Wysłany: 2017-05-23, 23:57 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2011 r.
carpe diem
odpływam w niedosyt deszczu
a w ręku sierp kręci film o wybujałym zbożu
i śpiącym na rżysku błękitnym psie
cargo:
pod koniec tygodnia
wyruszą w drogę mgły i drobiny zwątpienia
smagając w transie onieśmielone drzewa
natchną niezamieszkałymi dziuplami
dzioby nafosforyzowanych sów
drugi poziom:
wzorcowo wykonturowane oblicze
pozwala sobie na grymas czekania
na bezdusznych przystankach
gdzie nie powinno się wylewnie witać żegnać
a wiatr mimochodem wywiewał z eternitu krew
podsłuchiwałem opowieści cirrostratus
od których krzyczą włosy halooo
tańczą bachantki obok wież niezgód
i we mnie uchodzi ciśnienie
coraz chłodniej
w wannie na rozstajnych drogach
pełno niezdobytego śniegu
i pieszczot zerowego stopnia uniesienia
ktoś zapomniał zetrzeć ślady rąk
z listy odejść i pamięci
lampa wypala ciemności energię
na aukcji ekstatycznych snów
błyszczą gipsowe kryształy
w podziemnych salonach
kruszy się kruczy okular
i tnie sople w żetony
w pogłosie łamanej jemioły
brak świadków kluczy
nie mam sentymentu do east village
w tym klimacie chloe
dealerzy nie są potrzebni
to noc przeznaczona ofiarom
oddaje myśliwym godne zadośćuczynienie
widzę jak punktualnie zmieniasz daty
niedoskonałym zapalasz pochodnie
i umiejętnie wpuszczasz
bez narażania się na różnorodne podziały
zabezpieczenia
dyskomfortu
gloryfikacji
koszulki
w bez
* * *( w panteonie...)
w panteonie najkrótszego dnia
nie ma scen
i przesadnego cienia optymizmu
przy ciepłym dźwięku wysuwanych
rampo-szuflad
trzaskaniu atrapo-drzwiami
nonszalanckim opadzie kotar
muliste skargi i prośby rozbijają głowy
o promień światła reflektora
zwanego "na nibus"
szatniarz
już dawno wydałby płaszcze
po sztuce
i znikł
* od - na niby
* * *( w czasie...)
w czasie kiedy będą
naprawiane rynny
mówisz
kochanie
ciągnie mnie
do pasów startowych
uwielbiam wznoszące się cygara
jesteśmy niepoprawni
zajmuje nas asertywna
równowaga
ambiwertyczna
naiwność
plastyk skóra
fetyszyzująca Gucciego
żegnaj
monotonny landszafcie
nie wzywaj więcej zaklinacza słów
nadchodzi pora mokrych traw
i turbulencji
z tęsknoty do popiołów
połykaczu dróg i poboczy
rozwieszasz nad pustelnią zdeterminowanego
głos rozognionego stepu
ściągnę z ciebie koszulę wyrażającą zmartwienie
by opadłym z sił ptakom założyć cugle z rękawów
pomogą przyorać przenośnię oszukanym trawom
niech się ścielą wzdłuż mojego twojego
w niczyją
sól ziemi
krótki wiersz wcale nie dychotomiczny
tłumaczę kawałki szyb
zmatowiałych od wypatrywania
a mój kamień wróży z mchu
oddycha czerwienią drzwi
donikąd
układa wokół siebie
na przekór woli rondo
z wczorajszych mgieł
tym co są w drodze zanucą cząstkę requiem
jednemu na dzień dobry
jednej na dobranoc
wyszukane z kurzu
w mojej głowie biedaszyb
do zamierzonego zaledwie kilka
szklanek ołowianego dnia
i wąskotorowej kolei spinka