Wigilie umościły we mnie gniazdo - cieplutko im tam i bezpiecznie. Pachną świerkiem, okapują woskiem, szeptem wzywają cienie.
Dłonie głaszczą biały obrus, powtarzają coroczny taniec. Wiem, co mam robić. Wiem.
Wokół stołu żywi i martwi. Znowu udało się ich wezwać. Jest Tomasz i jak zwykle zostawił w niebie swój paraliż, i Zofia dziwnie odważna po śmierci. Stary Ludwik - ułan wołyński - uwiązał kasztana u płota. Adam, którego kości pochłonął Sybir, śmieje się, że kasztan też buja po niebie.
Tylko Mieczysław przesłonił smutne źrenice, a przecież rak teraz już nie boli. Może martwi go to, że Zygmunt spóźnia się kolejny rok.
Czy ma najdalej? A może tak wyjść na ściętą lodem drogę i zawołać:
- Chodź już! Jest wszystko tak jak trzeba! Ojciec po śmierci złagodniał, a stara matka pokornie czeka. Jednak czasem na obrus kapie jej łza zmęczona czekaniem, jak ona sama.
- No chodź już! Opłatek się niecierpliwi, barszcz stygnie, dziecko łypie pod gałęzie drzewka. Trzeba wszystko zacząć: po kolei, porządnie, z namaszczeniem. Nie płosz tylko kasztana Zygmuncie, nie pohukuj na psy, jak lubisz. Zanuć w ciszy świętej, tak jak pamiętam: '' Pójdźmy wszyscy do stajenki...''.
Tylko przyjdź. Zabierzemy naszą wigilię na srebrną pasterkę, do tego kościółka, który wygląda, jakby go dziecko narysowało.
Czas uparcie dopisuje słowa.
Starej matki już nie ma. Nie jej ręce rozkładają koronkowy obrus na stole. Pewnie przyjdzie w ciszy błękitnej i podłoży garstkę siana pod bielą płótna.
Dziecko dorosło i nie czeka drżenia choinki.
Tyko moja łza – ciężka i zbyt słona łamie kruchą rzęsę.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty