Wysłany: 2012-07-31, 17:36 Iluminacje, cz. VII i VIII
część VII
Zamówienie numer siedemdziesiąt siedem
- Zadzwoń i zostaw wiadomość, o której będziesz w Panerze – to głos Danki na mojej sekretarce.
Już czwartek, walentynki. Dostałam ogromne ciastko z czekoladowymi czipsami przewiązane wstążeczką. Czekało na mnie na stole w kuchni z okazyjną kartką:
„Be mine!” – i obrazek łóżka zarzuconego białymi poduchami, a poduchy na prawdziwych sprężynkach. Miłe gesty. Wykorzystać każdą okazję do tego, by...
Mój mąż wyjechał dzisiaj bardzo wcześnie do pracy. Nawet się nie obudziłam, gdy wychodził. Ode mnie walentynkę dostanie po powrocie, żeby mógł się spokojnie nacieszyć.
W Panerze jestem przed jedenastą, za trzy jedenasta, tak, jak obiecywałam: przed jedenastą. Nasz stolik jest zajęty, ale za to pod oknem babcie-hazardzistki zostawiły, jakby specjalnie dla nas, jeden duży stół. Siadam więc tam i zajmuję miejsca, żeby...
Idę kupić kawę. W torebce mam opakowanie Dove, czekoladek w sreberkach z krótkimi aforyzmami, takie małe coś dla dziewczyn. One wiedzą, że lubię gorzką czekoladę, te Dove są gorzkawe.
Niezmordowane amorki fruwają w powiewach, serduszek jakby przybyło od ubiegłego tygodnia. W kolejce róż, czerwień, biel, i modna ostatnio, walentynkowa żabia zieleń, nawet niektórzy mężczyźni mają na sobie czerwone swetry, koszule, krawaty w serduszka. Szał walentynkowy, miłość w powietrzu, radość i uśmiechy. A niech, raz w roku, nie trzeba się kryć, że tak naprawdę to kochamy... życie.
Babcie-hazardzistki dzisiaj nie grają w karty. Siedzą i popijają kawę, czekoladę, soki, jedzą słodkie bułeczki z cynamonem, lukrem. Dzisiaj są mniej pastelowe, czerwienią się, różowieją. Jedna ma na sobie kamizelkę zszytą z samych serc. Zawsze mnie zadziwiają te tematyczne kamizelki, na okazję, a to bałwanki, choinki, a to zajączki, czy pisklaki, nie wspominając indyków na Święto Dziękczynienia, dzisiaj serca. Na stołach koszyczki z ciastkami w kształcie oczywistym: serc, posypanych grubym, czerwonym cukrem.
Bezinteresowna walentynkowa lukrowana miłość, festiwal radosnych uczuć.
Płacę za kawę. Dziewczyna za ladą chyba mnie już poznaje, bo bez mojej prośby zamiast normalnego, papierowego podała mi fajansowy kubek. Jak ja nie lubię kawy z papieru!
- One sixty five – mówi. Podaję jej dwa dolary i piętnaście centów, może uda się i nie dostanę bardzo drobnej reszty. Nigdy nie wiadomo, co robić z centami.
Kolejka wydłuża się. Amorki fruwają, serduszka się kołyszą, plączą się symbole szczęśliwego zakochania, jednym słowem zapowiada się pozytywny, piękny dzień.
Przyjeżdża Danka. Cmok! Cmok!
- Ładnie wyglądasz – mówi, mierząc mnie od stóp do głów.
- Ty też. Może nas ktoś poderwie na porę lunchu? Rzuci od niechcenia: Zapraszam na drinka – żartuję.
- Byś się napiła? Obcy drink byś wypiła? – odpowiada żartem Danka.
I pyta:
- Jesz coś? Bo ja tak, jestem bardzo głodna.
- Może coś zamówię. Zastanowię się.
- Czy przyjedzie Basia? – pyta Danka.
- Chyba tak, nic nie mówiła, że nie. Zadzwoniłaby.
- Co robicie wieczorem?
- Nie wiem, ale chyba się gdzieś wybierzemy na kolację.
- Macie rezerwację? – pyta Danka.
Rzeczywiście, nie pomyślałam o tym, jak zwykle ma rację, to przecież walentynki, kolacja bez rezerwacji? Prawie że niemożliwe.
- Nie, nie mamy. No to będziemy siedzieć w domu.
- Ja tak nie lubię gotować dla nas dwojga. Zrobiłam rezerwację na siódmą trzydzieści. Waldek jeszcze nic nie wie, bo ma dyżur. Chcesz, to się razem wybierzemy?
- Nie chcę wam psuć wieczoru – odpowiadam.
- Co Ty, zapraszam. Central Station siódma trzydzieści, ma być muzyka. Jakieś tanga, pokaz.
- Tak? Może mój nauczyciel tańca? Znają go w mieście, był kiedyś mistrzem w tango. Pokazywałam Ci go na jakimś balu, pamiętasz?
- Nie wiem kto będzie tańczyć, nie znam nazwisk tancerzy. Ale możemy sprawdzić. Zadzwonić, zapytać?
- Nie, nie ma potrzeby - mówię. – Tylko, czy jesteś przekonana, że Waldek nie będzie miał nic przeciwko dodatkowemu towarzystwu?
- Żartujesz? Tyle lat się znamy! Oczywiście, że będzie... fajnie.
Danka odchodzi od stołu. Po drodze uśmiecha się do babć-hazardzistek, które odwzajemniają uśmiech i mówią:
- Honey, you look so sharp – zgadzam się, Danka wygląda bardzo ładnie, w szpilkach, wysokich i eleganckich, i z niepraktyczną, też czerwoną torebką, jednak! Kupiła? Nowa!
Przy ladzie wyjmuje okulary w fioletowych oprawkach i studiuje z uwagą menu. Wybiera jakiś zestaw wegetariański i ciastko na deser. Dzisiaj można zaszaleć.
Po kolei zjawiają się dziewczyny. Mariola przywiozła ze sobą Amandę, obiecała i przywiozła. Kinga jest zachwycona i natychmiast bierze malutką od Marioli. Długo jednak nie może jej trzymać na rękach, bo Amanda zaczyna bawić się futerkiem, jakim obszyty jest ciemnoczerwony sweterek Kingi. Futerko już jest w buzi malutkiej, malutka zaczyna kichać i robić prześmieszne miny, wyciąga języczek, prycha. Trzeba przyznać, że dzieci to uroczy obrazek i temat.
Mariola bierze Amandę od Kingi, sadza małą na kolanach i daje jej do zabawy klucze do samochodu. Ta zabawka też nie jest za dobra, bo dziewczynka po obślinieniu breloczka, który absolutnie i natychmiast musiała wziąć do buzi, jak każdą rzecz, której smak jest nieznany, zaciekawiona przyciskami na otwieraczu, zaczyna je wypróbowywać, włączając guzik alarmowy. Auto Marioli zaczyna skowyczeć, ryczeć. Cała Panera patrzy w stronę rozwrzeszczanego się auta. Mariola robi się czerwona, co ładnie kontrastuje z jej różową bluzką. Oddaje Dance Amandę a sama wychodzi na parking, wyłącza alarm, wraca do Panery i wszyscy biją jej brawo, że zwyciężyła klakson.
Nawet Amanda, albo szczególnie ona, cieszy się i klaszcze, bo Babcia się znalazła. Przez chwilę, gdy Mariola znikła z pola widzenia, mała była na granicy płaczu, najpierw zwilgotniały jej oczy, następnie zrobiła się podkówka, później malutka zaczęła rozglądać się na wszystkie strony... Płacz był tuż tuż, być może głośniejszy od alarmu.
Babcia! Brawa! Babcia! Ba-ba! Ba-ba!!!! Buuuu!
To amorki zawróciły babcię do Amandy.
Tłum gości rośnie. Zwykła pora lunchu. Walentynkowe kolory, serduszka na oknach, fruwające bibułkowe gołąbki, miłość jest w powietrzu. Znajome twarze, nowe twarze. Galeria portretów.
- Popatrz jest ta rudawa dziewczyna – mówię do Danki, wskazując na jedną ze stałych bywalczyń Panery.
- Rzeczywiście, ale sama. Gdzie jej ukochany? Dzisiaj? sama?
- Która dziewczyna? – pyta Bogna.
- Pamiętasz, ta co w ubiegłym tygodniu siedziała blisko okna, z chłopakiem, trzymali się za ręce.
- O, pamiętam, ta ładna, rudzielec taki. Szkoda, to smutne, że akurat dziś jest sama – komentuje Bogna ubrana w czerwony, dobrze dopasowany żakiecik.
- Basiu, a jak w domu, wszystko w porządku? – pyta Basię Bogna.
- Tak, dzięki. W porządku.
- Dzieci ok? – kontynuuje Bogna.
- Tak, tak, i Krzysiu też, i w Polsce też. Wszystko w najlepszym porządku, aż się nie chce wierzyć – dodaje Basia. – Jestem głodna, idę coś zamówić.
Odchodzi od stołu. Ona dzisiaj też ma na sobie ciemno-czerwony żakiet i granatowe spodnie. Basia, nasza elegancka pani dyrektor od światowych studentów.
Siedzimy i zabawiamy Amandę. Kinga jest rozczarowana, że nie może jej wziąć na ręce.
- Że też mnie podkusiło z tym sweterkiem.
- Przywiozę Amandę za dwa tygodnie, to się pobawicie – mówi Mariola. – W przyszłym tygodniu nie mogę.
- My wyjeżdżamy za dwa tygodnie – mówi Kinga. – Kiedy indziej. Ale jest słodka. Popatrzcie na te wałeczki – zachwyca się Kinga.
Wszystkie przyszywane ciotki, babcie pieją z zachwytu nad pulchnością, wałeczkami, dołeczkami, „kasownikiem” dwóch dolnych ząbków u małej. Amanda grucha w swoim narzeczu i próbuje złapać kawałek chleba z talerza babci Marioli.
- Popatrzcie na naszą rudawą piękność – mówię.
Dziewczyna już któryś raz spogląda na zegarek, w okno, znowu na zegarek. Podchodzi w końcu do kontuaru i coś zamawia.
- Widziałyście, zanim odeszła od stolika wyglądało jakby miała zamiar płakać.
- Naprawdę? – dziwi się Basia. – Może Ci się zdawało? Eee, może makijaż, jakiś pyłek?
- Tak, piórko papierowego amorka. Nie, była na granicy płaczu – powtarzam. Mam oko.
Dziewczyna wróciła do swojego stolika i wyjęła z torebki telefon. Wcisnęła jakiś guzik i widać było, że słucha. Nic nie mówi, sprawdza pewnie wiadomości. Odłożyła telefon i siedzi profilem do nas, ciągle wpatrując się w okno. Wydaje mi się, że teraz zaczyna płakać. Właściwie, to nie płacz, a pojedyncza łza, musiała to być łza, bo po chwili nastąpił ten zawsze i wszędzie taki sam, rozpoznawalny gest, ukradkiem obcierany policzek.
- Płacze – mówię do dziewczyn. – Mamy problem.
- Co Ty? Płacze? Tu, przy ludziach? Zdawało Ci się – mówi Danka.
- Nie. Już druga – mówię.
- Co druga? – pyta Bogna.
- Łza, no druga łza. Jedna to przypadek, druga raczej nie, za chwilę będzie płacz. Nie ma co się dziwić, w taki dzień, żeby ją zostawić samą? Jak mógł?
- Skąd wiesz? Może ma inny powód? Może to nie to?
- Nie męski powód w tym wieku? Nie bardzo chce mi się wierzyć – mówię.
Słychać głos spikera, ogłaszającego numer zamówienia do odebrania:
- Order seventy seven – na wyświetlaczu nad kasą pokazuje się: 77.
Nasza, według mnie, płacząca, rudawa nieznajoma wstaje powoli z krzesła, widocznie to jej zamówienie.
- Order seventy seven! Angelica Stevenson! Zamówienie siedemdziesiąt siedem, Andżelika Stevenson! – słychać nazwisko i...
widać błyskawicę w papierowej gęstwinie amorków!
Nazwisko? Zamówienie z nazwiskiem?
Dziewczyna zatrzymuje się, wygląda na to, że nie wie, co robić. Uśmiecha się, słucha, zatrzymując się. Przeszła zaledwie dwa kroki od swojego stolika.
- Order seventy seven, Angelica Stevenson, the most beautiful girl on earth, your lunch is ready Zamówienie siedemdziesiąt siedem, Andżelika Stevenson, najpiękniejsza dziewczyna na ziemi, Twój lunch jest gotowy - druga błyskawica!
Teraz i inni goście z ciekawością zaczynają przysłuchiwać się spikerowi.
- Angelica Stevenson, I love you, your order is ready. Andżelika Stevenson, kocham Cię, Twoje zamówienie jest gotowe.
Dziewczyna rusza w kierunku kontuaru. Ludzie usuwają się jej z drogi, uśmiechają się. Jakaś babcia-hazardzistka mówi
- Pick it up angel! Go for it hon! Go for it! Odbierz aniołku! Biegnij! Nie zwlekaj!
Andżelika Stevenson podchodzi do kontuaru. Z naszego miejsca nie widać jej twarzy, nie widać reakcji. Zza stalowych, wahadłowych drzwi do kuchni wychodzi nasz znajomy-nieznajomy z tacą, na tacy zamówiony lunch, i wysoka szklanka, w której czerwieni się róża, obok szklanki pudełeczko w kształcie serca. Andżelika, budzi się, uśmiecha i rumieni, i płacze. Płacze, teraz na pewno płacze. Chłopak stawia tacę na kontuarze, podchodzi do Andżeliki i czeka...
Karnawał
Patrzę na tę scenę i myślę: niemożliwe!
Niemożliwe! To sen, za dużo ostatnio patrzę na romanse, niebezpieczny telewizyjny okres walentynkowy. A jeżeli to sen, to bardzo prawdziwy, bo te wszystkie dekoracje, zapachy, dźwięki, tłum twarzy.
Po wielu latach, a gdzież tam, już niedługo, Andżelika i jej chłopak, powiedzmy-Tom, będą opowiadać o tym, co się wydarzyło dzisiaj w Panerze. Mają świadków, wielu, babcie-hazardzistki, urzędników ubezpieczeniowych, Amandę, nasze czwartkowe towarzystwo pogaduszek o-wszystkim-i-o-niczym, zapamiętają taniec amorków pod sufitem, żelowe serca na szybach i szklankę z czerwoną różą.
Rozglądam się, czy przypadkiem spod dużych stołów nie wyskoczą kamerzyści,
reporterzy z mikrofonami, czy nie zabłysną reflektory w rogach sali,
zabrzmi muzyka, sypnie śniegiem konfetti,
wszyscy goście złapią się za ręce i zaintonują jakąś miłosną pieśń, na przykład... i będziemy śpiewać, każdy w swoim języku,
pojawią się gitary i kastaniety, bębenki i piszczałki,
na stoły duże, okrągłe, przy których siedzą urzeczone chwilą babcie-hazardzistki, wyskoczą tancerki belly dancers, i zaczną wirować, kusić dzwoneczkami, pępkami,
dzieci rozbiegną się po całej sali i z koszyczków będą rozsypywać płatki różane, czerwone, różowe, białe i zielone i jakaś kobieta krzyknie: O, zielone płatki różane, jeszcze nie widziałam zielonych róż,
i menadżer Panery wyjdzie z kuchni, po drodze zdejmując fartuch, którym chronił swój dzisiaj ciemno-czerwony blezer przed umączeniem, żeby sprawdzić, co się dzieje w jego restauracji, uśmiechnie się, bo już za pół godziny zjadą się tu całe tabuny reporterów z lokalnych stacji tv i radia, żeby pokazać światu, jak bardzo romantyczna, odważna miłość jeszcze w nas żyje, jak pięknie można się oświadczyć nawet w takim nudnym mieście, sieć restauracji Panera stanie się symbolem romansu, radości,
jak można w ogóle wątpić, że to pokolenie popkultury nie wie co to prawdziwa miłość i romans, że się nie wstydzi uczuć, a wręcz przeciwnie, nosi to serce swoje na dłoni, tu na rękawie, jak tarczę,
i patrzę na moje koleżanki, dziewczyny w przedziale wiekowym 40-60, dla których miłość też dopiero się zaczyna, spokojna, dojrzała, bez oświadczyn już, ale jakże bezpieczna i oczekiwana, codzienna,
i widzę łzy, albo ich początek, źródełko, w oczach babć, i tych co chciałyby być babciami, i tych innych, co nie mają na palcach obrączek, pierścionków,
widzę mężczyzn, którzy nagle zaczynają szukać telefonów i zamawiają naręcza róż, margaretek, fiołków, doniczki storczyków, cięte orchidee, stokrotki, dla swoich walentynek,
i kobiety, które poprawiają makijaże, obciągają spódniczki, podkręcają rzęsy, zakładają negliże, peniuary, boa, gorsety, pończochy ze szwami, koronki, wstrząsają czuprynkami w lokach, otwierają koperty, z których wysypują się dziesiątki miniaturowych serduszek...
Reflektory świecą, rzeka światła skierowana jest na Andżelikę,
cisza,
wszystko zamiera.
Co teraz zrobi nasza bohaterka? Podejdzie do, powiedzmy-Toma, i co dalej, czy ona już wie, co dalej? Czy on wie, co dalej? Czy my wiemy, co dalej? Ja?
Cała Panera stoi w mrozie chwili, stop-klatka, sopelek, który się rozpłynie, za moment przyjdzie ciepły podmuch i wszyscy ożyją. Ale jeszcze przez moment – nikt nie wie...
Andżelika podchodzi do kontuaru, kładzie na nim swoją różową torebkę, podchodzi bliżej do chłopaka, podaje mu rękę, ale tylko na chwilę, bo potem przytula się do niego, i znowu nie wiem, bo z mojego kącika nie widać, czy płacze, czy się śmieje, rudawa chmura włosów zakrywa twarz.
Jesteśmy za daleko, żeby usłyszeć, co powiedziała, nie usłyszymy, czy odezwała się do niego po imieniu, czy tylko
- Och, darling...
kochanie! kochanie! kochanie!
Panera odżywa, znowu wszyscy klaszczą, wcześniej przecież oklaskiwali zwycięską Mariolę. Cieszą się, uśmiechają, dają naszej parze, tak to jest nasza para, tylko okruch czasu na objęcie się, wyszeptanie kilku słów i w jednej chwili dziesiątki rąk poklepują Andżelikę i powiedzmy-Toma po plecach i życzą wszystkiego najlepszego, dużo, dużo szczęścia, radości, miłości do końca życia, dzieci, a jakże, wspólnej wspaniałej przyszłości, żebyście się nam kochali po wieki wieków i żyli długo i szczęśliwie, koniecznie.
Reflektory gasną, komentatorzy zajmują strategiczne miejsca, by jako pierwsi dobiec do naszej pary i zapytać o szczegóły. Dzieci, które w zamieszaniu oderwały się na chwilę od kolan matek, zostają przywołane na miejsca i do porządku. Amanda na rękach Marioli wierci się, bo chyba chce siusiu. Babcie-hazardzistki siadają na swoje miejsca przy dużych stołach, zaczynają sobie opowiadać, jak to było z ich zaręczynami.
I znowu słychać głos spikera, że można odebrać gotowe zamówienie...
- Number seventy eight. Number seventy eight... Ready! 78 gotowe!
Na moment znowu zapada cisza i wszyscy zamierają, jakby czekali na powtórzenie sceny, ale numer 78 okazuje się być mężczyzną w bardzo nieokreślonym wieku z wizytówką na tasiemce.
Mężczyzna podchodzi do kontuaru i po drodze uśmiecha się przepraszająco, że nie, nie będzie róży, nie będzie pierścionka na tacy, zza drzwi nie wyjdzie atrakcyjna, młoda dziewczyna. Jego dziewczyna jest w pracy, ma za krótką przerwę na lunch, ale walentynki, o nie, nigdy o tym święcie nie zapominają, będą obchodzić z dziećmi po pracy, na lodówce już przyczepili walentynkowe dzieła zrobione przez ich starszego synka w szkole.
Mężczyzna uśmiecha się i odbiera zamówienie.
Moje koleżanki nadal są zdumione całym zajściem. Ja też. Milczymy. Jakoś niezręcznie zacząć zwykłą rozmowę po czymś takim. Pierwsza odzywa się Bogna.
- Zrobiłybyście coś takiego? Ciekawe, jak się im potoczy życie? – i wzdycha.
Bogno, Bogno - myślę sobie, nie wzdychaj, trzeba teraz się uśmiechnąć i może tylko pozazdrościć, że tak sobie ten powiedzmy-Tom wszystko wykoncypował i że się udało. Dobrze się potoczy Bogno, dobrze.
- Dobrze się potoczy. Dobrze – mówi Danka, która jakby czytała w moich myślach i jednocześnie szybko chciała się otrząsnąć z tego całego zamieszania. – Czemu miałoby się źle potoczyć? Młodzi są, dadzą sobie radę, no i jak on coś takiego wymyślił, to znaczy że na pewno ją kocha.
- Też tak myślę – potwierdza Basia. – Mają jeszcze czas na wszystko, na romans, na ślub, na miodowy miesiąc. Na długą miłość.
- Nasi panowie już nie są tacy romantyczni. Szkoda, czasem byłoby miło przeżyć jakąś niespodziewajkę – znowu wzdycha Bogna.
- Szukaj romantyczności w codzienności – mówię.
Kinga najwyraźniej o czymś myśli, nawet nie zwróciła uwagi na moją sentencję.
- Jak na nich patrzyłam, to sobie przypomniałam dzień, kiedy Norbert mi się oświadczył... – zaczyna, i może opowie... tym razem o sobie? Myślę...
Opowiadamy sobie o oświadczynach, zaręczynach, romantycznych randkach z Naszymi, ślubnymi.
A nasza para wyszła w międzyczasie otoczona wianuszkiem ciekawskich, życzliwych, którzy najwyraźniej czegoś jeszcze chcieli się od nich dowiedzieć.
- To co, kobiety? - pytam – Czas do domu? Miłego wieczoru wszystkim, uściski dla Waszych i do czwartku.
- Nie zapomnij o sprawozdaniu z seksu – żartuje na odchodnym Basia. Reszta przytakuje.
- Rzeczywiście, oczywiście, sprawozdanie. Na piśmie?
Wychodzimy z Panery. Danka razem ze mną.
- Zadzwonię za trochę, potwierdzę rezerwację – mówi – Oddzwoń, ale tylko w razie niemożności, dobrze?
- Dobrze. Czy dzwonić do Mojego, żeby był na czas, bo może wrócić późno?
- Zadzwoń, ja też zadzwonię do Waldka. Szkoda, żebyśmy stracili taki wieczór.
Cmok! Cmok!
Czternastego dnia lutego 2010 roku
część VIII
Dla mnie martini
- Witaj, witaj kochana – mówi Waldek i całuje mnie, przytulając serdecznie do siebie. Wiem, że w tej samej chwili Danka robi filuterne oczy do mojego męża i oni też całują się po przyjacielsku na powitanie.
- Miałem trudny dzień. Niby tylko dwa zwykłe woreczki żółciowe, ale jeden facet był tak gruby – mówi Waldek.
- Oszczędź nam szczegółów – prosi Danka. – Jakiś poród? Bliźniaczki, albo trojaczki, to by było coś, nie woreczek.
- Poród był jeden, błyskawica. Dałem epidurę i szybciutko poszło. Piękna mamuśka – dodaje Waldek, żeby udobruchać Dankę.
- To co, wiara – wiara, to jego ulubiony zwrot – siadamy do stolika, czy zaczynamy od bufetu? – pyta.
- Może siądźmy, poczekajmy, aż będzie wiadomo, kiedy zacznie się tango – proponuje Danka.
Waldek z Moim godzą się pod warunkiem, że jednak będą mogli pójść na chwilę do bufetu.
- Oczywiście – mówię. - Jeśli zdążycie wrócić przed występem, to idźcie gdzie chcecie.
Nasi mężowie odchodzą.
- Znowu ładnie wyglądasz – mówi Danka z aprobatą. – Co prawda spodziewałam się jakiejś czerwonej kreacji.
Miły komplement, myślę sobie. Ubieramy się podobno dla siebie, dla innych kobiet, trochę dla mężów, ale podobno głównie dla siebie. Ostatnio jakoś mniej się stroję. Więcej niż dawniej siedzę w domu przez te zlecenia tłumaczeń, nie biegam po sklepach, nie łowię modnych nowinek na wyprzedażach. Trochę się znudziło, trochę brakuje czasu. Dzisiaj założyłam ulubioną czarną sukienkę i do niej duże bursztynowe serce. Już, już miałam założyć srebrne, grawerowane serduszko od naszego dużego, dorosłego, małego, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie.
Wracają nasi mężowie, z kieliszkami, rozmawiając o ostatnim wypadzie na farmę Danki i Waldka, o polowaniu, z którego nic nie przywieźli, ponieważ mieli przykazane, żeby nie zabijać a jedynie polować.
Siadają przy stoliku. Rozmawiamy chwilkę i w pewnej chwili wszyscy zwracamy uwagę na telewizory zawieszone nad barem, słyszymy głos prezentera lokalnych wiadomości telewizyjnych. Na ekranie pojawia się "nasza" para z Panery. Spoglądam porozumiewawczo na Dankę.
- Nieprawdopodobne, wiesz, nie myślałam, że tak szybko będą mieli swoje piętnaście minut, nawet dwa razy po piętnaście – mówię.
- O czym mówisz? – pyta mój mąż.
- Widziałyśmy to na żywo. Byłyśmy w Panerze, kiedy to się działo – tłumaczę.
- Co? Co? – pyta Waldek, który akurat zajął się przeglądaniem menu i nie wiedział o czym mowa – Co widziałyście?
- Tych ludzi z tivi – mówi Danka. – Jakaś Andżelika Stevenson i on...
- Na przykład... może powiedzmy-Tom – dopowiadam, przypominając sobie, że tak właśnie dałam chłopakowi na imię.
- Oświadczył się tej Stevenson. Na oczach wszystkich – mówi Danka i jej oczy za okularami w fioletowych oprawkach błyszczą, trochę inaczej niż zwykle, a może mi się wydaje?
Nie jest sentymentalna, czego jak czego, ale tego jej nie można zarzucić.
- O kurcze – wykrzykuje Waldek – Ale odważny! A pamiętasz, Słoneczko – do Danki nigdy nie mówi po imieniu – jak ja się Tobie oświadczyłem? Pamiętasz?
- Oczywiście, że pamiętam, ale to było dawno.
Waldkowi błyszczą oczy, wydaje mi się, że naprawdę się wzruszył, ujął dłoń Danki w swoje wypielęgnowane dłonie lekarza.
- I ujął jej dłoń w swą! – udaję narratora – Popatrz, ujął jej dłoń – mówię do mojego męża, jakby go tu nie było i jakby nie mógł widzieć, co robi Danka i Waldek.
- Ech, przestań, się nie śmiej – karci mnie mój mąż i dodaje - Mogę ująć obie Twoje – żartuje i rzeczywiście ujmuje.
- Heeej gołąbki – budzi nas Waldek, wyciągając nas swoim głosem na powierzchnię, ratując ze studni spojrzenia, które po wielu latach małżeństwa rozumiemy oboje doskonale. – Co zamawiamy? Jakieś wino? Czerwone? Białe? Szampan?
- Dla mnie porto, poproszę bardzo – mówię do mojego męża.
- Ja martini – to Danka, lubi martini.
- Dla nas butelka tego samego? - wskazuje na półpełne już kieliszki - Czerwonego? – mój mąż kieruje to pytanie do Waldka.
- OK, się robi – Waldek zamawia trunki i jakąś przekąskę.
- To mówicie, że to było przy Was? Te oświadczyny? Co to było dokładnie? – mój mąż wraca do sceny z wiadomości.
- Tak, bardzo romantyczne, oświadczyny. Tyle ludzi, no wiesz pora lunchu, a on wcale się nie wstydził. Ona chyba tak, ale on wcale – relacjonuję.
- Ale potem szybko wyszli. Na pewno chcieli być sami. Nie dziwię się – dodaje Danka.
- Pobiorą się? – pyta mój mąż.
- Myślę, że tak – mówię – Po takich oświadczynach, po takiej reklamie dla Panery, muszą, nie mają wyjścia. Kawa i zestaw lunchowy na całe życie.
- I to było dla was romantyczne? – pyta mój mąż.
- O bardzo! – odpowiadamy obie z Danką.
- Może trochę za dużo świadków, ale romantyczne, a na pewno inne.
Każde jest inne, wyjątkowe, zapamiętuje się, nie zapomina, nawet po wielu innych ciepłych wspomnieniach.
Podchodzi kelner z trunkami. Gasną ekrany telewizorów, światła przygasają i nad parkietem rozbłysł reflektor. Zza kotary, którą dopiero teraz zauważyłam, zamocowanej chyba specjalnie na dzisiaj, wyszła dziewczyna...
... ciemno-karminowa suknia, zszyta z szerokich falban, które spływały prawie do ziemi, ciemnokasztanowe włosy, a w nich wpięta róża, karminowa jak suknia, długie rękawiczki zakrywające łokcie, czarne buty na niezbyt wysokich, dobrych do tańca, obcasach, czarna koronkowa chusta obszyta karminowymi paciorkami okrywała jej nagie plecy. Twarz miała bladą, podkreślaną światłem pojedynczego reflektora.
Twarz... czemu tak przeraźliwie smutna?
Dziewczyna usiadła na fotelu, ustawionym na parkiecie, zdjęła rękawiczki, zsunęła szal, wzięła do rąk kopertę z małego stolika i wyjęła list, przez moment czytała, później odłożyła białą kartkę i siedziała bez ruchu.
W tle słychać było Bolero Ravela. Dziewczyna siedziała. Bolero płynęło, nasilało się, przycichało, gasło, aż w końcu odeszło.
Ktoś mocno zastukał w blat stolika. Strumień światła przepłynął w drugi kąt sali, gdzie stał mężczyzna w śnieżnobiałej koszuli i granatowych spodniach. Dziewczyna wstała z fotela, mężczyzna wszedł na parkiet, zauważył list na stoliku, wziął go do ręki, podarł, na parkiet posypały się skrawki elektrycznie białego papieru, konfetti niepotrzebnych słów.
Zabrzmiało tango.
tańczyli,
a ja zamiast tańca widziałam słowa,
szepty wypowiadane w najbliższej bliskości,
gdy oddechy się mylą i mylą się ciała,
kiedy trudno odgadnąć,
czy to moja dłoń, czy Twoja,
gdy wszystko wiruje, i plącze się,
i staje się w nas cisza ogromna
do końca świata
i chce się, żeby jeśli już musi
świat dobiec do końca, to niech teraz dobiegnie,
bo nie będę się bała ciemności i ciszy,
smutku tam nie będzie na tym końcu drogi,
będzie róża zielona, zielona jak las,
który dla nas wyrósł
i po którym będziemy błądzić, szczęśliwi, bo razem...
Obudziły mnie brawa. Para na parkiecie kłaniała się, dziewczyna przebiegała, jak przyczepiona sznureczkami marionetka, to na prawą to na lewą stronę partnera, kłaniali się, zapaliły się światła.
Znikła zielona róża.
Fryzjerzy z McLean County
- Trzeba przyznać, że dobrze tańczyli – odezwał się Waldek.
- Dobrze. On był naszym nauczycielem, kilka lat temu – powiedział mój mąż.
Miał rację, też go poznałam. To on, ten mężczyzna w nieskazitelnie białej koszuli, nauczył nas tańczyć czaczę, fokstrota, sambę. Niski, drobny, o twarzy zwykłej, której się nie pamięta, za to pamięta się ciało, ruchy. Gdy zaczyna tańczyć, natychmiast pojawia się fascynacja tańcem, który jakby przerastał niewysokie ciało, rytmy które prowadzą przez życie.
- Jak Ci się podobało? – pyta Danka.
- Och, o, tak,tak podobało mi się. Naturalnie – ocknęłam się po mojej podróży, tańcu w lesie zielonej róży.
- Hej mała? Rozmarzyłaś się? – zapytał mój mąż.
- Nie, tak tylko, może ociupinkę, ta muzyka... Wiecie, Bolero zawsze robi na mnie ogromne wrażenie, większe niż najpiękniejsze tango – odparłam.
Kelnerzy tymczasem zaczęli roznosić przekąski, wodę w szklankach. Na salę weszła dziewczyna z bukiecikami miniaturowych różyczek.
- Dzisiaj będzie miała dobry zarobek – skomentował pojawienie się kwiaciarki Waldek.- Ale nie ode mnie – zaśmiał się.
- No jasne – powiedziała Danka – Przecież to wstyd kupić tak publicznie kwiaty swojej żonie.
- Słoneczko! Nie wstyd, ale po co? To takie przewidywalne – odparł Waldek.
- Oczywiście, bo dla was mężczyzn, w pewnym wieku, romans jest niemodny – odezwała się Danka, która czasem nie mogła się powstrzymać i chciała, by do niej należało ostatnie słowo.
- O, miła oso, w pewnym wieku? O jakim wieku mówisz? – mój mąż próbował obrócić wszystko w żart, dodając - Modny, Danko, modny.
Zajęliśmy się sałatą, wybieraniem sosów, przypraw. Kątem oka zauważyłam, że na ulicy zatrzymała się duża limuzyna. Danka również to zauważyła.
- Tego jeszcze brakowało. Znowu jakieś zaloty – powiedziała Danka. - Może trzeba było zostać w domu? – w jej głosie brzmiało zniecierpliwienie, ale i przekora.
Obie patrzyłyśmy z ciekawością, kto wysiądzie z samochodu. Najpierw wyszedł kierowca, otworzył drzwi od strony chodnika. Z wnętrza wysiadł mężczyzna w smokingu. Stanął na chodniku, po chwili wysiadł drugi również w smokingu, i trzeci, i czwarty. Kierowca zniknął z pola naszego widzenia, czterej panowie także zniknęli.
Kelnerzy właśnie zaczęli roznosić zupę, rozstawiali przenośne tace na podstawkach w przejściach między stolikami. Rozłożyłam czerwoną serwetkę na kolanach, wypiłam łyk wody z oszronionej szklanki i jeszcze raz w pamięci przetańczyłam sceny z tango na parkiecie. Serwetka z kolan zsunęła się na podłogę. Mój mąż chciał się po nią schylić, ale zatrzymałam go spojrzeniem: dziękuję, ja sama, jesteś taki miły.
Gdy podniosłam głowę, przy naszym stoliku stali czterej panowie w smokingach...
Central Station biła brawa. My nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić. Wejść pod stolik, wyjść z sali, zasłonić purpurowe twarze czerwonymi serwetkami? Nie było sensu, po co właściwie? Jesteśmy dojrzałymi kobietami, mężatkami od lat, zawstydzić nas? jak jakieś dzierlatki.
Zasłonić się? Schować? Przed czym? przed romansem? Takim otwartym? Szczerym i ciepłym? Przed kwartetem w smokingach, który dla nas, i właśnie, kiedy? no kiedy ich zamówili?
specjalnie dla nas, tutaj, dzisiaj z tymi amorkami, tangiem, świecami, mini-różyczkami, dla nas przyjechał, ten kwartet, na czas, specjalnie, żeby nam wyśpiewać, że nie, że to jeszcze nie koniec, że wszystko, tak dużo wszystkiego przed nami, że za nami to dopiero początek, wąska ścieżka, dalej aleja obsadzona słodko pachnącymi wiśniami, magnoliami.
Fryzjerzy z McLean County śpiewali dla nas o miłości, nasi mężczyźni, mężowie, którzy nie wstydzili się swojego zakochania, nie kryli twarzy za serwetkami, siedzieli dumni z siebie, z nas, z tego, że są zawsze młodzi, że tak się im udało zaskoczyć, zadziwić, że nie tylko Andżeliki i powiedzmy-Tomowie wiedzą, co to romans, co to znaczy zaskoczyć swoją żonę, wzruszyć do łez, przypomnieć o tym, jak się poznawało życie we dwoje, lata temu w jakże innym świecie a przecież zupelnie takim samym.
Powtórka filmowa
- Mateusz!? Mateuszu! Gdzie jesteś? Nawet nie rozpakowałeś swojej walentynki – woła Natalia z kuchni. Na stole leży nietknięte zawiniątko w czerwonym, błyszczącym papierze.
- Przepraszam. Za chwilę. Mówiłaś, że mam się nacieszyć po powrocie. Ciekawe co...- jednym ruchem rozrywa opakowanie.
- The Man and The Woman... – czyta na głos. – A jednak – mówi.
Oczy Natalii wilgotnieją.
"szabadabada szabadabada
wciąż mi cię za mało
szabadabada za mało szabadabada
Jak to się stało? przypomnij mi..."
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E