POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Michał Witold Gajda /misza/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 70
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 19054
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2017-01-19, 08:58   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.

Jimi Hendrix

podkręć wzmacniacze wyobraźni
w tle gitary zadudni nieśmiertelny
totentanz w błocie Wietnamu i Woodstock
gdy głos śmierci stanie się wyraźny
pusty całun białego ekranu
przywróci na jedną chwilę
odciśnięty cyfrowo zarys twarzy


Piosenka dziadowska Jewgienija o podróży polską koleją

Jewgienij Piurnonsensowicz

Drodzy ludkowie, poznajcie mą mękę;
bo podróżować wypadło koleją.
Tłum potępieńców przed kasy okienkiem.
Cuda się dzieją.

Z biletem w zębach, na peronie, wreszcie;
gdy z megafonu głos popłynął szczery,
że opóźniony ekspres minut dwieście
trzydzieści cztery.

Trwoga i lament, twarze zapłakane.
Niejeden śmiałek, nie bacząc na błoto,
przyjął na drogę ostatni sakrament,
ruszył piechotą.

Pojazd nadjechał, anioły zagrały
na krętych rogach, gromkie: Gaude Mater.
A w chwilę potem, świat był mleczno biały,
za szyby matem.

Ciągle jedziemy, stłoczeni jak dorsze.
Ciemno i zimno, gęsty smród się niesie,
Lecz nie narzekam, miejsce mam niezgorsze.
Tuż przy sedesie.

Podróż bezsenna, ciągle w dal, nieznaną.
Żegnajcie mili, będę was pamiętał.
W domu się zjawię może na Wielkanoc.
To także święta.


Wigilia u Piurnonsensowicza

Jewgienij Piurnonsensowicz

Kruk chodził pod latarnią, by się w świetle ogrzać,
gdy bydełko kolędy ryczało w oborze.
W taki wieczór zabronić mu tego nie można.
Nawet świnie śpiewają, choć robią to gorzej.

Karp zdawał się spoglądać lękliwie z półmiska,
barszcz mienił się w jak rubin na białych talerzach.
Zanim siedli za stołem, Jewgienij wyściskał
domowników, choć wzrokiem do jadła już zmierzał.

Pegaz sianko wyżerał i spluwał haiku,
Erato żeglowała w zaspach białych wierszy.
Takich masz Jewgieniju, stałych biesiadników
- stara muza i wałach, do żarcia wciąż pierwszy.

Jasna gwiazda przemknęła przez niebo w cekinach,
rozprysła się na części, tyle - ilu ludzi.
Coś starego odchodzi, a nowe zaczyna,
nocą, która śpi cicho. Nie trzeba jej budzić.

WESOŁYCH ŚWIĄT!

P.S. Mój komputer - kaput.


Kiedyś

To tylko kropka na krawędzi mapy
wśród gęstej sieci cienkiej linii torów.
W to miejsce, łatwo nie uda się trafić
- pewnie nikomu.

Na deskach podłóg skrzypiących od zimna,
w zastygłym chłodzie małej poczekalni,
każda noc dłuższa niźli być powinna
a dzień zwyczajny.

Kurz pokrył szyby i po szynach goni
dzień, który zmyka do następnej stacji.
Pająk się schował w liściach pelargonii,
bo ten już stracił.

Bezludny peron pośród suchych ostów,
słucha, jak szepczą wieczorne pacierze.
Kiedyś go znajdę, jeżeli po prostu,
tylko uwierzę.


Poranny Jewgienij na chandrę

Jewgienij Piurnonsensowicz

Graj Jewgieniju, kiedy ranek chłodny;
przytul gitarę, swoją wierną żonę.
Wyślij z posłańcem skrzydlatej melodii
chwile spełnione.

Zagraj na niciach rozpiętych pajęczyn,
na szklanych dzwonkach przeźroczystej rosy.
Przegnaj listopad i nastrój wisielczy
gdy masz go dosyć

Wal akordami jak salwami z działa.
Niech się rozpieprzy cmentarny krajobraz.
Erato będzie obok ciebie stała,
piękna i dobra.

Trącając struny, obudź śpiące drzewa,
jeże w ogrodzie i wrony na bramie.
Wiosna z ballady ci wiersze zaśpiewa
o sobie samej.


Na fali

Nie widać brzegów lądu na białym ekranie,
lecz litery posłusznie składają się w słowa.
Muszę na pustej mapie swoje miejsce znaleźć
i drogę bez kompasu wytyczać od nowa.

Biały świt się zakrada przez zamknięte okna,
z cieniem nocy, skostniałej, na zdrętwiałych plecach.
W dole błyszczy ulica, bezludna i mokra,
którą deszcz jeszcze wczoraj, razem z wiatrem, przetarł

Łacińskie nazwy chorób zabrzmiały w półmroku,
jak tajemne zaklęcie do bramy Edenu.
Potem głosy ucichły i znów nastał spokój,
Łatwiej będzie do brzegu dopłynąć samemu.

Cicho drzemie przy łóżku Anioł Stróż z obrazka,
jeszcze pusto w pokoju - trwa szpitalna cisza.
Omijam rafę ciała, gdy ból się nawarstwia,
dryfując w samotności za statkiem Odysa.


Cierpienia poetyckie Piurnonsensowicza

Jewgienij Piurnonsensowicz

Jewgienij drzwi otworzył i poczuł od progu
zapach wczesnej jesieni zamkniętej w gąsiorze.
Zaczęli więc bez niego, nie mogło być gorzej;
bo Erato z Pegazem razem pić nie mogą.

Na stole stała armia wyssanych butelek,
a muza ze skrzydlatym śmiali się do szklanek.
Widać, że towarzystwo już dobrze pijane,
żwawo ciągnąc z karafki, w której też niewiele.

Pegaz dostrzegł go pierwszy, ale nie skojarzył,
tylko skrzydła rozłożył, szczerbate, jak grzebień.
Rozczochrana Erato patrzyła przed siebie
z przylepionym uśmiechem na rumianej twarzy.

Zaraz pewnie się zacznie – głucho jęknął Żenia
i skoczył, żeby znaleźć siatkę na poezję.
Wszystkie wiersze wyłapie: knoty, lepsze, niezłe.
Przepisze najsmaczniejsze, a reszta – na przemiał.

Erato wytrysnęła - sonet na sonecie;
a Pegaz jął wypuszczać seriami eposy.
Jewgienij chwyta, biega, chociaż ma już dosyć.
Musi cierpieć za wszystkich, jest poetą przecież.


Dzień na wsi

Fajansowe talerze bieleją na stole,
a makatka na ścianie, wita się Dzień Dobry.
Już czas, żeby na taki, przyszła wreszcie kolej,
po dniach, rzuconych w przeszłość - bezbarwnych i podłych.

Ożyły barwne kwiaty z malowanych dzbanków,
pachnie kawa zbożowa i bułka maślana.
W jasnej kuchni, na szybach, głodne muchy tańczą.
Wyskakują, bez końca, wiejskiego kankana.

Znudzony życiem kundel, spał przy pustej misce,
śniąc o tłustej kiełbasie i namiętnej suczce.
Nawet kot go nie zbudzi, bo zna we wsi wszystkie;
Więc powiesił na budzie napis – ŚPIĘ. NIE BUDŹCIE.

Świat popłynął w sonacie lipcowego nieba.
Tak pięknie nieprawdziwy, niby ogród boży.
Jeżeli nie istnieje, to po prostu trzeba,
zamknąć oczy i szybko - samemu go stworzyć.


Grusza

Pierwsze, chłodne poranki zaczęły już warzyć
cierpki napój - wrześniowy, ze zroszonych liści.
Codziennie bledsze niebo. Przecież coraz bliższy,
czas nadejścia jesieni o zziębniętej twarzy.

Słońcu trudniej się wspinać, dłużej błyszczą gwiazdy.
Pachną jabłka w ogrodzie, brzemienne śpią śliwy.
Tylko grusza pod płotem chyli kark swój krzywy
- bezlistna, bez owoców i z pniem obumarłym.

Zapatrzyła się w siebie. Dlatego samotność,
nie jest dla niej ciężarem – łatwiej będzie odejść;
pożegnać się z tym miejscem i powitać z bogiem
kwitnących wiecznie sadów, by znów żyć i rosnąć.


Ballada o wiejskiej madonnie

Niewinnie rozrzuciła swoje ciemne włosy,
popłynęły za plecy szerokim potokiem.
Synek usnął przy piersi, ona wzrok podnosi
na pola płodnych kłosów i niebo - wysokie.

Widzę Panią Lipową , zakochaną matkę
- dziewczęcą twarz okryła aksamitnym cieniem.
W półmroku się wydaje, że zerka ukradkiem,
jak sączę wino z wiśni i leciutko drzemię.

Długa suknia faluje, niby łan pod deszczem;
zawinęła brzeg szaty na wysmukłej dłoni.
Cicho szepcze – Pamiętaj, po to tutaj jestem,
by wszystko, co się rodzi podziwiać i chronić.

Przybyłam z kraju piasków na żyzne równiny,
pełne zbóż, polnych chabrów i bieli krwawnika.
Nowe ziarno wyrasta - wszędzie , gdzie patrzymy
- trzeba słuchać kolorów i dźwięków dotykać.

Ruszyła grzbietem miedzy – boso, bez korony;
z cichym wiatrem u boku, samotna madonna.
Zapatrzona w sokoła, który chmury gonił,
- wędrowała radosna, w lipiec otulona.


Pani w czarnej sukni

Tak blisko do wieczora. Światło dnia powoli
zasychało na szybach warstewką emalii.
Rosły cienie, a słońcu nie chciało się palić,
odpłynęło znad domów i ulicznych dolin.

Chmury spięte ze sobą niedbałą fastrygą,
lekki wiatr od zachodu za widnokrąg gonił;
kurz się lepił do twarzy i spoconych dłoni
w rozpalonym powietrzu, bo upał nie minął.

Brzegi jutra daleko, jeszcze noc nie przyszła.
Już niedługo się zjawi w czarnej krynolinie,
żeby gwiazdy i księżyc w ciemnych włosach przynieść
i malować ich blaskiem na oknach i liściach.

Jeszcze trochę poczekaj, wyjdziesz na werandę.
Ona stanie tuż obok w gwiaździstej koronie
i do ucha ci szepnie, byś pamiętał o niej,
a gdy tylko zamarzysz, zawsze ją odnajdziesz.

Przecież kiedyś na pewno weźmie cię ze sobą
otulona ciemnością. Wesprzesz ją ramieniem.
Polecicie nad miastem, które cicho drzemie
i tymi, którzy z wami odejść stąd nie mogą.


Koniec dnia

Dzień wolno zdychał. Deszcz spłukiwał sadzę
z brudnego nieba na śmierdzące miasto;
a wicher walcząc z przedwiosenną astmą
- biczował drzewa, skurczone i nagie.

Ciemność zaczęła panować nad wszystkim,
z pękniętej chmury chłodna noc wyciekła.
Wiatr dał jej bukiet kolorowych reklam,
nowych burdeli i domów modlitwy.

To noc ostatnia, bliski Armagedon.
Marcowe koty nie wiedzą o niczym.
Lecz ktoś na górze przecież zaczął liczyć,
badaczy śmieci i Pisma Świętego.


Pewność

Noc polarna

/ Do gwiazd, wystarczy raz zawołać: Boże!
I wiedzieć, że jest w niebie step szczęśliwszy...
(Cyprian Kamil Norwid: Do L.K. 1861)


Przychodzisz zawsze wtedy gdy przestaję czekać
kiedy wiersze o tobie spalone na popiół
przepijam słowa wódką
i chowam się w chmurach
razem ze mną alkohol
i dym z papierosów

pożegluję przez miasto płynące wśród świateł
przejdę chłodne ulice dobrze znaną trasą
bo wiem przecież że jesteś
nawet dla pijaka
który płaci za wszystko
lecz nie ma pić za co

odwiedzę swoją knajpę skąd nie widać nieba
barman da mi na zeszyt i usiądę w kącie
poczekam byś mnie zabrał
na bezkresne łąki
przecież musisz być blisko
nigdy w to nie zwątpię


Przebudzenie

Niewidzialne ramiona anioła bez twarzy
zagarnęły już ciemność na zachodnią stronę.
Niskie niebo z ołowiu wzięło miejsce po niej,
obojętne na wszystko, co się dzisiaj zdarzy.

Bury grzbiet podnosiło obudzone miasto.
Cicho gasnąc trzeźwiały koktajle neonów,
ale wyjść na ulice nie chce się nikomu.
Wiatr chodzący za deszczem dostał dzień na własność.

Wilgoć, jak pot przy kacu, wylazła na ściany.
Niby stado robaków pełznie ku rynsztokom,
drąży szpary w chodnikach i wnika głęboko,
ku korzeniom kamienic - niezmiennie pijanych.

W taki czas, wszystkie światy zbiegają się razem,
zaplątane w meander półprzytomnych doznań.
Co jest snem, a co jawą – nie sposób rozpoznać,
kiedy duchy i żywi idą w jednej parze.

Ktoś wyglądał przez okno, zobaczył jak rydwan
dusze zmarłych uwozi ponad brudne dachy.
Chciałby mocno uwierzyć, ale nie potrafi.
I do tego, co ujrzał, nigdy się nie przyzna.


Jewgienij i Biała Dama

Jewgienij Piurnonsensowicz

Jewgienij stanął nad brzegiem fosy,
chciałby do zamku wejść jak najprędzej.
Lecz chociaż werwy miał z rana dosyć,
to brak pieniędzy.

Wypił więc wino za cztery złote,
z krzaków podziwiał piękną Ojczyznę.
Sięgnął po drugie. Pomyślał – Potem
łatwo się wśliznę.

Sen przyszedł szybko, jak niemoc słodka.
Tulił go, gładził zmierzwioną brodę
- śpij Jewgieniju, ja cię do środka
chętnie zawiodę.

Z nocnym oparem, z mgłą nad łąkami,
weszli bezgłośnie w chłód korytarzy.
Zamkowy zegar po zmierzchu zamilkł,
by nocą marzyć.

Zimny kominek, półmrok i pustka
- trwał mauretański pokój, gdzie wazy.
Jewgienij dalej szedł na paluszkach,
gdy cud się zdarzył.

Zobaczył damę, jak zeszła z płótna;
była przy oknie, skąpana w bieli.
Z nią, swoim blaskiem, widząc że smutna,
księżyc się dzielił.

Jewgienij podszedł, w ukłonie ugiął,
ujmując dwornie, wiotką dłoń pani.
Przy dźwiękach harfy tańczyli długo
- już zakochani.

Nad arboretum mrugały gwiazdy,
i ożywały freski na ścianach;
aż zaczął wstawać dzień niewyraźny
- zorza pijana.

Zniknął Jewgienij, a Białej Pani
brak na obrazie i w całym zamku.
Może gdzieś w chmurach ujrzycie sami
parę kochanków?


Stary diabeł

Diabeł siedział pod płotem i liczył w pamięci,
lata, które zmarnował w opuszczonej kuźni.
Stary jest, więc zleniwiał. Nie chce mu się bluźnić,
płoszyć koni na drodze, pijanymi kręcić.

Na wiedźmy też nie spojrzy, bo wszystkie szkaradne.
Woli w letnie wieczory, kiedy pachnie miętą,
razem z wiatrem, zadzierać spódnice dziewczętom,
a nocami zgadywać, której wianek spadnie.

Sam nie wie, patrząc w lustro stawu przy plebanii,
czy on diabeł, czy może, diabelskość utracił.
Bliżej jest mu do ludzi, niż rogatych braci,
gdy podgląda pieszczoty młodych zakochanych.

Wzdycha wtedy zazdrośnie, bo wie, że nie zaśnie.
Łazi więc po ogrodach, słuchając jak drzewa,
potrafią pod gwiazdami serenady śpiewać.
Nie chce już stąd odchodzić. Zostanie na zawsze.


Poeta szuka przyjaciela

Samotny i wyśmiany, robiąc minę przykrą,
snuł się biedny poeta /bo nie ma bogatych/,
po ulicach, by wydać resztówkę wypłaty.
W końcu wstąpił do baru, żeby tam coś łyknąć.

Na pohybel recenzjom! Krytycy w kajdany !
Żegnaj, smutku! Adios, ostatni banknocie!
Ale ciągle go dręczy jedna rzecz. W istocie,
brakuje mu przyjaciół – serdecznych, oddanych.

Choćby jeden – tu wciągnął seteczkę gorzały
- osobisty przyjaciel na czarną godzinę.
Powiernik i podpora. Bo bez niego zginę.
Zapiję się. Powieszę. Taki finał cały.

Rozejrzał się po sali. Trudno z kimś pogadać.
O tej porze, połowa gości już niemrawa.
Druga, mowę straciła. Nie ma komu stawiać.
Machnął ręką – czekała butelek armada.

I wtedy przydryfował z kąta przy bilardzie,
kapitan wód wszelakich. Na mieliźnie osiadł,
lecz w ręku butla rumu, a w oczach tęsknota,
by życie opowiedzieć – sztormowe i twarde.

Przysiadł się do stolika, wprawnie zacumował.
Gwarzyli bardzo długo pośród flaszek wielu.
Przepijali do siebie, mówiąc – przyjacielu,
zaczniemy piękne życie, od jutra. Od nowa.

Ranek szarpnął poetą – suchy, niewyraźny.
Jak się znalazł w mieszkaniu? Oto jest zagadka.
Trzeba więc, szybko piwem, dziurki w mózgu zatkać
i wyruszyć na miasto, z kimś się zaprzyjaźnić.


Jewgienij i Magritte

Jewgienij Piurnonsensowicz

Dzień ciężki jak z ołowiu – mroczny, niewyspany.
Wcale nie wstał, wciąż leżał w skłębionej pościeli
ciężkich chmur zwisających ku ziemi pasmami;
Jewgienij rozwarł oko i z nim niemoc dzielił.

Lepiej się nie podnosić. Przychodzi zwątpienie
w sens majowych poranków i słońca zachodów.
Trzeba więc, swoje życie, do krainy przenieść,
gdzie jesień się nie żeni z wiosną bez powodu.

Teraz zagrałby sobie. Spojrzał na pianino,
lecz stało za daleko, choć wyciągnął rękę.
Wymyślił więc melodię i z nią w dal odpłynął,
porzucił wierne łoże i poduszki miękkie.

Gdy szybował przez nicość, składał z niej obrazy
przystani dla wędrowca, gdzie chciałby zamieszkać.
Przypomniał sobie obraz, przy którym wciąż marzył;
namalował go Magritte - tak się zwał koleżka.

Kochankowie na plaży w kamiennym uścisku,
przytuleni do siebie, złączeni tułowiem.
A obłoki na niebie też są bardzo blisko
i płynący po morzu błękitny żaglowiec.

Jewgienij lekko osiadł, w szumie fal i wiatru.
Przeciągnął się i wzrokiem nowy świat ogarnął.
Położył się wygodnie, żeby lekko zasnąć
wdychając woń fantazji – swojską, surrealną.


Sen o Egipcie

Na dnie ciepłej zatoki starej Aleksandrii,
ciemnym lesie, gdzie rosną doryckie kolumny,
wśród leżących posągów porzuconej armii;
śnią helleńskie legendy - o przyjściu – powtórnym.

Słońce topi się w morzu jak czerwony kamień,
ciągnie błękit w głębiny, do łąki podobne.
Czarna Nut już nad wszystkim objęła władanie.
Idzie suche powietrze, jej pustynny oddech.

Minarety zamilkły. Proste stalagmity
zajaśniały przy świetle lampy Alladyna.
Lecz to księżyc, jak rachmistrz, palcem gwiazdy liczy;
drugą ręką, za cumy, boską barkę trzyma.

Ale Re jest daleko, na pewno nie przyjdzie.
Nieruchomo wpatrzony w latarnię Syriusza,
będzie marzył, czekając na dobrą Izydę.
Uciszył wiatr z Południa – nic się nie porusza.

Tylko czas, na kamieniach opuszczonych świątyń,
pisze wielką kronikę Kraju Czarnej Ziemi,
bez pośpiechu. Wie dobrze, że dotąd nie skończy,
póki starzy bogowie nie zasną zmęczeni


Tratwa

Długi dzień, jak to w czerwcu, znowu noc oszukał.
Przyszła mocno spóźniona, zdyszana upałem.
Rozpostarła nad miastem czarne skrzydła kruka,
obsypane gwiazdami i błyszczące całe.

Pochowali się w bramach ostatni pijacy.
Nocny tramwaj przeleciał, sypiąc bukiet iskier.
Teraz wszystko zaczęło wyglądać inaczej,
nabierać nowych kształtów i inaczej istnieć.

Przed zamkniętym teatrem lwy spały jak kamień.
Pod neonem wciąż stały kariatydy dziwek.
Kiedy księżyc nadpłynął, nie były już same
- gdy spojrzały na niego, zastygły w podziwie.

Zaczarował je blaskiem, wyszlachetnił twarze.
Starł jaskrawy makijaż i rozjaśnił dusze.
Wsiadły na srebrną tratwę, żeglując w świat marzeń,
bo tylko tam jest miejsce dokąd mogą uciec.


Bez sternika

Odpływamy pomału, przestrzeń się wyostrza.
Flaszka wina jest ciepła i lepka od potu.
Zapach miasta przesiąka dymem z papierosów,
krąży w świetle wieczoru, wnikając przez nozdrza.

Co ma być to się stanie, lecz nie dziś się zdarzy.
Prawie pusta butelka, jeszcze dwie w zapasie.
Pusty skwer i ta ławka, to wszystko jest nasze,
małe państwo pijaków – bez planów i marzeń.

Dryfujemy, jak co dzień, długa noc przed nami.
Pies kulawy tańcował z następnym porankiem.
Mamy chleb od siostrzyczek, a do wina szklankę,
która dzwoni na apel dla wszystkich niechcianych.

Nie potrzeba nam steru, sternika i żagli.
Kompas dawno sprzedany, luneta w lombardzie.
Poczekamy do rana na tej ławce twardej.
Popatrzymy na gwiazdy z odległych galaktyk.


Na grodzisku (z cyklu "Ostrów")

Gdzie wysmukłe dziewanny na wyschniętym jeziorze,
płowych traw, krzepkich ostów, zgrzanych chabrów pod słońcem,
gdzie nieśmiały bożychleb drobnolistnie się mnoży,
rozpaliła się łąka w południowej gorączce.

Nie czekała przybysza, lecz przyjęła gościnnie.
Dała miękkie posłanie w chłodnym cieniu leszczyny,
która rzekła spod liści – usiądź bliżej tuż przy mnie,
razem stare legendy na grodzisku wyśnimy.

Czyste niebo nade mną, w barwie lapis lazuli,
słońce w złoto obraca armię pokrzyw przy wale.
Kiedy zamknę powieki, wszystko pachnie i szumi,
jak opowieść sprzed wieków, która z głębin powstaje.

Mlecze w puchu są lekkie, bo jagnięca ich przędza.
fruwająca na skrzydłach drobnych stad żywych ziaren.
Z nimi czas białej magii, który już się dopełnia,
powędrował za groblę w krzewy jeżyn i malin.

W dzikim zbożu żeglował, trącał struny tej harfy
- lekki wiatr od zachodu z balladami na grzbiecie.
Dawne bóstwa słuchały, przecież nigdy nie zmarły,
wciąż czekając w ukryciu na swojego poetę.

Przyszedł sen – płonął ogniem rozniecanym na bagnach.
Wolnym nurtem się toczył niby rzeka przez puszczę,
przywołując obrazy, które przeszłość ukradła
i zazdrośnie schowała w głębi ziemi cichutkiej.

Gród zmartwychwstał na chwilę, żeby uciec w świat cieni.
Znów szerokie łopiany rozpostarły baldachim.
Sen i czary przepadły razem z dymem palenisk.
Nie przywołasz ich więcej – tego już nie potrafisz.


Dom pijaka (z cyklu "Prawdziwe opowieści")

Na uboczu, przy końcu ulicy, w ogrodzie,
porośniętym chwastami, zdziczałym przez lata,
wiatr się budzi po zmierzchu i schody zamiata.
Słychać kroki, to pewnie spóźniony przechodzień.

Stoi dom bez okiennic, wszystkie drzwi wyrwane.
Pleśń wyżarła żywicę z cherlawych jabłoni,
tiul z gęstego powoju cicho pełza po nich;
wszystko senne, zatrute - za krzywym parkanem.

Brudne cegły są chore, pokryte liszajem.
Tynk odpada płatami, bo mury rak toczy.
W dzień przychodzą pijacy, ale nigdy w nocy.
I za dnia, żaden tutaj dłużej nie zostaje.

Nawiedzona rudera. Mówią o tym domu,
że właściciel owdowiał. Wcale nie wychodził.
Wszystkie książki i zdjęcia popalił w ogrodzie,
siedział w ciemnym pokoju i pił po kryjomu.

Zmarł na krześle za stołem, przy pustej butelce.
Łaty grzyba już dawno wylazły na ściany.
A on został, choć martwy, to ciągle pijany
i pilnuje mieszkania. Nikogo tu nie chce.

Czasem szkło w nocy brzęknie i trzaśnie zapałka,
mały ognik się zjawi i dym z papierosów.
Zaraz siądzie, jak zwykle. Do straży jest gotów,
gdy na stole wciąż czeka niedopita szklanka.


Praski wieczór Jewgienija

Jewgienij Piurnonsensowicz

Rabi Loew łeb ma tęgi, lecz po piwie śpiewa,
a Golem to ponurak, więc wcale nie gada.
Dobrze mieć przy stoliku Szwejka za sąsiada,
kiedy światła latarni siadają na drzewach,
i na falach Wełtawy tańczy nocna Praga.

Zniknął tłum rozgadany, gdzieś przepadł w ciemnościach .
Może to czas nas przeniósł na perskim dywanie?
Szwejk pomachał do kogoś, idzie chuda postać.
Franz się z nami napije, lubię tego gościa.
Gdy zapomni o śmierci, szepcze – mów mi Franek.

Wysączymy do rana cały złoty trunek.
Kafka, choć pić nie umie, przy kuflu się spręża.
Żyd z zegara na wieży zapłaci rachunek.
Dzisiaj mamy okazję – no, bo się rozumie
- wygrała praska wiosna, a wiosna zwycięża.


List Jewgienija do Miszy

Jewgienij Piurnonsensowicz

Miszo!
Ty nie bądź taki chwat, pamiętam, co robiłem,
na tych wyjazdach tu i tam, do Pragi czy do Wiednia.
Łaziłeś za mną cały rok, za swoim Jewgienijem.
Lecz dziś przegiąłeś, mówię więc, że czas się nam pożegnać.

Bywałeś u mnie za pan brat i całowałeś Muzę.
Ja to widziałem, ale wiesz, nie o to wcale chodzi,
Bo choć z nią sypiam, przecież ty, znasz się z Erato dłużej.
Więc całuj sobie ile chcesz – jak facet, nie jak złodziej.

Przegiąłeś jednak, bracie mój, tym twoim praskim wierszem.
Kto kogo niósł, przez cały Hrad, kiedy nad nami nowie?
Kto wypił więcej? Pewnie ja. Lecz zdrowie miałem lepsze.
Tylko Wełtawa prawdę zna i kiedyś ją opowie.

Ja byłem z Kafką, gdyś ty gnił, pod Zamkiem, na kirkucie.
Widziałem most Karola sam, gdyś ty wyrywał krany.
Przed prawdą, miły, choćbyś chciał, nie zdołasz nigdy uciec.
Bo ja poezji czuję rausz, gdy ty masz ryj zalany.

Więc teraz przeproś. Albo, won! I nie znam ciebie gościu.
Może być koniak, lub – pal sześć! Niech będzie i metaxa!
Nie pukaj do drzwi, tylko wejdź i usiądź – tak, po prostu.
Mam trochę swoich trunków też, lecz to produkcja własna.

Łykniemy zdrowo – ty i ja. I popłaczemy wspólnie,
nad życiem swoim, no a ty – odszczekasz wierszem wszystko.
A ja wybaczyć tylko chcę, bo my oboje – durnie.
Więc kończę list tą czystą łzą, a także wódką czystą.


Jewgienij i Erato

Jewgienij Piurnonsensowicz

Wiosna przyszła znienacka. Walnęła go w głowę.
Obudził się o świcie, bo wczoraj nic nie pił.
Może trochę, lecz jeśli, to tylko połowę,
tego, co zwykle pija kulturalny człowiek,
by świat widzieć w kolorach, a nie w brudnej sepii.

Sięgnął ręką pod łoże po wymięty zeszyt.
Coś miękkiego prychnęło, ścisnął futro kota.
Wreszcie wyjął na światło notatnik poety,
nieudolne gryzmoły, pijacki pamiętnik,
pisany na gorąco po upojnych nocach.

Westchnął i szturchnął w biodro chrapiącą sąsiadkę.
Spojrzał na śpiącą muzę spoza okularów,
włosy miała zmierzwione i trochę już rzadkie.
Wypięła się na słońce swoim chudym zadkiem,
puszczając nosem fraszki – głośno, bez umiaru.

- Napiszemy coś, stara. Popatrz już jest kwiecień.
Znowu wiśnia zakwitnie i jabłoń przy studni.
Nie udawaj, bo nie śpisz, więc pomóż poecie.
Do roboty się weźmy, czas najwyższy przecież,
dom i ogród nowymi wierszami zaludnić.

Muza oczy otwarła, a miała je piękne.
Przeciągnęła się z cudnym, nieziemskim uśmiechem
- Mam z tobą Jewgieniju cały rok udrękę.
Raz sonecik na zimę, na lato – piosenkę,
a ja z tego nic nie mam. Dzisiaj pisz na krechę.

Położyli się razem, już nie po raz pierwszy.
Czule objął Erato i cicho z nią marzył,
Muza głowę złożyła na włochatej piersi.
Zaroiło się wokół od miłosnych wierszy.
Dobrze jej z Jewgienijem, nie myśli o gaży.


Księżycówka

Jewgienij Piurnonsensowicz

Nie ma wcale pożytku z gnuśnego księżyca
- snuje się nad chmurami, nie chce mu się świecić.
Odpracuje leniwie swoją zmianę. Dzisiaj
nie posrebrzy dachówek, jak lubią poeci.

Przemknie chyłkiem przez miasto, o drzewa zahaczy,
chwilę jeszcze popatrzy jak marcują koty.
Opuści się ostrożnie na podmiejski placyk,
gdzie stoi dom wśród klonów - skromny i samotny.

Zajrzy przez małe okno i wszystko pobieli
- garderobę w nieładzie, książki, butle z winem.
Tam śpi Piurnonsensowicz w puchowej pościeli,
na łożu w stylu empire z wielkim baldachimem.

Gospodarz nos wystawił – słowiański, czerwony.
Zmierzwiona broda w górze z miedzianym połyskiem.
Jewgienij teraz marzy, we śnie chmury goni
i muzy szczypie w zadki, bo zna prawie wszystkie.

Śpij, bestio – myśli księżyc – jesteśmy podobni,
- niepotrzebni, a jednak nas lubią, mój bracie.
Więc zanim w noc odpłynę, Jewgieniju drogi,
zostawię ci pod drzwiami księżycowy zacier.

Chlapniesz sobie kielicha w kompanii sonetów,
Pegaz znowu się urżnie i nie będzie smutno.
A ja zajrzę do ciebie, jak zwykle, pod wieczór,
bo miło jest pomyśleć, że zawsze jest jutro.


Celtycka urna (z cyklu "Ostrów")

Ziemia ciągle pamięta dźwięki starej mowy,
starszej, niż wszystkie lasy, dźwigane na plecach.
Dla niej, ognie nocami na bagnach roznieca
i błądzące po kępach ciche głosy łowi.

Dziś pozbyła się miotu. Pośród zwiędłych liści,
urna w słońcu - lecz ciągle okryta jej potem,
pogubione kropelki sypią iskry złote
- zapleciony naszyjnik celtyckiej księżniczki.

Stoi, wolno szarzejąc, gładka jak grot włóczni.
Gdy mieszkała pod dębem, chłonęła tę ziemię
wśród ponurych torfowisk, pod płaskim kamieniem,
Wielka Matka śpiewała o wieczorach smutnych.

Wzdychał dąb zakochany, który teraz drzemie,
leśne klany słuchały. W owe w ciemne noce,
przechodziły zwierzęta przez gęste paprocie.
Z ornamentu wychodził niedźwiedź, wąż i jeleń.

Smukłe sosny mierzyły do tarczy księżyca,
jak bojowe oszczepy i miecze brązowe.
Ale wódz nie zawoła , echo nie odpowie,
nie powróży z krwi jeńców, jak każe obyczaj.

Już uciekło, Złe Oko, w gąszcz wilczej jagody.
Tylko pień schorowany, schylił cielsko głuche,
potarł korą o menhir swym bezpłodnym brzuchem,
jednak żadnej legendy nigdy nie urodzi.

Runy zaklęć wyblakną. Nie postraszy magią,
obnażona w gablocie pustego muzeum,
ożywiana na wiosnę upartą nadzieją,
że znów gaje zaszumią i zakwitnie jabłoń.


Wina krajowe

wszystkim winom krajowym wypitym w PRL

Wszystkim winom krajowym wypitym w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
dedykuje Autor i duch ks.J.Baki


/nazwy win są autentyczne/

Witaj niedzielo
w ręku "Menello"
starym zwyczajem
z łoża nie wstaję
otwieram oko
powiem "Dzień Dobry"
już widzę obrys
jesteś "Karioko"
wzdycham głęboko
"Hanuś" i "Diwa"
obok spoczywa
chwila szczęśliwa
radosne chwile
fruwa "Motylek"
broń atomowa
"Czar Nałęczowa"
pod kołdrę schowam
bo niegotowa
jest moja głowa
teraz "Portosie"
dam ci po nosie
pod lewą ręką
"Zbyszko" z "Jagienką"
próbka nektaru
"Teściowej Czaru"
mam trzy orgazmy
od samej nazwy
pełno butelek
radości wiele
więc "Rubinowe"
/tylko połowę/
"Topaz" i "Patyk"
dały mi zatyk
potworne wzdęcia
przez "Czar Okęcia"
pójdę do sracza
śpiewając "Cza Cza"
już chwilę potem
z lekkim "Odlotem"
płynie "Leliwa"
"Perliste"
"Liwa"
z nią odpoczywam
w dziób "Lanckorona"
żołądek kona
a po "Ariadnie"
"Mocny Tur" padnie
/fusy ma na dnie/
mój bohaterze
odmów pacierze
"Zbójnickie" świeże
"Halne" z "Podhala"
"Herosów" zwala
ja w to nie wierzę
i tak już leżę
droga daleka
jeszcze "Kier" czeka
nektaru rzeka
po brodzie ścieka
sławnego "Gryfa"
z ulgą taryfa
problemy z mową
"Harcerskie" słowo
ostatnia czara
jak "Bara Bara"

O słodki losie
jestem w "Kosmosie"
ostatnie prosię
na pysk upadam
degrengolada

Uzasadnienie:
robi wrażenie
że ten dzień święty
Autor poświęcił na sentymenty?

Bo nasze jabole
jak płyn mało który
stały się symbolem
ojczystej kultury



Wodnice (z cyklu "Ostrów")

Otoczone wikliną, wśród splątanych łodyg,
stoi drzewo nad brzegiem. Schyliło się ciężko,
ale liśćmi nie mąci nieruchomej wody,
by nie zbudzić drzemiących w ciemnej toni dziewcząt.

Każda włosy ma długie, śliskie jak skrzek żabi.
Jasne ciało – nie mlecznej, ale trupiej bieli.
Piękne nie dla rozkoszy, lecz by mężczyzn wabić
i zabierać ze sobą, a na dnie łup dzielić.

Niewidzialne, gdy zechcą, szepczą obietnice,
szyje chłopców muskając delikatnym chłodem.
Tylko oczy bez źrenic szpecą twarze śliczne,
które będą już zawsze nieziemskie i młode.

Powstały z woli mocy panującej w czerni.
Tam, wśród śmierci i gnicia, gdzie przydenny osad,
ulepione z ciał zmarłych i z soków bagiennych,
urodziły się nimfy o zielonych włosach.

Zło zabrało im dusze i ukradło przeszłość.
Czasem w snach do nich wraca i w mglistych obrazach .
A u każdej na ciele, jak blizna bolesna,
wypalona przez ciemność, dawnych cierpień skaza.

Jedna ślad ma od noża, sprzedana na hańbę.
Druga, żyły spuchnięte, pokłute igłami.
Tamta, usta ma jeszcze trucizną przeżarte.
Innej, pręga po sznurze tnie szyi aksamit.

Tylko czasem o świcie, gdy od mgły jest biało,
przysiadają na brzegu pod zgarbionym drzewem.
Milczą, a na ich twarzach ślady łez zostają.
Lecz dlaczego płynęły, żadna przecież nie wie.


Twórcza niemoc Jewgienija

czyli kompletny kac poetycki

Biją krople o szyby, pewnie już południe.
Skopał bystro Jewgienij przepocony kocyk
- Gdzie do ch... - pomyślał - To słoneczko cudne,
które miało przyjść rano, po paskudnej nocy?

Kac potworny. Kac tyran, każe mu poleżeć.
Jeszcze chwila, minutka, a może godzina.
W głowie wierzga mu ciągle oszalałe zwierzę,
kiedy tylko nią ruszać ostrożnie zaczyna.

Wczoraj był poetycki. Koledzy i wino.
Może winiak. Troszeczkę. Dwa litry gorzały.
Były wiersze, dyskusje - i tak wieczór minął.
Potem poszli, a flaszki, talerze zostały.

Śpi w kuchni, wciąż pijany - Pegaz, ta cholera.
Muza chrapie pod stołem spowita w tunikę.
Będziesz sam, Jewgieniju, po nich śmieci zbierał,
w zaplamionym szlafroku, na głowie z ręcznikiem.

Pegaz dziś nie pofrunie, będzie gnił dzień boży.
Muza nic nie wychrypi oprócz słowa - Wody!
Jewgienij sam wiersz pisze chociaż kac się sroży,
ręka drży, jak z kisielu - a i człek niemłody.

Dzisiaj nic nie napisze. Musi do łazienki.
Muza chrapie, śpi Pegaz - niewdzięczny bandyta.
Tak to jest, Jewgieniju - nadaremne jęki,
kiedy robisz sympozjon, w kraju wódki z żyta.


Z martwych wstawanie

Noc wyblakła, już piąta - ze snu czas się zrywać,
ciężko westchnie kanapa, ty posłusznie za nią.
Deszcz za oknem blaszane melodie wygrywa,
dzień się zacznie i skończy jak zawsze - tak samo.

Gdy tak leżysz wsłuchany w deszczowy kontredans,
niewidzialny dyrygent stanął przy pulpicie.
W taki dzień swej orkiestrze odpoczynku nie da,
rzępolącej sonatę pod tytułem - "życie".


Październikowy erotyk

Czas tych wrzosowisk już się nie powtórzy
i późny spacer od poprzednich inny.
Nasze wyznania porwie wiatr zza wzgórzy
pod niebo tkane z mgły kawałków zimnych.

Cokolwiek powiesz, przejdzie obok chłodem,
wiatr łamie oddech - zaraz wracać pora,
wolno schodzimy nad błyszczącą wodę
w procesji wiązów i w szepcie jeziora.

Spojrzysz mi w oczy - to było pytanie,
włosy rozrzucisz i odchylisz głowę.
Księżyc, co widział nasz godowy taniec,
rzucał na fale wstążki platynowe.

Niebo już zszyte nocy ściegiem czarnym,
minęła chwila - czar się nie ulotnił.
W dali migocą światełka latarni,
a my choć sami - wcale nie samotni.


Strażnik (z cyklu "Ostrów")

Noc uciekła na zachód przed drepczącym świtem,
słyszałem echa lasu poprzez watę białą.
A dziwaczne korzenie, lub wiedźmy ukryte
drażniły wyobraźnię. I uległem czarom.

Jakieś zwierzę przemknęło, chrupnęły gałęzie,
z gęstych pokrzyw patrzyły nieczłowiecze oczy.
Trzeba miejsce uroczne opuścić czym prędzej,
zanim strach niewidzialny do gardła doskoczy.

Zaklęcie się spełniło, czas na chwilę stanął.
Krzywe drzewa zastygły otoczone ciszą.
Na sieci tkanej nocą, nieruchomy pająk
napełniał ciemny odwłok spijaną zdobyczą.

Wtedy kamień przemówił stojący w zaroślach,
dawne znaki wyjrzały spod wilgotnej pleśni.
Tylko on spośród innych na straży pozostał,
domu duchów, którego nie wolno bezcześcić.

Żaden kwiat nie zakwitnie w bliskości kamienia,
nie ma ziół które leczą, nie ma zdrowych jagód.
Każde ziarno wysiane w złe nasienie zmienia,
które później wyrośnie zielskiem pełnym jadu.

Uciekaj stąd czym prędzej, to moment ostatni,
zanim krew ci sczernieje, zło zatruje duszę.
Przykuty do strażnika nie wyjdziesz z pułapki.
Więc uciekaj, więc biegnij. Coraz szybciej. Kłusem.

Znowu stoję pod lasem i wali mi serce.
Widzę jęczmień wąsaty, malowany złotem.
Tu się ścieżki krzyżują,. Pójdę, którą zechcę.
Ale wszystkie prowadzą w gęstwinę z powrotem.


Wykopaliska (z cyklu "Ostrów")

Ze spalonej osady zostały kamienie
i pasemka popiołu na kopcach kretowisk.
Po źdźbłach trawy, jak fala, jasny promień przebiegł,

ale ziemia milczała, niczego nie powie.
Nie wyjawi sekretu, który w sobie chowa,
choć poznały go drzewa nim odkryje człowiek.

Tylko kiedy przychodzi noc bezksiężycowa,
długowłose dziewczęta przystają na wałach
i słuchają odgłosów bitew i polowań.

Łąka czeka cierpliwie od rosy spotniała,
na spóźnionych wędrowców wracających z mroku.
Dawno temu odeszli, lecz ona została,

wygasłe paleniska, samotność i spokój.
Na piasku garści skorup i kości jagnięce,
ślad sadzy na kamieniu o spalonym boku.

Trzymasz szklany paciorek w zabłoconej ręce.
Teraz otrzyj go z piachu. Na słońcu się mieni.
Ogrzej jeszcze przez chwilę, schowaj do kieszeni.
Oto twoja nagroda. I nie licz na więcej.


Katedra

Chłodny cień bocznej nawy od świata odgrodził
przytulone do ściany wytarte nagrobki.
Opuszczony przez Stwórcę i ludzi dom boży
toczył cichy monolog o sprawach istotnych.

Pogubiły się barwy okiennych witraży,
żeglowały po murach, znikały wśród kolumn.
Promień słońca był przy nich, ciepły, niewyraźny
i przemykał ostrożnie nie wadząc nikomu.

Cienkonogie pająki mieszkają dziś w stallach,
na klęcznikach posiwiał spłowiały aksamit.
Świec wygasłych w lichtarzach nikt już nie zapala.
Kiedy pusto dookoła, dla kogo je palić?

Z ołtarza się wychylił święty Piotr brodaty,
spoglądał nieruchomo, lecz nie bez ironii,
że to nie łzy Chrystusa zastygły przed laty,
ale wosku kropelka na gotyckiej dłoni.

Dzień się kończył powoli, wrócił półmrok martwy.
Łuki sklepień pogasił i ceglane ściany,
by grać na szachownicy kamiennej posadzki
niekończącą się partię, zawsze z sobą samym.


Topielec (z cyklu "Ostrów")

Pojawił się przy brzegu, gdy na dzień się miało,
opuchnięty i nagi, wypluty przez wodę.
Okrywała go rzęsa, jak zielony całun.
Rozmawiały z nim mewy, jego dusza - z Bogiem.

Zostało jedno oko, a drugi oczodół
już zwabił ciemną treścią łapczywe robactwo.
Kąsało się o smaczny ochłap między sobą,
połyskując we wnętrzu ożywioną warstwą.

Usta wciąż rozchylone w bolesnym zdumieniu,
jakby chciały dokończyć w pół urwane zdanie.
Wyjawić sekret nocy, zdradzić każdy szczegół
- czego szukał na wyspie i jak umarł na niej.

Nierozważnie tam bywać po zachodzie słońca,
łatwo w gąszczu zabłądzić i drogę pomylić.
Złe wychodzi z ciemności. Dusi. W topiel strąca
i zostawia jak pieczęć, znak szponów na szyi.

Ciemna woda ukryła wszystkie ślady zbrodni.
Ptaki znowu śpiewają, cicho szumią drzewa.
Tylko ciało zostało po igraszkach wodnic,
którego na bezludziu nie ma kto pogrzebać.


Wino i piołun (z cyklu "Ostrów")

Pachniała ciemną nocą nieruchoma woda
i owoce piołunu roztarte na dłoni.
Zielony ślad na palcach został jeszcze po nich,
w uszach cicho dźwięczała gitary melodia.

Ognisko się dopala, grzeje cierpkie wino
z ciemnych wiśni sprzed roku i dzikiego głogu.
Pytam w myślach, jakiego by użyć sposobu,
żeby chwile zawrócić nim na zawsze zginą.

Nie odpowie sitowie nad piaszczystym brzegiem,
milczy wyspa zaklęta - czarna księga wiedźmy.
Gdzie klucz do tajemnicy, chociaż szukam, nie wiem,

patrząc, jak dzień wyrasta, jasny i słoneczny.
Posłuchajmy więc razem pod samotnym drzewem
szumiących w liściach legend. Zostańmy. Nie jedźmy.


Złe miejsce (z cyklu "Ostrów")

Na piaszczystych tarasach rozłożystych dolin
rozgościły się lasy i tonsury jezior,
przytulisko dla baśni i płochliwych zwierząt,
którym bóg dzikich stworzeń tutaj żyć pozwolił.

Słońce chowa się za wsią i tonie powoli
za dachami gospodarstw. Stamtąd idzie mocny
fetor obór i zapach pieczonych kartofli,
otulony oddechem zaoranej roli.

Daleko tu od ludzi i zmierzch się wyroił.
Polna droga jest kręta, znakami usiana,
szerokich, krowich racic albo bożka Pana,
co nocami wychodzi ze swojej ostoi.

Pies przebiegł wiejską drogą, popędził do swoich.
Nagle chłód zimną falą na pastwiska dotarł,
ożywił tajemnicę w zwyczajnych przedmiotach,
której lud zasiedziały od wieków się boi.

Tak ciemno. Las szeregi falangi potroił,
zapełnił się głosami opuszczony cmentarz.
Może to mówią liście, a może przeklęta
dusza gada do siebie pośród pni topoli.

Zawróciłeś coś nucąc, lecz głosem nieswoim.
Patrząc prosto przed siebie wciąż przyspieszasz kroku,
bo za tobą już popełzł nieznośny niepokój,
który odtąd, za twymi plecami wciąż stoi.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Michał Witold Gajda /misza/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2012 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo