Zachód słońca w JanElla jest o tej porze roku krótki. Wszystko dlatego, że słońce chowa się już szybko za najstarsze, najwyższe drzewa. Pomarudzi tam trochę, szukając, co by tu jeszcze oświecić i później myk-myk prześlizguje się przez niższe gałęzie drzew od zachodniej strony lasu.
Właśnie wczoraj taki zachód zainspirował mnie do krótkiego spaceru po pocztę, czyli do skrzynki, która tutejszym zwyczajem umieszczana jest przy drodze. W skrzynce, poza kilkoma mało-ważnymi listami, umieścił się wygodnie pajączek, który został wytrzepany. Pajączek może istnieć niezależnie od skrzynki, dlatego został z niej wyeksmitowany. Ponadto, nie lubię pajączków, nawet minimalnych.
Droga do domu zaczyna zmieniać się w kolorowy, liściasty dywan. Jesień coraz bliżej, nie tylko w kalendarzu. Wiewiórki szaleją między bukami, dębami, orzechami. Myślę, że specjalnie siadają na gałęziach nad moim zaparkowanym przed domem samochodem, żeby robić duże łup łupinami, albo i samymi orzechami, które jeszcze zielone, niedojrzałe robią hałas większy, niż można by się spodziewać po ich rozmiarze. Jeśli nie siadają nad samochodem, to uparcie rozkopują trawnik, zakopując w nim orzechy, żołędzie, jakieś nasionka. Kopią, aż dokopią się do wilgotnej warstwy ziemi, rozkopują ją, zakopują swoje zdobycze i już ich nie ma, to znaczy są, ale w mgnieniu oka w zupełnie innym kącie lasu.
Przeglądając nieważne listy, szłam myśląc o planie na koniec dnia. Dużo różnych drobiazgów czeka na poukładanie, dużo większych rzeczy na przesunięcie, ale dzisiaj zaplanowałam przeglądnięcie i ułożenie albumów ze zdjęciami.
Zajęta listami i myślami, szłam z opuszczoną głową i dopiero dochodząc do domu, podniosłam ją, żeby przypatrzyć się zachodzącemu słońcu. A było już niziutko nad wzgórzem za domem. Jednak po chwili coś innego przykuło moją uwagę.
Na ścianie domu, tuż przy drzwiach wejściowych, widniał dziwny kształt. W pierwszej chwili pomyślałam, że jakiś przewód zerwał się, albo odczepił od dachu i zawisł. Podeszłam bliżej i kształt zamienił się w ... węża.
Na tle jasnych cegieł wąż przypominał rzeczywiście gruby kabel, tylko że kable się nie ruszają a ten - nieproszony - gość przy drzwiach najwidoczniej się ruszał.
Zatrzymałam się, żeby ocenić sytuację:
primo: wąż jest duży
secundo: przylgnął do cegieł domu
tertio: może uciec
4 mogę uciec
5 w jakim kierunku?
6 wąż ucieka do czy od?
7 czy uciekać?
8 może podejść i zobaczyć o co mu chodzi
9 ale to jest duży wąż
Udawałam, że mnie nie ma, niby jestem, ale nie tu, proszę nie zwracać na mnie uwagi. Szłam powoli, tak żeby mnie nie widział, bałam się, że jeśli się wystraszy, albo i nie, to wpełznie do otwartego garażu, który był moją jedyną drogą odwrotu.
- Ja tak sobie tylko idę – mówiłam do siebie, zbliżając się do garażu – cichutko, ja ci nie przeszkadzam wężu, ja sobie tylko wejdę do domu, a ty możesz sobie robić co chcesz, w pewnym sensie
W ostatnim momencie, przynajmniej tak mi się wydawało, wpadłam do garażu, dobiegłam do zamykacza, nacisnęłam przycisk, drzwi zaczęły się opuszczać, w tej samej chwili otworzyłam drzwi między garażem i domem i z ulgą zatrzasnęłam je za sobą.
Wyjrzałam przez boczne okienko przy drzwiach wejściowych, czy wibracje zamykanych drzwi garażu wypłoszyły nieproszonego Steva – tak kiedyś nazwaliśmy innego węża, ale tamten był dużo mniejszy, żółciejszy, i siedział w kwiatach – więc to jednak nie mógł być Steve, może jakiś jego duży kuzyn?
Płoszenie węża, gdy się nie zna jego zwyczajów, może być szkodliwym działaniem, do takiego wniosku doszłam po kilkunastu sekundach przyglądania się kuzynowi Steva przez okienko. Pozostał mi telefon, zadzwonię po posiłki w postaci mojego męża, który wspomniał coś o późniejszym powrocie do domu.
- Więc wróci wcześniej – pomyślałam. – Wróci dla mnie i dla węża. Przecież kupił pułapkę na węże, prawdopodobnie wiedział co robi.
- Słuchaj, pod drzwiami wejściowymi jest wąż – powiedziałam od razu bez żadnych ceregieli, gdy odebrał telefon. Powiedziałam to jak najspokojniej, żeby go nie przestraszyć, bo straszyć przez telefon, to także nie jest najlepszy pomysł.
- Nie ruszaj się – odpowiedział bardzo przytomnym głosem, w tle którego słyszałam odgłosy baru – Guys, there is a snake by the entry door at my house, I have to run / Ludzie, pod drzwiami wejściowymi mojego domu jest wąż, muszę uciekać – usłyszałam jak mówił do znajomych w barze, usłyszałam też okrzyki chyba-przerażenia
– Nic nie rób, obserwuj węża, nie trać go z oczu, już jadę!
Zaimponowało mi jego zdecydowanie i natychmiastowa chęć pomocy kobiecie osaczonej przez węża pod drzwiami wejściowymi domu. Nieważne, że jestem jego żoną od wielu lat, przyjedzie, żeby mnie obronić, przed wężem, przed niebezpieczeństwem. To się nazywa prawdziwe uczucie!
Uzbrojona w grabie – właściwie nie wiem czemu złapałam w ręce grabie, ale pomyślałam, że będą lepsze od łopaty, lub siekiery – i aparat fotograficzny, zeszłam na parter i wyszłam na taras od tyłu domu. Skradałam się jak najciszej po schodach tarasu, żeby tylko nie przepłoszyć kuzyna Steva, bo nadal nie wiedziałam, czy węże uciekają od czy do.
Gość nadal przyciskał się do nagrzanych cegieł domu, przewijał się łagodnie od czasu do czasu, co wcale mi się nie podobało, bo wydawało mi się, że jest to oznaką zadowolenia i przyzwyczajenia się do miejsca. Przesuwał się też ku górze. Ale ogólnie zajmował pozycję wertykalną z jednym wężowym zakrętem, który chyba musiał być od strony głowy. Przyzumowałam aparatem i zrobiłam zdjęcie, później następne. Widząc, że nic się nie dzieje i do przyjazdu mojego męża zostało jeszcze dobrze ponad kwadrans, postanowiłam wejść do garażu i również stamtąd zrobić zdjęcie kuzynowi Steva.
Jakoś mi tak lżej na duszy było, gdy nie mówiłam wąż, bezosobowy wąż a kuzyn, wąż brzmiało złowrogo, niebezpiecznie, syczało. Starałam się przypomnieć sobie wszystko, co wiem o wężach, ale niestety nie było tego wiele. Najbardziej pocieszającą była myśl, że w tej części stanu nie ma jadowitych węży. To zapamiętałam, bo tak twierdził kiedyś mój mąż, który dokładnie wyczytał wszystko, co tylko się dało wyczytać o wężach w naszych okolicach, a zrobił to po spotkaniu węża w miejscu, które bardzo lubi, czyli przy miejscu, gdzie pali ognisko z nieważnych dokumentów i mało-ważnych listów. Wtedy też zamówił pułapkę na węże, ale niestety nie wiedziałam, gdzie znajdowała się w tej chwili. W dużym żółtym pudełku podpisanym: "Snake Trap" – "Pułapka na węże". Poza tym nie wiedziałam, czy pułapka, żeby zadziałała musi być w miejscu, do którego przypełznie wąż wcześniej, czy też można ją podrzucić później, gdy wąż już tam będzie?
Jednym słowem, z nadzieją, że kuzyn nie posiada jadu, zrobiłam mu kolejne zdjęcia przez okno w garażu. Jednak nie mogłam go objąć w całości, bo najzwyczajniej nie mieścił się w obiektywie z powodu kąta z jakiego mogłam zdjęcie wykonać.
- No i nici z układania zdjęć i albumów – pomyślałam, zupełnie słusznie, bo przecież nie mogłam stracić kuzyna Steva z oczu.
Na drodze pojawił się samochód, czarna półciężarówka.
- Hmm, co to za auto? – zadałam sobie pytanie.
Natychmiast pomyślałam, że może coś się stało z autem mojego męża i musiał pożyczyć to, żeby przyjechać i upolować kuzyna Steva. Zachodzące słońce oświetlało czarną półciężarówkę, z której wysiadł ... Nie, nie mój mąż, a sąsiad z drugiej strony drogi.
- Hi, I brought you this / Cześć przyniosłem ci coś – podchodząc do mnie pomachał jakimś świstkiem.
- Hi, thanks / Cześć, dzięki – powiedziałam i wytłumaczyłam, że nie możemy wejść do domu, bo pod drzwiami jest to. Pokazałam na kuzyna Steva.
Sąsiad, Steve zresztą, ale on nie wiedział, że to pod drzwiami to był kuzyn Steva, natychmiast skierował się w stronę najbliżej leżącej sporej gałęzi. Powstrzymałam jednak jego mordercze a na pewno przeganiające zapędy, mówiąc, że nie mogę mu pozwolić na przeganianie, czy walkę z kuzynem Steva, ponieważ czekam na męża, który jedzie w moim kierunku, żeby coś zrobić. Nie wiedziałam dokładnie co, ale obiecał, a ja z kolei obiecałam, że nie spuszczę oka z kuzyna Steva i zawsze dotrzymuję obietnicy.
Powstrzymywany sąsiad, który po raz pierwszy znalazł się tak blisko naszego domu, bo do tej pory spotykaliśmy się przy drodze, przy skrzynkach pocztowych, był pod lekką datą. Zaczął tłumaczyć, że ten telefon i nazwisko ze świstka to jego dobry znajomy, co jest cieślą i w ogóle, jakbyśmy tylko czegoś potrzebowali to on wszystko naprawi i zbuduje, sklei, a także ulepszy.
Staliśmy w promieniach zachodzącego słońca, ja mając na podorędziu grabie i aparat, on miął w dłoni świstek z nazwiskiem cieśli, a pod drzwiami wejściowymi do domu wił się kuzyn Steva. Wiewiórka rzuciła w moje auto orzechem, przeleciał jakiś spłoszony ptak. Jednym słowem typowa wczesno-jesienna scena z samego serca Midwestu.
- Are you sure, you will wait for your husband to do something with that snake? / Jesteś pewna, że chcesz czekać na męża, żeby coś zrobić z tym wężem? – zapytał Steve, człowiek – nie wąż.
- Yea, I’ll wait/ No, zaczekam – odparłam z przekonaniem.
W tym momencie zauważyłam z przerażeniem, że kuzyn Steva zniknął z pola widzenia.
- Wow, did you see where it went? / Jejku, zauważyłeś gdzie poszedł?– zapytałam sąsiada. Chociaż od razu pomyślałam, że jego percepcja, jako że był pod lekką datą, nie jest tak wyostrzona jak moja.
- No, I didn’t / Nie, nie zauważyłem – tak, oczywiście, brzmiała odpowiedź.
- Well, I hope it didn’t go somewhere inside the house. / Mam nadzieję, że nie wszedł gdzieś do środka, do domu.
Najwyraźniej sąsiad był rozczarowany, że nie mógł mi służyć pomocą. Na odjezdnym dał mi tylko ten świstek z nazwiskiem cieśli i udał się na swoją stronę drogi, czyli przeciwną.
Po kilku minutach - ciągle uzbrojona w grabie i aparat - rozglądania się w dalekim pobliżu domu, czy przypadkiem kuzyn Steva gdzieś tam się nie ukrył, postanowiłam wrócić do środka. Nie chciałam ryzykować drogi przez taras, bo kuzyn Steva najprawdopodobniej odpełzł w tamtym kierunku, więc otworzyłam garaż.
Już w środku, sprawdziłam, czy wszystkie okna są pozamykane, czy nic dziwnego nie dzieje się w lesie z tyłu domu. Gdy po kilku minutach zobaczyłam przez okno samochód mojego męża, wyszłam mu na spotkanie. Po drodze nonszalancko wzięłam w rękę grabie, które wcześniej zostawiłam oparte o krzesło ogrodowe na podjeździe, żeby pokazać mu, że miałam się czym bronić.
- Gdzie on jest? – wykrztusił mąż zamiast typowego przywitania.
- Już go nie ma, oddalił się – odparłam, siląc się na spokój i opanowanie.
- Jak to? uciekł? Czemu go nie pilnowałaś?
- Pilnowałam, ale odpełzł.
I uprzytomniłam sobie, że kuzyn Steva jest gdzieś w pobliżu a ja, teraz my, nie wiemy gdzie. Podkówka się zrobiła sama ...
- No, się nie martw. Byłaś dzielna, wiem, wiem, to na pewno nie było miłe, wąż pod drzwiami – mówił mój mąż, przytulał mnie i już się nie bałam, bo czego? Przecież on wie gdzie jest pułapka, posiadamy takowąż.
W międzyczasie niezauważenie odbył się finał spektaklu zachodu.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E