Przywarty do półsennej piersi
Ugaszam się teraz i gasnę
*** (wieczna odwilż...)
wieczna odwilż pomaga mi
popłynąć w życzliwość
z rozsądku naczerpanym z potrawy
pełnej rytualnych pomysłów
trwonię siebie
w szarzyźnie otulony
przeglądam listę pożegnań
lecz bez przestróg i nadzoru
daleko do ciebie
jak mocno zadufanym pod adres
wewnętrznej uległości
wyciszam strumień niepokoju
podkładając nadgarstki
mocno sfatygowanym bransoletkom
ikono trosk plena errorum sunt omnia
* wszystko jest pełne błędów
*** (smakujemy uniwersalną...)
smakujemy uniwersalną porę roku
ze spalonego kalendarza
niezachwianym we wspinaczce
ułatwia w pokonaniu bezmiaru upadków
nie do końca przeszeptanej nocy
absurdalnie rozdartej na dwa głosy
nazywałem ciebie TU
odurzeni zbiegaliśmy do swoich łóżek
poodkładać zdobne prześcieradła
w przymrużone oczy
wyzywałaś mnie od TAM
wygnańcy z wyboru
penetrujemy granice
wyrachowanej inspiracji
by wyłączyć z doskonałości
hamulec spokoju na zatracenie
i nieuniknione zło
czekając odpuszczenia
spisany na mokro
w grymasie twarzy
pora deszczowa
i strumień niezbadanych odpowiedzi
huśta w strugach niepowodzeń
pobrzask tunelu
pohukuje uniesiony nienamacalną
treścią wielkich
pacta sunt servanda
kołuję wokół topieliska
próbując wspiąć się
na platoniczny postument
* układów trzeba dotrzymywać
***(deszcz mnie nie słucha...)
kolejny z "mokrych"
deszcz mnie nie słucha
wygrywa zawzięcie
po latarniach apokalipsę
następną mokrych rozmów
esencję przeniosę z opuszka
palca do rozjonizowanego już szpiku
nasyceni w bezczynność ułatwimy wilgoci
dostęp do nigdy nic niewiadomego
rozgrzeszając długi po bólu
zakłębiona w bogactwie
mikrofizycznej konwencji
rozłożonych rąk
filigranowa -ty
w ultra ciężkiej kropli
gwałtownego wzruszenia nie całkiem
dopięty -ja
już nie śpię tak niebezpiecznie
zsuwam muldę szarości z powiek
na poduszkowy motyw
kolibra walczącego z własnym ja
nie smakuj nektaru labilnej ciemności
argumentem muskającym barometr
pozrywanych nastrojów
jeszcze tylko zatrę ślad po cieniu
nostalgicznej strużki
w połowie wypełnionej likierem niespełnienia
i cząstką przemijania
na przegryzienie
depesza z oddziału spraw już zamkniętych
ta doskonałość owinięta w doniesienia poranne
resztkę posiłku wydłubanego spod filaru
podtrzymującego przęsło światła
skąd śmierć wysyła inwitację do salonu przeistoczenia
przepija uncją nieprzytomnej ulicy
w rewirze zeschniętego wzroku
bandażując papuzi krzyk bibułą siódmego lęku
odpływają twarze sygnowane stygnącym pąkiem chryzantemy
ciągnąc za sobą hologramy ściętych grusz i jabłoni
zwiniętemu już bez znieczulenia można wyciąć wolne obrazy
i zatopić w jeszcze jednym muślinowym morzu straceńców
...
stojący obok dopomóż zgasić słońce
zawiń w pergaminową kurtynę
później złóż wraz ze mną do futerału
chcemy pokontemplować życie