Wzlatuje w niebo,
Widzę błękitne niebo,
Które wisi nad mą głową.
Lecę w dół i w górę, widzę niebo,
Które jak ptak leci w powietrzu, raz za razem ukazując swe skrzydła.
I widzę gwiazdy, księżyc i słońce, które pali me oczy.
Gra się kończy, tam gdzie się zaczęła jest koniec świata, ziemi, planety.
I tylko ja nie umieram, mój żywot trwa długo, lata.
Me ciało palone w ognistych wybuchach słońca,
Me płuca bez tlenu jak w kosmosie.
Tracę nadzieję, że kiedyś i ja umrę jak wszystko inne umarło.
Ginę w męczarniach, agoniach,
Bóg, który stworzył świat, mnie, jest obojętny losu memu.
Czemu?
Ja się pytam.
A na to pytanie odpowiedzi nie znam.
Nie będę oceniać, chyba, że zechcesz. W pierwszych wierszach używamy słów patetycznych, wręcz wypowiadamy się sloganami, ale nie jest to ważne i nie należy tego piętnować. Ważniejszym jest fakt, że sięgamy po pióro i tylko od nas będzie zależeć, czy wyrwiemy się spod sztampy. U mnie impulsem do zmian było pochylenie się nad poetyką i dużo, dużo przeczytanych wierszy.