Wysłany: 2008-06-17, 22:49 Jeszcze kiedys ci powiem...
Te oczy. Tylko one miały na dnie dawny błysk i może właśnie ten dziwny błękitny ogień powstrzymał mnie w miejscu. Mówiłeś coś, ale dla mnie rozmywałeś się w bezkształtną masę, która bezgłośnie poruszała ustami. Nerwowym ruchem ręki poprawiałeś krawat, kanty nienagannie wyprasowanych spodni.
O czym właściwie mówiłeś? O kolejnych wygranych sprawach, o tym, że piętnaście lat za zabójstwo ojca to za dużo i będziesz składał apelację. Kto zabił ojca? Dlaczego dostał tylko piętnaście lat? Tłukł pałką, bo nie dostał pieniędzy? Pytałeś skąd moje zdziwienie. Takich spraw jest tysiące. Weźmy na przykład casus sprzed roku.
Odpłynąłeś. Smak ostatniej kropelki koniaku sprawił, że organizm zażądał solidnej następnej porcji. Jeszcze papieros. Koniecznie poczuć zabójczy dym w płucach, które według ostatniego prześwietlenia bronią się jeszcze przed moim nałogiem -dzielnie i uparcie.
Nieźle smakuje kawa przepijana koniakiem i przestaje drażnić wysoki chichot kobiety, która paznokciami mogłaby wydrapać źrenice każdemu, kto byłby nierozważny, by się jej narazić.
O czym właściwie mówiłeś? O moich oczach, że dalej zdziwione, o włosach, co ciągle takie.. Jeszcze o tym, że twoja żona bardzo do mnie podobna. Podobna? Jak bardzo podobna. Ona do mnie? Ja do niej? Cholera! Dlaczego podobna?
Kawiarnia i spotkanie. Nagroda za głupotę odgrzewania minionego. Niepotrzebny zgrzyt w pamiętaniu i pieszczeniu obrazów, które otaczały mnie przez lata. Pomieszanie znaczeń, zmysłów, prawd i sennych okruchów. Tacy jesteśmy? Odpowiedzialni, pełni rozsądku i pielęgnowanego mieszczaństwa. Jacy jesteśmy?
Pamiętasz duszny zapach Piastowskiej? Smród dymu, rozlanego piwa, skwierczących na stołach resztek świeczek. W gwarze piwnej knajpy rodziły się przyszłe, wielkie czyny, obficie podlewane entuzjazmem i kuflem Piasta. Krzyczałeś z włosami przylepionymi do czoła:
- Nie wyjeżdżaj mi tu znowu z poetami! Martwi są padalce! Martwi i gniją! Co ty mi tutaj bursujesz, albo innym połamańcem się zasłaniasz?! Ich już nie ma! Mów do mnie madonno pszeniczna swoimi słowami! Mów o kochaniu, albo o nienawiści, ale zadbaj, by usta w końcu mówiły o sobie!
Idąc do smrodliwego kibelka kończyłeś pijaną orację o kobietach, które myślą, że poezja to żywa materia, a znajomość Sokratesów, Platonów i innych starogreckich wykopalisk myślowych, zapewni w życiu sukces. Wyciągnąłeś z cuchnącego miejsca dziadka pilnującego tego przybytku i zacząłeś udowadniać, że to on jest poezją. Poezją i Sokratesem, skoro jeszcze nie zwariował pilnując zaszczanego interesu. Za lekcję poglądową dostał resztki stypendium. Sokrates i żywa poezja odwdzięczył ci się ,,Kapitańskim tangiem”, fałszywie odegranym na akordeonie. Rzempolenie okrasił pożółkłym uśmiechem starego cwaniaka. Dałeś mu chyba za mało mamony, bo przy próbie odśpiewania pieśni o małym rycerzu, po prostu mało poetycznie rąbnął cię w kark żylastą pięścią. Po tym ciosie przyszła sława polskiej palestry przytuliła się do brudnej podłogi i zalały się oczy niebieskie żalem i poniżeniem.
-Patrz Eli, patrz – mruczałeś zbierając sponiewierane ciało- patrz jak to przywalić potrafi. Idź mu powiedz. Powiedz, że gówno z niego nie Sokrates, i że dziad jeden, a nie żywa poezja.
Tego dnia, mimo pijackiego szumu w głowie, na który nie pomógł ani spacer nad Odrą, ani godzina półsnu na ławce, napisałeś swój pierwszy i ostatni wiersz. Rzuciłeś mi kartkę papieru, jakby była ohydnym odpryskiem ciebie samego. Z jadowitą radością wycedziłeś przez zęby:
- Masz zjawo przemądrzała, masz maro wojaczkowska, stachuriado jasnowłosa.
Teraz widzisz, że i ten z kibla, i ja - to czysta poezja. Wiersz masz i przestań już myśleć o tym dupku, co za tobą się ciąga, bo pędzle będziesz z głodu obgryzać, i na Krakowskiej z jego bohomazami wystawać.
O czym właściwie mówiłeś pakując wypasiony tyłek do tego swojego mercedesa?
O tym, że długa droga przed tobą i jutro tyle spraw, telefonów, rozmów. Oczami wpychałam cię do auta, żywą prawie myślą przekręcałam kluczyk w stacyjce, przedwcześnie podnosiłam rękę w geście pożegnania. Jeszcze ci kiedyś powiem, że jedyny wiersz jaki napisałeś w swym życiu, też nie był dla mnie.
-Patrz Eli, patrz – mruczałam do siebie idąc w stronę Placu Dominikańskiego - jak to życie przywalić potrafi.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty