czas płynie ostatnimi kroplami
wiosenny księżyc szczerzy zęby
pierwsza niedziela po wiosennej pełni mami
że drogę łatwiej będzie przebyć
prościej może trochę ― gdy wzrokiem przymglonym
latarnie policzysz ― jaśniej trochę wtedy
warto życie marne choć na chwilę zwolnić
i być tak naprawdę ―
oczy otworzyć żeby
oczy otworzyć żeby
zakląć chwile w budzącym się – pragnę
gdy kwiaty rozchylają zaspane powieki
topią zimę śmiechem radosnym rozkwitaniem
rozmarzone jak beztroskie dzieci
ze skakanką w kieszeni sprawdzamy czy kluczy
nie gubimy wiszących na starej wstążeczce
tak trudno jest nam się wiary nauczyć
choć przez marną chwilę
głowę unieść jeszcze
głowę unieść jeszcze
chmury kłębią pojutrze za ścianą
w przymkniętych oczach krótki błysk
i widzisz jak drwiąco demony w cieniu skaczą
nadzieja zapałką się tli
i śmieje się śmieje magiczną skakanką
otwartą jak ramiona ― nie obejmie bo po co ―
potkniemy się nagle nie wiedząc co? Warto
jak dzieci uciekamy
szkoda że nie prosto