POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Siedem stopni w kierunku nieba
Siedem stopni w kierunku nieba
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2012-07-31, 17:52   Siedem stopni w kierunku nieba

Siedem stopni w kierunku nieba



Sosna wrosła w swoje miejsce. Nie było powodu, by gdziekolwiek się stąd ruszała. Między polami, które rodziły regularnie to, co zasiano, lub, co przywiał wiatr, albo przyniosły ze sobą zwierzęta, ptaki, wypłakało niebo, jak kiedyś mannę.

Stała z daleka od lasu, na wzgórzu. Kiedy przychodził czas na jesienne wiatry, zimowe zawieje, nie mogła liczyć na osłonę ze strony iglastych krewniaków; była zdana na siebie, na siłę swoich korzeni, pnia, który rozrastał się, szedł w górę coraz bliżej nieba.

Pod sosną stała ławka, zbita - sądząc po rysunku słojów - z desek z innej sosny, która poddała się siekierze człowieka. Wydał na nią wyrok i gdy upadała na ziemię, powiedział spokojnie, nie przepraszając:
- Będzie z ciebie pożytek.

Zwiózł ścięte drzewo na dół do wsi. Jeszcze przez tydzień pachniało świeżością przekrojonych słojów pnia, kikutami odrąbanych gałęzi, igłami wbitymi w wysychającą korę, żywicą, płaczącą za lasem. Łzy zastygały a ciepło nagromadzone przez lata opuszczało drzewo, aromaty łagodniały i wnikały w podwórze. Drzewo przybierało inną postać.


Którejś soboty, późnym latem człowiek przywiózł na wozie deski z podwórza. Przywiózł i zostawił, miały zaczekać, aż skończy zbierać resztę zboża z pola na wzgórzu.
Kilka dni później wrócił tam z synem, żeby postawić ławkę.

- Vati, tylko ławka? Będzie sama ławka? – pytał chłopiec, poprawiając szelki spodni, które zawsze były za długie.
- Chłopcze, ławka, sama ławka, żeby można posiedzieć, odpocząć.
- Vati, a jak, jak by tak i stół? Razem z ławką? – prosił chłopiec.
- Mało desek synu, za mało – odpędzał myśli ojciec.
- Vati, a jakbyśmy spróbowali? – mały nie dawał za wygraną.


Pod sosną stoi ławka i stół. Drzewo powykręcało się przez lata, żywy korkociąg, jakby nie mogło zdecydować, w którą stronę rosnąć, przez ciekawość zmieniało kierunki spojrzenia. Nad ziemią, gdzieś w połowie drogi do szczytu, widać pierwszy szczebel drabiny. Nie od razu jest widoczny, trzeba spojrzeć uważniej w gęstwinę gałęzi, dopiero wtedy pojawiają się szczeble, wczepione w pień tak, że ma się wrażenie, że były tam od zawsze, że sosna wyhodowała drabinę. Siedem szczebli spiętych grubszymi słupkami, pnie się w górę i kończy, gubiąc w szerokim baldachimie igliwia.


- Zasapałam się. Nie pamiętałam, że to wzgórze było tak strome.
- Ja też nie – odezwał się mężczyzna.
- A Ty, synu, pamiętasz to miejsce? – zapytał.
- Nie, nie pamiętam. Wszystko tutaj jest dla mnie nowe – odparł chłopiec.
- Przychodziliśmy tu bardzo często, to znaczy Ty na wózeczku. Musiałam mieć dobrą kondycję – uśmiechnęła się kobieta. – Zawsze z kocykiem, jedzeniem, książeczkami.
- Pamiętam takie zdjęcie – wtrącił chłopiec – Ty mamuś i ja na ławce pod jakąś choinką. Ty siedzisz a ja stoję. Czytasz mi jakąś książkę. Czy...?
- Tak, to było tutaj – kobiecie trudno ukryć wzruszenie.


Zapachy, dźwięki, migawki chwil wrastają w pamięć.


- I jeszcze inne zdjęcie... Wysoko na drzewie z tatą – przypomina sobie chłopiec.
- Tak – potwierdza mężczyzna – to było tego samego dnia. Pożyczyliśmy od gospodarzy aparat, bo nie mieliśmy swojego. Pogoda była ładna, upalnie.
- Już wtedy dobrze chodziłeś – dopowiada kobieta.
- Chodziłeś? – przerywa mężczyzna - Zaczynał biegać!
- Odkryłeś co znaczy bieg, jak można przed nami uciekać – dodaje mężczyzna.
- Nic nie pamiętam. Zdjęcia pamiętam, nic więcej – mówi chłopiec.
- Nic dziwnego, minęło tyle lat – uśmiecha się kobieta.

Ciepło, słońce rzuca postrzępione spojrzenia przez chmurę igliwia, gałęzie. Mruczy wczesne popołudnie. Na polu jeszcze nie całkiem zebrane zboże, gdzieś w oddali słychać szczekające psy, warkot motoru. Na ławce pod sosną siedzą trzy osoby. Rozmowa toczy się w obcym języku, którego sosna nie słyszała od kilkanastu lat.

- Zejdziemy do wsi? – pyta kobieta.
- Oczywiście, po to przyjechaliśmy – mówi mężczyzna.
- Czekajcie. Zanim zejdziemy. Może ... – wtrąca chłopiec.
- Wiem, wiem – kobieta przyciąga go bliżej do siebie – zrobimy zdjęcia.


Na zdjęciu „na ławce pod jakąś choinką. Ty siedzisz a ja stoję”.
- Nie, Ty siedzisz i ja siedzę.
Na zdjęciu „wysoko na drzewie z tatą”.

Na zdjęciu to samo lato siedemnaście lat później.



© Elżbieta
szesnastego listopada 2009 roku
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Siedem stopni w kierunku nieba


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo