... no i gdyby nie te kury, już chyba byłoby po nim.
Przez parę następnych lat nie wiedział (do dzisiaj zresztą nie wie), dlaczego akurat kury - ale mniejsza z tym. I tak się przecież nigdy nie dowie. Kury i już. Zresztą nie bardzo mu się nawet chciało teraz nad tym zastanawiać. I tak było po wszystkim.
Jasna dupa, ależ to był cug! Nie pierwszy bynajmniej, ale teraz już od ładnych paru lat - ostatni. Trwało to paręnaście miesięcy, przy czym w trakcie tych ostatnich połówka na dobę już nie starczała - musiał w siebie wciągnąć co najmniej jakieś 700-800 gramów, żeby te trybiki w środku chciały się obracać. Za to jak już miał w sobie, ile należało, chodziły jak w najlepszym szwajcarskim zegarku. Aż za dobrze chodziły. Wykańczało go to, bo jak się okazywało, mózg nie może przez całą dobę pracować na najwyższych obrotach. Może się przegrzać, a nawet zatrzeć.
Zawsze miał ciągoty do samotniczego życia, ale teraz wszystko tak mu się jakoś spasowało wręcz idealnie. Sam w wynajętym mieszkaniu; w bloku naprzeciwko, trzy piętra niżej, czynny przez całą dobę sklep monopolowy. Nie czuł specjalnej potrzeby kontaktu z ludźmi, chociaż właściwie przez cały czas kontakt z wieloma osobami miał - nie dlatego, żeby mu na nim zależało, ale po prostu tak to już wychodziło z życiowych układów. Problemów z pieniędzmi żadnych, masa zleconej roboty, którą mógł robić nie wychodząc z domu - tyle co na pocztę, żeby odebrać kolejny przekaz.
Na sen zawsze szkoda mu było czasu, dlatego nigdy nie zwracał jakiejkolwiek uwagi na porę doby (dniem tygodnia też się zresztą nigdy specjalnie nie przejmował). Wydawało mu się, że jeżeli będzie spał, obojętnie jak długo, coś mu ucieknie, coś straci, z czymś nie zdąży. Nie próbował jednak tego zmieniać. Mówił sobie, że tak to już pewnie ma być - pięćdziesiątka parę lat temu przeżyta, strefa cienia już chyba przekroczona, albo właśnie przekraczana. Bliżej już chyba, niż dalej, dlatego trzeba zacząć cenić czas. Pracował na dobrą sprawę bez przerwy. Jadł tylko wtedy, kiedy poczuł głód. No i pił - kiedy poczuł potrzebę. Czuł często. Za towarzystwem nie tęsknił, zresztą od dawna wiedział, że przy piciu zawsze najbardziej odpowiada mu jedno konkretne towarzystwo - własne.
Mózg pracował przez cały czas na pełnych obrotach, tak jakby alkohol pompował mu adrenalinę pod maksymalnym ciśnieniem. Nawet kiedy nic konkretnego nie robił, kiedy szedł do sklepu po pieczywo (albo po uzupełnienie niezbędnego paliwa), we łbie przez cały czas trwał nieustający nawet na sekundę, gorączkowy monolog. Nie był przyzwyczajony do myślenia obrazami, czy pojęciami - myślał zawsze pełnymi, precyzyjnie formułowanymi zdaniami.
Od pewnego momentu monolog przeszedł w dialog. Nie od razu to zauważył, ale po paru odkryciach, że pewne myśli, do których chciał po jakimś czasie wrócić, zostały kiedyś wcześniej w jego głowie jakby "wynegocjowane", o ile nie "wykłócone", zaczął dopiero zwracać na to uwagę. Rzeczywiście - dyskutował, kłócił się sam ze sobą. Nie był to wynik życia w odosobnieniu, bo przecież w żadnym towarzystwie nigdy nie uchodził za szczególnie rozmownego. Już raczej wynik ciągłego nakręcania myśli przez wódkę. Po jakimś czasie "ten drugi" w jego głowie okazał się niezastąpionym ratunkiem. Zresztą tak na dobrą sprawę nie zastanawiał się nawet, który jest pierwszy, który drugi.
Rzeczą, od której w pewnym momencie zaczęło się dołowanie, okazał się brak snu. Znajomi wzruszali ramionami, kiedy wspominał na przykład, że nie śpi piątą dobę - wydawało im się to niepojęte. Był jednak w takim transie, że nie czuł choćby najmniejszej potrzeby spania. Zresztą nie miał czasu - przechodził płynnie od jednego zajęcia do kolejnego, cała doba była szczelnie wypełniona.
Nie planował przyszłych czynności dalej niż na godzinę albo dwie do przodu; wiedział, że kiedy skończy zajmować się jedną rzeczą, zaraz zajmie się czymś innym - i będzie to sprawa równie ważna i potrzebna, jak wszystkie poprzednie.
Od jakiegoś czasu coś zaczęło się psuć w otoczeniu. Nie wiedział z początku, na czym to polega, ale wkrótce zorientował się, że jakby zmieniła się geometria przestrzeni wokół niego. Po prostu kąty przestały się sumować do pełnego. Zawsze albo ściany dokoła jakoś się zaciskały, parły na niego, albo jakby rozłaziły gdzieś na boki. Zawsze było albo za malo, albo za dużo miejsca. Wkrótce zaczął to odbierać jako zagrożenie. Nie wiedział, na czym polegało, ale postrzegał to jako zapowiedź niebezpieczeństwa, które mogło się pojawić w dowolnym momencie. Początkowo myślał, że ma po prostu zmęczone oczy, ale kiedy zaczął się dokładnie przyglądać otoczeniu, miał już pewność, że coś się zmienia. Ani na lepsze, ani na gorsze - po prostu świat staje się inny. Same przedmioty były takie, jak zawsze, ale optyczna perspektywa, w której je widział, ulegała wyraźnemu zaburzeniu.
Potem doszło falowanie płaszczyzn. Tak jakby pod powierzchnią gładkiej zawsze ściany coś pełzło. Gdzieś pod tynkiem, albo pod kafelkami na podłodze łazienki. Coś niedużego, ale niezaprzeczalnie groźnego. Nie wiedział, dlaczego to miało być groźne, ale nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Fizycznie niby niezbyt duże - ale na pewno cholernie niebezpieczne. Tu z pomocą przychodził "ten drugi". Tłumaczył, uspokajał - przestań, idioto, te kafelki są twarde i gładkie, pod nimi nic nie ma, bo nic tam przecież przecież być nie może. Nie bądź kretynem, we łbie ci się pieprzy z niewyspania i od wódy. Pozostała część mózgu wyjaśnienia przyjmowała, ale gdzieś zawsze kluła się jakaś pomysłowa koncepcja: jakby tak wstać, udać, że się na to nie patrzy, pójść trochę bokiem, zajść tak niby przypadkiem od tyłu, skoczyć niespodziewanie na to draństwo - i rozdeptać na miazgę...
Dalej było już tylko gorzej. Nie bardzo pamiętał szczegóły, może zresztą bronił się przed ich pamiętaniem. Były zmieniające się rysy twarzy u ludzi w sklepie, były jakieś przemykające za plecami cienie, widziane tylko kątem oka, chociaż wiedział, że jest w domu sam. Utkwił mu w pamięci jeden przypadek: około południa wracał do domu, przed nim szedł jakiś młody chłopak w bluzie z kapturem. Dość długo nie mógł go wyprzedzić - nie śpieszyło mu się, ale jakoś denerwował go ten facet przed nim. Przyśpieszył wreszcie kroku. Wymijając chłopaka zerknął na jego twarz. Twarzy nie było. Po prostu - pusty w środku kaptur. Jakby wypełniony ciemnością. Chciał zobaczyć dłonie, ale chłopak trzymał ręce w kieszeniach. Wrócił do domu mokry jak mysz. Dopiero dwie szybkie sety uspokoiły dygotanie kolan.
Były też rozmowy przez okno - podchodzili znajomi, czasem zatrzymał się ktoś widziany po raz pierwszy, żeby zamienić parę słów. Rozmawiając z nimi wiedział doskonale, że jest na trzecim piętrze, że wszystkie te sytuacje nie mają najmniejszego sensu, ale w jakiś dziwny sposób nie czuł się nimi zaskoczony ani zaniepokojony. Ktoś przyszedł i gada - widocznie miał ochotę pogadać, więc przyszedł.
Coraz mniej chętnie wychodził z domu, zaczął się też trochę obawiać wizyt znajomych. W ostatnim czasie zbłaźnił się parę razy, mówiąc o rzeczach absolutnie (dla niego) pewnych, które okazaly się kompletnymi bzdurami, powstałymi wyłącznie w jego głowie. Orientował się już, że zdarzają mu się momenty zasypiania, najczęściej na siedząco, na parę czy paręnaście minut, podczas których śniły mu się najrozmaitsze rzeczy. Zawsze ściśle związane z bieżącymi sprawami, dlatego nie skłaniające do zastanawiania się po przebudzeniu. Te krótkie sny były niezwykle szczegółowe, niesłychanie plastyczne, z ogromną ilością szczególików, które nawet następnego dnia pamiętał bardzo dokładnie. Dlatego parę razy opieprzył kogoś, kto nie zadzwonił, chociaż się nie umawiali, albo - co gorsza - zjawiał się u kogoś zgodnie z umową. Rzecz w tym, że "umowa" pochodziła z tej rzeczywistości równoległej, przeżytej podczas krótkich drzemek.
Nadal sypiał (a przynajmniej wiedział o tym, że zasypiał i budził się) po godzinie lub dwie na dobę, ale teraz zaczynało go to już niepokoić. Coraz wyraźniej docierało do niego, że balansuje gdzieś na pograniczu dwóch światów, dwóch rzeczywistości - przy czym obie wydawały mu się dokładnie tak samo realne. I coraz większy problem zaczynało stanowić precyzyjne rozróżnianie, które elementy pochodzą z którego świata. Ich mieszanie ze sobą prowadziło do takich właśnie idiotycznych wpadek.
Był też coraz bardziej pewien, że długo to już nie potrwa. I że nie będzie żadnych zapowiedzi, czy stopniowego zaniku kontaktu z rzeczywistością. Coraz częstszych lub coraz dłuższych pobytów "tam". Wszystko odbędzie się zwyczajnie, po prostu jego mózgowe manele spakują się samoczynnie i przeniesie się razem z nimi do tego drugiego świata. Tam, gdzie kąty nie sumują się we właściwy sposób, a sukinsyństwo spod tynków wreszcie będzie mogło go dorwać. Ale się ucieszą, france cholerne!
Skończyło się dość nagle. W trakcie kolejnej rozmowy przez okno z którymś z kumpli (nie pamiętał już teraz kompletnie, kto to był) przestał mu smakować papieros, więc zgasił go w stojącej na parapecie popielniczce. Coś z tym papierosem było nie tak, nie chciał zgasnąć, tlił się wciąż przy filtrze, więc dusił go coraz mocniej.
Nie wiedział, czy obudził go ból, czy smród spalenizny. Oczywiście nie było żadnej popielniczki, żadnego parapetu. Papieros za to był - teraz tlił się zgaszony na udzie, jakieś dziesięć centymetrów powyżej kolana. Śmierdziało cholernie, piekło mniej więcej tak samo. Siedział w fotelu, całkowicie przytomny i bezgranicznie wściekły. Tak wściekły nie był chyba od ładnych paru lat. Lodowata złość po prostu go dławiła. Podniósł stojącą na brzegu stołu prawie pełną szklankę wódki i wypił duszkiem. Kieliszkami przestał sobie zawracać głowę parę miesięcy temu, zresztą gorzała wchodziła mu od pewnego czasu bezproblemowo, zupełnie jak woda. Zauważył, że wódka jest dość mocno zimna, a ponieważ noc była akurat upalna, wiedział, że nie mógł spać dłużej, niż parę minut.
Dodatkowo przeraziła go perspektywa sfajczenia się w zamkniętym mieszkaniu. Widział takie historyjki w telewizji, tyle że tam chodziło najczęściej o ostatnich meneli. No, czyli jest fajnie.
Przeszedł do kuchni, wyjął z lodówki dużą butelkę finlandii, w której została jeszcze przeszło połowa, pociągnął parę dużych łyków, po czym całą resztę wylał do zlewu. Kiedy resztki płynu znikały z bulgotem gdzieś w kanalizacji, poczuł piekielny strach. Nie dlatego, że chciał się jeszcze napić - po prostu wyobraził sobie, co będzie, kiedy będzie się musiał napić. A wcześniej czy później będzie musiał, wiedział to aż za dobrze. Stał nad zlewem z tą pustą butelką i czuł, jak trzęsą mu się kolana. Nie chciał w tej chwili pić, ale też nie chciał zostać ze świadomością, że nie ma się czego napić.
Powlókł się z powrotem do pokoju i wyjrzał przez okno. Ktoś właśnie wychodził z monopolowego - czyli czynny. Wiedział, że musi tam zejść, tyle tylko, że bał się, jak jasna cholera. Zejście na dół, przejście tych kilkudziesięciu metrów, kupienie nowej wódki i powrót - wszystko to wydawało mu się absolutnie niewykonalne. Zwyczajnie się bał. Nie myślał o jakimś konkretnym niebezpieczeństwie - wszystko było niebezpieczne i groźne. Jednocześnie wiedział też, że musi to zrobić. Musi, choćby nie wiem co.
Siedział w fotelu chyba z godzinę, zanim odważył się niepewnie wstać, założyć buty i wyjść. Nie wiedział, jak dotarł do sklepu, jak kupił wódkę, ani jak wrócił. Ale teraz na stole stała już świeżutka, nowiutka, dziewicza, przepiękna butla finlandii. Już było bezpiecznie. Zaniósł wódkę do lodówki i wrócił do pokoju. Nie będzie pił. Koniec, szlaban, szlus. Dosyć. Wystarczy. Wystarczy, jak jasna cholera. Nie chodziło o jakieś historie ambicjonalne - po prostu wiedział, że jeżeli pociągnie to dalej, będzie po nim. Trzaśnie ta coraz słabsza niteczka, która pozwala mu jeszcze wracać do realnego świata z coraz częstszych wypadów "tam". A wtedy finał przestaje być do przewidzenia, chociaż prawie na pewno albo kogoś zaatakuje, bo uroi sobie jakieś zagrożenie - albo zaatakuje siebie, żeby wyrwać się z całej tej karuzeli.
No dobra, facet. Teraz będziemy trzeźwieć. Tak, tylko musimy sobie najpierw przypomnieć, jak to jest - być trzeźwym. Przez moment miał wściekłą ochotę na pożegnalną lufę - ale jakoś udało mu się przetłumaczyć sobie, że nie jest pijakiem niedzielnym, który wczoraj pochlał, a dzisiaj musi sobie strzelić piwo. Zresztą wypita godzinę temu wódka ciągle trzymała go jeszcze na jakich takich obrotach. Nie musisz. I nie będziesz.
Kilka lat później ktoś go zapytał, jak to możliwe, że przestał. Bez odwyku, bez żadnych AA i tym podobnych - on, który pił przez całe życie, albo i dłużej. Wyjaśnił, że warunkiem koniecznym jest tutaj uzyskanie odpowiednio wysokiego stopnia nienawiści do siebie. Takiej nienawiści, która aż dusi. Takiego obrzydzenia, że na samą myśl o sobie można wyrzygać odbytnicę. Tyle tylko, że to z kolei wymaga głębokiego, ostatecznego zanurkowania w szambie. Pluskanie się w strefie przypowierzchniowej nie pozwala się nawet domyślić, jaki prawdziwy gnój czeka tam, przy samym dnie.
Wiedział, że najgorsze dopiero się zacznie. Ćwiczył ten temat już ładnych parę razy. Gonitwa myśli, niezborne ruchy, dygotanie całego ciała. Organizm zacznie wierzgać, kiedy nie dostanie dawki, do której go przyzwyczajał przez długie miesiące. Będzie słaby, jak nowonarodzone kocię, będzie się pocił parszywym, tłustym potem, wóda będzie z niego wyłazić wszystkimi porami. Już przez to przechodził, wiedział więc, czego może się spodziewać. Dwie deliry miał już na rozkładzie. Kusiła go jeszcze jedna lufa, żeby jakoś łagodniej wejść w całe to cholerne katharsis. Uparł się jednak, zresztą poparzona noga przypominała mu przez cały czas, do jakiego punktu udało mu się dojechać z piciem.
Chcesz, wypij. Stoi w lodówce. Ale tam, po drugiej stronie rzeki jest składowisko odpadów na Henrykowskiej. Daleko nie masz. Idziesz, kładziesz się, i zostajesz. Nigdzie się już nie ruszasz. Chociaż raz właściwy materiał znajdzie się na właściwym miejscu. Czyli jak chcesz.
Wziął ze stołu gazetę i spróbował coś przeczytać. Nie dało rady. Nie rozumiał niczego z tego, co czytał; jakikolwiek artykuł zaczynał, po jednym zdaniu wydawał mu się beznadziejnie głupi, błahy i nieistotny. Marnowanie papieru. Lepiej było od razu to zemleć i przerobić na toaletowy. Byłby chociaż jakiś pożytek. Mać.
Położył się z książką i zaczął czytać. To samo, czyli nic. Zaczynała się typowa dla takich sytuacji gonitwa myśli, chociaż próbował się skupić na czytanej treści. Nie dawało rady. Leżał nad książką z zamkniętymi oczami, podparty na łokciu. We łbie wirowało nieziemsko. Przygotowywał się już na późniejsze atrakcje. Cokolwiek byś, idioto, zobaczył, to nie będzie prawda. Jesteś tutaj. Tutaj i tylko tutaj. Nie daj się tylko wpuścić w jakiś cholerny kanał.
To nie było spanie, tylko jakieś płynięcie w szarobiałej wacie. W jakimś zgęstniałym powietrzu, stawiającym wyczuwalny opór. Stracił zupełnie poczucie czasu, nie miał pojęcia, jak długo to już trwało.
I już był tam. W miasteczku, zupełnie nijakim, prowincjonalnym do bólu. Od razu zwrócił jego uwagę kolor powietrza - zresztą potwierdzało się to przy wszystkich kolejnych powrotach, niby znak firmowy tego miejsca. Powietrze było jakieś takie mosiężne. Nie wiedział, dlaczego skojarzył to akurat z mosiądzem, ale pozostawiało w ustach jakiś metaliczny, może miedziany, posmak. Trochę tak, jakby samo świeciło złotawym blaskiem, nie zakłócając jednocześnie kolorów wszystkich przedmiotów.
Miasto miało niemożliwą do natychmiastowego ogarnięcie, niesamowicie pokręconą, zwariowaną topografię. Gdziekolwiek by się szło, zawsze albo wchodziło się pod górę, albo skądś schodziło. Po jakimś czasie (i paru powrotach) zaczął się w końcu orientować w rozkładzie tego miasteczka, odkrył nawet parę skrótów, które pozwalały na szybsze przemieszczenie się pomiędzy charakterystycznymi punktami. Niektóre okolice były bez znaczenia, nic się w nich dziać nie mogło (czuł to, były tylko dla uzupełnienia niezbędnej dla logiki snu przestrzeni), ale inne były bardzo, ale to bardzo istotne. Stanowiły punkty kluczowe dla ciągu dalszego.
Z pierwszego spotkania nic nie zrozumiał. Był w jakimś pustym budynku, przypominającym stodołę. Ogromna kubatura, bez żadnych ścian działowych, po prostu olbrzymia jakby hala. Przez szerokie szczeliny w dachu z desek wpadało to mosiężne światło. Na ziemi skrzynki, puste szafy, jakieś wielkie stare meble, które trzeba było omijać. Za jednym z takich jakby załomów, na ułożonych na ziemi deskach siedział facet, mniej więcej dwudziestoletni. W samych spodniach, szczupły, z długimi, jasnymi włosami i rudawą brodą. Przypominał wzorcowego hippiesa, gdzieś tak z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W kąciku ust miał dopiero co zapalonego papierosa, patrzył i uśmiechał się ponad wszelką wątpliwość porozumiewawczo.
Zbliżał się do faceta, starając się nie wpatrywać w niego zbyt natarczywie. Nadawał swojemu spojrzeniu pozór całkowitej obojętności. Kiedy był o jakieś dwa kroki od długowłosego, ten przechylił nagle w jego kierunku nagi tors. Zawirowały wbite w sutki dwa łańcuszki, może dwudziestocentymetrowe. Zdążył zauważyć, że oba wirowały w przeciwnych kierunkach. Odskoczył o dwa kroki do tyłu, usilnie starając się zachować pozory obojętności. Zmuszając się, aby nie biec, przez pozbawioną drzwi framugę wyszedł na zewnątrz.
Spotykał potem całą masę ludzi. Rozmawiał z nimi, zamieniał po parę zdań, ale jakby przez skórę czuł, że nie są to osoby istotne, że spotkania z nimi jedynie prowadzą gdzieś dalej. Że spotkania z tymi ludźmi stanowią tylko etapy. Że doprowadzą go w miejsca znacznie ważniejsze, mogące mieć jakieś naprawdę istotne, kluczowe znaczenie. Coś się w tym mieście kryło, miał takie dziwne wrażenie, że na coś jest jakby naprowadzany - nie wiedział tylko, na co. Nie trafił tu bez przyczyny, gdzieś musi być jakieś drugie, a dalej może kolejne, dno.
Przez cały czas nie tracił świadomości, że leży w łóżku, a to, co obserwuje, jest tylko snem. Nie takim zwyczajnym, kolejnym, jednym z wielu snem. To wszystko miało jakiś cholerny sens, jakąś logikę, której tylko skrawek jest w tej chwili przed nim odsłaniany. Miał przeczucie, że przyjdzie czas na kolejny kawałek, później znowu kolejny. W tej chwili najwyraźniej zasłużył sobie na to, żeby pokazać mu akurat tyle, ile widzi. Jeżeli się sprawdzi, jeżeli odgadnie jakąś ukrytą intencję, na pewno zobaczy więcej. Gdzieś w tym wszystkim musi być jakaś idea, jakiś klucz, którego rozszyfrowanie pozwoli na zrozumienie całości. Na razie wie tyle, ile wie, na ciąg dalszy czas przyjdzie pewnie dopiero później. Nie ma się co gorączkować, na rozgryzienie całości jeszcze najwyraźniej nie pora. Obudził się, rozejrzał po doskonale znanych szczegółach pokoju. Wszystko się zgadzało. Postanowił sprawdzić: czy uda mu się wrócić na taką ciasną uliczkę, prowadzącą na tamten senny skwerek. Ten tam, w tym złotawym powietrzu.
Udało mu się. Prawie dokładnie w chwili, kiedy poczuł, że zasypia, już tam był. Uliczka była taka jak przedtem, po prostu ta sama. Nic się nie zmieniło. Jakby nigdzie z niej nie odchodził. No dobra, a może to jest ten klucz? Że jest prawie jednocześnie tu i tam, na tej uliczce i w łóżku? Nie, chyba nie. To byłoby za proste, trudno byłoby wysnuć z tego jakiś głębszy pomysł. W porządku, skup się na tym, co masz. Sprawdź, co to miasto jeszcze dla ciebie szykuje, czym jeszcze spróbuje cię zaskoczyć. Ale od pewnego momentu nie zaskakiwało. Po prostu było takie, jakie było, a on już zaczynał się przyzwyczajać do swojej wiedzy o nim. Wiedział, że pewne rzeczy nie mogą się w tym miejscu zdarzyć, bo najzwyczajniej nie mogą. Inne natomiast będą najzupełniej naturalne. Zauważył, że niektórzy już zaczynają go rozpoznawać na tych pokręconych uliczkach. Nie dochodziło do żadnej wymiany zdań, nie rozmawiali - ale widział, że patrzą na niego jakoś tak porozumiewawczo, wiedzą kim jest. Ten wyraz porozumienia w ich wzroku był nie do pomylenia z niczym. Oni najzwyczajniej go znali, wiedzieli, kim jest. I to najgorsze - oni jakby wiedzieli, że nie jest STĄD. Że to nie jego świat, on jest tu tylko przelotem, tak jak przylazł, tak i zniknie. A oni zostaną, bo to oni są u siebie. We wzroku tych ludzi bylo jakieś porozumiewawcze mrugnięcie - no dobra, jesteś już, to bądź. Ani ty pierwszy, ani ostatni.
Zgubił rachubę czasu. Podczas kolejnych przenosin tam i z powrotem pomyliły mu się pory doby tu i tam. Postanowił ustalić - a czuł jakoś, że ma do tego wszelkie prawo - że w obu światach jest ta sama godzina. Tak będzie znacznie prościej. I bezpieczniej. Mniejsze niebezpieczeństwo, że się pogubi. Przez cały czas nawet na moment nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Wiedział, że poniewiera go kac. Nie jakiś zwyczajny kac, bo zwyczajnego to można mieć po jedno, czy dwudniowym pochlaniu. Taki marny, mizerniutki, witkacowski pochmiel. A to jest kac przez duże "K", idioto, bo masz zaliczonych kilka miesięcy łojenia. Nie zwariuj. Nikt nie chce ci zrobić krzywdy. Masz jednego, jedynego wroga - własny mózg. Jeżeli on ci czegoś nie wywinie, o całą resztę możesz być spokojny. Tylko nie zwariuj. I nie uwierz w nic, co widzisz, albo jeszcze zobaczysz. Bo cholera wie, co jeszcze możesz zobaczyć. Zapowiada się w każdym razie nieźle, ale już to ćwiczyłeś. Kurwa mać, tylko nie zwariuj. Będzie kiepsko, na pewno - ale tylko nie oszalej. Dasz radę.
Po kolejnym powrocie do świata z mosiężnym światłem siedział na ławce z trzema kurami. Na tym znanym już z wcześniejszych wizyt skwerku. Były wzrostu i postury przeciętnego człowieka, chodziły na dwóch nogach, niemniej ponad wszelką wątpliwość były to kury. Starał się nie przyglądać ich twarzom (twarzom, jasna cholera!), zdawał sobie jednak sprawę, że każda z kur była inna. Z kurami, jasna cholera, z kurami! Przeleciał w myśli "dzieła wszystkie" Freuda - wszystko tam było, ale kur na pewno nie. Jeżeli już, to może jakieś w lateksach, i z pejczami. Te nie miały pejczy. Miały torebki. To cholerne, popieprzone ptactwo miało torebki! Torebki, marwa kuć, jakieś porypane torebki z lat - może - sześćdziesiątych. Sporo widocznie musiały dla nich znaczyć, bo trzymały je bardzo starannie na kolanach. CZYM?! Łapami, rękami, skrzydłami? W dodatku kury siedzące "po ludzku" na ławce, dwie po jego lewej, jedna po prawej stronie... Nie za dużo tego? W każdym razie miały te cholerne torebki, i coś w nich najwidoczniej było, bo zaglądały do nich, coś wyjmowały, coś potem chowały, znowu wyjmowały... Nie przyglądał im się zbyt uważnie, zresztą nie chciał być posądzony o jakąś głupią natarczywość.
Zwróciło jego uwagę, że "tam" bez przerwy stara się być możliwie jak najbardziej uprzejmy i delikatny. Nikogo nie urazić, nie zdenerwować, nie powiedzieć ani nie zrobić niczego głupiego. Wiedział już, że wszystkie te postacie ze snu (kto w końcu - fantomy, awatary jakieś?!) nie są mu w najmniejszym choćby stopniu nieżyczliwe. Mało, wyczuwał u nich jakąś swego rodzaju pobłażliwość, jakąś sympatię - ale graniczącą jednak z politowaniem. Na pewno nie bał się ich, nie obawiał się, że może dostać w dziób od kogoś, kto źle odczyta jego intencje. Zresztą w dziób też nieźle dać potrafił, więc nie to akurat stanowiło problem.
Zaczęło go zastanawiać, że leżąc w łóżku (czyli jakby po powrocie) nie bardzo pamięta treść rozmów z kurami. Tam, w tamtym miasteczku, był jakoś na nich całkowicie skupiony, nic mu nie umykało, wiedział doskonale, o czym rozmawiają, sekunda po sekundzie. Tu miał tylko ogólne wrażenie - wiedział, że o czymś gadali, potem skończyli. Było tylko bardziej jakieś przeczucie tematu rozmowy, niż sam temat. Pamiętał też, że starał się kurom zbyt natarczywie nie przyglądać. Znał je już jednak na tyle dobrze, że nigdy nie miał jakichkolwiek wątpliwości, z którą z nich akurat rozmawia. Nie był w stanie ich pomylić.
Zresztą każda była inna. Każda miała jakieś swoje problemy, których nie miały pozostałe; zorientował się też, że dwie z nich niezbyt się nawzajem lubią. Dlaczego trzymają się razem, nie wiedział, ale widocznie miały jakieś swoje powody.
Spróbował przeanalizować, jakie właściwie są te kury. Nie, przesadnie błyskotliwe na pewno nie były. Fajerwerków intelektu trudno by się u nich doszukać. No to jakie były? Wreszcie chwycił - one były cholernie UPORZĄDKOWANE PSYCHICZNIE. Uporządkowane do bólu. Cholernie porządne psychicznie, pieprzone kury. Miały jakieś cholernie porządne spojrzenie na świat. Czuł jednocześnie, że są dobre. Dobre, kurwa, jak to kury. Nie chodziło o to, że coś oceniają na bieżąco. Nie, one po prostu z góry wiedziały, co jest dobre, co nie. Z góry, france, wiedziały, O żesz mać, kury.
Litości, dlaczego akurat kury?! Przez całe życie z kurami miał tyle do czynienia, co na talerzu. A z kogutami tyle, że z ich piór szyjnych robił jeżynki do suchych much. Przepity łeb zachował jeszcze odrobinę przytomności - jeżeli wspomnisz o tym talerzu, będziesz miał przerypane, jak nikt przed tobą i nikt po tobie.
Niepokoiło go trochę, że oś zdarzeń w jego równoległym świecie stanowią ptaki, które można uznać za tak nieszkodliwe i niegroźne. Gdyby chodziło o jakieś drapieżniki, czy zwierzęta w ogóle nieistniejące w rzeczywistości, uznałby to za bardziej naturalne. Wiedział, że teraz właśnie wyłażą z niego wszystkie podświadome strachy, w ciągu ostatnich miesięcy bardzo skutecznie eliminowane przez gorzałę. W jakichś sennych, fikcyjnych bytach będą się musiały zagnieździć. Ale w kurach? Czy kurę można w ogóle skojarzyć z jakimkolwiek niebezpieczeństwem, z jakimś zagrożeniem? Nonsens. A może to dopiero wstęp do wstępu? Taka sielanka dla zmylenia przeciwnika, właściwy psychobal zacznie się dopiero później? Kury. Drób pieprzony.
Krążył tam i z powrotem pomiędzy łóżkiem i tamtym miasteczkiem. Nie sprawiało mu to żadnej trudności. Mało tego - będąc "tam" wiedział, że jednocześnie leży w łóżku, zdawał sobie też sprawę z dokładnego momentu kolejnej przeprowadzki w dowolną stronę. Postanowił przeprowadzić sprytny eksperyment - sprawdzić, czy uda mu się wrócić do konkretnego punktu w topografii miasteczka. Wybrał charakterystyczne miejsce, z którego blisko już było do skwerku z kurami - i całkowicie świadomie obudził się. Pamiętał, gdzie to nastąpiło. Zobaczymy, czy przy kolejnym zasypianiu uda się trafić w to samo miejsce. Udało się bezbłędnie.
Alkohol po trochu z niego wyłaził; wiedział, że nie da się draństwa pozbyć w godzinę lub w tydzień. Mijała trzecia doba bez wódki. W trakcie krótkich drzemek, podczas których nie trafiał do swojego (już prawie "swojego"!) miasteczka, śniła mu się gorzała. Niesamowicie intensywnie, niesamowicie plastycznie - szukał szklanki z wódką, i po chwili ją znajdował. Najczęściej tuż obok stała pełna, albo prawie pełna półlitrówka. Eden, Arkadia. Widział dokładnie oleiste spływanie cieczy po ściankach, lekko zaparowanych od zewnątrz. Chwytał szklankę rozpaczliwie, wstrzymywał oddech i pił, pił, pił. Czekał na tego pierwszego, radosnego kopa w żyłach i bebechach, dającego takie ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Zamiast tego budził go ból gardła, obolałego od łykania powietrza.
Z tych drzemek budził się nagle i bardzo boleśnie. Nie było tego łagodnego przejścia pomiędzy światami - był po prostu rzucany jak wór na zmiętą pościel. Nie kąpał się od trzech dni. Nic nie jadł, był słaby jak szczenię. Bał się wejść do wanny. Mógł zasłabnąć, mógł się pośliznąć - przy tych upałach, zanim by go znaleziono, smród jego ścierwa zdążyłby chyba powybijać okna i rozsadzić ściany. Po takich przebudzeniach najczęściej dopiero po paru minutach docierało do niego, gdzie jest i co się dzieje. Przypominał sobie o wódce w lodówce (fajnie się już pewnie zdążyła zmrozić...), ale konsekwentnie pokazywał jej wała. Nie rwało go do niej ani odrobinę mniej, niż pierwszego dnia, ale teraz pojawiała się już jakaś niechęć do zmarnowania dotychczasowej, trzydniowej gehenny.
Telewizji nie znosił nigdy, za to muzyka zawsze stanowiła bardzo ważną część jego życia. Słuchał płyt przez całe życie, zbierał je przez całe życie - kiedyś winyle, później kompakty. Mógł słuchać zawsze. Ale nie w tej chwili. Teraz w mieszkaniu panowała martwa cisza. Najlżejszy szmer powodował przenikliwy ból w samym środku mózgu. Raziło go światło. A więc - pozamykane okna, zaciągnięte zasłony. Byle jakoś przetrwać to najgorsze. Na razie nic się nie poprawiało, ale przecież to dopiero początek.
Kiedy nie spał, zastanawiał się nad całkowitym brakiem konsekwencji marzeń sennych. Wiedział od zawsze, że logika snu jest niebywale wręcz pokrętna i paradoksalna, ale teraz naprawdę zaczynało go to coraz bardziej ciekawić. No bo jak to możliwe, że kiedy we śnie zadaje komuś pytanie, nie zna na nie odpowiedzi? I pytanie, i odpowiedź, są przecież generowane przez jego własny mózg. Przecież i "on", i "ten drugi" z jego snu, to tylko wytwory jego mózgu. Fantomy, takie jednorazówki wytworzone przez śpiący umysł wyłącznie na potrzeby tego jednego snu. Kiedy się obudzi, "tamten" przestanie istnieć, a "on sam" nie będzie miał nic wspólnego z nim. Byli - i już ich nie ma. No, może nie do końca - przecież we śnie pamiętał, czy też to, co we śnie było nim, "pamiętało" wiele faktów i spraw z jawy.
Głupoty. No dobrze, ale kiedy we śnie idzie ulicą i wychodzi zza jakiegoś narożnika, prawie nigdy nie wie, co za nim zobaczy. Jak może nie wiedzieć?! Jak cokolwiek we śnie może go samego zaskoczyć? Przecież to, co jest za tym rogiem, też tworzy się wyłącznie w jego głowie. Nie istnieje w sposób całkowicie niezależny, nie stwarza tego nikt inny, nikt inny tego nie śni, to w ogóle nie istnieje bez niego. Jest w nim, i tylko w nim - i tylko kiedy śni.
Dobra, daj już spokój. Byle ci się tylko nie przyśniło piętrowo, że coś ci się przyśniło. Wtedy po przebudzeniu już pewnie przegrzana para pójdzie ci uszami. Uspokój się, przecież wiesz, co się z tobą dzieje. I dlaczego.
[...]
warunkiem koniecznym jest tutaj uzyskanie odpowiednio wysokiego stopnia nienawiści do siebie. Takiej nienawiści, która aż dusi.
Dobra lektura. A te kury? Znałam kiedyś kogoś, kto rozmawiał ze smokami. Były zielone i ponoć przyjazne. Wtedy słyszałam tylko, że ponoć bywają białe myszki i bezwględnie smoki nie pasowały do tej teorii. Kury pewnie tez nie , ale widac bywa.
Ciekawie poprowadziłeś to studium i przyznaję, że czytanie mnie pochłonęło.
Moje pozdrowienia
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty