Od dawna, już właściwie nikt nie pamiętał od jak dawna, było szaro, ponuro, nad wszystkim panował ten odcień szarości, który w spektrum znajduje swoje miejsce tuż przed czernią.
Mrok owijał ziemię, leżał bezwładnie, jak ciemna, ciężka wełniana chusta. Czasem na jej brzegach, co kiedyś nazywano horyzontem, pojawiały się odcienie jaśniejszej szarości, smugi w tonacji skrzydeł siwego wróbla, gołębia, albo brzydkiego kaczątka. Pojawiały się te siwo-szare szepty i zrezygnowane znikały z cichym westchnieniem. Brakowało im siły, żeby rozjaśnić świat.
Smutek, był jedynym znanym uczuciem. To nieprawda, co kiedyś śpiewano o nim, że jest niebieski, że przemija.
Smutek był ciemno-szary, gęsty, lepki, rósł powoli, szemrząc piął się do góry, podobny do wiotkich kwiatów powoju, by następnie wejść łagodnie w nic nie przeczuwające oczy, a później głębiej, otaczał serce, wypełniał ciało, jak chłodny strumień, zmieniając się w tysiące kryształków, mrożących szpilek i później już na kształt lodowego, szybko-rosnącego bluszczu wrastał w duszę.
Próby otrząśnięcia się z takiego szarego stanu były daremne, ponieważ brakowało źródła światła. Oczy karmione szarością, smutkiem i melancholią, przemieniały się w szkliste, płytkie jeziora, po których pływały szare łabędzie łez.
W ten czas chodziliśmy mrocznymi ulicami, potykaliśmy się o innych, o uliczne dekoracje, wpadaliśmy na siebie, zapominając o: przepraszam. Spotykaliśmy identycznie szarych ludzi, w pomiętych ubraniach, bo nikomu nie chciało się ich prasować, i tak właściwie nie było widać, że potrzebowały ciepła żelazka.
Szarzy ludzie w pomiętych ubraniach o szarych, jak popiołem zasypanych włosach. Czasem wydawało się, że dzieci miały wokoło siebie nikłe aury światła. Podobno tylko one jeszcze mogły nas uratować przed całkowitą ciemnością. Nosiły w sobie wątłe iskierki blasku, zalążki barw.
Na placyku z huśtawkami bawiły się cztery dziewczynki w szarych sukienkach. Huśtawki były mało widoczne w mroku, ale dziewczynkom to nie przeszkadzało. Umiały od dawna odnajdywać kontury przedmiotów mimo przygniatającej szarości. Na placyku były dwie huśtawki, jedna zrobiona z deski i jedna wisząca. Były to bardzo sprawiedliwe huśtawki, dziewczynki mogły się bawić parami. Jeśli znudziły się jedną huśtawką, to mogły bawić się na drugiej. Na pierwszej jedna dziewczynka szybowała w górę, druga spadała w dół, na drugiej jedna siedziała na wiszącym siodełku a druga je popychała.
Kobieta w długiej, obcisłej, szarej sukni siedziała na ławce niedaleko huśtawek i obserwowała zabawę. Niespokojnymi palcami mięła czarną koronkową chusteczkę.
Kobieta w szarej sukni była zbyt dorosła, zbyt szara, żeby dołączyć do zabawy dziewczynek. Siedziała więc tylko bez ruchu i w oczach miała szare łabędzie smutku. Od czasu do czasu spoglądała na park, który tkwił w mroku zasępiony, i rozmywał się w spływających powoli strugach deszczu. Deszcz topił szare, opadłe liście i oddawał je czarnym strugom, płynącym alejką.
Kobieta czuła, że melancholia jej serca i duszy drąży ją i zabija. Wiedziała, że gdy przyjdzie chwila, kiedy nie będzie miała w sobie żadnej iskierki nadziei na światło, utonie w smutku. Wszyscy jej bliscy utonęli w smutku. Po kolei poddawali się beznadziei, chandrze, nostalgii za światłem, chociaż tak naprawdę nikt z nich nie pamiętał, co to znaczyło.
Beznadzieja karmiła ich codziennie, przy śniadaniu, na które przygotowywano owsiankę na gęsto, na obiad, gdy dawano knedle na zimno, na kolację, gdy jadło się chleb ze smalcem.
Kobiecie było smutno, bardzo smutno, smutniej niż zwykle. Smutek wisiał w powietrzu, jak szary deszczowiec, po którym nieprzerwanie ciekły strużki zimnego deszczu. Było jej smutno, serce płakało, rosła w nim szara, chłodna chmura, rozlewała swój ziąb na całą duszę.
Kobieta czuła, że melancholia niedługo zawładnie jej dłońmi, że jeszcze kilka dni, może tygodni i nie będzie mogła znaleźć w sobie sił, by nimi poruszać.
- No bo i po co? – myślała kobieta i mięła czarną koronkową chusteczkę.
Szarość egzystencji przygniatała, ciążyła, jak kosz pełen twardych, niedojrzałych jabłek. Wyślizgiwały się z rąk, nie dawały się ugryźć, a nawet, jeśli się jakieś ugryzło, to kęsy stawały w gardle. Lepiej było od razu je wyrzucić, nie dźwigać, nie próbować, poddać się. Melancholia, jak garb przeznaczenia przytłaczała, nie odstępowała na krok.
Kobieta siedziała na ławce i, nie umiejąc inaczej wyrazić swoich uczuć, płakała, a początkowo mała sadzawka z jej łez z czasem zamieniała się w duże siwe, ciemne jezioro, po którym pływały szare łabędzie.
Dziewczynki na huśtawkach ciągle zmieniały swoje role, strzelały w górę, spadały, popychały siodełko, albo machały w powietrzu nogami w szarych, bawełnianych rajstopach.
Szara, wełniana chusta przygniatająca świat mroczniała. Za niedługo miała przyjść noc. Dziewczynki odbiegły od huśtawek, ale trudno powiedzieć, dokąd, bo było na to zbyt szaro. Słychać było jedynie ich głosy odbijające się echem w gęstej mgle:
- Jutro! zobaczymy się jutro!
- Koniecznie!
- Ja będę popychała!
- Dobrze!
Zrobiło się cicho. Noc, bazaltowa, najciemniejsza, jaką kobieta do tej pory widziała, przyszła w jednej krótkiej chwili. Chmura w sercu pęczniała, oczy za bardzo bolały, żeby płakać, skończyły się łzy.
Słychać było plusk pływających szarych łabędzi smutku, które ciemność zamieniła w bezkształtny, czarny, dziwnie kojący dźwięk.
Kobieta siedziała na ławce, nie miała siły, żeby się podnieść, jej ciało robiło się coraz cięższe. Była marionetką, do której przyczepiano coraz to nowe sznurki, sprężynki, ciężarki, narzucano na nią więcej i więcej szarych, przytłaczających szat.
...Od dawna, już właściwie nikt nie pamiętał od jak dawna, było szaro, ponuro, nad wszystkim panował ten odcień szarości, który w spektrum znajduje swoje miejsce tuż przed czernią.
...Mrok owijał ziemię, leżał bezwładnie, jak ciemna, ciężka wełniana chusta. Czasem na jej brzegach, co kiedyś nazywano horyzontem, pojawiały się odcienie jaśniejszej szarości, smugi w tonacji skrzydeł siwego wróbla, gołębia, albo brzydkiego kaczątka. Pojawiały się te siwo-szare szepty i zrezygnowane znikały z cichym westchnieniem. Brakowało im siły, żeby rozjaśnić świat.
...Smutek, pozostał jedynym, rozpoznawalnym uczuciem. To nieprawda, co kiedyś śpiewano o nim, że jest niebieski, że przemija.
...Smutek, ciemno-szary, gęsty, lepki, rósł powoli, szemrząc piął się do góry, podobny do wiotkich kwiatów powoju, by następnie wejść łagodnie w nic nie przeczuwające oczy, a później głębiej, otaczał serce, wypełniał ciało, jak chłodny strumień, zmieniając się w tysiące kryształków, mrożących szpilek i później już na kształt lodowego, szybko-rosnącego bluszczu wrastał w duszę.
...Próby otrząśnięcia się z szarego stanu były daremne, ponieważ brakowało źródła światła. Oczy karmione szarością, smutkiem i melancholią, przemieniały się w szkliste, płytkie jeziora, po których pływały szare łabędzie łez.
...W ten czas chodziliśmy mrocznymi ulicami, potykaliśmy się o innych, o uliczne dekoracje, wpadaliśmy na siebie, zapominając o 'przepraszam'. Spotykaliśmy bliźniaczo szarych ludzi, w pomiętych ubraniach, bo nikomu nie chciało się ich prasować, i tak właściwie nie było widać, że potrzebowały ciepła żelazka.
...Szarzy ludzie w pomiętych ubraniach o szarych, jak popiołem, zasypanych włosach. Czasem wydawało się, że dzieci miały wokoło siebie nikłe aury światła. Podobno tylko one jeszcze mogły nas uratować przed całkowitą ciemnością. Nosiły w sobie wątłe iskierki blasku, zalążki dawno zagubionych barw.
...Na placyku z huśtawkami bawiły się cztery dziewczynki w szarych sukienkach. Huśtawki były mało widoczne w mroku, ale dziewczynkom to nie przeszkadzało. Umiały od dawna odnajdywać kontury przedmiotów, mimo przygniatającej szarości. Z szarego placyku wyrastały dwie huśtawki, jedna zrobiona z deski i druga wisząca. Były to bardzo sprawiedliwe huśtawki, dziewczynki mogły się bawić parami. Jeśli znudziły się jedną, to mogły rozpocząć zabawę na drugiej. Pierwsza dawała możliwość szybowania w górę i opadania w dół, druga kołysania do przodu i do tyłu. Obydwie huśtawki dawały zajęcie obu dziewczynkom.
...Kobieta w długiej, obcisłej, szarej sukni siedziała na ławce niedaleko huśtawek i obserwowała zabawę. Niespokojnymi palcami mięła czarną koronkową chusteczkę.
...Kobieta w szarej sukni, zbyt dorosła i nazbyt szara, żeby dołączyć do zabawy dziewczynek, mogła jedynie przypatrywać się dziewczynkom i jednocześnie poddać się smutnym myślom. Siedziała nieporuszona a w jej oczach nawet nieuważny obserwator mógł zobaczyć trzepot szarych łabędzi smutku. Od czasu do czasu spoglądała na park, który tkwił w mroku zasępiony, i rozmywał się w spływających powoli strugach deszczu. Deszcz topił szare, opadłe liście i oddawał je czarnym strugom, płynącym alejką, wijącą się połyskującym wężem mokrego asfaltu.
...Kobieta czuła, że melancholia jej serca i duszy drąży ją i zabija. Wiedziała, że gdy przyjdzie chwila, kiedy nie będzie miała w sobie żadnej iskierki nadziei na światło, utonie w smutku. Wszyscy jej bliscy utonęli w smutku. Po kolei poddawali się beznadziei, chandrze, nostalgii za światłem, chociaż tak naprawdę nikt z nich nie pamiętał, co to znaczyło.
...Beznadzieja karmiła ich codziennie, przy śniadaniu, na które przygotowywano owsiankę na gęsto, na obiad, gdy dawano knedle na zimno, na kolację, gdy jadło się chleb ze smalcem.
...Kobiecie było smutno, bardzo smutno, smutniej niż zwykle. Smutek wisiał w powietrzu, jak szary deszczowiec, po którym nieprzerwanie ciekły strużki przenikliwego deszczu. Było jej smutno, serce płakało, pęczniała w nim szara, chłodna chmura, rozlewała swój ziąb na całą duszę.
...Kobieta czuła, że melancholia niedługo zawładnie jej dłońmi, że jeszcze kilka dni, może tygodni i nie będzie mogła znaleźć w sobie sił, by nimi poruszać.
- No bo i po co? – myślała kobieta i mięła czarną koronkową chusteczkę.
...Szarość egzystencji przygniatała, ciążyła, jak kosz pełen twardych, niedojrzałych jabłek. Wyślizgiwały się z rąk, nie dawały się ugryźć, a nawet, jeśli się jakieś ugryzło, to kęsy stawały w gardle. Lepiej było od razu je wyrzucić, nie dźwigać, nie próbować, poddać się. Melancholia, jak garb przeznaczenia przytłaczała, nie odstępowała na krok.
...Kobieta siedziała na ławce i, nie umiejąc inaczej wyrazić swoich uczuć, płakała, a początkowo mała sadzawka z jej łez z czasem zamieniała się w duże siwe, ciemne jezioro, po którym pływały szare łabędzie.
...Dziewczynki na huśtawkach ciągle zmieniały swoje role, strzelały w górę, spadały, popychały siodełko, albo machały w powietrzu nogami w szarych, bawełnianych rajstopach.
...Szara, wełniana chusta przygniatająca świat mroczniała. Za niedługo miała przyjść noc. Dziewczynki odbiegły od huśtawek, ale trudno powiedzieć, dokąd, bo było na to zbyt szaro. Z placyku dobiegały jedynie ich głosy, odbijające się echem w gęstej mgle:
- Jutro! zobaczymy się jutro!
- Koniecznie!
- Ja będę popychała!
- Dobrze!
...Zrobiło się cicho. Noc, bazaltowa, najciemniejsza, jaką kobieta do tej pory widziała, przyszła w jednej krótkiej chwili. Chmura w sercu pęczniała, oczy za bardzo bolały, żeby płakać, skończyły się łzy.
...Ciszę akcentował plusk pływających szarych łabędzi smutku, które ciemność zamieniła w bezkształtny, czarny, dziwnie kojący dźwięk.
...Kobieta siedziała na ławce, nie miała siły, żeby się podnieść, jej ciało robiło się coraz cięższe. Była marionetką, do której przyczepiano coraz to nowe sznurki, sprężynki, ciężarki, narzucano na nią więcej i więcej szarych, przytłaczających szat.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Daria [Usunięty]
Wysłany: 2009-01-15, 00:54
trochę pesymistyczna wymowa, przesycenie kolorami nie daje zapomnieć, że są ważne w tym tekście, a jednocześnie sprawia wrażenie, że nie ma miejsca na monotonię, że coś się dzieje, że kobieta jest zabawką w rękach kogoś ( może Boga, człowieka tyrana despotę) i jest bezwolna. los staje się nie do zniesienia kiedy coś tracimy nie da się zapomnieć
an [Usunięty]
Wysłany: 2012-10-14, 21:58
Elżbieta napisał/a:
Ciężar stawał się nie do zniesienia.
Minął czas.
Kobieta otworzyła oczy...
Myślę, że zakończenie daje nadzieję...
otworzyła oczy i... może w końcu światu wróciły wszystkie kolory?...
Tak bywa, że gdy ciężar staje się nie do zniesienia, mamy do wyboru: albo poddać się, spaść na samo dno rozpaczy, albo... zostawić to wszystko za sobą... spróbować nie myśleć o tym i pójść dalej, pomimo...
Nawet, jeśli te złe, szare chwile wrócą (a wrócą! wracają...), spróbować BYĆ - w pełni barw...
Znam dobrze taką tonację i taki szary świat... DEPRESJA...
Która dziś dotyka nawet dzieci!...
Ale możliwe, że wcale nie to miałaś na myśli, pisząc ten tekst, Elu...
Jest poruszający i z pewnością nie sposób zapomnieć...
Ilu jest takich ludzi? - którzy nie widzą już nic poza szarością
Przechodzimy obok - ślepi, bo tak łatwiej... Bo przecież na świecie jest tyle zła, więc cóż nas obchodzi jednostka - to nas nie wzrusza... to nie nasz problem!...
(A czasem wystarczyłoby dostrzec taką osobę, uśmiechnąć się, pozdrowić... Czy to wiele?)
trochę pesymistyczna wymowa, przesycenie kolorami nie daje zapomnieć, że są ważne w tym tekście, a jednocześnie sprawia wrażenie, że nie ma miejsca na monotonię, że coś się dzieje, że kobieta jest zabawką w rękach kogoś ( może Boga, człowieka tyrana despotę) i jest bezwolna. los staje się nie do zniesienia kiedy coś tracimy nie da się zapomnieć
Kilka lat... Dario
Przepraszam i dziękuję za czytanie i komentarz.
Jeśli zaglądasz na PeeS, bo wydaje mi się, że istniejesz na innych stronach, to życzę powodzenia.
serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Myślę, że zakończenie daje nadzieję...
otworzyła oczy i... może w końcu światu wróciły wszystkie kolory?...
Tak bywa, że gdy ciężar staje się nie do zniesienia, mamy do wyboru: albo poddać się, spaść na samo dno rozpaczy, albo... zostawić to wszystko za sobą... spróbować nie myśleć o tym i pójść dalej, pomimo...
Nawet, jeśli te złe, szare chwile wrócą (a wrócą! wracają...), spróbować BYĆ - w pełni barw...
Znam dobrze taką tonację i taki szary świat... DEPRESJA...
Która dziś dotyka nawet dzieci!...
Ale możliwe, że wcale nie to miałaś na myśli, pisząc ten tekst, Elu...
Jest poruszający i z pewnością nie sposób zapomnieć...
Ilu jest takich ludzi? - którzy nie widzą już nic poza szarością
Przechodzimy obok - ślepi, bo tak łatwiej... Bo przecież na świecie jest tyle zła, więc cóż nas obchodzi jednostka - to nas nie wzrusza... to nie nasz problem!...
(A czasem wystarczyłoby dostrzec taką osobę, uśmiechnąć się, pozdrowić... Czy to wiele?)
Katarzyno, 'zniknięta' z PeeSowej krainy
dziękuję za odszukanie tego tekstu i komentarz.
Interpretację zostawiam Czytelnikom, to ciekawe, co dana osoba może wyczytać z tekstu, jakie znaleźć odnośniki i klucze.
Zgodnie z ostatnim zdaniem Twojego komentarza: dostrzegam, uśmiecham się i pozdrawiam
serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Elżuniu lubię czytać teksty pełne metaforycznych odniesień. Takie teksty nie szufladkują odbiorów. Wielu już naczytałem się słów pisanych smutkiem, o smutku lub podszytych smutkiem. Twój wniósł element zaskoczenia w postaci dziecięcej zabawy, która może ale nie musi wydobyć cień szansy. Podoba mi się ten tekst.
po przeczytaniu wzrok pobiegł ku dacie
nie rok, miesiąc mnie interesował, środek jesieni
czy to ma znaczenie? nie
zdawałoby się, że kadr jeden z wielu, jakie w życiu się spotyka
każdy myśli, co mnie on (ona) obchodzi, mam swoje życie swoje problemy
niech każdy sobie radzi jak potrafi, znieczulica
może to samotna matka wychowująca dzieci?
a może niania pilnująca cudze?
jednako kobieta jest przybita, rozżalona
dziewczynki na huśtawce; patrzy na nie, ale nie sprawia jej to radości
powtarza się motyw "palcami mięła czarną koronkową chusteczkę"
rozpamiętuje minione lata?
może to jej osobisty różaniec?
dla mnie opowieść kończy się tragicznie
ze zmierzchem wesołe dziewczynki rozpierzchły do domów
tylko kobieta została, bo nie miała siły się poruszyć
nadeszła "bazaltowa noc" "Minął czas.
Kobieta otworzyła oczy..."
i... znalazła się po drugiej stronie tęczy
Elżbieto
smutek smutek
nie lubisz go, a o nim piszesz
stosujesz różnorodną gamę środków stylistycznych,
tekst jest bogaty, nieszablonowy i
wciąga Czytelnika jednym haustem
Elżuniu lubię czytać teksty pełne metaforycznych odniesień. Takie teksty nie szufladkują odbiorów. Wielu już naczytałem się słów pisanych smutkiem, o smutku lub podszytych smutkiem. Twój wniósł element zaskoczenia w postaci dziecięcej zabawy, która może ale nie musi wydobyć cień szansy. Podoba mi się ten tekst.
Bardzo dziękuję za czytanie i komentarz, Leszku.
serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
po przeczytaniu wzrok pobiegł ku dacie
nie rok, miesiąc mnie interesował, środek jesieni
czy to ma znaczenie? nie
...
nadeszła "bazaltowa noc" "Minął czas.
Kobieta otworzyła oczy..."
i... znalazła się po drugiej stronie tęczy
...
Lidko za czytanie
za interpretację i 'padamka'
za tęczę serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Smutek był ciemno-szary, gęsty, lepki, rósł powoli, szemrząc piął się do góry, podobny do wiotkich kwiatów powoju, by następnie wejść łagodnie w nic nie przeczuwające oczy, a później głębiej, otaczał serce, wypełniał ciało, jak chłodny strumień, zmieniając się w tysiące kryształków, mrożących szpilek i później już na kształt lodowego, szybko-rosnącego bluszczu wrastał w duszę.
I się zrobiło melancholijnie, smutno i przejmująco. Przeczytałam i zatrzymałam się na chwilę. Tekst wzrusza. Dziękuję.
Lidko, jeszcze raz dziękuję ciepło za powrót i 'padamka'.
serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Smutek był ciemno-szary, gęsty, lepki, rósł powoli, szemrząc piął się do góry, podobny do wiotkich kwiatów powoju, by następnie wejść łagodnie w nic nie przeczuwające oczy, a później głębiej, otaczał serce, wypełniał ciało, jak chłodny strumień, zmieniając się w tysiące kryształków, mrożących szpilek i później już na kształt lodowego, szybko-rosnącego bluszczu wrastał w duszę.
I się zrobiło melancholijnie, smutno i przejmująco. Przeczytałam i zatrzymałam się na chwilę. Tekst wzrusza. Dziękuję.
Kornelio
To ja bardzo dziękuję za czytanie.
serdecznie
e
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
[-][-]Bardzo mądrze skomponowane, zestawione we współbrzmieniach i w temacie metafory. Stylistyka, jest nieco podobna do:
ALICE'S ADVENTURES IN WONDERLAND
CHAPTER II. The Pool of Tears
[-][-]Aczkolwiek uważam, za niewielki błąd nadużywanie słowa "był""była"
Cytat:
Były to bardzo sprawiedliwe huśtawki, dziewczynki mogły się bawić parami.
Cytat:
Kobieta w szarej sukni była zbyt dorosła, zbyt szara, żeby dołączyć do zabawy dziewczynek.
Cytat:
Było jej smutno, serce płakało, rosła w nim szara, chłodna chmura, rozlewała swój ziąb na całą duszę.
Cytat:
Huśtawki były mało widoczne w mroku, ale dziewczynkom to nie przeszkadzało.
Cytat:
Dziewczynki odbiegły od huśtawek, ale trudno powiedzieć, dokąd, bo było na to zbyt szaro.
Cytat:
Słychać było jedynie ich głosy odbijające się echem w gęstej mgle:
Cytat:
Lepiej było od razu je wyrzucić, nie dźwigać, nie próbować, poddać się. Melancholia, jak garb przeznaczenia przytłaczała, nie odstępowała na krok.
Czas teraźniejszy, nagle przechodzi w czas przeszły, co moim zdaniem, przy tak wspaniałej metaforyce, wychodzi nieco niezgrabnie.
Jednak całość, bliska ideału.