy też o obrazie wiszącym w jej dużym pokoju. Tuż przy wejściu. Ja pamiętam...

Na obrazie jest kobieta o długich włosach, upiętych w luźny kok. Włosy szerokimi ciemnobrązowymi pasmami wymykają się z objęcia spinek, nie chcą poddać się rygorowi uczesania, niesforne spływają na ramiona i plecy. Kobieta leży na dużym łożu, twarz ma ukrytą w poduszce. Jej postać tchnie spokojem. Jest naga, lecz jej nagość częściowo okrywa cień, częściowo prześcieradło naciągnięte na pośladki. Postać namalowana jest pod takim kątem, że nagie ciało wydaje się być bardzo blisko, patrzy się na nie trochę z góry. Bezbronna, ufna poza wywołuje tkliwość, czułość. Ma się wrażenie, że kobieta jest albo pewna, że jest sama, albo że usnęła. Spokój namalowanego ciała każe się zatrzymać, żeby się nie obudziła, by nic się nie zmieniło w kompozycji zastygłego czasu, światła.

Ilekroć patrzę na ten obraz, zastanawiam się, kto go namalował. Bogna wtedy rzuca jakieś nazwisko, albo nie, coś zawsze mówi, ale jakoś tak mało przekonywująco, a ja później pytam:
- A może to Ty? – uśmiecham się - Czy to Ty? Ona jest do Ciebie podobna - próbuję sprowokować zmianę odpowiedzi, którą obdarzyła nas już dawno temu, gdy pierwszy raz zaprosiła nas do swojego mieszkania.
- Nie, no co Ty, to nie ja. Jakaś modelka. Ja znałam wielu malarzy z Akademii, ale to nie ja.
- Obraz jest piękny, Bogno, piękny. Kobieta jest piękna. To musiał być bardzo dobry malarz – mówię i dodaję – A może przewieś go w inne miejsce? Tutaj, nad kanapą mało się na niego patrzy, a szkoda.

Ilekroć patrzę na ten obraz, słyszę inną - swoją - odpowiedź, wymyślam fabułę jego powstania.


dwunastego dnia lutego 2010 roku


część VI



Obraz

Jest studentem Akademii i malarzem, jeszcze nie bardzo znanym, lecz dobrze się zapowiadającym, szuka modelki do aktu. Nie ma pieniędzy, by zapłacić zawodowej modelce. Na ćwiczeniach ma za mało czasu, żeby popracować nad obrazem, którego koncepcję nosi w sobie od dość dawna. Zresztą, szkice na ćwiczeniach trzeba robić szybko, bo w pracowni jest chłodno i dlatego modelki "na godziny" nie chcą długo pozować.

Malarz nie ma nikogo w rodzinie, kto chciałby mu pomóc. Nie zna żadnej kobiety, która obnażyłaby się, by pozować, bez erotycznego podtekstu. Nie ma swojej dziewczyny, owszem ma wiele koleżanek, lecz to tylko koleżanki i żadna nie chce słyszeć o długich godzinach leżenia na łóżku, nago.

- Dla samej sztuki? – żartują, prychają, rumienią się, dziwią.
- Zacznij malować martwe natury, w dzisiejszych czasach to się sprzedaje. Albo pejzaże?
(Są późne lata pięćdziesiąte ubiegłego stulecia.)

A jemu marzy się taki popołudniowy obraz...

w świetle przesączonym przez ciężkie, ciemne zasłony, mającymi chronić przed upałem, na dużym łożu leży kobieta, mimo dość wczesnej godziny naga i śpi, zmęczona wizytą kochanka, który musiał wracać do innego miasta

jest niedziela po południu, dzień od samego rana był bardzo upalny, słoneczny, gorące powietrze kotłowało się w studniach podwórek, skąd, osaczone ścianami z brudnoczerwonych cegieł, nie mogło uciec, gorące ule rozedrganego powietrza

Kochali się od wczesnego przedpołudnia, na zapas, na później, do następnego wyjazdu jej matki. On niedługo musiał wracać do siebie, ostatni pociąg do swojego miasta miał po siedemnastej. Widywali się od dwóch lat, raz w miesiącu, czasem rzadziej. Ona nie mogła go dłużej zatrzymać, jej matka wracała przedwieczornym pociągiem od siostry, ze wsi. Nie mogła go tu zastać. Mieli już niewiele czasu dla siebie.

Upał wchodził we wszystkie kąty pokoju zastawionego ciemnymi, gdańskimi meblami. Otwarte okna nie pomagały ochłodzić nagrzanych ścian. Zresztą oni niczego nie zauważali. Czas zapominał o sobie, zapominał się, zatrzymywał, nie istniał, gdy oni mogli być razem, odkrywać swoje ciała milimetr po milimetrze, pożądać, kochać się, wsłuchiwać w siebie, a później leżeć, za ciemnymi zasłonami, które broniły ich przed światłem, upałem, wyrastały tymczasowym murem, granicą między nimi i światem rozgrzanych studni z cegieł.

Ona od czasu do czasu podnosiła się z posłania, by przynieść w grubej, ciemnoniebieskiej szklance wody, upijali po kilka łyków i wracali gorącymi ciałami do siebie.

Gdy szła przez pokój, naga, bosa, przyglądał się jej piersiom, biodrom, pośladkom, liniom ciała, uważnemu i spokojnemu stawianiu stóp, które – co było widać nawet w półmroku - przy każdym kroku podnosiły roje słonecznych pyłków. Wiedział, że to najzwyklejszy kurz, ale on widział złoto i zapach kwitnących rumianków.

Gdy wracała z kuchni ze szklanką, i stawiała ją na stoliku przy ogromnym małżeńskim łożu jej matki, siadała na chwilę na brzegu i zbierając włosy jedną dłonią, drugą wysupływała spinki, które nie mogły utrzymać ich ciężaru. Brała spinki do ust...

pamiętał podobny gest u swojej matki, to było dawno, kiedy był małym chłopcem, gdy wychodzili na spacer i on czekał w przedpokoju, aż matka zepnie włosy w kok, wygładzi spódnicę, obejrzy się szybko, czy nie ma oczek w nylonach i dopiero wtedy upewniona, że wszystko jest w porządku, weźmie go za rękę i wyjdą z domu... do parku, do cyrku, na karuzelę, na lody, na watę na patyku, różowy cukrowy obłok...

Ten sam gest tu, w upalnym pokoju, mówił innym językiem, elektryzował.

Malarz wyobrażał sobie, że gdyby to była noc i gdyby kobieta, siedziąca teraz na brzegu łoża, przesunęła dłońmi po nieposłusznych włosach, to w ciemności pojawiłby się rój pszczół, złotych, srebrnych, zamieniających się w pokruszone światło. On łapałby te świetliste pszczoły i chował je delikatnie w dłonie, słuchał ich brzęczenia.

Ona uśmiechałaby się i odganiała go ręką, żeby nie przeszkadzał, bo musi najpierw spiąć ten niesforny kok, żeby mógł ją całować, pieścić, rysować mapy dotyku na jej kremowych plecach.


Obraz, jest w nim od dawna, trwa w popołudniu, w świetle ciepłym, słodkim jak waniliowy krem. Twarzy kobiety nie widać, widać tylko plecy, ramiona, ich łagodne zakola, zakręty, rozsypujące się włosy, meandry zmiętych prześcieradeł przesunięte w pośpiechu na jedną stronę płótna. W tle nie widać żadnych mebli, tylko te prześcieradła, które zastygłe, opowiadają o niedawnym, niespokojnym czasie, sekundach długich jak wieczność, zapowiadających najkrótszy, podwójny koniec świata.

...Kobieta śpi, zmęczona upałem, na karku widać kosmyki ciemnych włosów. Śpi po godzinach wędrówek po jego i po swoim ciele, po zakamarkach, które znają tylko kochankowie, którzy kochają się na zapas, na jutro, jakby każdy dotyk miał być ostatnim, każdy pocałunek na pożegnanie, każdy wspólny łuk podwójnego ciała najpiękniejszą linią kreśloną w powietrzu, w pamięci.

Śpi, i w ułożeniu jej ciała widać spokój i spełnienie, dojrzałość szczęścia, spokój, zakochanie.

Nie mógł znaleźć modelki, która zgodziłaby się pozować do takiego obrazu. Przeczuwał, że będzie to mogła zrobić tylko kobieta, którą on pokocha i która będzie go kochać. Wiedział, bo to było więcej niż przeczucie, to była pewność, że gdy w końcu ją znajdzie, to namaluje wyczekiwany obraz. Zrozumiał, że nie wystarczy mu po prostu modelka, zwykłe, beznamiętne, puste, choćby najpiękniejsze ciało. Chciał namalować miłość, albo prawdę.
Musiał tak to namalować, by kobieta na pierwszym planie była niewidoczna, by patrzący dostrzegał czas, sen, miłość, wieczne zapatrzenie.

Chciał namalować ten obraz, chociaż, gdy myślał o przyszłości, o skończonym płótnie, to nie miał pewności, czy odważy się, by pokazać go obcym spojrzeniom.

trzynastego dnia lutego 2010 roku

CDN :)


cz. VII i VIII w osobnym temacie

- "Redakcja" przeprasza za nieudogodnienia :)
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Iluminacje


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo