Błazna tego nikt na służbę nie weźmie
Rozśmieszać nie umie
Sam u sobie się dusi
Z Łotrem wróg największy
I przyjaciel pierwszy
Wszyscy figli chcą
On pragnie prawdę krzyczeć!
Nikt nie słucha.
Nikt nie chciał przyjąć na służbę Błazna. Nie umiał on rozśmieszać ludzi, tak więc w fachu swym był kiepski. Nikt jednak nie wiedział, że to on sobie nadal takie imię. To on wybrał śmieszne, kolorowe i połatane ubranie. I maskę. Juz sama maska Błazna była dziwna. Nie była ona uśmiechnięta, takiego fałszu Błazen znieść by nie mógł. Bardziej od figli i psot cenił on bowiem prawdę. Miał on tylko jednego przyjaciela, Łotra. Byli do siebie bardzo podobni, a jednak tak odmienni. Obaj nosili w swej duszy smutek. Błazen nie ukrywał go przed światem, jego maska mu na to nie pozwalała. Przez to błazen był samotny. Łotr wybrał inna drogę.
Poznaj dziś prawdę o mnie,
za długo o tym milczałem.
Serce poznaczone bliznami,
dłużej tego nie zniesie...
Stanę więc przed tobą,
zbroje swoją zdejmę
nagi stanę,
jak sam Bóg stworzył.
Wierszem kłamać się nie godzi,
wiec wierszem mówił ci będę.
Jam łotr przebiegły,
co z mrokiem postanowił
poprzez śmiech walczyć.
batalie wytoczyłem najczarniejszej nocy!
nie licząc swych sił,
nie chcąc dłużej umierać.
smutek?
na dnie serca go zostawiam,
niech tam, powoli, odchodzi
w zapomnienie!
Ukrył swój smutek na dnie serca, wypierał sie go, nie chciał pamiętać. Tak więc wokół Łotra zawsze był śmiech. Zawsze były figle i psoty. Jednak smutek nie zniknął z jego serca. Łotr chciał walczyć śmiechem ze wszystkim co uważał za złe. Błazen nie mógł tego znieść. On pokochał prawdę. Wiele razy powtarzał Łotrowi, ze tak nie można. To nie jest prawdziwa walka ze smutkiem. Nie można z nim wygrać starając sie o nim zapomnieć. I tak drogi Błazna i Łotra sie rozeszły. Błazen nie mógł znieść nieszczerości, wolał juz samotność. Przesypiał całe dnie, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Nie miał z kim rozmawiać, ze światem nie umiał. Właśnie jeden z takich sennych dni przyniósł Błaznowi nadzieję. Przyśniło mu sie Słońce i w tym śnie był bardzo szczęśliwy. Nie obserwował on jednak Słońca z ziemi. Był przy nim, latał wśród przestworzy na pięknych skrzydłach. I w śnie nie miał juz maski, zobaczył znowu swoją twarz.
I strumień, i drzewo, i ptak
piękne są w swej prostocie
lecz ja, niewdzięcznik, więcej chce
z życia mego pragnę wiersz ułożyć
ten najpiękniejszy!
co na dnie serca zalega
często jak cierń...
Po przebudzeniu płakał długo. Zastanawiał sie, kto zesłał mu ten sen. Wierzył, że gdy znajdzie Słońce, znajdzie i tego kto mu je pokazał. Pragnął tego Słońca ze snu. Chciał sie przy nim ogrzać, gdyż samotność chłodziła jego serce. Wziął więc Błazen wszystko co posiadał, żal, smutek, strach i ruszył w drogę. Wędrował dziwnymi krainami. Wszędzie widział smutek, wszyscy zadali on niego żartów. Błazna przygniatał przez to coraz większy ciężar. Chciał, aby ludzie się uśmiechali, jednak nie wiedział co ma zrobić, aby tak było. Wędrował więc dalej do swego celu, a ciężar który nosił nie pozwalał mu podnieś głowy i dostrzec celu wędrówki. Po wielu dniach Błazen był juz bardzo zmęczony. Przysiadł więc nad stawem pragnąc napić sie wody. I tam ujrzał swoje słońce. Był przy nim. Siedział tak bardzo długo, ale ogrzać sie nie zdołał. Podziwiał jednak widok i trwał w nadziei, aż nastała noc. Błazen poczuł sie oszukany, jego Słońce znikło. Nie ogrzało jego serca. Przepłakał całą noc. Świt zastał go nad tym samym stawem, ale Błazen początkowo go nie zauważył. Stało sie to dopiero, gdy poczuł promyk Słońca, który padł właśnie na niego. Zrozumiał, że słońce, które widział w tafli wody, nie było tym Słońcem którego szukał. Przez to jego smutek zelżał, poczuł w sobie nadzieje silniejszą niż kiedykolwiek. Wiedział juz gdzie szukać! Nie spoglądał jednak ku swojemu celowi. Nie wystarczył by mu sam widok. Pragnął tak jak w śnie latać obok swojego Słońca. Wstał więc i ponownie ruszył w świat, aby szukać piór na swoje skrzydła.
Wzbije się i ja ku niebu,
pióra pozbieram,
skrzydła potężne przywdzieję
i w niebieskości kąpał sie będę,
serce me w promieniach słońca ogrzeje.
Tak mi wierzyć w to trzeba.
Znów widział smutek w ludziach, jednak już wiedział, że jako Błazen nic na niego nie poradzi. Trwał więc przy swoim z wielkim uporem. Dzień po dniu zbierał pióra. Czasem tylko jedno, innym razem całą garść. Był przy tym cierpliwy, wierzył, że ten kto zesłał mu sen pragnie żeby dotarł do celu swej wędrówki. Skoro mógł zsyłać sny, musiał być tez potężny. Wielka pociechą było dla Błazna mieć takiego sojusznika. nastał wreszcie dzień, w którym Błazen miał juz wystarczająco piór. posklejał je razem i powstały skrzydła potężne i piękne. Błazen wiedział, że uniosą każdy ciężar. Przywdział je i zrobił cos o czym marzył od tak dawna. Zdjął swoją maskę. na twarzy Błazna zagościł uśmiech, poderwał sie do lotu. Widział je juz z daleka, tak wielce piękniejsze od tego, które widział w stawie. Zdążał do niego, widząc ze i ono odwzajemnia jego uśmiech. Przecież i Słońce, chociaż spogląda na tak wielu ludzi, jest samotne.
edit. zły dział, teraz to zauwazyłem. Jesli ktos może, to niech przeniesie to do prozy. Dzieki.